Historia

Wujcowie: Nie robiliśmy znowu takiej strasznej konspiry

Jak lubisz człowieka i zaczynasz z nim rozmowę, to na dzień dobry masz do niego zaufanie.

Aleksandra Paszkowska: Opozycja ma swoją rockandrollową legendę. Mówi się o burzliwym życiu nocnym i kulturalnym, częstych zmianach partnerów, imprezach, skandalach towarzyskich. Czy to też jest państwa doświadczenie?

Ludwika Wujec: Ta legenda rockandrollowa to w ogóle nieprawda. Wszystko zależy od tego, w jakim wieku akurat byli opozycjoniści. Ale lubiliśmy się bawić. Lubiliśmy się spotykać. Nasze spotkania były też swobodniejsze w tym sensie, że naturalnie wpadaliśmy do siebie bez zapowiedzi, dosyć często.

Henryk Wujec: Nie było telefonów, żeby to uzgodnić…

L.W.: To prawda. Bardzo możliwe, że to brak narzędzi do komunikowania się sprzyjał swobodzie, naturalności. To pozwalało nie być bez przerwy poważnym dyskutantem, móc się także cieszyć życiem i bliżej się poznawać. Na przykład wiedzieć, kto umie, a kto nie umie tańczyć.

H.W.: Nie byłem w ogóle rockandrollowcem. Uważałem, że człowiek nie powinien się tym interesować…

L.W.: Coś takiego!

H.W.: Bo to jest miałkie. Nic ciekawego. Słuchać muzyki można dla urozmaicenia, jak przy okazji robi się coś innego.

L.W.: Mam tylko jedno pytanie: dalej tak uważasz?

H.W.: Jak się pojawili Beatlesi, to z przyjemnością tego słuchałem, z radia. Z Luksemburga, nie naszego. Natomiast jak potem prowadziłem, w końcówce lat 60., obozy młodzieży KIK-owskiej w górach, w wakacje, widziałem, że oni się bawią. A że ja za bardzo nie umiałem tańczyć, to zacząłem z nimi. Zauważyłem, że taniec polega na tym, żeby wykonywać różne ruchy, mniej więcej rytmicznie, i bardzo szybko nauczyłem się te ruchy wykonywać. Nawet byłem bardzo dobry, bo potrafiłem wykonywać bardzo wiele ruchów.

L.W.: [śmiech]

H.W.: Zauważyłem, że bardzo ważna jest chęć, duch tańca, a nie perfekcja. Jak się jej nie ma, to ten duch przeważa. Trzeba jakoś znaleźć współodczuwanie z partnerem w zabawie.

Czy o angażowaniu się w działalność społeczną, opozycyjną można powiedzieć to samo?

L.W.: W tańcu można sobie rzeczywiście odpuścić perfekcję. Ale jak się wykonuje jakąś robotę, trzeba dążyć do perfekcji. Choć oczywiście lepiej czasem zrobić trochę gorzej niż wcale.

H.W.: W każdej pracy, a w opozycji szczególnie, trzeba się kierować chęcią zrozumienia drugiej osoby. Od różnic ważniejsza jest potrzeba zrobienia czegoś wspólnie. Jeśli ja będę ciągle trwał przy swoim, to nic dobrego z tego nie wyjdzie, najwyżej się rozejdziemy. Następnie trzeba znaleźć pola, na których jesteśmy dobrzy. To wychodziło w pracy. Na przykład okazało się, że nasz kolega Witek Łuczywo jest świetny w przygotowaniu nowych technik drukarskich. Jest chemikiem, wynalazcą i dodatkowo potrafi myśleć. Nie powtarza cudzych recept.

L.W.: Jeszcze jest taki dokładny, precyzyjny i perfekcyjny.

H.W.: Z kolei ja byłem dobry w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Od razu zostałem rzucony na odcinek pomocy robotnikom w Ursusie.

L.W.: Poza tym masz jeszcze jedną rzecz. Jesteś bardzo szybki w nogach.

W wywiadzie umieszczonym w zbiorze Andrzeja Friszke i Andrzeja Paczkowskiego pt. Niepokorni. Rozmowy o Komitecie Obrony Robotników rzeczywiście powiedział pan, że do opozycji dostał się nogami, a na przykład Jacek Kuroń – głową. A pani, pani Ludwiko – nogami, głową?

L.W.: Po pierwsze, z domu, z opowieści mamy, wyniosłam przekonanie, że bycie rewolucjonistą to coś dobrego. Moja mama, prawdziwa komunistka, nauczyła mnie, że warto pamiętać o sprawiedliwości i że trzeba upominać się o słabszych. Jak widziałam, że ktoś w tę stronę idzie, to mi bardzo imponował. A po drugie – mam takiego ducha pani nauczycielki. Jako nauczycielka lubiłam poprawiać. Jak Heniek coś robił, omawiał czy szykował, ja się wtrącałam, trochę jak ta, co wie lepiej. Że to nie tak trzeba zrobić, tylko tak i – nie żartuję – ta potrzeba poprawiania mnie tak wessała.

H.W.: Jeśli ktoś przychodził jako mędrzec i mówił: no, no, fatalnie robicie, trzeba robić tak i tak, to odpowiadaliśmy: zrób! Zrób, no pokaż!

L.W.: Sama zastosowałam wobec siebie tę zasadę. Nikt mi nie kazał. Zaczęło się od tego, że wspomagałam Heńka i przyjaciół, a potem w którymś momencie to przestało być wspomaganie. Zaczęło się po prostu partnerstwo. Dopełnialiśmy się.

H.W.: Miałem jeszcze powiedzieć o poczuciu sprawiedliwości, żeby nie wyszło, że tylko ty je miałaś, a ja po prostu biegałem. Byłem wychowany na wsi, gdzie w pewnym sensie panuje duch wspólnotowy. Wieś była biedniejsza i musiała się sama organizować. Jakakolwiek większa praca wymagała współdziałania. Jak się kopie kartofle, to się kopie razem. Istniała naturalna struktura pracy zbiorowej. Jeżeli ktoś chciał być ceniony przez społeczność wiejską, to po pierwsze musiał być robotny. Inaczej stawał się przedmiotem złośliwych żartów. Jeżeli dodatkowo miał empatię, pomagał komuś, to wtedy był bardzo szanowany. To uczyło potrzeby współdziałania i uczulało na potrzeby innych. Rodzice mówili: „Idźcie, pomóżcie ciotce”, jak była chora. Dzieci były takimi narzędziami. Idź tam, zrób, pomóż, i tak dalej. Ponieważ poszedłem na studia jako pierwszy z mojej wioski, uważałem, że to dar, na który złożyła się praca rodziców, ale oczywiście też wysiłek wsi, i powinienem im jakoś odpłacić. Jak zawsze na wsi, za jedną rzecz się odpłacało drugą. Akcja ursuska była w pewnym sensie moją spłatą. Czułem, że jak oni coś wnieśli, inwestując we mnie, ja w innym miejscu to spłacam. Potrzeba sprawiedliwości była dla mnie bardzo istotna w tym początkowym okresie. Była motorem zachęcającym do działania, bo te nogi, żeby pracowały, musiały mieć jakiś bodziec – potrzebę robienia czegoś dobrego.

Jacka Kuronia poznawaliście państwo niezależnie od siebie. Kiedy to było?

L.W.: W klasie maturalnej poszłam do Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (zaprowadził mnie kolega) i trafiłam na dużą grupę rówieśniczą. Wtedy dzięki pieniądzom z JOINT-u można było robić obozy i kolonie. Po drugiej fali repatriacji Żydów polskich ze Związku Radzieckiego organizowano dużo wyjazdów dla dzieci. Żeby być wychowawcą na kolonii, musiałam mieć papierek, że przeszłam podstawowe szkolenia, takie parapedagogiczne. Chyba w 1960 r. jeden z działaczy klubu przyprowadził Jacka. Przedtem o nim słyszałam, bo miałam przyjaciółkę, która chodziła do walterowców. Opowiadał o zachowaniach i psyche małego dziecka, jak do niego dotrzeć… Była to fantastyczna gawęda. Można było słuchać godzinami.

H.W.: Ja z kolegą Markiem Tabinem przeniosłem się z UMCS-u, z Lublina, do Warszawy. On był z lubelskiej rodziny inteligenckiej, ja spod Biłgoraja. W ’58 wzięliśmy indeksy i pojechaliśmy do Warszawy szukać szczęścia. W akademiku byliśmy inicjatorami klubu dyskusyjnego: Marek to wyniósł z inteligenckiego domu, z liceum Staszica w Lublinie, a ja po prostu z takiej potrzeby poznawczej. Zaczęliśmy na własną rękę szukać kontaktów, zapraszać gości, to się kolegom spodobało. A ponieważ ja miałem kontakty z duszpasterstwa akademickiego i z KIKu, to zapraszaliśmy też księży. Władze partyjne się zaniepokoiły. Wezwali nas z Markiem do prorektora. Nie była to groźna rozmowa. Gorsze było to, że nas wezwali do Komendy Stołecznej MO. Tak bardzo się nie baliśmy. To było raczej podniecające… Po tym nasza koleżanka, też z fizyki, powiedziała: słuchaj, jest taki facet, który chciałby was poznać. To był Jacek Kuroń. Ona nas umówiła na spotkanie. Siadamy i tak na siebie patrzymy, bo nie wiadomo, o co chodzi, dlaczego on się chce spotkać. A Jacek mówi, że ta Ewa powiedziała, że to my chcemy się z nim spotkać.

Jakie wywołał pierwsze wrażenie?

H.W.: Na początku… Nie wiadomo, po co się spotkaliśmy. On wyczuł tę niejasność. Powiedział: „Słuchajcie, co tu dużo ukrywać, sytuacja jest rewolucyjna”…

L.W.: Cały Jacek.

H.W.: „Niedługo wybuchnie rewolucja”. Więc ja od razu się wdusiłem w krzesło, bo chodzę po ulicach, powstania nie widać… Ale on mówi: „Pielęgniarki się zbuntowały, robotnicy w FSO się zbuntowali”. I dlaczego się buntują. Że zostały zdradzone ideały socjalistyczne, że nowa klasa, biurokracja, zabiera dochody pracującym, że oni nie mają nic do powiedzenia, że jest ucisk, dyktatura. W nowym systemie nie będzie dyktatury, robotnicy będą tworzyć milicję. W każdym razie: że będzie lepiej, sprawiedliwość, wolność. Mnie to powaliło zupełnie. Nie byłem przygotowany ani troszkę do tej rewolucji. To znana historia, że ja też wtedy chciałem coś powiedzieć, nie chciałem być ostatni, więc mówię: „To dobrze, że masz taką piękną wizję nowego państwa – robotnicy, demokracja robotnicza – a co z chłopami”? Mnie to interesowało. A Jacek: „To jeszcze mam nieprzemyślane, ty się tym zajmiesz”. Jak coś podnosisz, to na ciebie spada obowiązek.

L.W.: Co nie znaczy, że on się tym zajął.

H.W.: Ale mi się spodobało, że ktoś chce coś robić. To było olśniewające. Jacek zaprosił do siebie do domu, powiedział, że ma takie seminarium, robotnicy, studenci. Pytał, czy wzięlibyśmy w nim udział. Przyszedł jeden robotnik z FSO, chyba więcej ich nie było. Trochę rozmawialiśmy. Jacek miał książki, z „Kultury”, nie było łatwo je dostać, więc pożyczałem od niego. Później się pojawił jakiś inny robotnik… Potem zobaczyłem, że to jest klasyczna rzecz u wielkich przywódców: jakikolwiek wielki przywódca mówi, że za nim stoją te krocie, a potem przychodzi do konfrontacji i jest dwóch, trzech… Ale są. To ważne – nie jest tak, że nikogo nie ma. Polubiłem tego Jacka…

L.W.: Bo się dawał lubić.

Co to znaczy?

L.W.: Zawsze mówię, że Jacek był taki przerysowany, jak z plakatu, kreska bardzo wyraźna. Ale nigdy nie udawał, zawsze był sobą. Może miał pewną skłonność do konfabulacji, ubarwiania, ale nigdy do kłamstwa. Przyjazny, lubił ludzi, chciał służyć pomocą… Nigdy się nie ustawiał wyżej. Nawet jeżeli w dyskusji nie ustępował i był przekonany, że ma rację, nie miał takiego tonu „ja wiem lepiej”. To chyba wystarczy do tego, żeby lubić człowieka.

H.W.: Na klubie politycznym na UW Jacek przerastał dyskutantów swoim poziomem, swobodą wypowiedzi. Nie mówił według doktryny, tylko tak od siebie, i porywał przykładami, wierszami… Na jego występ wszyscy czekali.

L.W.: To był prawdziwy showman. Mówił całym sobą. Pamiętam, jak odgrywał satyryczny rysunek Kobylińskiego. Kpił sobie z dyskusji, co jest prawdziwą lewicą. Jacek wyszedł do przodu, cała sala patrzy, a on obraca się w jedną, w drugą stronę, i pokazuje.

Państwa opowieści o pierwszych spotkaniach z Kuroniem są bardzo kontrastowe: z jednej strony harcerstwo i psychologia, z drugiej myśl polityczna i rewolucja. Jak się do siebie mają te sprawy? Czy da się to pogodzić?

L.W.: O tym bardzo dużo Jacek pisze, kiedy opisuje swoje pomysły na harcerstwo. Trzeba być bardzo uważnym obserwatorem. Tego wymaga chyba i dobra rewolucja, i zajmowanie się dziećmi. Myślę, że jak ma się wrażliwość na człowieka, to się da godzić. U nas w mieszkaniu – mówię o czasach KOR-owskich – często były duże spędy. Jacek wtedy potrafił, jak się czymś pasjonował, zdominować całe towarzystwo. Przyszliśmy pogadać, pożartować, pobawić się, a on… Sposobem na wybicie Jacka z politycznej perory było powiedzenie czegoś o dziecku. Nasz Pawełek robił swoją gazetkę na wzór rodziców, którzy też przecież robili gazetkę. Wystarczyło ją pokazać Jackowi i był ugotowany. Zajmował się gazetką, dyskutował… Zresztą ja go nie widziałam na kolonii, ale kontakt z dziećmi musiał mieć fantastyczny. Nasz Paweł oczywiście Jacka kochał. W stanie wojennym był w pewnym sensie obrażony na tę rewolucję, bo mu rozwaliła dom, rodziców – to normalne. Ale do Jacka chciał pisać, jak Jacek siedział.

H.W.: Jacek uważał, że wszelka zmiana powinna się zaczynać od wychowania. Może było to też jakieś jego życiowe doświadczenie, z czasów dzieciństwa. I potem tak kształtował swoją postawę. Dlatego też zaczął od tych walterowców. To się okazało rzeczywiście skuteczne, bo stworzył związek ludzi, który przetrwał do tej pory. Dziś to bardziej krąg towarzyski, ale mają swoją legendę.

L.W.: Jest coś takiego jak wspólnota poglądów, przekonań… Muszę powiedzieć, że Jacek wyróżniał się swoimi przekonaniami o wychowaniu. Na przykład na kolonii walterowców nie trzymali się trwałej hierarchii. Młody człowiek nagle na jeden dzień stawał się sędzią, sprawiedliwym od oceny, od wyrokowania, co słuszne, co niesłuszne… Jacek uczył, że każdy ma prawo rządzić, i w ten sposób dążymy do sprawiedliwości. Nie ma takiego stałego podziału na tych, co wiedzą i rządzą, i na tych, co mają słuchać. To uczyło wszystkich odpowiedzialności i wewnętrznej potrzeby uczestniczenia w życiu społecznym, o której już mówiliśmy. Nie było czegoś takiego jak dzisiaj, że „ode mnie nic nie zależy”. Nieprawda! Zależy!

Mówicie państwo, że tego człowiek się uczy. Czy kiedykolwiek myśleliście, że od państwa nic nie zależy?

L.W.: Nigdy tak nie myśleliśmy.

H.W.: Człowiek, jak jest studentem, to nigdy nie myśli, że zmieni coś w funkcjonowaniu tego polskiego organizmu. Bo po pierwsze – nie zna go. Uczy się przez czytanie, obserwację… Młody człowiek nie zna świata, bo skąd go może znać. Ja miałem taką pasję, że muszę poznać, muszę wiedzieć, gdzie żyję, dlaczego. Potem mogę myśleć o jakiejś zmianie. Co z kolei nie znaczy, że mam być bierny, bo jeśli w jakimś kawałku mogę coś zrobić, to powinienem to zrobić. Żeby wypełnić jakąś powinność, spełnić obowiązek, zaspokoić czyjąś potrzebę. W tym aktywnym okresie pomocy w Ursusie to było widoczne: przypuszczalnie świata się nie zmieni, ale jedną rzecz się zrobi. Na proces pójdę, bo człowiekowi będzie na pewno z tego powodu lepiej. Lżej mu będzie, że ktoś się zaopiekuje jego dzieckiem czy żoną. Dopiero później się nauczyliśmy, że to zmienia świat. Ale moim zdaniem z taką intencją nie szliśmy. Raczej myśleliśmy, że najpierw jeden kawałek zmienimy, potem drugi i zaczniemy tworzyć jakieś fragmenty tego świata, które będą funkcjonować tak, jak chcemy. Na przykład jak władza mi każe kłamać, to ja akurat nie muszę, tylko mogę stworzyć jakiś własny obszar, nasz, w który nie ma wejścia w przymus, kłamstwo, udawanie. Na pochodzie pierwszomajowym trzeba udawać radość, na manifestacji trzeba udawać potępienie… Raziło mnie, że jestem do czegoś zmuszany. Nie chcę! To jest moje!

Historia opozycji w PRL pokazuje, że świat można zmieniać tylko we współpracy z innymi. Czy łatwo było w takiej działalności zbliżać się do nowych ludzi? I czy łatwo było im zaufać?

L.W.: W tej naszej opozycji przeważali ludzie, którzy lubili ludzi. Jak lubisz człowieka i zaczynasz z nim rozmowę – nawet z obcym – to na dzień dobry masz do niego zaufanie. A jak jesteś jeszcze młody, to łatwo nawiązujesz kontakty. Nie żyliśmy w przeświadczeniu, że jak komuś powiemy „nie lubimy tego i tamtego”, to on od razu poleci z donosem. Nie robiliśmy znowu takiej strasznej konspiry. Dyskutowaliśmy, ale przez dłuższy czas nawet nie wiedzieliśmy, że to czymś może grozić. Wiedział Jacek, bo już go wyrzucali przecież z partii. Jak chodziliśmy bronić Kordosa do prokuratury, do komitetów partyjnych, to w ogóle nie mieliśmy wyobraźni, że możemy mieć jakieś przykrości. Czasami myślę, że ludzie byli wtedy odważniejsi niż teraz.

H.W.: Nie wiem, jak teraz jest w środowiskach młodzieżowych, mogę opisywać tylko tamten czas. Właściwie mieliśmy zaufanie, ale patrzyliśmy z obawą na członków ZMS-u na naszym wydziale…

L.W.: [śmiech]

H.W.: …bo mogą donieść, albo coś takiego. Mój kolega mówił: uważaj na te dwie – wskazywał które – bo nie wiadomo, co tam myślą. Jedna to była Ludka, a druga to była moja koleżanka Marysia.

Czyli był pan przestrzegany przed panią Ludwiką. Chyba nie poskutkowało?

H.W.: Tak, byłem przestrzegany.

L.W.: Ale się tego specjalnie nie bał.

H.W.: Przecież się znaliśmy z rady wydziałowej. Myśmy się znali, przyjaźnili. Myślałem o Ludce, że to mądra dziewczyna, chociaż tak różna ode mnie. Był moment, który spowodował we mnie taki wybuch emocji. Gomułka mówił w ’67 na Kongresie Związków Zawodowych o piątej kolumnie, wzrosła presja antysemicka, też z powodu wcześniejszej polityki moczarowskiej… Czuło się strach, zwłaszcza wśród ludzi, którzy w czasie wojny doznali już tych zagrożeń. Wtedy też usłyszałem – ona twierdzi, że nie, ale tym się różnią nasze relacje – że Ludka zaczęła mówić o wyjeździe. To mnie tak strasznie poruszyło. Nie mogłem się z tym pogodzić.

L.W.: Przez antysemicką nagonkę…

H.W.: …Gomułce zawdzięczam nasze małżeństwo.

Podkreślacie państwo, że chociaż łączyły was poglądy i cele, to pochodziliście ze skrajnie różnych środowisk. Czy musieliście się do siebie dopasować?

L.W.: Oczywiście, że się docieraliśmy, ale myślę, że jakbyśmy byli z tego samego środowiska, to też byśmy się musieli. Pomiędzy nami jest różnica temperamentów – na przykład ja się ciskam, jestem impulsywna, zaczynam mówić głośno. Heniek jest w tym okazywaniu uczuć powściągliwy.
Czytaliśmy sobie nawzajem. Heniek mi tłumaczył Pismo Święte, a ja jemu liryki Majakowskiego. To było wzajemne poznawanie się ludzi, którzy się sobie podobają, którzy chcą się sobie podobać, którzy w związku z tym chcą się do końca zrozumieć, i widzą, że mają dużo miejsc wspólnych. Trudniej pogodzić różnice temperamentów niż pochodzenie z różnych środowisk.

Czy znacie państwo więcej takich działających razem par?

L.W.: W okresie przedsierpniowym tak bardzo wielu par nie znaliśmy. Ale byli to na przykład Gwiazdowie: nie tylko razem pracowali, ale rzeczywiście było widać, że to jest bardzo dobre małżeństwo. Jak w ośrodku internowania, w Gołdapi, siedziałam razem z Joanną i jak byłam zmęczona ostrym politykowaniem kilku koleżanek, które mi przypominało wróżenie z fusów, bo nie miałyśmy informacji ze świata zewnętrznego, to chciałam je jakoś wybić z tego rytmu polityki. Zadawałam Joannie pytania o Andrzeja i zaczynała się fantastyczna rozmowa: o tym, jak byli na ślizgawce, w górach… Oni do tej pory bardzo lubią chodzić po górach. Drugie małżeństwo, które się zawiązało dzięki opozycji, późniejsze już, to był Bogdan Borusewicz i Alinka Pieńkowska. Polubili się, zaprzyjaźnili, pokochali i potem mieli bardzo dobre małżeństwo

H.W.: Myśmy w zasadzie pracowali w małżeństwach.

L.W.: Jeżeli z małżeństwa ktoś był w opozycji, to na ogół działali już oboje.

Jak się układają role w takiej dwuosobowej małżeńskiej drużynie?

L.W.: Każde z nas brało się za to, z czym sobie potrafiło poradzić. Szczerze mówiąc, nie nadawałam się do jeżdżenia do Ursusa z pomocą. Nie tylko dlatego, że szkoła i że dziecko, bo Heniek też pracował i też dopiero po fabryce jechał. Ale dlatego, że nie byłam taka szybka, nie miałam takiej łatwości nawiązywania kontaktu, bardziej się bałam, a Heniek się w tym czuł dobrze. Ale później, jak przyszła sprawa robienia gazetki, bardziej to czułam i to ja się w tym wyżywałam – w zbieraniu, w skracaniu, układaniu tematycznym. Ale nie umiałabym pojechać na Śląsk, rozmawiać z górnikami.

Mówi się, że w działalności opozycyjnej kobiety były za kulisami, a mężczyźni na froncie. Czy to prawda w państwa przypadku?

H.W.: Trochę tak było z założenia. Jeżeli się szanuje rodzinę, nie można iść na barykady we dwójkę. Ktoś musi się opiekować dzieckiem. Można niefrasobliwie sądzić, że to nie jest konieczne, ale my się tym przejmowaliśmy. Pierwszy podpis pod jakimś protestem przeciwko zmianom w konstytucji proponowanym przez PZPR był dla mnie wyzwaniem. Jako student coś już podpisywałem, ale teraz miałem pracę, Ludka pracowała w szkole… Wiedziałem, że to się źle skończy. Podpisałem, a kiedy Ludka chciała podpisywać, powiedziałem, że jedna osoba w domu wystarczy. Potem mi powiedziała, że z błogosławieństwem to przyjęła.

L.W.: Nawet to opisała w książce.

H.W.: Zdjąłem z niej ciężar. Zresztą uważałem, że ja takie stresy łatwiej przyjmuję na siebie, a Ludce zawsze było ciężej, nie mogła spać, reagowała bardzo nerwowo. Trzeba to brać pod uwagę. W stopce redakcyjnej „Robotnika” podpisywali się mężczyźni. A kobiety rzadziej. Między innymi z tej zasady, że jak idzie siedzieć, to mężczyzna, a nie kobieta.

L.W.: Nie tylko z tej zasady. Nie mogą się wszyscy podpisać, bo to jest pismo nielegalne. Musi być ktoś, o kim bezpieka przynajmniej nie od razu wie…

H.W.: I nie ma formalnego pretekstu, żeby od razu tę osobę ciągać.

L.W.: Heniek przecież też nie od razu podpisywał tego „Robotnika”. Póki nie podpadł, póki go raz, drugi nie zatrzymali, nie podpisywał. Szybciej podpisywali ci, którzy i tak byli już „podpadnięci”. Gdybym tak miała ocenić, kto z nas robił więcej, to chyba Heniek. Ale tego się nie da wymierzyć.

A było w tym partnerstwo, równość?

L.W.: Cały czas, cały czas! Zresztą redakcja „Robotnika” to była jedyna redakcja, która nie miała żadnego naczelnego. Po prostu był zespół.

Ale pomimo zasady, że na barykady idzie tylko jedna osoba, to oboje państwo byliście internowani.

L.W.: Wtedy w ogóle SB już wiedziała o tym, że pracujemy partnersko, i prewencyjnie uznała, że nie należy pozostawiać takich zaczynów. Aresztowano parami. Byli internowani i Jacek, i Gaja, ja i Heniek, Janek Lityński i Krysia…

O tym i o innych konsekwencjach działalności opozycyjnej opowiada pani Michałowi Sutowskiemu w wywiadzie-rzece Związki przyjacielskie. Jak pan odebrał tę książkę?

H.W.: Odpowiem żartem. Przychodził tu taki młody człowiek. Wychodzę rano z domu i spotykam go na schodach, jak idzie do mojej żony. To dopiero ciekawe.

L.W.: Ciekawe, ale nieprawdziwe. Ponieważ Michał wstaje raczej późno. Jak on przychodził, Heńka już nie było.

H.W.: Długo tutaj pracowali, wreszcie sfinalizowali książkę. Ja ich nie słuchałem, nie czytałem. Czekałem na skończoną książkę.

L.W.: Ja mu nie proponowałam czytania.

H.W.: Wspólna przyjaciółka zapytała mnie, czy widziałem książkę Ludki, bo już wyszła. Natychmiast pojechałem do księgarni i spędziłem całą noc na czytaniu. Nie mogłem spokojnie iść spać. Spodobała mi się. Książka jest dobra. Od razu jej to powiedziałem. Byłem jednym z pierwszych czytelników. Dosyć się zaangażowałem w promocję tej książki. Nawet się śmiali, że wykupiłem cały nakład. A pani się podobała książka?

Podobało mi się, że mogę przeczytać o kobiecie, która pewne rzeczy zrobiła w życiu, na pewne rzeczy się naraziła, odważyła… I chyba wygrała.

L.W.: Też tak myślę, że wygrałam.

H.W.: Razem wygraliśmy.

Jak się wygrywa razem?

H.W.: Trzeba mieć dużo cierpliwości.

L.W.: Do siebie nawzajem.

H.W.: Kłóciliśmy się, ale rozstawaliśmy się tylko raz „na zawsze”, i to na samym początku. A potem jechałem do Piaseczna do lasu i wracałem stamtąd z bukietem. Towarzyszyło mi takie poczucie, że przez tę różnorodność to ma wartość, że w tej różnorodności człowiek się wzbogaca. Że ze zderzenia z inną osobowością wychodzą ciekawe rzeczy.

L.W.: Powiedzmy – zderzenie amortyzowane.

H.W.: Nie tyle amortyzowane, ile… Zderzenie, które doprowadzi do reakcji łańcuchowej.

L.W.: Ale ona kończy się wybuchem!

H.W.: Mogą być też wybuchy pozytywne, nie tylko negatywne. Jeżeli się zdarzy tak, że to zderzenie następuje, i daje coś i jednej osobie, i drugiej, to ten związek się utrwala.

L.W.: Trzeba sobie wzajemnie coś dawać.

H.W.: I trzeba się kochać.

Ludwika Wujec (1941) – działaczka społeczna i samorządowa, redaktorka, nauczycielka; współpracowniczka Komitetu Obrony Robotników, współtwórczyni wydawanego poza cenzurą „Robotnika” i legalnej „Niezależności”; redaktorka w Agencji Solidarności, internowana w okresie stanu wojennego; w latach 80. członkini redakcji podziemnego „Tygodnika Mazowsze”, później asystentka Tadeusza Mazowieckiego przy obradach Okrągłego Stołu i zastępczyni dyrektora Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Po 1989 roku działaczka ROAD, Unii Demokratycznej i Unii Wolności, a także m.in. sekretarz warszawskiej gminy Centrum.

Henryk Wujec (1941) – działacz społeczno-polityczny, doradca Prezydenta RP ds. społecznych. Członek honorowy KIK. Od roku 1976 współpracownik KOR, a od 1977 r. członek KSS „KOR”, redaktor „Robotnika” i współorganizator Wolnych Związków Zawodowych. Członek Komisji Krajowej NSZZ „S” i członek Zarządu Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”.  W 1989 r. uczestnik obrad Okrągłego Stołu w Zespole ds. Pluralizmu Związkowego, w czasie wyborów 4 czerwca 1989 roku Sekretarz Komitetu Wyborczego „Solidarności”.  W latach 1989-2001 poseł na Sejm. Członek Unii Demokratycznej, Unii Wolności i Partii Demokratycznej (do sierpnia 2006 r.).

***

Ludwika Wujec w rozmowie z Michałem Sutowskim opowiada o dzieciństwie wśród komunistów – na sowieckim Uralu, w powojennej Łodzi i w Warszawie – i o dorosłości w gronie demokratycznej opozycji, która ruszając na pomoc robotnikom, rzuciła wyzwanie machinie autorytarnego państwa. Mówi o swoich żydowskich korzeniach w katolickiej Polsce i o tym, jak przez tytułowe „związki przyjacielskie” trafiła w sam środek Wielkiej Historii Jedna z matek-założycielek prasy podziemnej w PRL-u wspomina ludzi nocami redagujących „Robotnika” w inteligenckiej rzeczpospolitej warszawskiego blokowiska – by później budować III RP. Tłumaczy też, dlaczego rewolucjonista powinien mieć rodzinę i że lepszy świat buduje się razem z przyjaciółmi – choć przecież nie tylko dla nich.

Czytaj także:

Ludwika Wujec: Blondyneczka za kubek mleka [fragment książki]

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.