Historia

Tu mówi Ursus

Trzeba wiedzieć, z której strony traktor ma ogon.

„Nazywam się Jaśmina Wójcik. Mój tata urodził się w Ursusie. Nie w Warszawie Ursus, tylko właśnie w Ursusie. Tutaj więc wszystko się dla mnie zaczęło” – tak brzmiały pierwsze słowa spaceru akustycznego przygotowanego w 2013 roku przez młodą artystkę. Jaśmina Wójcik nagrała wspomnienia mieszkańców Ursusa, a przede wszystkim byłych pracowników Zakładów Przemysłu Ciągnikowego „Ursus”. Dziś dawne hale fabryczne są w ruinie; na ich miejscu powstanie osiedle mieszkaniowe. Ale co było kiedyś, gdy zakłady były sercem dzielnicy? I dlaczego upadły? Tu mówi Ursus.

**Początki

– Kto nie pracował nigdy w zakładzie przemysłowym, to nie wie, że to jest magia. Miałam to szczęście, że pracowałam z elitą naukowo-badawczą. Trafiłam do Zakładu Doświadczalnego Ciągników Rolniczych. Ja byłam sekretarką – nie było czegoś, czego mogłam nie wiedzieć o korespondencji, o dokumentacji. Bo sekretariat to była szyja. […] Miałam do szefów w Ursusie po prostu niesamowite szczęście. To są ludzie, którzy skończyli studia, ale nie że ja to jestem już pan inżynier – bóg, car i tak dalej, tylko od podstaw pięli się stanowiskowo coraz wyżej i wyżej. To był zakład – perełka. […]

– Byłam technikiem chemikiem. Jak przyszłam do kadr, to absolutnie nie ma żadnych miejsc. No a chciałam się zatrzymać tutaj, w Ursusie. Podobało mi się. Miałam chłopaka, więc jakieś plany były… [śmiech]. Napisałam list do dyrektora naczelnego ówczesnego. Dostałam pismo, żeby się zgłosić do kadr. Nie wiem jak, nie wnikam, w każdym razie było tak, że człowiek mógł gdzieś do kogoś pisać. Czy go ujął mój list? Był bezpośredni, zwyczajny taki. Napisałam, o co mi chodzi, i praca się znalazła. Pracowałam w laboratorium.

– Jestem z wykształcenia inżynierem po wydziale mechaniczno-technologicznym, tak się wówczas nazywał. Jestem obrabiarkowcem, skrawaniowcem. Miałem stypendium ufundowane z Ursusa, bo wtedy takie były. No i siłą rzeczy musiałem rozpocząć pracę w Ursusie. […] Pracowałem w hali 156, do dziś ten numer pamiętam. Wówczas dyrektorem technicznym był pan inżynier Gwiazdecki. On mawiał tak: „Jak wyjdę na peron w Ursusie i gwizdnę, to mam stu inżynierów i ani jednego frezera”. Trudniej było o takiego wykwalifikowanego robotnika, co stoi przy maszynie, niż właśnie o inżynierów.

– Ja byłem kierowcą tutaj, woziłem piach do forem na odlewnię. Pracowałem dziesięć lat. Praca była dobra. Kiedyś, pamiętam, ja zarabiałem – tylko przykład daję – dwa tysiące. A taki sekretarz na terenie zakładu miał cztery tysiące. A dzisiaj robotnik zarabia półtora tysiąca, a biznesmen, który stworzył jakiś mały zakład, zarabia dwieście, trzysta. No to jak może być w Polsce dobrze? Jeden ma po uszy wszystkiego, a drugi goły!

– Pracowałam w zakładach Ursusa od ’72 roku. Najpierw na szlifierkach, później na prostowaniu wałków, później na bergerach, gdzie byłam jedną kobietą. Byłam w telewizji – bo jedyna. Była norma przerzutu norma siedem i pół tony, a robiliśmy po szesnaście. […] W ’76 roku była ta cała rozróba, to wtedy z bergerów zeszłam na kiosk. Później pracowałam na bufecie, a później z powrotem na dział ciężki, na te bergery. […] Śrutownia: wrzuca się takie piasty, wałki. Piasta ważyła 29 kilogramów. I do bergeru. Te piasty dla mnie to była szklanka. Byłam silna, zdrowa. Ja bardzo kochałam tę pracę w zakładach. Stołówkę mieliśmy przepiękną, naprawdę stołówka nad stołówki. Przez dwadzieścia przeszło lat pracowałam na zakładach. Powiesić tego, co to zmarnował.

**Na zakładzie

– Przyszłam na tak zwaną bramę główną, a tam czekał na mnie pan Bolesław P. Był to pan brygadzista, z wyższej grupy pracowniczej. Jego i jemu podobnych ludzie bardzo cenili i szanowali. Wcale nie było takiej tendencji: „po co ten stary tu się szwenda?”. Było bardzo sympatycznie, i ci starzy pracownicy przyjęli tego młodego, wszystko mu pokazując – gdzie, co, jak. Nawet po cichu szepnęli, czego szef nie lubi. Bardzo przyjemna praca. […] Myśmy nawet dawały sobie pożyczki; jak którejś dziecko się urodziło, to chodziłyśmy, odwiedzałyśmy się. I niedawno, kilka lat temu, ja u siebie w domu zorganizowałam takie spotkanie. Wszystkie się stawiły, wszystkie zadowolone, eleganckie, od fryzjera. Bo z niektórymi to nie widziałam się ze trzydzieści lat. I na zakładach mechanicznych, i później, w biurze projektów, traktowałam to miejsce jak pobyt z rodziną. I nie tylko ja to mówię, bo wiele osób tak to wspomina.

– Człowiek kończył pracę, osiem godzin i koniec. I na zarobki wcale nie mogę narzekać […]. Dodatki na dzieci, zakład zawsze dbał o to. Paczki na święta, pod choinkę były, Dzień Kobiet – zawsze kwiaty, dyrekcja zakupywała cały bukiet, kierownik przychodził, każdej pani wręczał kwiatuszka, później nam wręczali rajstopy. Miłe lata, miłe. Bardzo dobrze wspominam.

– Wycieczki pracownicze, przeróżne. Były pielgrzymki do Częstochowy autokarowe, grzybobranie. W tych latach, jak pracowałam na zakładzie, to miałam grzybów po same uszy!

– […] Spotkania, wczasy, wszyscy jechali; dzieciaki dwa razy do roku: okres zimowy, okres letni. Nikogo nie wyrzucili z mieszkania, wszyscy mieli pracę, zakład dawał mieszkania. Tysiące ludzi, wszyscy szli z zadowoleniem do pracy. O dziesiątej dawali zupy, wkładki, picie, mleko – zależy, na jakim stanowisku, ale przeważnie wszyscy. Oranżada była, wszystko było. Miło było iść do pracy. A dzisiaj to pani idzie – wie pani gdzie? Do niewoli, do więzienia. […]

– […] Całe osiedle Niedźwiadek to były osoby, które po przyjściu do pracy w zakładach Ursus mogły stosunkowo szybko otrzymać własne mieszkanie. Pracownicy zakładów mogli korzystać z wczasów pracowniczych, w Muszynie, w Dźwirzynie – Muszyna w górach, Dźwirzyno nad morzem. Był ośrodek w Mrągowie, był ośrodek w Popowie. Ja byłam matką samotnie wychowującą dzieci, miałam pierwszeństwo otrzymania miejsca w przedszkolu, w żłobku. […] To nie był żaden, broń Boże, w dzisiejszym wydaniu wyścig szczurów. Ludzie się rozumieli, ludzie się lubili. To była taka wielka rodzina. Zdarzały się w pracy sytuacje konfliktowe również, ale z tego, co ja się orientuję, zakład nie miał zbyt wielu spraw w sądzie pracy, bo prawo pracy było bardzo mocno przestrzegane […].

– To było malutkie mieszkanko, ze dwadzieścia pięć metrów kwadratowych, pokoik z kuchnią. Ja to dostałem po dosłownie paru miesiącach pracy w Ursusie, jako stypendysta ursusowski. Zarobki to były dość mizerne, 1500 plus premia, no, 1700 z tą premią.

– Zakład jak zakład. Kołchoz wielki, ludzi mnóstwo. […] Nas była trójka dzieci w rodzinie, ojciec sam pracował w zakładach i wyżywiał rodzinę. Na wczasy się jeździło: Popowo, Kołobrzeg, Międzyzdroje, w górach gdzieś mieli też ośrodek. Propaganda była olbrzymia. W tej chwili się mówi, że ta komuna była najgorsza, nic nie zostawili, ale człowiek się wychował, szkoły pokończył, mieszkać gdzie miał, w domu może nie było super i świetnie, ale człowiek żył i mieszkał, na wczasy się wyjeżdżało. No i ludzie byli inni, dziś to zupełnie inna bajka.

– Ja przyszedłem do zakładu dwadzieścia lat po wojnie. Ponad trzydzieści procent zakładu jeszcze nie umiało czytać i pisać. Ja skończyłem szkołę podoficerską wojsk pancernych, mechanikiem-kierowcą byłem czołgów, bardzo dobrze przygotowany technicznie wyszedłem z tego wojska. I dosłownie po roku czy półtora mianowali mnie brygadzistą już, bo ci inni znacznie mniej umieli. Trzeba było zrobić spis ludzi, sprawdzić kartoteki, i okazało się, że większość z tych, którzy umieją [czytać i pisać], to mieli po trzy, cztery klasy skończone. Ile trzeba było do nich umiejętności i podejścia! Ja gówniarz przecież dwudziestoparoletni, no i teraz przyjdź do kogoś i powiedz to! Oni się wstydzili. A nie da się pominąć zniszczenia, wojny, wymordowania pracowników Ursusa. Tego, że wyciągaliśmy ludzi ze wsi, którzy nie mieli pojęcia o technice, że trzeba było z dnia na dzień zrobić z niego fachowca dużej klasy. […] Oni się łamali, niszczyli, a trzeba było do przodu. Trzeba było zacisnąć zęby i przeć do przodu, bo inaczej się nie dawało. A jeszcze gorzej mieli ci, którzy przede mną przyszli, oni mi pokazywali, co i jak to. Szanuję przede wszystkim to, że mieli duże morale, duży szacunek do pracy. A dziś już tylko szmal. I to, że przejęli to inni – dlatego ma pani tu ruinę.

 **Nasze ciągniki były cudowne wprost!

– To był zakład, który produkował ciągniki przede wszystkim, zarówno na rynek krajowy, jak i zagraniczny. Były to czasy PRL-u, więc ta produkcja również szła na eksport, czyli do krajów demokracji ludowej, także do Chin, do Korei. To były ciągniki lekkie, ciągniki ciężkie […]. To był jedyny zakład na terenie kraju produkujący maszyny rolnicze. W tamtych czasach produkcja ciągników miała zbyt na terenie Polski, bo były PGR-y i one miały limity, to znaczy rynek zbytu był jakby zagwarantowany; ciągniki zostały wyprodukowane i wiadomo było, że one będą miały nabywcę, bo to było limitowane i określona ilość ciągników do każdego PGR-u musiała być dostarczona. Na wszystkich wystawach krajowych – POLAGRA, na targach rolniczych, zawsze braliśmy udział w tym – wiele nagród otrzymywały te ciągniki.

– Te ciągniki, co robili tu, w Ursusie, chyba dwieście czterdzieści szło miesięcznie, ale tu wszystko od podstaw robili, to one szły w świat. Ja kiedyś byłem w Syrii, w Jordanii, w Arabii Saudyjskiej, w Iraku, w Iranie, to jak przejeżdżał tam ciągnik, to się zatrzymałem specjalnie: Mister, Poland? Poland, taki gut, ciągnik – to znaczy, że dobry, z Polski. Żal mi tego, tej fabryki, tych ludzi. To, co ja wiem, to pracowało 21 tysięcy ludzi. Zwolnili z pracy wszystkich. Dobrze w Polsce ma przeciętnie gdzieś około 30 procent, reszta to bieduje. Nędza jest, a na wsiach niesamowita. Ja się wstydzę, jak idzie ulicą człowiek, kobieta czy mężczyzna, i zagląda do pojemnika i grzebie tam. To obrzydliwe jest. Do czego myśmy doszli? Do tego, żeby grzebać w śmietnikach?!

– Też nie było tak wszystko w porządku, no ale to masa ludzi, wszystko upilnować… Dużo było napływowych, bo dojeżdżali i z Żyrardowa, i ze Skierniewic, z tamtych stron. Kilkanaście chyba tysięcy pracowało, przecież na wszystkie zmiany. Byli chłoporobotnicy […], pracowali przy taśmie, w kółko jedno i to samo, te śrubki, jedno i to samo przez tyle lat robić, nie wiem, horror. […] Chłoporobotnicy to przyjeżdżali do pracy odpocząć po pracy – jechali, wracali tam, obrabiali swoją ziemię […]. No takie czasy były…

– To jest nieprawda, że nierentowne. To jest bujda jedna z chrzanem. Nasze ciągniki były cudowne wprost!

**Strajk ’76

– ’76 rok, ja byłam tu, na torach między Włochami a Ursusem […]. Zatrzymywaliśmy pociągi, donosili nam jedzenie, picie i żeśmy strajkowali po parę godzin. Były takie niektóre hece tam, no, jak to między ludźmi: niektórzy jajkami rzucali, jeszcze tam cuda. No ale nasza władza była tak mądra, że z helikoptera robiła zdjęcia, a później, po zakończeniu strajku, wszystkich zatrzymywała. Oni chcieli chyba zakład zlikwidować wtedy – miało iść do sprzedania, no… Trochę żeśmy wojowali, ale żeśmy nic nie zrobili. I przyłączyli Ursus do Warszawy, zrobili, co chcieli, i to nie tylko nasz zakład, bo wiele w Polsce zakładów właśnie posprzedawali i zrujnowali. […]

– Zostałam przyjęta do biura projektów. Mieściło się w tym białym domu. Biuro zajmowało trzecie i czwarte piętro […]. Parter, pierwsze i drugie to była dyrekcja, i tam różne działy takie. […] W ’76 roku, w czerwcu, nagle zaczęło być słychać, że idą robotnicy. To szli sami robotnicy, nie było tam nawet brygadzisty, bo brygadzista był już uznawany za tak zwany personel nadrzędny. Brygadzista, mistrzowie, kierownicy pilnowali maszyn, żeby nikt nie zniszczył. Płot stał. I ta masa ludzka jak szła, to tak, jakby to był płot z gazety. Nie płot z podmurówką, tylko tak ten płot się położył. Ja to na własne oczy widziałam. Zaczęli zatrzymywać samochody jadące tamtędy, niedaleko właśnie tego budynku dyrekcyjnego. Był bardzo piękny, ciepły dzień. I robotnicy usiedli sobie, potem gdzieś zatrzymali samochód z jajkami. Zaczęli rzucać tymi jajkami w ten budynek dyrekcyjny i: „Hej, gryzipiórki, wychodzić, żaden tu z was nie wyjdzie żywy”. Ja się bardzo bałam, bo miałam syna w przedszkolu. Przedszkole numer 1 Zakładów Mechanicznych Ursus – miał po drodze rodzic, wychodził z pracy i już dziecko odbierał. Więc ja się denerwowałam, co z tymi dziećmi, jak my nie będziemy mogli wyjść? No więc ktoś wpadł na pomysł i koło godziny drugiej poprzebierali nas w fartuchy takie non-ironowe, w paseczki, w prążeczki taki fartuch; i my wychodziłyśmy tak pojedynczo z jakimś wiaderkiem, z jakąś zmiotką, że to niby sprzątaczki wychodzą. No te kobiety, które miały dzieci, ale nie tylko, też te, które miały do domu daleko. Jakoś tam powychodziłyśmy. W sumie chyba ci robotnicy nie wiedzieli, co dalej robić z tym strajkiem. Co tam ten krzyż robi, to nie wiem do dzisiaj. I skąd tam się potem wzięło tyle osób działających bardzo – nie wiem. Była to zwykła, szara, robocza masa. Po prostu. Nawet nie miał ich kto prowadzić.

– ’76 rok to przecież robotnicy siedzieli na halach, nie pracowali. W sumie to tak różnie to pisali, że warchoły, że to, że śmo. No a ci, co wyszli na tory… To nie było zamierzenie robotników wcale. To faktycznie byli ludzie – z tego, co wiem, bo chodziłem ojca odwiedzać – którzy trochę zadymy, trochę draki, no chcieli może trochę mocniej zamanifestować, ale to nie byli ci robotnicy starzy, prawdziwi. Ci przyszli rano do pracy, stanęli w halach, i to wszystko. A rodziny? Wszyscy się denerwowali, o tych mężów, co się tam dzieje, jak to będzie, co to będzie. [Były] już pustki w sklepach, podwyżki cen, wszystkiego, no jakieś te warunki życia. Chodziło głównie o to, co się w kraju dzieje, bardziej niż w samym zakładzie pracy. Bo zakład pracy, to pensje, wszystko było, normalnie funkcjonowało. Oni się w ogóle wszyscy dogadali tam jakoś. Z początku to chcieli ich spacyfikować, ale to już była za duża masa ludzi: i Radom, i jeszcze kilka miast, większych zakładów w Polsce stanęło. To już zaczynało być za duże, żeby to móc w zarodku spacyfikować.

– Tu tych przywódców to takich lewusów było, którzy włączyli się do „Solidarności”; działacze. To ja się śmiałem z tego. Jak Wrzodak, Janas, Bujak – ci się dorobili z tego. Uważam, że to byli krzykacze. Ci działacze z „Solidarności”, jak na przykład Mazowiecki, Kuroń i inni – to oni dążyli do tego, żeby obalić ten ustrój socjalistyczny, a zrobić demokratyczny. A później trzeba obalić zakłady pracy, żeby zmniejszyć ludzi pracy, żeby nie kontaktowali się ze sobą, żeby nie było strajków. Bo takie grupki teraz, obecnie, no to co to tam? Jakie tam strajki? Grupka. Żeby cały kraj, to co innego. Taka grupka to nic nie poradzi. I do czego dochodzi? Myśmy straszne koszty ponieśli przez działanie „Solidarności”. Ja mówię, że może z czasem historia opowie to zło, co było w tej Polsce.

– Jak były całe te rozróby, te warchoły, to wszystko, no to było straszne. To podpalanie wagonów, co zomowcy robili, bicie ludzi. No makabra. W ’76 roku, tak. Myśmy nie otwierały ani bufetu, ani nie było pracy, tylko taki był przełom. To było straszne. Te pociągi były zatrzymane, stało wszystko w torach, no to jest ciężko do opowiedzenia, jak to się działo. Musieliśmy wszyscy odejść od stanowisk, no bo trzeba było odejść, no i zaczęło się. Wpadało wojsko, wpadali zomowcy, bili, wyganiali, odganiali od stanowisk. Te wagony, te pociągi, które jechały do Warszawy i w kierunku Warszawy – ludzie się po prostu kładli na torach, żeby zatrzymać, żeby tego nie ściągali, bo tego jechało, Boże, coś okropnego, co było.

**Dlaczego Ursus upadł?

– Ja to podejrzewam, że po prostu po to, żeby rozbić to skupisko ludzi. Albo może decydenci znaleźli sobie miejsce zakupów. Więc cóż to szkodzi, że upadł rynek pracy dla ludzi.

– Zostało popełnionych parę błędów. Między innymi kupno licencji Massey Fergusona na traktory w calach. Tam byli ludzie, co się sprzeciwiali temu, między innymi główny konstruktor, nazwisko do dzisiaj pamiętam: Szczygieł. To jego nawet zapudłowali za sprzeciwianie się. Ja myślę, że to minister przemysłu uparł się, żeby kupić licencję w calach. Oczywiście te cale zostały przeliczone na milimetry, ale powstały kompletnie nieokrągłe wymiary. I jak do tego dobrać wszystkie ciągi, które są w jakiś sposób logicznie ułożone – cała pomiarówka i narzędziówka? […] Potem, gdy nastała wolna Polska, to chyba zarządzanie położyło [Ursus]. Przez jakiś czas dyrektorem był lekarz pediatra. Fabryki par excellence mechanicznej – no nie do wiary! On podobno twierdził – bo mnie już dawno wtedy nie było – że on dzisiaj nie jest lekarzem, tylko jest menadżerem. Ale dziękuję bardzo, trzeba wiedzieć przynajmniej, z której strony traktor ma ogon.

– Teraz to wszystko rozkradli. […] Z ziemi wyrywali betony. Z ziemi powyrywali po dwa metry! Bardzo boleję. Ten Ursus to był przydatny dla ludzi, tych, co tutaj zatrudniał. Tu jest ponad 80 tysięcy, nie wiem, chyba już teraz 90 tysięcy [ludzi] w Ursusie. Ale każdy lata, pracy szuka, tu znajdzie, tu nie pracuje, tu na śmieciowe zatrudnienie… Posiedzi i już go zwalniają, już go wyrzucają. Dopóki nie będzie dyscypliny, nie będzie prawa uczciwego, i Salomon nie rozwali tego.

– Zakład upadł, ponieważ po prostu został poddany restrukturyzacji. Skończył się rynek zbytu wraz z przemianami społeczno-politycznymi przede wszystkim: PGR-y zostały zlikwidowane, nie miano po prostu gdzie tych ciągników sprzedawać. W budynku dyrekcyjnym […] znajduje się obecnie Urząd Gminy. […] Budynek został troszeczkę odremontowany, ale niewiele. Zdarza się, że przejeżdżam, a nawet byłam kiedyś na terenach zakładu, chociażby w Urzędzie Gminy załatwiałam różne rzeczy. Ale chyba najtrudniejszym dla mnie momentem było, jak oglądałam z bliska zakład, halę, która kiedyś dobrze pracowała, a obecnie niszczeje. Naprawdę serce się kraje, jak się na to wszystko patrzy. […]

– […] Gdzie był błąd? Zadłużenie ponoć. Nie wiem, po co tego Masseya kupili, trzeba było przestawiać się na calowe techniki, […] nowe narzędzia, wszystko, bo to inny układ miar – zamiast trochę zmodernizować, kurczę, włożyć w ten zakład. No i ponoć się w końcu okazało, że nie opłaci się. No i jak wiele zakładów w kraju rozpieprzyli. Szkoda, że to padło. Tu miało mnóstwo ludzi zatrudnienie. […] Człowiek mógł wejść, przejść wzdłuż i wszerz i patrzył, jak to wszystko ruina się robi. Nie wiem, czy ktoś coś zyskał na tym czy stracił… Czy kraj stracił taki zakład produkcyjny, czy się nie opłaciło… To już mądrzejsi myślą, jak to wszystko poukładać. […]

– Ktoś kogoś kupił i sprzedał. Ursus konał od ’89 roku.

– Bo ja wiem, jak to się stało? Przecież walczył o to i pan Wrzodak, i pan Bujak, i ci wszyscy… […]

– […] Niepotrzebnie weszli w Fergusona. Licencjodawca kupił zakłady po to, żeby zniszczyć. Bo on opanował rynek światowy, a ciągniki ursuskie były za dobre, proste w konstrukcji. Przecież rynek Ursusa obejmował dość szeroki świat. I to były nie do zajeżdżenia, nie do zdarcia ciągniki. A Ferguson konkurencję musiał zdusić. Dlatego padły zakłady. […]

– Mieszkałem w Niemczech, to Niemcy szczycili się, że mnie znają, bo ja jestem pracownikiem Ursusa. Oni mieli traktory z Ursusa! Wierzyć się nie chce. Wypucowane, wychuchane, wydmuchane – znane na całą Europę Zachodnią były! Narody pracują, żeby markę wypromować jakąś, tak jak Rolls-Royce czy Bentley. Jest nie do pomyślenia, żeby taka firma padła w Niemczech. Oni powiedzieli: gdyby padł Mercedes, to jest koniec niemieckiego państwa. Bo kościec państwa przetrącony jest. Tam pracowały pokolenia na to, żeby to wypromować. A myśmy wykończyli, i to polskimi rękoma […]. To była kuźnia kadr, zaawansowania technicznego, Pozbyliśmy się takiego miejsca, które kształciło ludzi; robiło z prostych, zwykłych ludzi fachowców; uczyli myśleć, zachowywać się nowocześnie. Wszystko diabli wzięli.

Wszystkie zdjęcia autorstwa Macieja Komorowskiego

Zobacz także:
Jaśmina Wójcik: Nikt nie słucha ludzi z Ursusa [rozmowa]

 

**Dziennik Opinii nr 121/2015 (905)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.