Czytaj dalej, Historia

Nad włókniarkami nikt nie zapłakał

aleja włókniarek-kadr

„Stoczniowcy czy inni dostawali duże odprawy, kiedy były likwidowane ich zakłady. My – nic”. Fragment książki „Aleja Włókniarek”.

Polska Kronika Filmowa z 1990 roku. Leszek Balcerowicz na mównicy sejmowej. Okrągłe okulary w drucianej oprawie w stylu z przełomu dekad, dziś takie znów wracają do mody. Szeroko rozstawione ręce oparte na mównicy, pewna siebie postawa i intonacja głosu:

Nasza propozycja to gospodarka oparta na mechanizmach rynkowych o strukturze własnościowej występującej w krajach wysoko rozwiniętych, otwarta na świat. Gospodarka, której reguły są dla wszystkich jasne. Liczą się umiejętności, wiedza, talent, sprawne ręce, chęć do pracy. Trzeba zerwać z fałszywą grą, w której ludzie udają, że pracują, a państwo udaje, że płaci.

Zatem te wszystkie żylaki, krwawienia, spuchnięte nogi, zniszczone ręce… to wszystko tylko fałszywa gra?

Mazowiecki: Program wywoła w gospodarce wstrząs – silny, zamierzony i w zasadzie przewidziany.

Tkaczka: Wybudowaliśmy przedsiębiorstwo, tyle lat inwestowania było i tymczasem wszystko… Co, teraz zamknąć czy minę podłożyć? Dlaczego ktoś stwierdził, że tu już nic nie można zrobić? Czy już jesteśmy aż tak nieudolni wszyscy?

16 maja 1990 roku w samo południe zawyły fabryczne syreny we wszystkich zakładach przemysłu lekkiego. Przy bramach powiewały flagi związkowe i państwowe. Na portierniach listy postulatów: racjonalnego zatrudnienia, zahamowania masowych zwolnień, zapewnienia pracownikom godziwych wynagrodzeń, utrzymania świadczeń socjalnych. Protest zorganizowany przez Krajową Radę Federacji NSZZ Przemysłu Lekkiego. Strajki tliły się wtedy w całej Polsce. (…)

*
Z Alicją rozmawiam w jej domu w Rzgowie. Smutnieje nagle, kiedy pytam o transformację, wcześniej jej opowieść o pierwszym powojennym pokoleniu była dość pogodna. Lubiła swoją pracę w dziale technologii opracowania produktu.

– Było to, powiem, bolesne dla nas, pracowników. Liczyłyśmy na to, że kiedy nastąpią te zmiany systemowe, ustrojowe, prywatyzacja będzie polegała na tym, że my, pracownicy danego zakładu, będziemy wykupywać akcje. Tyle, na ile kogo będzie stać, i po prostu my będziemy mieć przedstawicieli w radzie pracowniczej i dyrekcja będzie zarządzała, prowadziła. Że będziemy udziałowcami naszej fabryki. Tak się nie stało. Dostaliśmy niby wcześniejsze emerytury, ale to było pójście na bezrobocie, a potem na zasiłek przedemerytalny. A te maszyny, to wszystko, potem likwidator przyszedł, wszystko…

– Sprzedał – wtrąca mąż Alicji Janusz, dotąd zupełnie milczący. – Pieniądze w kieszeń wziął i po zakładzie.

– Sprzedał. Likwidator przyszedł i wszystko zostało wyprzedane, fabryczka została sprowadzona do murów. Wygaszali stopniowo. W pierwszym rzędzie kobiety, które miały trzydzieści lat stażu pracy, mogły przejść na zasiłek przedemerytalny i czekać do czasu emerytalnego, żeby przejść na emeryturę. Ja tak właśnie. Na tym przedemerytalnym to były tak kiepskie pieniądze… to było 600 złotych.

– 615 złotych – poprawia Janusz.

– Było bardzo ciężko. Teraz wszyscy ubolewają, że stoczniowcy, że górnicy, rozumiem tych ludzi doskonale. Ale nad włókniarkami, włókniarzami nikt nie zapłakał.

– Całe miasto padło – mówi mąż.

– Całe miasto padło – powtarza Alicja. – My byliśmy małżeństwem z jednej branży. U mnie wcześniej, u męża za dwa, trzy lata później to samo się stało. I czekaliśmy do emerytury, to były bardzo ciężkie czasy. Stoczniowcy czy inni dostawali duże odprawy, kiedy były likwidowane ich zakłady. My – nic. Po prostu. (…)

Luty ’71 – pamiętajmy o łódzkich włókniarkach

*
Zofia: Później, jak zaczęło upadać… Dlatego zabrano nam przecież „szkodliwe” za czasów Suchockiej. Żadna nie ma. A w takim pyle się pracowało. Jak górnicy. Do emerytury był dodatek, do pensji było 20 procent premii. Ale „szkodliwe” nam zabrano. Nawet kiedyś mieliśmy wizytę górników na przędzalni u nas, to powiedzieli, że pod ziemią może mniej bezpiecznie, ale zapylenie to tak samo. Tylko że my mamy biały pył, a oni mieli czarny pył. Ta różnica, między białym a czarnym pyłem. „Szkodliwe” niby zostało pierwszej kategorii. Ale pozostało tylko uznane jako „szkodliwe”, dodatku finansowego nie zostawiono. Wszystkim, którzy mieli pierwszą grupę we włókiennictwie, dodatek zabrano. Górnikom nie zabrano. Nam zabrano. (…)

*
Paweł Smoleński pisze dla „Gazety Wyborczej” w 1992 roku:

Wychodzę z tkalni, gdzie na 500 pracuje kilka krosien. Oglądam przędzalnię – pięć pięter ogromnego budynku – gdzie zamiast ogłuszającego hałasu słychać stukot butów o metalowe schody. Nie wiem, co gorsze: hałas czy cisza. Wchodzę do wykańczalni; pod ścianami puste wózki, pracuje jedna maszyna. Wszędzie ogromne, metalowe szpule, na które kiedyś nawijano bawełnę. Między halami pusto. Przede mną brama, którą prządki po raz ostatni wyjdą z Poltexu. Wyniosą ze sobą stare, drewniane czółenka (starsza włókniarka powiedziała przez łzy: „Pierwszy raz w życiu na fabryce coś ukradłam”). Na pamiątkę.

*
„Co czuje człowiek, kiedy traci pracę?” – spytała reportażystka Helena Boguszewska łódzką włókniarkę w 1930 roku. W latach dziewięćdziesiątych były już na ten temat badania socjologiczne. W roku 1992 na ankietowe pytanie „Jak Pani określiłaby sytuację życiową, w jakiej obecnie się znajduje?” 90,3 procent respondentów stwierdziło, że ma poczucie zagrożenia i obawia się bliższej i dalszej przyszłości. W samej Łodzi w pierwszym badaniu poczucie zagrożenia deklarowało 85,8 procent, w drugim – 92,5 procent. W czasie sześciu miesięcy liczba osób deklarujących poczucie zagrożenia wzrosła o 6,5 procent. Bezrobocie rejestrowane w regionie łódzkim sięgnęło, a potem przekroczyło 100 000 osób.

(…)
*
25 lutego 1993 roku w Łodzi rozpoczął się strajk generalny. Lektor Polskiej Kroniki Filmowej (kronika będzie produkowana jeszcze tylko przez kolejny rok) donosił spokojnym głosem z perfekcyjną dykcją:

Łódź zastrajkowała, bo rząd nie dotrzymał terminu mianowania pełnomocnika do restrukturyzacji gospodarki. O własnych siłach miasto nie zdoła odnaleźć perspektywy w nowej rzeczywistości ekonomicznej. Więcej jest na razie ofiar niż zwycięzców wolnorynkowej gry sił.

Na ekranie puste hale, milczące maszyny, nieruchome zwoje niedoprzędu. W tle łamiący się płaczem głos kobiety: „Na trzy zmiany, proszę pani. I co teraz mam?”.

*
Ewa: Pierwsza to był zakład wielopokoleniowy. Po prostu z pokolenia na pokolenie ludzie szli. Bo mój tata pracował na przykład na dziewiarni jako dziewiarz, moja babcia pracowała na oddziale szwalni, była majstrową, ja pracowałam. Mojego męża na przykład rodzina cała jest z Pierwszej, wszyscy pracowali w tym zakładzie, moja teściowa, mój teść, mojego męża siostra, mój mąż i ja. Cała rodzina w Pierwszej. Jak się to zaczęło chylić ku upadłości, jak zaczęło padać włókiennictwo, to było straszne dla niektórych rodzin, bo praktycznie wszyscy tracili pracę. Jak u nas zaczęły się redukcje i na przykład został zwolniony mąż i żona. Tak. Oboje tracili pracę. Dzieci były, a tu no, wszyscy idą na bruk. Ogromne bezrobocie, rejestracje w urzędach pracy, oczekiwanie na pracę i nic nie było, nie było co znaleźć. To były straszne czasy…

(…)

*
Ewa: Sporządzałam protokoły ze wszystkich zebrań, więc byłam blisko dyrektora, z Radą Zakładową i związkami. W zakładzie było jeszcze OPZZ, czyli Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, no i nasze związki, czyli Solidarność. Mieliśmy spotkania w sprawie naprawy sytuacji w przedsiębiorstwie, co się jeszcze da zrobić. I na przykład jedna pani z Rady Zakładowej zaproponowała, czy jest taka możliwość, że ona może zrezygnować z pensji. No ale ludzie zaczęli się burzyć – nie zrezygnujemy z pensji, bo mamy rodziny i wszyscy musimy zarabiać, nie da się zrezygnować.

Dyrekcja miała bardzo wywindowane pensje w porównaniu z nami, bardzo. Było czterech dyrektorów i była główna księgowa jako piąta osoba z bardzo wysoką pensją. Naczelny dyrektor miał bardzo dużo pieniędzy, zastępcy i ona. A my no to… Ja zarabiałam w tamtych czasach mniej więcej tak, jak teraz jest najniższa krajowa. Tak że były ogromne, kolosalne różnice. Nawet na jednym zebraniu kiedyś, kiedy już sytuacja była kiepska w zakładzie, padło pytanie ze strony jednego z kierowców, bo to transport poprosił wtedy o spotkanie: „Dyrektorze, a może pan by zrezygnował trochę z tej wielkiej, wysokiej pensji? W sytuacji kiedy się walimy, kiedy chylimy się ku upadkowi, może pan zechce? No, wy wszyscy, jako wasza cała piątka, gdybyście sobie pozdejmowali trochę z tej pensji na wniosek Rady Zakładowej? To wtedy no… może by było lepiej?”. A dyrektor odpowiedział na to: „O nie, kochany, my nie mamy takich samych żołądków”.
*
Ilona patrzy przez chwilę przez okno przydziałowego mieszkania, którego nie doczekała jej matka. Mieszkanie jest niewielkie, położone dość wysoko. Za oknem widać sąsiednie jasne bloki na tle bezchmurnego nieba.

Ilona: Kiedyś pomyślałam, że może dobrze, że mama nie dożyła tych zmian. Ona by się załamała. Mój teść dotrwał. Był zgorzkniały, był rozczarowany i miał poczucie przegranej. Zdarzało mu się przeklinać i Wałęsę, i papieża. Oni mieli poczucie zmarnowania swojego życia i zmarnowania tej całej pracy, tego majątku. Teść był majstrem, był czynnym pracownikiem Polmerino do końca, czyli do 1996 roku. Wtedy odszedł na emeryturę. Przepracował w tym zakładzie czterdzieści cztery lata. Przyszedł do niego żegnać go jego dyrektor, to dla niego też była nobilitacja. Wtedy, jeszcze przed upadkiem, zakłady sprywatyzowały się i była to spółka akcyjna. Pracownicy dostali akcje. Ilość akcji zależała od stażu pracy w danym zakładzie, a ponieważ on pracował czterdzieści cztery lata, dostał więcej akcji niż dyrektor. Był tak zadowolony, że przyszedł do nas w nocy, prosto z tymi akcjami, taki dumny. Położył je i mówi: „Ja mam najwięcej w całym zakładzie. Jak będę mógł to spieniężyć, to ja wam samochód kupię”. Był taki dumny. Mówił: „Zobaczcie, docenili mnie i mam najwięcej akcji ze wszystkich”.

Rok po tym ogłoszono upadłość i wszedł syndyk. Jak mój mąż poszedł z tym akcjami do syndyka, to on powiedział: no proszę pana, ta akcja na razie nic nie jest warta, bo nie weszliśmy na giełdę. A będzie warta, jeżeli ktokolwiek kupi to w całości. Jeżeli ktoś kupi to od syndyka w całości, to wy macie szanse dostać pieniądze. Oczywiście nikt nie dostał z tego żadnych pieniędzy, a mój teść dostał udaru z tego powodu.

Mąż Ilony, Dariusz, dodaje:

Bon uwłaszczeniowy od Wałęsy! To było śmieszne 200 złotych. Ci ludzie ten majątek tworzyli, pracowali. Co dostali za to? Guzik dostali. Po 200 złotych, a znów grupa cwaniaczków skupowała to za 250 i każdy to oddawał, bo nie wiadomo, czy to będzie miało jakąś wartość. Ci ludzie nie byli przystosowani, że powstanie jakiś tam rynek, że będą akcje…

*
Wiesia: Moja mama pracowała w Próchniku. Jak Próchnik był prywatyzowany, była już na emeryturze, nie dostała możliwości wykupienia akcji. Były takie rzeczy… nie wiem… słyszałam, że specjalnie zatrudniano tam jakieś osoby po to, żeby mogły wykupić akcje. Potem ktoś te akcje skupował od pracowników i stawał się właścicielem, bo miał większość akcji. Może to się tak odbywało.

Na chwilę przerywa, bo na Piotrkowskiej zaczęli grać łódzki hejnał, Prząśniczkę.

Strasznie trudno było. Ludzie niechętnie mówią o tym, jak leżeli na łopatkach. Był taki moment, że ja też leżałam na łopatkach, bo razem z całym włókiennictwem traciłam pracę. Waliła się też moja szkoła. Technikum, które miało tradycje włókiennicze od czasów Poznańskich i Scheiblerów.

M.M.: Nie było żadnego systemowego wsparcia?

Wiesia: Nigdy. Nigdy. Nic. Nawet złotówki. Od momentu utworzenia Łodzi byliśmy uzależnieni od rynku wschodniego. Rosja brała wszystko. I tak było do czasu, kiedy odcięliśmy się od rosyjskiego rynku… Przewidzieć to się na pewno dało, tylko nikt tutaj ręki nie wyciągnął. Przędzalnie i tkalnie właściwie musiały paść. Maszyny najłatwiej wymienić na dziewiarni, bo jest najmniej procesów i przygotowywania, a maszyny dziewiarskie są najmniejsze. To było do uratowania. Lata zaniedbań i układ geopolityczny spowodował, że z Łodzią stało się tak, jak stało. Jedyna wina polegała na tym, że nikt nie pomógł.

Fabryka Sensów Osobistych przywraca społeczną historię FSO

*
Alicja: Sprzęt mieliśmy już wtedy nowoczesny. Wcześniej tak było ustalone, że pensje są niewysokie, bo musimy park maszynowy unowocześnić. Jak unowocześniliśmy park maszynowy, to potem został wyprzedany. Różna ta wyprzedaż była. Maszyny rozeszły się po piwniczkach. Ta fabryka nasza funkcjonowała w piwniczkach poszczególnych ludzi, kupowali te maszyny, a że zakład był już w upadłości, to ta wycena była, jaka była…

*
G.: Pokupowali to wszystko prywaciarze, a cały park maszynowy poszedł w cholerę. Nowy park maszynowy. Ja to winuję w ogóle tą Solidarność. Przecież oni mogli to zrobić, ale stopniowo. Ale nie, całą Łódź puścili z kwitkiem. Ludzie bez roboty, bez niczego. Przecież tu był straszny rozruch u nas w Łodzi.

A później to wszystko nam polikwidowali. Jeszcze Suchocka nam zabrała to „szkodliwe”. My nie mamy liczonego „szkodliwego” do emerytury. A przecież to było szkodliwe. I tym bardziej że na trzy zmiany żeśmy pracowali. Przecież tkalnia to w pierwszej grupie się mieściła. Ale zabrali nam.

*
Nie było już feudalnych panów ani fabrykantów, nie było już partii. Mury starych fabrycznych olbrzymów stopniowo ogarniało milczenie. Ani gwaru głosów, ani mechanicznego grzmotu. Ani ruchu, który wcześniej ustawał tylko wobec wojen, strajków i rewolucji. Hale pustoszały, maszyny znikały. Teraz wszyscy zaczęli mówić o „wyborze zawodu”, „realizowaniu potencjałów”, „samorozwoju” czy „samorealizacji”. Chociaż dla byłych robotnic pierwszym kluczowym hasłem w nowej rzeczywistości miało okazać się „przekwalifikowanie”.

*
– Mamy wspaniałe panny, nie będziesz rozczarowany. – Zanim zdążyłem wyjaśnić cel telefonu, rozmówczyni poinformowała jeszcze, że agencja dysponuje także panami, którzy „czule zajmą się klientem innej orientacji”, i że godzina przyjemności kosztuje tylko milion.
– Czy pracują u mnie byłe włókniarki? – Zaśmiała się. – Prawie wszystkie to włókniarki. Jeśli się zgodzą, może pan z nimi rozmawiać do woli. Chyba że będą zajęte…

Tak sprawozdawał Wojciech Górecki w reportażu z 1993 roku. I dalej:

W kolorowych magazynach erotycznych Łódź przedstawiana jest jako centrum seks-rozrywki. Nie ma w tym przesady. Policjanci twierdzą, że jeśli rzucić kamieniem w dowolną stronę, na pewno trafi się w jakąś agencję towarzyską, salon masażu, klub erotyczny […]. Więcej tego typu przybytków jest ponoć tylko w Poznaniu. Jaki ma to związek z bezrobociem, które osiągnęło już sto sześć tysięcy?

*
Zofia miała uszkodzony kręgosłup. Kiedy wróciła z chorobowego, dostała wymówienie. Za „chorowalność”. Mogła się odwołać, ale nie miała siły wracać do pracy na przędzalni.

Zofia: Zaryzykowałam na bezrobociu, pożyczkę wzięłam, kupiłam sobie overlock, stebnówkę przemysłową używaną i zaczęłam kombinować. Nielegalnie, bo nielegalnie. Skoro dostawałam 400 złotych zasiłku, tak jak każdy bezrobotny, to coś trzeba było zrobić.

M.M.: A legalnie to by się…

Zofia: Prywaciarz mnie nie chciał zarejestrować, tylko chciał po cichu. To jaką miałam perspektywę? Przywoził dzisiaj ileś tam sztuk do uszycia. Każda wiedziała, że tyle i tyle może uszyć, w dzień, dwa, trzy. Mówił, że przyjedzie za dwa dni, weźmie, co będzie uszyte. Za każdym razem jak przyjeżdżał, to wypłacał od uszytej sztuki. Bywało tak, że nie znałam tego, co przywoził, nie wiedziałam, gdzie on mieszka ani jak się nazywa. Ktoś przez kogoś powiedział. Przyjeżdżał – chcesz, szyj, rób. Inaczej nie ma zlecenia. On zabierał szmatki i albo wracał, albo też tak bywało, że nie przyjechał już więcej. Do widzenia. Nic nie było pewne.

M.M.: Trochę szemrane to wszystko.

Zofia: Bardzo szemrane.

M.M.: Ale szwalnie ponoć rejestrowały się w urzędach pracy i niektórzy mówili wtedy: jest praca, tylko te kobiety nie chcą przychodzić i pracować.

Zofia: To było różnie. Dużo było cwaniactwa, tych właścicieli szwalni. Przyszła pracownica – okres próbny. Pani przyjdzie. Pani porobiła dzień, dwa, trzy, podziękował, zapłacił albo nie. Bo robota poszła na straty, to tamto, nie było zapłacone. Było tak, że potrzymał tydzień. Żeby nie płacić podatku. Kiedyś do tygodnia nie trzeba było rejestrować. Porobiła, nie miał świeżego zamówienia, to mówił „dziękuję”, bo był pewien, że zaraz przyjdzie następna.

M.M.: Kobiety wolały w domu robić?

Zofia: No tak, jak któraś miała małe dzieci… Jak umiała, była bardziej zaradna, że kupiła maszynę, pożyczkę wzięła czy rodzina pomogła. I szyła w domu, miała jakiś tam kąt, który mogła wygospodarować. To i dzieci dopilnowała. Ale kosztem czego – wiecznego bałaganu w domu. Wiecznie niedospana. Bo chałupniczka pracowała tak: prywaciarz przywoził i mówił: ja bym to wszystko chciał na jutro. Dwadzieścia cztery godziny na dobę można było pracować. Niejedna szwaczka siedziała do północy, do pierwszej, przespała się dwie, trzy godziny i znów szyła od czwartej rano. Prywaciarz przyjechał, odebrał, mówił: na razie nie mam nic, jak będzie, to przywiozę. I było dwa, trzy dni przerwy. To była taka nigdy niepewna praca. Jak miał zamówienie, to wszystko potrzebne było na wczoraj. Jeszcze jak był dobry prywaciarz, to czasem za te „na wczoraj” jakieś tam parę groszy dodatkowe dał. To i w niedzielę trzeba było nieraz, bo zamówienie na poniedziałek. Jak był dobry, że się szło układać z nim, to człowiek szył w niedzielę. Jak byłaś dyspozycyjna, to zawsze miałaś zlecenia. Mało, ale miałaś. Ale jak się powiedziało: nie, bo ja chcę mieć wolne, nie będę szyła, to nie byłoby stale pracy. To były… Rządy rynku. Chociaż ja współczuję tym ludziom, co prowadzili ten interes wtedy. Oni byli bardzo zmęczeni. W dzień rozwozili po szwaczkach, pod wieczór zbierali. Coś się zdrzemnęli, godzinę, dwie, i jechali na Głuchów.

M.M.: Szwaczki też były wiecznie zmęczone.

Zofia: To był taki kołchoz.

Tu mówi Ursus

czytaj także

Tu mówi Ursus

Głosy zebrała Jaśmina Wójcik

*
Ewa: Przez rok pobierałam zasiłek. Później chciałam znaleźć jakąś pracę. No ale niestety nic, kompletnie nic. No bo przecież podałam w urzędzie wykształcenie włókiennicze, doradca zagląda w tę kartę i mówi: przecież ja w zawodzie nic pani nie zaproponuję. Zaczęłam szukać na własną rękę, ale posypało mi się zdrowie – komputer odpadał, bo wzrok. Chciałam do pracy do marketu na kasę, ale jak mnie zbadał okulista, powiedział, że nie ma mowy.

No i ja do dzisiejszego dnia, od czternastu lat, jestem sprzątaczką. Co dla mnie jest… Ja wiem, że żadna praca nie hańbi, to nie to, że to było jakieś uwłaczające mojej godności, bo ja nie jestem królową angielską, prawda? Ale po tym, jak kochałam swoją pracę, musiałam się przestawić na coś, czego nienawidziłam wręcz. Jak poszłam do tego sprzątania, to tak: umowa-zlecenie albo na czarno. Nie można zachorować, nie można iść na zwolnienie. Ja miałam dwa udary i nie byłam na zwolnieniu. Ja nawet w szpitalu nie byłam. Musiałam odmówić przyjęcia zwolnienia. Straciłabym pracę no i… A gdybym nawet poszła i pracę bym zachowała, no to przecież mi nie zapłacą. No bo zlecenie…

Chcę być człowiekiem, a nie tylko maszyną do pracy

*
Grażyna: To trzeba było naprawdę mieć silny charakter i wolę, i jeszcze być jako takim młodszym. Po pięćdziesiątce już nie każdy miał siłę do tego, żeby od nowa… Wszystkich, co się dało, wypchnęli na wcześniejsze emerytury. A inni to różnie to bywało. Albo wyjechali, albo zakładali firmy, a jak nie dali sobie rady, to po prostu… wieszali się…

(…)

*

Zostaję zaproszona do debaty pod tytułem „Czy Łódź historycznie straciła, czy zyskała na upadku przemysłu włókienniczego?”. Prowadzący dziennikarz robi zamaszysty wstęp o tym, że znajdujemy się w miejscu łączącym przeszłość i teraźniejszość. Siedzimy w sali jadalnej pałacu Poznańskiego, wydaje mi się, że w tej samej, w której kręcono słynną scenę rozpasanej uczty fabrykantów w Ziemi obiecanej Wajdy. Od 1975 roku w pałacu znajduje się Muzeum Miasta Łodzi . Każdy przejeżdżający w pobliżu tramwaj wprawia salę w lekkie drżenie, podzwaniają szklane paciorki żyrandoli. Obok mnie Związek Pracodawców Tekstylnych i ludzie od mody, naprzeciwko Hanna Zdanowska, pierwsza w historii kobieta na stanowisku prezydenta miasta Łodzi. Orientuję się, że zostałam zaproszona jako reprezentantka włókniarek, bo chyba żadnej z nich nie ma na sali. „To wszystko niezwykle ciekawe, co pani mówi – słyszę potem w kuluarach od »tekstylnych« – Bardzo, bardzo dobrze, że się tym pani zajmuje. Ale nie mieszajmy spraw społecznych z biznesem”.

*
Fragmenty książki Marty Madejskiej Aleja Włókniarek, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne.

***
aleja-wlokniarekMarta Madejska (ur. 1987) – z wykształcenia kulturoznawczyni, z zawodu asystentka muzealna, z pasji pisarka i dziennikarka. Od 2010 roku związana ze Stowarzyszeniem Topografie, w którym zajmuje się głównie projektami dotyczącymi historii mówionej. Od 2017 roku zastępczyni redaktor naczelnej Łódzkiej Gazety Społecznej „Miasto Ł”. Pracuje w Centrum Muzeologicznym Muzeum Sztuki w Łodzi.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.