Historia

Jacusiu! Oczywiście trzymamy się dziarsko [listy Gajki i Jacka Kuroniów]

Ja to świetnie znoszę i nie jest mi ani źle, ani smutno.

Wiosną 1964 Jacek Kuroń, Karol Modzelewski i kilku ich kolegów zaczęli pracować nad programem, w którym opisali dominację „centralnej politycznej biurokracji”, czyli aparatu PZPR, nad całym społeczeństwem, przede wszystkim nad klasą robotniczą. Dowodzili, że nieuniknione wobec postępujących problemów ekonomicznych napięcie musi doprowadzić do rewolucji i obalenia rządów biurokracji. Projektowali wizję nowego systemu – rad robotniczych budowanych od szczebla zakładu aż po szczebel państwowy, wolności dyskusji, wielopartyjności (by dyktatura nie mogła powrócić), powszechnych rządów ludu. Jesienią 1964 Kuroń i Modzelewski przygotowali powielenie broszury przeznaczonej do tajnego kolportażu.

14 listopada zostali zatrzymani przez Służbę Bezpieczeństwa (SB).  Władze nie chciały jednak procesu znanych działaczy młodzieżowych. Poprzestano na wyrzuceniu ich z partii i z pracy, zmontowano na UW akcję potępienia ich poglądów. Wówczas odpowiedzieli Listem otwartym do partii, który 18 marca 1965 zanieśli na uniwersytet. Nazajutrz zostali aresztowani, a w lipcu odbył się ich proces. Nierelacjonowany przez media, ale odbijający się silnym echem na uniwersytecie proces Kuronia i Modzelewskiego był pierwszym od lat prawdziwym procesem politycznym. Oskarżeni twardo bronili swych poglądów, nie wyrazili skruchy. Modzelewski dostał wyrok 3,5 roku, Kuroń 3 lat więzienia.

Ze wstępu prof. Andrzeja Friszke

***
21 marca 1965 [Warszawa] (1)

Maleńka,
No więc pierwszy list. Jest 21 marca, niedziela – tutaj dzień pisania listów.

Jak tu jest? No trudno powiedzieć, że dobrze, ale w każdym razie można żyć. Jem (na koszt państwa), śpię (w państwowej pościeli), palę (sąsiedzi z celi mają papierosy), no i oczywiście prowadzę bardzo miłe konwersacje z funkcjonariuszami państwowymi. Traktujmy tę historię jako mój urlop. Żałuję tylko, że nie zdążyłem Ci powiedzieć, jak bardzo Ciebie kocham i jak bardzo się cieszę, że jesteśmy razem.

W tej chwili najtrudniej jest Tobie, ale wiem, że jesteś pogodna i dajesz sobie radę. To wszystko, czego nie zdążyłem Ci powiedzieć przed wyjazdem, powiem po powrocie, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że kiedy znów będziemy razem, po pewnym czasie przyzwyczaję się i znów nie będę Ci mówić tego tak często, jak powinienem, czy raczej jak bym teraz chciał.

Może powiesz Maćkowi (2), że jestem w wojsku, on zresztą pewnie wcale się nie zdziwił, że taty nie ma. Obiecuję, że po powrocie opowiem mu długą i bardzo ciekawą historię o dalekich podróżach. […]

Nie wątpię, że niedługo wrócę […]. Tyle jest tego, co chciałbym Ci powiedzieć o tym, co myślę i co czuję – bo przecież wiesz, że jesteś moją siłą, nadzieją, wszystkim. Ale chciałbym mówić tylko do Ciebie i dlatego kończę. Jeszcze raz Ci powtarzam, że czuję się naprawdę dobrze i wśród licznych kłopotów, które masz, o mnie możesz być całkiem spokojna.

Całuję Ciebie, a Ty pocałuj Maćka i ojca. Ojca poproś, żeby się nie denerwował, ja sobie tu odpocznę – wrócę i na pewno szybko zrobię doktorat. 

Poza tym uściśnij wszystkich i każdemu powiedz, że go pozdrawiam z osobna. Aha – co dzień pół godziny się gimnastykuję.

Ściskam. Pa
Jacek

PS Poproś de Viriona (3), aby załatwił bon na paczkę i wyślij szczotkę do zębów i pastę oraz kapcie, chustkę do nosa i skarpety.

***

23 marca 1965 [Warszawa]

Jacusiu!
Oczywiście wszystko jest w porządku. Żyjemy zdrowi i cali. Jeśli przez moment pomyślisz, że jest inaczej, to należy Ci się pranie. To pismo musi być oficjalne i dlatego nie wiem zupełnie, co pisać, a chciałoby się pisać dużo.

Proszę Cię, oszczędzaj siły i myśli na lepszą przyszłość. Bądź zdrów. Chyba będzie lepiej. Wyślij talon na paczkę żywnościową. Ile paczek dziennie spalasz?

Grażyna, Maciek i rodzice

***

[28 marca 1965] [Warszawa]

Słoneczko,
Następna niedziela – druga i drugi list. Moi współaresztanci zapewniają, że list idzie trzy tygodnie, więc czas Twego czytania od czasu mego pisania jest dość odległy.

1 kwietnia wyślę Ci bon na paczkę, tak że ten bon wyprzedzi chyba obydwa listy. Bardzo czekam na list od Ciebie, ale nie wiem, kiedy Ty dostałaś mój adres i szybko się go nie spodziewam. Ty pewnie się martwisz o mnie, ale – bardzo, bardzo Cię proszę – uwierz mi: samopoczucie mam bardzo dobre. Tutaj cała sztuka polega na tym, aby żyć czasem teraźniejszym […]. Jak dotąd udaje mi się to znacznie lepiej niż moim współwięźniom.

Bardzo dużo czytam. Odkryłem tu takiego hiszpańskiego Sienkiewicza – nazywa się [Benito] Pérez Galdós. Czytam jego trylogię poświęconą wojnie napoleońskiej (4) – pasjonujące.

W absolutnym spokoju ducha przeszkadza mi troska o Ciebie – jak sobie dajesz radę w sprawach finansowych, no i czy Mak nie zabiera Ci za wiele czasu. Niestety, psiakrew, ja Ci nic nie mogę pomóc! Tylko pocieszam się, jak umiem, że sobie dasz radę.

Strasznie Ci dziękuję za przesyłkę – teraz mogę już zgodnie z Twoimi poleceniami myć dwa razy dziennie zęby (gimnastykę na Twoją cześć wciąż odprawiam). Ale ta przesyłka to było coś więcej niż pasta, kapcie, papierosy i tak dalej. To przecież były przedmioty, których dotykałaś, które wysłałaś do mnie. We wszystkim był kawałek Ciebie, a Twoje istnienie, Twoja obecność bardzo mi pomogła żyć, śmiać się, być sobą.

Jest niedziela, 28 marca, godzina 13.00. Tak sobie myślę, że jesteś w tej chwili na Mokotowie, u mamy – bardzo blisko ode mnie, ale przecież nie o odległość chodzi: myślisz o mnie, ja o Tobie. Jesteśmy razem już osiem lat. Mam niesamowite szczęście. Sądzę jednak, że na razie musisz się starać jak najrzadziej myśleć o mnie, jak najrzadziej czekać. Kiedy się czeka, każdy dzień ciągnie się w nieskończoność. Spróbuj nie czekać, a zobaczysz – minie ten czas, nim się zdążysz obejrzeć i zadzwonię do domu, że już idę.

Trzymaj się, maleńka, to niedługo potrwa – tylko Ty się trzymaj i już wszystko będzie w porządku. Będę kończył, mimo że nie wyczerpałem regulaminowo przynależnego mi miejsca (jedna kartka kancelaryjnego papieru), ale to bardzo trudno pisać list, który nie jest tylko do Ciebie.

Pa, moja maleńka.
Ty jesteś mój cały świat i wiesz o tym dobrze.
Pa, moje wszystko
Jacek

A to jest moja kartka do Maćka. Chyba już sam przeczyta:
MAK, BĄDŹ BARDZO DZIELNY. NIE PŁACZ, ALE SŁUCHAJ MAMY. NIEDŁUGO WRACAM. TATA JACEK

***

4 kwietnia 1965 [Warszawa]

Moja Ty,
Już trzeci list, a więc i trzecia niedziela. Czas, wbrew pozorom, mija. Tutaj, jak łatwo zgadnąć, nic się nie zmienia, wszystko jest wciąż takie samo za wyjątkiem książek. Ostatnio przeczytałem Krzyżowców [Zofii] Kossak–Szczuckiej – nawet niezła.

Pamiętasz, wiele lat temu umawialiśmy się, że kiedy będę w wojsku, będziemy co dzień o 22.00 spotykać się na Gwieździe Polarnej. Teraz nawet tak nie możemy się spotykać. Stąd widać bardzo niewiele gwiazd. A o 22.00 zazwyczaj już śpię. W ogóle śpię tu bardzo dużo i odsypiam wszystkie minione i przyszłe lata. Jak się okazuje, nawet obecna sytuacja ma jakieś dobre strony.

Myślę teraz bardzo dużo o odpowiedzialności. Bo przecież to absolutnie bezsensowny układ. Nigdy za nasze czyny nie odpowiadamy sami. Zawsze za nas odpowiada ktoś, kto wcale nie podejmował decyzji i nie miał żadnego wyboru.

Za moje decyzje i czyny odpowiadasz Ty sama, z Maćkiem. Kiedy pomyślę, jakie straszne kłopot i zmartwienia zwaliłem na Twoje barki… Gdyby nie ta sprawa, nie to poczucie odpowiedzialności, mógłbym powiedzieć, że jestem zadowolony z losu.

Tym niemniej zdaję sobie sprawę, że w tej chwili moje wyrzuty sumienia nie polepszają Twojej sytuacji, więc walczę ze sobą i staram się trzymać za twarz, co mi się na ogół udaje. A Ty pamiętaj, że o mnie w żadnym wypadku nie wolno Ci się martwić. Już niedługo o całej tej historii i wszystkich wnioskach, które musimy z niej wyciągnąć, porozmawiamy sobie na jakimś nocnym dalekim spacerze. Powiem Ci wtedy wszystko to, co jest we mnie, a co chciałbym mówić tylko Tobie i wciąż Tobie. Teraz, tak jak nigdy, czuję, jak bardzo jestem szczęśliwy, że jesteśmy razem, bo przecież mimo różnych przeszkód – wciąż jesteśmy razem i to jest piękne. […]

Będę kończył, jest wprawdzie jeszcze papier i czas, ale nie chcę się rozklejać – lepiej już
zagram w domino. Uściskaj wszystkich ode mnie. Trzymaj się. Pa, pa
Jacek

MACIEK! NARYSUJ MI ŁADNY OBRAZEK. CAŁUJĘ CIEBIE. TATA JACEK

***

[przed 5 kwietnia 1965] [Warszawa]

Jacusiu!
Oczywiście trzymamy się dziarsko. Spotykam się w koło z ogromną życzliwością znajomych, a to ogromnie pomaga. Niektórzy nawet martwią się bardziej niż my.

Chciałabym koniecznie wiedzieć, co Ci posłać – co w paczce żywnościowej, a co w odzieżowej. O książkach na razie nie ma mowy. Ja bardzo dużo pracuję, mam sporo propozycji chałturzenia, tak że powinniśmy przeżyć, a może nawet zarobić na kamienicę.

Maciej nie został poinformowany do tej pory o sprawie, ale na razie nie ma takiej konieczności. Dziadek bardzo serdecznie się nim zajmuje, kiedy ja nie mogę. Maciek doszedł do dużej wprawy w czytaniu i czyta nawet normalny druk gazetowy.

Ja chcę Ci powiedzieć, że strasznie tęsknię, no i czekam, kiedy się to wszystko skończy. Proszę Cię strasznie, żebyś zawsze kiedy Ci trudno i smutno, pomyślał o nas.

Całuję Cię mocno
Grażyna

***

[5 kwietnia 1965] [Warszawa]

Kochany!
To jest trzeci znak życia ode mnie. Dwa pierwsze były na kartkach pocztowych, ponieważ bałam się dużego listu, nie wiedziałam, czy w ogóle jest potrzebny. Ale dostałam Twój list pisany 21 marca i zrobił mi taką przyjemność, że przełamał wszystkie opory. Zresztą list ten przyszedł w sobotę, 3 marca, kiedy mnie nie było w domu, i otworzyła go mama. A potem kolejno wszyscy czytali i pocieszali się zbiorowo. Oprócz tego czytała go pani Natalia [Modzelewska, matka Karola] i pani [Helena] Michnikowa [matka Adama], ponieważ one jeszcze nic nie dostały, a nie mogły się powstrzymać od ciekawości.

Wysłałam Ci pieniądze. Żałuję, że tak późno, ale nie wiedziałam, że to 100 złotych, które miałeś przy sobie, musiało iść do depozytu. Te błędy wynikają z braku obycia z problematyką. No ale będę się doskonalić.

Co do mnie, to zaklinam, nic się nie martw. Zachowuję się tak, jak wtedy, kiedy wychodziłeś z domu. Niektórzy podejrzewają, że nic mnie nie wiąże z Tobą emocjonalnie.

Przecież oczywiste jest, że nie jestem sama. Wszyscy się bardzo przejmują i myślą o Tobie. Oczywiście każą Cię pozdrawiać w liście, ucałować, uściskać, życzyć i tak dalej. Na wymienianie osób nie starczyłoby tej kartki.

Sądzę, że Ty potrafisz genialnie panować nad nastrojami i ta świadomość ogromnie mi pomaga. A z siebie jestem dumna, bo – wyobraź sobie – potrafię pracować. Wygłosiłam już referat na seminarium – ten o literaturze francuskiej. Potłumaczyłam troszkę i to mam już za sobą.

Teraz biorę się za badania, wprawdzie nie te wymarzone, ale zawsze wymagające aktywności. W sumie to nie jest bardzo dużo, ale coś. Na razie bardzo dużo sypiam, bo wiosenne osłabienie daje się we znaki, a zależy mi na dobrej formie fizycznej. Jemy również bardzo dobrze. Wykupiłam obiady na cały miesiąc, a kolacje dalej są doskonałe. Maciek zresztą zjada ilości, które zdziwiłyby ludzi najmniej skłonnych do dziwienia się. On nic nie wie o więzieniu i zachowuje się bardzo normalnie. Dużo biega na podwórku, jest silny i zdrowy. Dziadek, jak zwykle, rozpieszcza go, bo sam chce się nim sporo zajmować.

Wiesz, co mnie poza wszystkim napawa optymizmem? To, że moi staruszkowie nie tragizują, nie litują się ani nie wyrzekają. Tego się bałam i niezwykle się tym cieszę.

O pieniądze się nie martw, kredyty mamy ogromne. Trzeba będzie potem zapracować i oddać, ale to już w dalekiej perspektywie.

Jacuś, Ty musisz przysłać bon, przez adwokata tego się nie załatwia. Oczywiście, jeśli to możliwe, to bądź taki miły, żebyś zasłużył na dodatkowy. Wiem, że schudniesz, ale domyślasz się, że z tego powodu nie będę płakać. Napisz, co warto posłać, na co masz ochotę. Ja w ciągu najbliższych dni wyślę następną ratę pieniędzy. Więc korzystaj, ile możesz. Podobno prasę można prenumerować poza limitem. Skorzystaj z tej możliwości.

Ten list już kończę. Teraz będę pisać bardzo często. […] Teraz Ciebie ściskam, ile sił, od siebie i od wszystkich znajomych. Jutro siądę do nowego listu.

Do zobaczenia
Grażyna

TATA, BĄDŹ ZDRÓW. MACIEK

***

10 kwietnia 1965 [Warszawa]

Mój miły!
Wczoraj minęły trzy tygodnie od czasu, kiedy Ciebie nie ma, i muszę przyznać, że minęły szybko. Wiem, że u Ciebie czas ma inny wymiar i wymaga innej techniki zabijania go, ale myślę, że radzisz sobie dobrze.

[…] Na wstępie tego listu chcę Cię poprosić o to, żebyś w przyszłej korespondencji udzielał mi instrukcji i żądał tego, co można przysłać i co Tobie będzie choć troszkę potrzebne. Musisz zajmować się troszkę takimi przyziemnymi rzeczami, to przecież ułatwia przeżycie tego czasu. I dlatego napisz, co przysłać z odzieży, czy wysłać buty (kupię), koszulę, sweter, skarpety i tak dalej.

O pieniądze się nie martw. Naprawdę, wcale nie jest źle, radzę sobie doskonale. Maćkowi kupiłam dresy i butki wiosenne, dostał od Jacusia (5) nowe spodnie i w ten sposób jest okupiony. Ja nie muszę w siebie inwestować i dlatego Ty nie możesz mieć żadnych skrupułów. Nie dostałam ciągle jeszcze talonu na paczkę żywnościową, boję się, że schudniesz bardziej, niż bym chciała. […]

Jeśli możesz postarać się o pozwolenie na papier i długopis, to też daj znać. Czy można posłać multiwitaminę? W ciągu najbliższych dni wyślę następną porcję pieniędzy (300 złotych), wiem, że dojdą późno, ale na to nie ma rady.

Jacusiu, zaklinam Ciebie – nie martw się. Ja to świetnie znoszę i nie jest mi ani źle, ani smutno. Oczywiście wolałabym być razem z Tobą, móc rozmawiać, cieszyć się, ale pamiętaj, potrafię czekać i wolę takie czekanie od każdego innego wyboru „życia”. Ja naprawdę jestem szczęśliwa. Wiem, że Ty jesteś pogodny, że nie masz do siebie żalu, i dlatego świetnie funkcjonuję.

Byłam w teatrze na sztuce Mikołaja Reja Żywot Józefa […]. Pójdę na 8 i 1/2 [Federico] Felliniego – ciekawa jestem tego filmu! Oczywiście wszystko Ci opowiem. Tylko pamiętaj, żebyś mi nie wypominał, że bez Ciebie chodzę do teatru.

Ciągle jeszcze pracy mam sporo i nie nadążam za wymaganiami, ale z tego bardzo się cieszę. Maciek jest niezwykle dzielny, kłopotów nie ma z nim wcale. Kiedyś spóźniłam się trochę i zamiast o 19.30, przyszłam do domu o 20.00. Maciek był już w mieszkaniu (przedtem biegał po podwórzu) i sam przygotowywał sobie kolację. Kiedy mnie zobaczył, powiedział: „Już dla pani wszystko przygotowane – niech pani szybko zjada”.

Ostatnio zdarzyły się dwie sytuacje, które świadczą o jego wrażliwości na problemy społeczne. Któregoś dnia, kiedy siedziałam w domu i pracowałam, a Maciek biegał, nagle zawołał pod oknem: „Idziemy do domu, to poczytasz nam książeczki”. Protestowałam, broniłam się – wszystko przez okno. W końcu Maciek wykrzyknął: „Taka jesteś, wiesz, że oni nie mają książeczek. Wiesz, że im nikt nie czyta i ty też nie chcesz”, a wszystko prawie ze łzami w oczach, no i oczywiście nie było wyjścia.

Kiedy indziej jechaliśmy tramwajem na tylnym pomoście i za szybą chłopcy czepiali się naszego wagonu, i tak jechali bardzo długo. Kiedy wysiedliśmy, Maciek zatrzymał się i prosił: „Powiedz im, żeby zeszli. Bo może ich coś zabić”.

No a ponadto toczy ze mną przeróżne uczone rozmowy. Kilka dni temu zajmował się znowu ssakami i doszedł do wniosku, że ludzie to są ssaki, ale nie wszyscy, bo panowie nie, a tylko panie. I zupełnie jak w różnych dowcipach mówił: „Pan to jest człowiek, a pani to jest ssak”. […]

Maciek coraz częściej dopytuje się o Ciebie, wie, że wyjechałeś. Ciągle powtarza, że na święta wrócisz. Sądzę, że on specjalnie tego nie odczuje i wszystko będzie w porządku. Można by opowiadać o nim godzinami, tak szybko się rozwija i jest tak żywy, że wrażeń nowych co niemiara. To jest właśnie ta cudowność czy genialność wszystkich dzieci.

Jacusiu, to jest czwarty list, będę pisała często. Chcę Ci troszkę rozjaśnić dni. Całuję Cię bardzo mocno. Pozdrawiam od wszystkich, których znasz i nie znasz, i na dziś żegnam.

Trzymaj mi się dziarsko
Grażyna

***

11 kwietnia 1965 [Warszawa]

Dzień dobry Ci, moje Słoneczko,
Jest już czwarta niedziela, a więc piszę czwarty list. W środę, 7 kwietnia, dostałem od Ciebie kartkę (wysłaną 23 marca). Tak się wzruszyłem, że o mały włos nie zacząłem płakać. Przeczytałem i zrobiło mi się lżej. Wprawdzie wiem, że niezależnie od tego, jak Wam jest naprawdę, Ty napiszesz mi, że wszystko w porządku, ale mimo to taka kartka bardzo pomaga żyć.

Pewnie myślisz, że podobnie, że jeśli piszę: „Dobrze się czuję”, to tylko po to, żeby Ciebie uspokoić. Wyobraź sobie, że wcale nie – samopoczucie mam rewelacyjne. O 16.00 jest tu apel i kolacja, od tej pory można już spać. Przez godzinę, a czasem dwie, gram w warcaby i domino, a potem kładę się i czytam. O 21.00 gaśnie światło i natychmiast usypiam. Tak, naprawdę natychmiast usypiam. Śpię twardo i zdrowo jak chyba nigdy dotąd. Budzę się wyspany i pogodny parę minut przed 6.00. Po porannej toalecie i sprzątaniu – śniadanie i znowu domino, warcaby, nauka gry w szachy i literatura. Koło 10.00 jest pół godziny spaceru, a o 12.00 obiad. Dzień mija szybko i na ogół wesoło. W celi jest bardzo czysto i sporo powietrza. Musisz przyznać, że to coś w rodzaju solidnego wypoczynku, a przecież już od bardzo dawna należał mi się wypoczynek. […]

Teraz dopiero możesz zrozumieć, dlaczego poprzednio napisałem Ci, że wszystkie złe skutki mojego postępowania spadły na Ciebie. Nie mam pojęcia, w jaki sposób Ty sobie dajesz radę – za 1000 złotych. Nie mam żadnego sposobu, żeby Ci pomóc, i właśnie ta bezsilność jest tu najgorsza. Mam prośbę: nie wysyłaj mi tu pieniędzy, obejdę się bez palenia, a w paczkach wysyłaj smalec, palmę (margarynę), boczek, cebulę. Bardzo Cię proszę, wysłuchaj mojej prośby. Zrobisz mi w ten sposób prawdziwą przyjemność. Do tej pory dawałem sobie radę bez palenia, to i w dalszym ciągu dam sobie radę. (Te 100 złotych, które wziąłem ze sobą, zostało zatrzymane, na wypadek gdybym uszkodził coś z więziennego mienia.)

Piszesz w swojej kartce: „Chyba będzie lepiej” – dziwię się, skąd ta wątpliwość. Jeśli o mnie chodzi, to wiem, że prędzej czy później będziemy razem, a to jest tak wiele, że nic więcej już nie potrzebuję. Ta rozłąka była potrzebna właśnie po to, żebym sobie uświadomił, jak wiele dla mnie znaczysz. Wszystko to opowiem Ci już niedługo na bardzo długim nocnym spacerze.

Pa, moja maleńka Dziewczynko.
Pozdrów wszystkich w moim imieniu
Jacek

MACIEK! MUSISZ BYĆ DZIELNY I POMAGAĆ MAMIE. TATA JACEK

***

18 kwietnia 1965 [Warszawa]

Gaiś!
Piszę już piąty list, a więc jest piąta niedziela – Wielkanoc. U wszystkich ludów jest to święto wiosny, tym razem jednak trudno nam się cieszyć, bo chyba tę wiosnę spędzimy rozdzieleni. Paradoks, przecież właśnie w tej chwili, a jest chyba 11.00, Ty jesteś dosłownie o parę kroków stąd…

Myślałem sporo na temat naszego (Twojego i mojego) życia i doszedłem do bardzo dziwnych wniosków. Mianowicie sądzę, że tak, jak jest, to jest bardzo dobrze. Pomyśl – mijają lata, już osiem, a to, co było między nami, jest coraz większe, silniejsze, piękniejsze.

Chyba możemy powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi. Nieczęsto spotyka się w życiu takie szczęście. Nie myśl, że to nasze szczęście wiąże się z rozstaniami i dlatego więzienie traktuję jako coś pozytywnego. Sądzę, że wartość tego, co jest między dwojgiem ludzi, zależy od treści ich życia. Im ciaśniejsze mają horyzonty, im mniejsze cele sobie stawiają, tym mniejsze i mniej trwałe jest to, co ich łączy. To wielki los na loterii codzienności, że spotkałem takiego człowieka jak Ty i że idziemy razem – jestem cholernie szczęśliwy!

Nie traktuj tego stwierdzenia jak pusty slogan – naprawdę czuję, jak rozpiera mnie wielka radość, że jesteś, że prędzej czy później wrócę do Ciebie, że będziemy razem – nic więcej nie potrzebuję od życia. Aż moi koledzy w celi (czy jak tu się mówi: „pod celą”), dziwią się, czemu jestem taki pogodny i zadowolony.

W Wielki Czwartek dostałem od Ciebie paczkę, wiesz chyba, jak się cieszyłem i wiesz, że to nie z powodu zawartości. We wszystkim, co przysłałaś, była część Twojej troski, czułem to i było mi bardzo dobrze, choć trochę łzawo. Niepotrzebnie tylko załączyłaś jakąś kartkę, bo i tak została zatrzymana. Oprócz paczki dostałem wypiskę (6), a więc przysłałaś pieniądze i to prawdopodobnie ponad 200 złotych, bo wiem, że wystarczy mi na jeszcze jedną wypiskę (pierwszą w maju).

Chciałbym jeszcze raz powtórzyć prośbę, wielką prośbę. Nie potrafię Ci pomóc, więc pozwól, że nie będę utrudniał – nie wysyłaj więcej pieniędzy (bo naprawdę pogniewam się na Ciebie). Nie wysyłaj takich drogich paczek: zamiast masła – palmę, zamiast kiełbasy – boczek, zamiast śliwek i żurawiny – cebulę (czosnek szkodzi mi na wątrobę). Pamiętaj, że wygrałem od Ciebie rozkaz i nie wykorzystałem go. Jeżeli nie posłuchasz mojej prośby, nie będę wysyłał talonów.

Ojcu powiedz, że nauczyłem się grać w szachy. Dziś jeszcze napiszę pismo do prokuratury z prośbą o pozwolenie na pisanie pracy naukowej. Chcę pisać na temat „Miejsce alienacji w systemie Karola Marksa”. Już teraz pracuję trochę nad tym tematem. Widzisz sama, że nie taki diabeł…

Koledzy mówią, żebym napisał, że śpię po szesnaście godzin na dobę. Trochę przesadzają, ale jakieś czternaście to śpię. Kończy się limit papieru, kończę więc list.

Ściskam wszystkich, a Ty wiesz, co chciałbym powiedzieć na dobranoc, na dzień dobry i na wszystkie inne minuty dnia Jacek

POZDROWIENIA DLA MAĆKA. TATA JACEK

***

[23 kwietnia 1965] [Warszawa]

Jacusiu!
Dostałam Twoje trzy listy. Wiem, że moje do Ciebie jeszcze nie przyszły, ale może kiedyś będziesz je czytał. Do tego listu dołączam obrazek Maćka. Bardzo się starał, malując go, i prosił, żeby zapytać w liście, czy Ci się podoba i czy powiesisz go sobie na macie słomianej. Wiesz, on czasami zaczyna się niecierpliwić i stwierdza: „Co? On od nas na całe życie wyjechał?” albo przykazuje mi napisać list, w którym mam Ci kazać wracać. Poza takimi krótkimi chwilami zadumy jest zupełnie pogodny i zdrowy jak ryba. Na podwórzu szaleje, a po powrocie do domu prosi: „Pouczmy się literek”. Dostał od Jacusia elementarz i ma szansę go przegonić, bo bardzo chętnie czyta […]. Szkoda, że na dworze ciągle zimno, bo jeździłabym z nim do lasu na wycieczki, a teraz to jest niemożliwe. Przed świętami miałam w domu Jacka i Maćka. Oczywiście było szaleństwo, ale nie zmęczyłam się. W czasie świąt jak zwykle obżarstwo (Tobie chyba grzech o tym pisać) i lenistwo.

[…] Przedwczoraj wysłałam pieniądze (300 złotych) przekazem telegraficznym. Martwię się tym, że może miałeś przerwę i przepadła Ci jakaś wypiska. Teraz będę wysyłać pieniądze tak, żeby na bieżąco były u Ciebie. Myślę również o paczce odzieżowej. Pewnie przydałby Ci się sweter. Czemu o takich rzeczach nie piszesz?

Ten list jest taki gderliwy, bo jak nigdy dotąd męczy mnie, że piszę nie tylko do Ciebie i że nie wiem, kiedy go dostaniesz. To oczywiście tylko chwilowy humor i w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że w jakiś sposób jestem załamana. Funkcjonuję najzupełniej normalnie, oczywiście zgodnie z poleceniem nie czekam i czas jakoś mija. […]

Mój kochany, z okazji tego, że mija już tyle lat, chciałam Ci się oświadczyć po raz enty. I jeśli mogłeś w dniu naszego ślubu mieć jakiekolwiek problemy moralne (7), to teraz na pewno nie powinieneś ich mieć. Trzymaj się, proszę Cię o to strasznie, a o mnie się naprawdę nie martw. […]

Jacusiu! Możesz prosić o dostarczenie Ci książek naukowych. Ja sama nie potrafiłabym wybrać. Napisz więc tytuły, a ja będę starać się o pozwolenie na ich przekazanie. Gdybyś sobie mógł popracować, byłoby bardzo dobrze.

Mój miły, muszę Ciebie pożegnać. Zapewniam Cię, że u nas jest bardzo dobrze i z nami również w porządku. Życzę Ci, żebyś miał dużo siły do przetrwania i dużo pogody. Żebyś nigdy nie martwił się o nas. Bądź zdrów, pa

Grażyna i Maciek

Przypisy:

(1) Wszystkie informacje w nawiasach kwadratowych pochodzą od redaktora.
(2) Maciej Kuroń – syn Grażyny i Jacka, zwany przez tatę Makiem. W momencie aresztowania ojca miał pięć lat.
(3) Tadeusz de Virion – adwokat, dyplomata. Obrońca oskarżonych w procesach
politycznych.
(4) Trylogia Marzec i maj, Bailén, Saragossa.
(5) Jacek Borucki – młodszy brat Grażyny.
(6) Zakupy w więziennym sklepiku. Odbywały się one bezgotówkowo: więźniowie wypisywali zamówienia (do wysokości sum zdeponowanych na ich kontach), które były dostarczane z więziennej kantyny.
(7) Jacek wspominał, że miał wyrzuty sumienia, jakoby wdał się w „romans” z młodą dziewczyną, zastępową z drużyny walterowców, którą prowadził.

Fot. z archiwum rodzinnego Jacka Kuronia, zbiory Ośrodka KARTA.

Fragment książki Listy jak dotyk – korespondencji Gai i Jacka Kuroniów, która właśnie ukazała się nakładem Ośrodka Karta.


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.