Czytaj dalej, Historia

Bukiecik dzikich kwiatów i cytryny

Nowolipie34-Teraz-43

Nie ma ani jednego zdjęcia wykonanego przez tych, którzy walczyli i ukrywali się w getcie. Widzimy ich tylko na fotografiach oczami obserwatorów (z oddali, w nieostrych kadrach). I oczami oprawców.

Po Wielkiej Akcji Likwidacyjnej, od jesieni 1942 roku getto warszawskie istniało już tylko w formie szczątkowej. Stało się obozem pracy niewolniczej złożonym z wielu enklaw mieszkalnych oraz 45 niemieckich zakładów pracy i fabryk, zwanych szopami, gdzie pracowali Żydzi mający na to stosowne pozwolenie – krawcy, szewcy, stolarze, szczotkarze, metalowcy, elektrycy, robotnicy przemysłu spożywczego, tekstylnego, transportowego, pracownicy Judenratu, policji, zaopatrzenia i Werterfassungstelle (instytucji gospodarującej mieniem zamordowanych Żydów). Wolno było poruszać się tylko między mieszkaniem a miejscem pracy. Policzonym ocaleńcom – według raportu Ludwiga Fischera było ich 34 969 – przydzielono 457 domów. Ci, którzy nie mieli przydziału pracy, ukrywali się w opuszczonych budynkach. Nielegalnych było około 30 tysięcy.

Każdego ranka, między szóstą a ósmą rano, kolumny Żydów przemierzały puste ulice ku nowej bramie – granica getta uległa kolejnej zmianie i biegła teraz Gęsią, Franciszkańską, Bonifraterską, Muranowską, Pokorną, Stawki i Smoczą – na skrzyżowaniu Gęsiej i Zamenhofa. Stamtąd kierowali się do poszczególnych szopów, w których pracowali po kilkanaście godzin, wykorzystywani. Na bezludnych ulicach zapadała cisza. Zakłócana z rzadka przejazdem wozów z kotłami wodnistej zupy dostarczanej robotnikom tego czy tamtego szopu, trwała do wieczornych powrotów z placówek.

Z relacji uciekinierów z obozów Zagłady, z informacji polskiego podziemia, przede wszystkim jednak z otaczającej pozostałych w getcie pustki, która pochłonęła ostatnie złudzenia, wynikało już tylko jedno – wysiedlenie „na Wschód” to śmierć. Pozostali przy życiu Żydzi, sparaliżowani przez rozpacz po stracie najbliższych, świadomi zbliżającego się kresu pogrążali się w apatii. Inni odwrotnie, pozbawieni jakiejkolwiek nadziei rzucali się desperacko w dostępne namiastki życia lub choćby jego złudzenie. Wszystko miało się przecież wkrótce skończyć.

Część, zwłaszcza ci najmłodsi, nastolatki i ledwie dwudziestokilkulatkowie, podjęli decyzję o stawieniu oporu. Jesienią 1942 roku i oni pogrążeni byli w depresji, z poczuciem winy, że ciągle jeszcze żyją. Cywia Lubetkin, młoda działaczka Droru – socjalistyczno-syjonistycznej organizacji młodzieżowej, zapisała we wspomnieniach: „Wstydziliśmy się spojrzeć sobie w oczy […] Po długim milczeniu ktoś zaproponował: mamy jeszcze kilka litrów nafty i benzyny i jeden rewolwer. Wyjdźmy wszyscy na ulicę, podpalmy niemieckie składy, strzelajmy do morderców aż do ostatniej kuli. Zginiemy zapewne wszyscy i w ten sposób nastąpi kres […] propozycja przyjęta została z zapałem i do dziś nie mogę pojąć, dlaczego nie spełniliśmy tego zamiaru. […] Każdy z nas pragnął takiej śmierci, która byłaby aktem zemsty na wrogu i jednocześnie ocaliła godność narodu”.

Przez mury, przez dziury, przez cegły

czytaj także

Jeszcze nie teraz. Poczekają. Zdziesiątkowane przez akcje deportacyjne organizacje żydowskie wykorzystały jesień na gromadzenie broni (we wrześniu jeden z założycieli Żydowskiej Organizacji Bojowej pisał w grypsie z Pawiaka: „Organizujcie młodzież, uzbrajajcie się, stawiajcie opór, nie idźcie do wagonów”), nawiązywanie kontaktów z polskim podziemiem (na „aryjską stronę” wyszedł Arie Wilner, do getta wszedł, by zobaczyć i zdać relację aliantom, Jan Karski). Likwidowano zdrajców i kolaborantów.

Po długim milczeniu ktoś zaproponował: mamy jeszcze kilka litrów nafty i benzyny i jeden rewolwer. Wyjdźmy wszyscy na ulicę, podpalmy niemieckie składy, strzelajmy do morderców aż do ostatniej kuli.

I nasłuchiwano. Wieści z Białegostoku, Krynek. O Żydach, którzy stawiali opór Niemcom, nie dali się ładować do wagonów, odpowiedzieli przemocą na niemiecką przemoc. O Mosze Zieleńcu z Jadowa, który zorganizował tam żydowską partyzantkę, o Mendlu Fiszlewiczu i Ajzyku Fajnerze, którzy rzucili się na dowodzących likwidacją getta w Częstochowie. O buncie więźniów obozu pracy w Kruszynie. O uzbrojonych grupach żydowskiej partyzantki walczących w lasach Lubelszczyzny. O pojedynczych aktach oporu w Treblince.

Jesienią – i to był kluczowy moment dla ruchu oporu – do Warszawy wrócił też Mordechaj Anielewicz, dwudziestotrzyletni działacz Ha-Szomer Ha-Cair, pochodzący z biednej rodziny z Solca. Podjęto też próby scalenia ruchu oporu – ostatecznie do ŻOB weszły wszystkie, poza rewizjonistami (ci powołali późniejszy Żydowski Związek Wojskowy), organizacje żydowskie: Akiba, Dror, Gordonia, Ha-Szomer Ha-Cair, Bund, Poalej Syjon-Lewica, Poalej Syjon-Prawica, Ha-Noar ha-Cyjoni i PPR. W statucie z 2 grudnia 1942 roku jako jeden z celów organizacji ustalono: „Opór w wypadku dalszej akcji wysiedleńczej prowadzony pod hasłem Nie damy ani jednego Żyda”.

Janicka: Kamienie na szaniec

czytaj także

Janicka: Kamienie na szaniec

Elżbieta Janicka

Pierwszą próbę podjęli zimą 1943 roku, w czasie niemieckiej „akcji styczniowej”, czyli preludium do ostatecznej likwidacji ostatnich śladów i mieszkańców warszawskiego getta. 18 stycznia, w mroźny poniedziałek, Niemcy rozpoczęli operację, której celem było wywiezienie do Treblinki ośmiu tysięcy osób przebywających w getcie nielegalnie, czyli niepracujących w niemieckich przedsiębiorstwach. Żydzi jednak nie odpowiedzieli na wezwanie, jedynie nieliczni okazywali dokumenty, potwierdzające legalność ich tam przebywania. Pozostali, przekonani, że to kolejna akcja likwidacyjna, pozostali w ukryciu i stawili bierny opór. Niemcy urządzali łapanki, zlikwidowali ostatni działający w getcie szpital i spędzili do wagonów chorych. Mimo to nie udało im się wywieźć więcej niż sześć i pół tysiąca Żydów.

Wśród zabitych w akcji była Tema Sznajderman, łączniczka żydowskiego podziemia między gettami w Wilnie, Będzinie, Białymstoku, Częstochowie, Krakowie. Urodziła się w Warszawie w 1917 roku, w niereligijnej rodzinie, w domu, w którym mówiło się po polsku. Skończyła szkołę pielęgniarską, pracowała w szpitalu. Wstąpiła do Droru i tam nauczyła się jidysz. Miała ukochanego, Mordechaja Tenenbauma, członka ruchu oporu w getcie wileńskim. Zapamiętano ją jako wysoką, piękną i elegancką. Odwiedzanym w różnych częściach okupowanego kraju, żyjącym w zamknięciu Żydom dostarczała informacji, żywności, otuchy. I drobnych prezentów – komuś przywiozła bukiecik dzikich kwiatów, innemu przeszmuglowaną cytrynę.

W styczniu 1943 roku opuściła getto białostockie i wyruszyła do Warszawy. Każda z tych podróży była nielegalna – Żydom nie wolno było korzystać z kolei ani w ogóle przebywać poza miejscem zamieszkania – i wiązała się z ryzykiem, również denuncjacji. Dotarła tam na dzień przed akcją zimową, przywożąc ze sobą pieniądze i instrukcje dotyczące skutecznej i szybkiej produkcji koktajli Mołotowa. Następnego dnia zginęła. Miała dwadzieścia sześć lat. O jej śmierci Tenenbaum dowiedział się dopiero w marcu (słał listy, ale nikt z Warszawy nie odpowiadał). W pokoju, w którym spał, blisko łóżka, wystawił jej ołtarzyk. Zdjęcie umieścił na środku, otoczył kwiatami. W jednym z listów napisał: „Razem z nią wszyscyśmy umarli”. „Żyjmy, po prostu żyjmy, za wszelką cenę, opowiadajmy historię, tak wiele mamy do opowiedzenia, zaśmiałaby się jak zawsze”. W sierpniu 1943 roku stanął na czele powstania w getcie białostockim. Po kilku dniach oporu zginął wraz z innymi bojowcami.

Członkowie ŻOB oddali w tamtych dniach pierwsze strzały do Niemców (zabito kilkunastu). Boruch Pelc wygłosił krótkie przemówienie do grupy bundowców pognanych na Umschlagplatz. Nikt z nich nie wszedł do wagonu. Zostali zastrzeleni na miejscu.

Deportacje do obozu zagłady na jakiś czas wstrzymano. Zgodnie z rozkazem Heinricha Himmlera z połowy lutego, znanym z tajnego listu do wyższego dowódcy SS i policji w Generalnym Gubernatorstwie SS-Obergruppenführera Friedricha Krügera, getto miało się stać obozem pracy:

Ze względu bezpieczeństwa zarządzam zburzenie getta warszawskiego po przeniesieniu stamtąd na inne miejsce obozu koncentracyjnego; przy czym należy zabezpieczyć wszystkie materiały wszelkiego rodzaju i części budynków, które będzie można jeszcze zużytkować. Zburzenie getta i przeniesienie obozu koncentracyjnego jest niezbędne, gdyż nigdy inaczej nie uspokoimy Warszawy ani też nie wytępimy przestępczości, jeżeli pozostawimy getta.

Dodawał:

Należy przedstawić mi ogólny plan zniszczenia getta. W każdym razie należy osiągnąć to, aby przestrzeń istniejąca dotychczas dla ponad 500 tysięcy podludzi, a nie nadająca się nigdy dla Niemców, znikła z powierzchni ziemi.

W późniejszym czasie przeniesione miały być na Lubelszczyznę – do Trawnik, do Poniatowej – wszystkie niemieckie zakłady i fabryki (wobec działań na froncie wschodnim żydowska siła robocza była Rzeszy niezbędna).

Coraz więcej Żydów, tych, którzy mieli jeszcze środki, „dobry” wygląd, kontakty po „aryjskiej stronie”, szukało tam ratunku.

Ci, którzy zostali – bo nie chcieli zostawić starych rodziców, zdradzał ich akcent, nie mieli pieniędzy na życie w ukryciu lub, jak Halina Rochman, młoda członkini ŻOB, „nie należeli już do siebie”, tylko żyli dla sprawy (tak powiedziała ojcu, który przyszedł po nią z „aryjskiej strony”), szukali dla siebie miejsca pod ziemią.

Cywile projektowali i budowali schrony-bunkry (starano się, by miały dostęp do wody, prądu, o ile działały telefony). Wybijali ściany w strychach i przejścia między piwnicami, drążyli tunele na drugą stronę ulic. Robili zapasy żywności, amunicji. I trucizny.

Bojowcy planowali strategię na wypadek kolejnych wysiedleń. Opracowywali taktykę walki i się w niej szkolili. Bronią mogło być wszystko, nawet żarówki napełnione stężonym kwasem siarkowym. Kupowali ją też – za pieniądze najbogatszych w getcie Żydów – po „aryjskiej stronie” (przydział od Armii Krajowej obejmował jedynie 50 pistoletów i 80 kilogramów materiałów wybuchowych; ceny sprzedawanej Żydom broni wzrosły po styczniowej akcji). Udało się zdobyć 2 tysiące granatów, 10 karabinów, w tym jeden maszynowy.

To, co mieli, podzielili między grupy bojowe: w getcie centralnym (dowodził Izrael Kanał), na terenie szopów Tobbensa i Schultza (Icchak Cukierman – potem wyszedł na „aryjską stronę”) oraz szopu szczotkarzy (Marek Edelman).

Żyliśmy w oczekiwaniu pierwszego dnia powstania

czytaj także

Drugą, ostatnią próbę oporu, podjęto w getcie trzy miesiące później, w kwietniu 1943 roku, u progu żydowskiego święta Pesach i katolickiej Wielkanocy.

*

Przebieg tych wydarzeń – powstania w getcie warszawskim – znamy z wielu źródeł: zachowanych pamiętników i dzienników tych, którzy w czasie jego trwania ukrywali się w schronach-bunkrach, z relacji świadków, ale przede wszystkim uczestników walk, którym udało się przeżyć.

Jest jednak i inne źródło. Skrupulatna, dzień po dniu, akcja po akcji, rejestracja zagłady dzielnicy żydowskiej. raport Stroopa – to urzędowe sprawozdanie Jürgena Stroopa, oficera tłumiącego powstanie, sporządzane dla władz zwierzchnich jako protokół akcji likwidacyjnej. Oficjalne zestawienie wysiłku zbrojnego i jego efektów. Ofiarom odebrano możliwość wypowiedzenia ich krzywdy. Język statystyki ukazuje śmierć w liczbach, na wyrażanie rozpaczy nie ma tu miejsca.
Kolejne depesze – części raportu ‒ zapełniają, obok precyzyjnie określonych godzin starć i list odnalezionych bunkrów oraz ich adresów, liczby: wywleczonych ze schronów, deportowanych do obozów (koncentracyjnych, pracy, zagłady) i rozstrzelanych na miejscu.

Po wojnie raport stał się dowodem w procesach przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim w Norymberdze (jako dowód rzeczowy USA nr 275 oznaczony sygnaturą PS-1061) oraz we własnym Stroopa, kiedy stanął przed sądem w Warszawie. Głos został oddany ofiarom. Przemówiły osobiście lub w ich imieniu wyrażano ból, opisano cierpienie i męczeństwo. Stratę.

Nadal otwarta pozostaje kwestia oceny fotografii: jej znaczenia, kontekstu, w jakim się pojawiła, i do czego jest wykorzystywana.

Janicka, Wilczyk: Warszawa. Polska. Świat nieprzedstawiony

czytaj także

Zdjęcie jest dokumentem. Ma ponownie uczynić realnym to, co się stało, być dowodem. Jego obiektywizm (polegający na uchwyceniu rzeczywistości taką, jaką była) jest pozorny: obraz nie istnieje bez jego interpretacji, która powstaje tyle razy, ile został obejrzany, w każdych oczach na nowo.

W egzemplarzu przechowywanym w Polsce, w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, na 49 kart – plansz z raportu Stroopa – naklejono 53 fotografie najprawdopodobniej więcej niż jednego autora z Propaganda Kompanie nr 689 oraz, na pewno, Franza Konrada. We wstępie do polskiego wydania raportu napisano: „Wbrew intencjom autora raportu fotografie, które miały prezentować niemiecką »odwagę, siłę i ofiarność« (Schneid, Mut und die Einsatzfreudigkeit), dokumentują jedną z najstraszliwszych w dziejach zbrodnię, a także – zamiast prezentować »zło« tkwiące w Żydach – stały się pomnikiem najlepszych i najszlachetniejszych cech narodu żydowskiego”.

Najsłynniejsze zdjęcie z tego zbioru, przedstawiające grupę schwytanych Żydów z chłopcem z podniesionymi do góry rękoma na pierwszym planie – to obraz ikoniczny. Często reprodukowany, stał się symbolem krzywdy cywilnych ofiar w powstaniu i okrucieństwa sprawców. Po wojnie próbowano ustalić tożsamość malca, powstały na ten temat książki, publikacje naukowe. Wielu ocalałych chciało widzieć – i widziało – w nim siebie.

Fotografie z raportu to niejedyne zdjęcia dokumentujące przebieg powstania w getcie. W archiwum IPN (zbiory Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich) jest ich jeszcze co najmniej kilkanaście. To między innymi zdjęcia (dwanaście ujęć) Leszka Grzywaczewskiego, strażaka z trzeciego plutonu warszawskiej straży pożarnej (posterunek mieścił się przy ulicy Nowolipki 3). W czasie powstania pracował wraz z innymi w getcie; Niemcy nie chcieli, by ogień rozprzestrzenił się na potrzebne im sąsiednie budynki za murem. Grzywaczewski fotografował z poziomu ulicy i z okna narożnej klatki schodowej szpitala św. Zofii. Żydzi, których widział w obiektywie pędzeni byli na Umschlagplatz.

Rewers jednego ze zdjęć opatrzył podpisem: „Niemcy podpalają kamienice opuszczone przez Żydów. Z balkonu na ostatnim piętrze rodzina składająca się z pięciu lub sześciu osób przygotowuje się do samobójczego skoku. Nie wyszli na rozkaz Niemców i teraz nie mogą już uciec. Nie pomogliśmy im, choć technicznie byłoby to możliwe”.

Goldkorn: Nie jestem ofiarą Szoa

Są jeszcze zdjęcia z zewnątrz. Między innymi Aleksandra Połtorzyckiego, który uchwycił płonącą kamienicę przy ulicy Muranowskiej 5, czy te Stanisława Baranowskiego, teletechnika, zaangażowanego w działalność Armii Krajowej. W zachowanym wśród rodzinnych pamiątek albumie kilka zdjęć jego autorstwa dokumentuje płonące getto i pożar widziany z warszawskiej Cytadeli na Żoliborzu oraz ulice. Jak zamglone, zasnute gęstymi chmurami popiołu wymieszanego z dymem.

Nieliczne ślady, z oddali lub z bliska, towarzyszenia, które nie trwało dłużej niż naciśnięcie spustu migawki, i dystans, nawet jeśli fizycznie nie był znaczny. To zdjęcia świadków.

Nie ma ani jednego zdjęcia wykonanego przez tych, którzy walczyli i ukrywali się w getcie.

Widzimy ich tylko na fotografiach oczami obserwatorów (z oddali, w nieostrych kadrach). I oczami oprawców, którzy są autorami szczególnymi. Wykreowali sytuację, w której znalazły się osoby sfotografowane, i stworzyli same kadry. Patrzymy na nie – i na nich – dzisiaj, siedemdziesiąt pięć lat po tamtych wydarzeniach. Widzimy ich śmierć albo moment, który być może jest ostatnim przed nią. Większość pozostaje nierozpoznana, bo zginęli także ci, którzy mogliby ich zidentyfikować.

Choć wciąż jeszcze przez kilka, może kilkanaście lat istnieje szansa na to, by ktoś rozpoznał na zdjęciu człowieka, o którym mógłby opowiedzieć, zwrócić mu imię, podać jakikolwiek szczegół charakterystyki. To mało prawdopodobne, ale wciąż jeszcze możliwe.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Są bardzo blisko. Na ekranie komputera można powiększyć zdjęcia tak, by dokładnie przyjrzeć się twarzom. A obraz? „Obrazy paraliżują. Obrazy znieczulają. Zdarzenie poznane dzięki fotografii z pewnością stanie się bardziej rzeczywiste […] Z drugiej strony, jeżeli oglądamy zbyt wiele fotografii jakiegoś wydarzenia, zaczynamy traktować je jako coś niemal nierealnego” – pisała Susan Sontag.

Patrzymy na nie z miejsca, które oni, sprawcy, dla naszego patrzenia wybrali, i kierujemy wzrok tam, gdzie oni chcieli, żebyśmy patrzyli. Narzucili interpretację, która odrzuca podmiotowość fotografowanej osoby, zamieniając ją w obnażony obiekt pozbawiony godności.

Dzisiejsze spojrzenie ma im ją przywrócić.

Ma? Czy to w ogóle możliwe?

Wiemy, dokąd zostaną wywiezieni Żydzi pędzeni na Umschlagplatz i jaki będzie ich koniec, nie możemy ich jednak z tej drogi zawrócić. Nieodwracalność tego procesu nakazuje w ciszy odwrócić wzrok. Zbliżać się, jak pisał François-René Chateaubriand, do granicy milczenia wobec niewyrażalnego.

Czy można wobec tego oglądać te zdjęcia?

A czy można na nie nie patrzeć?

Śmierć zapisana słowem i liczbą wystarczy, nie wymaga obrazu, by być „ostatecznie” udokumentowana. „Wypełniło się” w chwili zadania śmiertelnego ciosu czy strzału. Kiedy serce przestało bić. Kiedy, po uruchomieniu systemu gazowania w Treblince, następowało uduszenie – a nie wywołany później i reprodukowany po wielokroć obraz – nadało jej wymiar nieodwracalności, w tym najbardziej realnym wymiarze.

„Nie brońmy się, mówiąc – co zresztą jest prawdą – że nie jesteśmy i nigdy nie będziemy w stanie pojąć tego wszystkiego. Ale musimy, musimy wyobrazić sobie tę jakże trudną wyobrażalność. Jako odpowiedź do udzielenia, jako dług wobec słów i obrazów” – pisał Georges Didi-Huberman w swojej filozoficznej rozprawie poświęconej czterem fotografiom wykonanym przez członków Sonderkommando w Auschwitz. Nazywał je „obrazami mimo wszystko”: „Mimo naszej niezdolności do patrzenia na nie tak, jak na to zasługują, mimo naszego własnego świata, przesyconego, wręcz przytłoczonego materiałem dla wyobraźni”. Aby wiedzieć, powtarza Didi-Huberman, trzeba sobie wyobrazić. Aby pamiętać, trzeba sobie wyobrazić. Bo „tam, gdzie myśl nie potrafi podołać, tam właśnie musimy trwać w myśli, a raczej nadać jej nowy kierunek” – powtarza za Hanną Arendt.

Kościół, Holokaust, aborcja

Ale, zapytają inni, czy dzisiejsze oglądanie zdjęć nie czyni z fotografowanych osób ponownie ofiar, nie zasklepia ich w tej roli, w którą zostali wtłoczeni? Może nie powinno się w ogóle tego robić, bo każde tłumaczenie nieodwracania wzroku jest tylko usprawiedliwieniem własnej ciekawości po granicę, a może i poza nią, perwersji.

Ale cudzy wzrok towarzyszył im również w tamtym wydarzeniu, niezależnym od samego aktu fotografowania, a w którym naprawdę wzięli udział. Prawda o nich, nawet jeśli szczątkowa, bez roszczenia sobie prawa do prawdy zupełnej, prawda tamtego czasu nie jest pozorna. Pozorne może być to, czemu ta fotografia miała służyć, nie zaś to, co zatrzymała. Jeśli fotografie wykonane w Auschwitz przez więźniów pracujących przy obsłudze komory gazowej i krematoriów były o b r a z a m i  m i m o  w s z y s t k o, te wyłaniają się jako o b r a z y  w b r e w. Wbrew intencjom autorów, wbrew uciekaniu od tego, co przedstawiają, wbrew jego niewyrażalności. Przybliżenie nie oznacza poznania tamtej rzeczywistości, przyjęcia jej do siebie jak swoją. Oznacza tylko: chwilowe skrócenie dystansu. Bliskość, która przychodzi w mgnieniu.

Dlatego patrzenie na nie dziś może (może…) rozprasza samotność tamtej chwili.

W zamyśle tych, którzy naciskali spusty migawek, fotografie umieszczone w raporcie Stroopa miały krzyczeć. Wywrzeszczeć przemocą, poniżeniem, upodleniem ofiar to, co ich twórcy-suflerzy podpowiadali podpisami pod zdjęciami i stworzonymi przez siebie sytuacjami zamkniętymi w kadrze. Dzisiaj patrzysz – choć jak pisała Sontag, „gdy chodzi o oglądanie cudzego cierpienia żadnego »my« nie wolno uznawać za oczywiste” – dzisiaj możesz patrzeć na te same obrazy, ale widzieć ludzi.

Mówią wyraźnie, choć szeptem.

Hymn Bundu: Przysięga

czytaj także

Teraz 43 - okladka 3DTekst Magdaleny Kicińskiej i ilustrujące go zdjęcie pochodzą z książki „Teraz’43. Losy”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera. Zdjęcie – fotograficzny montaż autorstwa Marcina Dziedzica – łączy archiwalną fotografię wykonaną przy ul Nowolipie 34 (obecnie Nowolipie róg al. Jana Pawła II) pochodzącą z raportu Stroopa z fotografią współczesną wykonaną w tym samym miejscu.

***
Magdalena Kicińska
(ur. 1987) – reporterka, współpracowniczka „Gazety Wyborczej”, publikuje m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, szefowa Działu Rzeczywistość w „Piśmie”. Autorka książki Pani Stefa (Czarne, 2015), za którą otrzymała m.in. Nagrodę Literacką m.st. Warszawy 2016. Jej teksty ukazały się także w zbiorach reportaży, m.in. Walka jest kobietą (Dom Wydawniczy PWN – Grupa Wydawnicza PWN, 2014), Mur. 12 kawałków o Berlinie (Czarne, 2015), Obrażenia. Pobici z Polską (Wielka Litera, 2016). Urodziła się w Lublinie, mieszka w Warszawie.

Warszawa jest coś winna pani Stefie [rozmowa z Magdaleną Kicińską]

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.