Historia

„Władze były świadome polskiego antysemityzmu, a mimo tego go użyły” [rozmowa z Andrzejem Paczkowskim]

Zainteresowane podsycaniem nastrojów antyżydowskich były bardzo różne środowiska, które zdawały sobie sprawę, że w Polsce cały czas istnieje na to gotowość, tzn. że można stosunkowo łatwo znaleźć w tej sprawie porozumienie z narodem, a przy okazji wprowadzić dodatkowe zamieszanie – mówi prof. Andrzej Paczkowski.

Michał Sutowski: Kiedy właściwie zaczął się ten cały Marzec ’68? A może to był po prostu dalszy ciąg starcia dwóch frakcji w PZPR wywodzących się z połowy lat 50., które miały różne pomysły na wyjście za stalinizmu: zamordystyczno-narodowej, czyli „Natolina” i liberalno-kosmopolitycznej, czyli „Puławian”?

Prof. Andrzej Paczkowski: Nie ma mowy o prostej kontynuacji, bo obie te grupy dość szybko uległy dezintegracji. Puławianie wręcz „mechanicznej”, bo zostali przez Gomułkę odsunięci od wpływów niedługo po Październiku. Ten proces ruszył na dobre od 1959 roku – wtedy frakcja liberalna czy demokratyzacyjna zaczęła być wyraźnie spychana w cień, począwszy od dymisji  ze stanowiska ministra oświaty Władysława Bieńkowskiego, zwolennika socjalizmu o nieco bardziej ludzkiej twarzy.

A co z ówczesnymi narodowymi zamordystami? Czy raczej „chamami”, używając pojęcia z eseju Chamy i żydy Witolda Jedlickiego?

Andrzej-Paczkowski
prof. Andrzej Paczkowski – historyk, naukowiec, wykładowca akademicki, w okresie PRL działacz opozycji demokratycznej.

Drugi obóz też się dzieli: na radykałów skrajnych, ideowych oraz bardziej pragmatyków. Do tych pierwszych zaliczał się np. Kazimierz Mijal ze swoją „opcją chińską”, który później skończył w Albanii jako publicysta Radia Tirana. Reszta znalazła swoje miejsce w aparacie partyjnym i nie tworzy spójnej grupy. Ważniejsze od tych sporów z czasów polskiego Października jest jednak to, co się dzieje w bloku komunistycznym na początku i w połowie lat 60. Poszukuje się wówczas nowej legitymizacji ustroju.

János Kádár na Węgrzech proponuje obywatelom „gulaszowy socjalizm”.

Myślę o czymś innym. Utopia komunistyczna czy też rewolucja światowa nie tyle odsuwają się w czasie, ile po prostu odpływają w sfery kosmiczne, tzn. że nie mają bezpośredniego przełożenia na praktykę władzy. Jednocześnie program „modernizacji socjalistycznej” wyczerpuje swoje możliwości, bo to, co miał osiągnąć, zostało osiągnięte – industrializacja, urbanizacja i awans społeczny mas wiejskich się dokonują, ale z czasem mobilność społeczna słabnie, a poziom życia staje w miejscu.

I potrzeba jakiegoś nowego uzasadnienia dla rządów?

Takiego, które uzupełni, choć nie zastąpi w pełni tamtych. Tu pojawia się kwestia narodowa, co jest najbardziej widoczne w Rumunii Nicolae Ceaușescu. Mamy tam żelazną dyktaturę, ale na tyle asertywną zewnętrznie, że się pod wieloma względami oddziela od ZSRR, stwarza bariery odgradzające Sowietów od wpływu na Rumunię. Do tego dochodzi silna narracja dumy z historii i tożsamości, opowieści o tym, że wielki naród rumuński wywodzi się od starożytnych Daków itp.

My też mieliśmy swoich Piastów.

Tak, ale tu akurat nie chodziło o wielkie tradycje, tylko o to, że oni byli w kontrze do Jagiellonów – tamci byli niesłuszni, bo kolonizowali Związek Radziecki, a ci słuszni, bo bili się na Zachodzie z Republiką Federalną Niemiec. Wypada jednak powiedzieć, że czasem te kwestie narodowe rozgrywano dość pragmatycznie, np. w Czechosłowacji pojawiła się sprawa Słowaków, którzy chcieli uzyskać więcej autonomii i faktycznie doprowadzili do sfederowania kraju i utworzenia równoległych struktur partyjnych.

Wujcowie: Nie robiliśmy znowu takiej strasznej konspiry

I od tego wzmożenia narodowego w bloku wschodnim przeszliśmy w Polsce do kampanii antysemickiej?

Nie tak od razu, mówię tylko, że to był ten niewidoczny motor, który oddziaływał na sytuację polityczną w Polsce – tendencja zaczyna się ujawniać właśnie na początku lat 60., równolegle do wygaszania przez Gomułkę Puławian jako „rewizjonistów”. Oni nadmiernie kontestują twardą linię I sekretarza, ale w podtekście słychać już, że to w sumie kosmopolici są, no i nie mają polskiego pochodzenia.

Ale po co o tym mówić? Nie można ich usunąć za samą niesłuszność polityczną?

To się dzieje na tle „unaradawiania” komunizmu – kilkanaście lat temu Marcin Zaremba napisał o tym świetny doktorat. Pojawiła się wtedy formuła „jedności narodowej” ponad dawnymi podziałami historycznymi. Jednym ze środowisk promujących to podejście byli tzw. partyzanci, czyli ludzie z konspiracji komunistycznej czasu wojny. Oni uznali w pewnym momencie, że możliwe jest zbliżenie się do akowców na zasadzie: my i oni walczyliśmy z Niemcami, oni też ponieśli ofiary… A po cichu dopowiadano: „nie to, co ten cały żydowski desant ze wschodu”. Władysław Gomułka się w tej formule mieścił, bo też był w czasie wojny na miejscu. W 1941 roku nie udał się z innymi komunistami na wschód, tylko na zachód, bo ze Lwowa do Krosna, no i na miejscu robił konspirację.

Goldkorn: Nie jestem ofiarą Szoa

Czyli że budowano narrację polityczną w oparciu o podobne biografie?

Biografie, za którymi stała pewna opowieść. Gomułka po swoim powrocie do władzy w 1956, ale i jego najbliższe otoczenie polityczne to ludzie, których można utożsamiać z partyzantami: Zenon Kliszko, Ignacy Loga-Sowiński i Marian Spychalski spędzili wojnę w Generalnym Gubernatorstwie, wszyscy byli w konspiracji, tak samo jak był w niej „Bór” Komorowski czy „Grot” Rowecki. Nic dziwnego, że jedną z baz unaradawiania komunizmu w przypadku polskim było właśnie odwołanie się do partyzanckiej wspólnoty losu, do wspólnego wroga, czyli do Niemiec. A gdzieś w tle było poczucie dyskomfortu ze względu na relacje ze Związkiem Radzieckim, czego oczywiście nie wypowiadano głośno. I to wszystko jakoś docierało do Polaków, dla których romantyczny mit walki z Niemcami był wciąż żywy.

To jest ideologia, ale co z sytuacją społeczną? Autor tekstu niedawno opublikowanego w „Plusie-Minusie” pisze, że w Polsce był „żyzny grunt dla kultury rewanżu”, tzn. że różne grupy czuły się jakoś zablokowane, zdegradowane, skrzywdzone czy niedowartościowane. I to od góry do dołu – w kolejkach słyszało się często tekst: Panie, pan nie wiesz, kto ja jestem!

Bardzo dużą rolę w tym, że w końcu doszło do Marca, odgrywało społeczne poczucie stopniowego wyhamowywania poprawy, jaka nastąpiła zaraz po 1956 roku. Dokonał się wtedy wzrost płac realnych, znowu rozkwitł handel prywatny, odkręcono śrubę rolnikom indywidualnym. W połowie lat 60. Gomułka zaczął jednak przestawiać politykę na stare tory industrializacji.

A co ze zmianami popaździernikowymi było nie tak?

On był marksistą wierzącym, nie tylko praktykującym, więc przemysł ciężki i ciężko pracująca fabryczna klasa robotnicza to była dla niego podstawa socjalizmu. Nie jacyś drobnomieszczańscy handlarze, badylarze czy chłopi, którzy sami nie wiedzą, czego chcą i ciągle tylko piją wódkę. No a ci z miast z kolei piją kawę. On sobie myślał: ja całe życie zbożową piłem, dwie koszule miałem, a ci młodzi to i po cztery, a dalej mają pretensje, że za mało…

„Nigdy nasze społeczeństwo nie żyło w takim dobrobycie…”

Zablokowano wtedy wzrost płac i stopy życiowej na rzecz inwestycji w przemysł, np. chemiczny. Jednocześnie wciąż napływali nowi ludzie ze wsi do miast i na wielkie budowy, a ci, co przybyli tam wcześniej, mieszkali latami w hotelach robotniczych. Chcieli mieć własne mieszkania, bo mieli żony i dzieci, on mieszkał w jednym hotelu, ona w drugim… Było bardzo wyraźne parcie na zwyżkę stopy życiowej, którą Gomułka zastopował. Do tego dochodziły podwyżki cen, jedna w 1959 roku, druga w 1967, obydwie dość znaczne. Niepokój społeczny wyrażał się tzw. przerwami w pracy, bo trudno odejście od maszyn i masówkę nazwać strajkiem. Przychodził kierownik i obiecywał, że doda po 10 złotych do premii i towarzystwo się rozchodziło.

Łagodzono nastroje, ale na krótko?

Był podkład niezadowolenia. Empirycznie to oczywiście jest niesprawdzalne, ale tego rodzaju niezadowolenie często można rozładować wskazując winnego. Pod ręką byli stalinowcy, Żydzi, inteligenci…

A czemu byli stalinowcy przechodzą w „żydowskich stalinowców”, a potem w ogóle w inteligentów?

Kolejność była nieco inna. Gomułka i jego otoczenie nigdy nie mieli specjalnego poważania dla inteligencji. Co prawda, Kliszko cytował często Norwida – choć nie wiem, czy go czytał – a Spychalski był przedwojennym architektem, ale to tacy ludzie jak Ryszard Strzelecki czy Ignacy Loga-Sowiński nadawali ton, do tego dochodziły resztki „natolińczyków”. Krótko mówiąc, antyinteligenckość przyszła przed antysemityzmem.

J.T. Gross: Postawcie pomniki wywiezionym z miasteczek Żydom zamiast Kaczyńskiemu

To po co jeszcze antysemityzm?

Zainteresowane podsycaniem nastrojów antyżydowskich były bardzo różne środowiska, które zdawały sobie sprawę, że w Polsce cały czas istnieje na to gotowość, tzn. że można stosunkowo łatwo znaleźć w tej sprawie porozumienie z narodem, a przy okazji wprowadzić dodatkowe zamieszanie. To wszystko przyniosło oczywiście reperkusje społeczne – ilościowo w skali kraju to nie było bardzo wielu ludzi, ale nieproporcjonalnie dużo wśród wykształconej elity. Do tego kampania najostrzejsza była nie w Warszawie, ale na prowincji, w Dzierżoniowie, Wałbrzychu, ale też np. Łodzi… Większość Żydów emigrowała właśnie stamtąd. W Warszawie część represji miała inne podłoże, bardziej „polityczne”, na prowincji stosowano kryteria czysto etniczne. Nie ustalono do tej pory precyzyjnie, jaka była skala „czystek” poza instytucjami centralnymi (w tym wojskiem), z których usunięto grubo ponad 500 osób. Na tzw. prowincji to szło w kolejne setki, a może nawet tysiące.

Czyli koniec końców chodziło o to, że jest społeczne niezadowolenie, władza musi obniżyć napięcie, więc zrzucono na Żydów winę za małe mieszkania i kolejki?

Nie jest tak, że ktoś wymyślił: aha, to teraz weźmiemy się za Żydów. To wykracza poza racjonalne planowanie. Po prostu nurt narodowy miał siłą rzeczy charakter etniczny: na zewnątrz był antyniemiecki, bo nie mógł być antyrosyjski, a do wewnątrz jako wróg zostali tylko Żydzi – choć notabene Niemców było w Polsce więcej niż Żydów, ale oni byli już wrogiem imperialistycznym, na zewnątrz.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Dlaczego ludzie wychowani na marksizmie jednak na to poszli?

Etniczność okazała się silniejsza. Pamiętajmy, że ani Kliszko, ani Spychalski, Ochab czy Cyrankiewicz, no i oczywiście sam Gomułka nie byli komunistami żydowskiego pochodzenia. Tych z górnych kręgów władzy wymiotło w roku 1956, pozostali nieliczni, jak np. Artur Starewicz. Przywódcy PZPR nie mieli wtedy odruchu, jaki miałby np. Jakub Berman – chronimy tych, których antysemici prześladują.

To odpowiedź na pytanie, czemu było przyzwolenie góry. A czemu aparat partyjny z tego korzystał?

Mówiliśmy o społecznym niezadowoleniu z powodów bytowych, ale też w samej partii dochodziło do coraz wyższych stanowisk nowe pokolenie, nie to przedwojenne, kominternowskie, pokolenie które nie było ani „żydokomuną”, ani komuną przedwojenną. Po prostu ich wtedy na świecie jeszcze nie było albo byli dziećmi.

Tzw. pokolenie ZMP?

Tak, choć do tej grupy aspirującej zalicza się też nieco starszych, w tym przybyłych ze wschodu, jak Jaruzelski. Nowa generacja dojrzewa i natrafia na szklany sufit albo inaczej mówiąc, na złogi kominternowskie – starzy trwają na kierowniczych stanowiskach i nie myślą odchodzić na emeryturę.

Czyli trzeba przewietrzyć korytarze?

To jest rok 1964, kiedy na czoło tego pochodu po władzę wybija się generał Mieczysław Moczar – wiekowo z pokolenia kominternowskiego, ale przed wojną nie był zaangażowany na tyle, żeby to na nim zostawiło ślad i aby inni go pamiętali z więzień. Mieści się więc w środowisku, które chce iść do przodu, bo jest personalnie zablokowane. Zostaje szefem MSW i jednocześnie prezesem Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, czyli kilkusettysięcznej organizacji kombatanckiej.  Jak się przyjrzeć zmianom w Komitecie Centralnym w latach 1964-65, to widać już to nowe pokolenie. Ono oczywiście wchodzi w symbiozę z trochę starszymi, jak Moczar, Olszowsk, Jaruzelski albo Gierek, niemniej mamy coraz wyraźniejsze parcie aktywistów średniego szczebla w PZPR i okolicach, w tym w ZMS i ZSP, którzy chcieli pójść wyżej – kosztem starych komunistów.

Co ich jeszcze łączy?

Są tam i „partyzanci” i menadżerowie, czy inaczej „technokraci” od Gierka, a więc ludzie związani z wielkim przemysłem. Moczar gromadził raczej resorty siłowe, ale też rzeczywistych partyzantów, w tym AK-owców. Próbował też utrzymywać dobre relacje ze Stowarzyszeniem PAX Bolesława Piaseckiego. Oni nie tworzyli frakcji w partii, ale raczej koterie – nie mieli precyzyjnych, publicznie wyłożonych platform politycznych, nie prowadzili żadnej publicznej działalności o charakterze frakcyjnym.

Jeśli mamy narrację narodową i AK-owców, to co na to Kościół?

Kościół wobec Moczara zajmował pozycje neutralne, nie wdawał się w polemiki, a moim zdaniem, gdyby Moczar nie próbował wykorzystać PAX-u, nieuznawanego przez hierarchię, to prymas byłby jeszcze bardziej wobec „partyzantów” wyrozumiały.

A na ile takie ośrodki jak PAX czy ZBoWiD były graczami autonomicznymi?

Cały system sowiecki poza samym ZSRR – gdzie były inne problemy, związane z interesami elit poszczególnych republik – bazował na dominacji partii obudowanych różnymi satelickimi strukturami, z których niektóre były wprost jej podległe, jak Związek Młodzieży Socjalistycznej, a inne miały koncesję na prowadzenie jakiejś własnej działalności, jak PAX czy Zjednoczone Stronnictwo Ludowe. To wszystko odbywało się pod kontrolą polityczną i oczywiście agenturalną, sprawowaną przez SB. I jeżeli przyjrzeć się wszystkim momentom, kiedy dochodziło do jakiegoś zawirowania, te koncesjonowane struktury próbowały coś na tym zamieszaniu ugrać, były zainteresowane w fermencie. Bo wtedy centrum jest zajęte samym sobą, nie jest w stanie kontrolować wszystkiego. I można próbować wybić się na większą niezależność.

A co chciały wtedy dla siebie ugrać PAX i ZBoWiD?

PAX, dysponujący prawdziwym, ale oczywiście na polską skale, imperium gospodarczym i wydawniczym od lat 50., lansował koncepcję – za co został zresztą potępiony przez Watykan – że system komunistyczny nie jest sprzeczny z katolickim wyznaniem wiary i katolicy mogą, a nawet powinni wpływać na to, by duch chrześcijański przenikał całe państwo. Miała dokonywać się konwergencja między chrześcijaństwem i komunizmem. To było jakoś inspirowane ideami z Francji, PAX wydawał nawet książki Emmanuela Mouniera, choć oczywiście francuscy księża-robotnicy to nie to samo co PRL-owscy księża-patrioci.

To mogło się powieść?

Piasecki zakładał, że komunizm w Polsce z czasem wyczerpie swe możliwości legitymizacyjne i wtedy się okaże, że formacja, która akceptuje przemiany społeczne i gospodarcze, ale zachowując duch chrześcijański, będzie nadawała ton. To była gra obliczona na dziesiątki lat, ale w samym Marcu PAX został wykorzystany instrumentalnie.

Do czego posłużył?

Np. do kampanii prasowej. Władzom przydała się bezwzględność Piaseckiego i fakt, że nie miał żadnych hamulców wobec towarzyszy partyjnych sprzed wojny. Taki Gomułka siedział z niektórymi w więzieniu w Sieradzu, a potem w internacie moskiewskiej Akademii Leninowskiej mieszkał z nimi w jednym pokoju – to jakoś musiało mitygować jego postępowanie 30 lat później. PAX nie miał takich obciążeń towarzyskich i mógł wejść do gry na warunkach koterii partyzantów, bo był jej najbliższy, może obok ZSL, które wtedy silnie forsowało tradycję Batalionów Chłopskich.

A ZBoWiD grał samodzielnie?

Od momentu kiedy Moczar stanął na jego czele i pojawiła się koncepcja partyzanckiej wspólnoty, to był już tylko instrumentem PZPR, a właściwie MSW, koterii „partyzantów”, zaprzęgając na rzecz ich interesów ludzi o różnych życiorysach. Pamiętajmy bowiem, że do ZBoWiDu po 1956 roku zaczęto przyjmować nie tylko AK-owców, ale także tych, co walczyli z „bandami leśnymi” po wojnie, a więc obrońców i budowniczych Polski Ludowej, w tym żołnierzy i oficerów Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Forecki, Zawadzka: Od antysemityzmu do Żydów

czytaj także

Forecki, Zawadzka: Od antysemityzmu do Żydów

Piotr Forecki, Anna Zawadzka

Dość ekumenicznie…

Tak, bo i taki był zamysł znacjonalizowania komunizmu – instytucja komunistyczna ma nabierać biało-czerwonych kolorów, ponad podziałami. W tym duchu utrzymana była publicystyka, której najważniejszym może przykładem była książka Siedem polskich grzechów głównych Zbigniewa Załuskiego z 1962 roku. Włącza ona partyzantkę komunistyczną do romantycznej narracji zaczynającej się od powstania kościuszkowskiego.

To były dyskusje i spory inteligentów, czy cała Polska się tym interesowała?

Różewicz zbudował w 1964 roku genialną metaforę „małej stabilizacji”, ale tak naprawdę działo się bardzo dużo, tyle że podskórnie, pod dywanem. Ludzie nie interesujący się polityką nie wiedzieli o żadnych „partyzantach”, czy „puławianach”, chyba że usłyszeli o nich w Radio Wolna Europa.

Czy wiadomo, ilu Polaków słuchało Nowaka-Jeziorańskiego?

W latach 60. między 20 a 30 procent, z autopsji mogę powiedzieć, że z odbiorem było kiepsko. RWE było zagłuszane, niewyraźne, trzeba było szukać częstotliwości zależnie od dnia i od pogody. Poza tym to, że ktoś słuchał, nie znaczy jeszcze, że orientował się w niuansach walki frakcyjnej w PZPR.

Kiedy to wszystko wychodzi na wierzch?

Przemówienie Gomułki z czerwca 1967 na Kongresie Związków Zawodowych jest przełomowe – to wtedy rozpoczęła się czystka w wojsku, wyraźnie antysemicka. Wyżsi oficerowie pochodzenia żydowskiego są odsuwani od ważnych spraw lub wprost odsyłani w stan spoczynku, co obejmuje też strategiczne miejsca, jak Instytut Badań Jądrowych czy Polską Agencję Prasową. Nie trzeba zaraz wyrzucać ludzi z pracy, ale powstaje atmosfera podejrzliwości. W 1967 roku następują też pierwsze zwolnienia w mediach za to, że ktoś wypił szampana na cześć Mosze Dajana, w „Przyjaciółce” czy w „Chłopskiej drodze”…

Naprawdę pili? Lecą za politykę czy za pochodzenie?

Raczej za pochodzenie. Na tym szczeblu relatywnie dużo komunistów pochodzenia żydowskiego się jeszcze ostało, Gomułka wyczyścił ich dookoła siebie w Biurze Politycznym, ale poniżej – w aparacie partyjnym, w mediach, niektórych ministerstwach – było jeszcze trochę osób z dawnej nomenklatury  i tych wypychano. A także tych, którzy ich bronili, jak generał Wacław Komar, który był wtedy dyrektorem generalnym MSW.

Czy ta czystka jest jawna? Tzn. wiadomo, co się dzieje? Można wyczytać to z prasy?

Najpierw między wierszami, tuż po wojnie sześciodniowej, gdy zaczynają się teksty na temat osi Tel-Awiw–Bonn, czyli sojuszu izraelskich syjonistów z zachodnioniemieckimi rewanżystami. Autor tej koncepcji, Tadeusz Walichnowski, rok wcześniej na jednej z narad w Departamencie Wywiadu ubolewał, że syjonizmem zajmuje się tylko Departament I, a poza tym nikt w całym MSW, a to przecież taka poważna sprawa… Propaganda prasowa w związku z wojną sześciodniową zawiera już akcenty antysemickie, choć przedstawiane jako antyizraelskie.

Może krytyka Izraela to jeszcze nie antysemityzm?

Jeśli ten Izraelczyk-militarysta ma pejsy i kabzę z dolarami, to przypomina raczej Żyda ze „Stürmera” czy przedwojennej gazetki endeckiej, niż żołnierza walczącego na Synaju. Przedtem to było dużo głębiej schowane, aczkolwiek warto pamiętać, że pierwszą „listę Żydów” w MSZ sporządził jeszcze Adam Rapacki w 1959 roku. Po czerwcu 1967, w związku z wojną izraelsko-arabską i jej reperkusjami, ten język pojawia się w taki sposób, że wiele osób odczytuje to już jako antysemityzm, a nie walkę obozu socjalistycznego z imperializmem.

Był taki żart Słonimskiego, że on rozumie, dlaczego każdy Polak ma mieć tylko jedną ojczyznę, ale dlaczego akurat Egipt?!

Z tego powodu pogłębiły się też antyinteligenckie odruchy Gomułki. Spora część inteligencji twórczej, niekoniecznie mająca korzenie żydowskie, widziała tę wojnę tak oto, że „nasi” Żydzi pokonali tych „ruskich” Arabów. Gomułka troszczył się bardzo o pozycję Polski w obozie socjalistycznym, więc nie mógł pozwolić na wystąpienia tego rodzaju – było to pretekstem do różnych oskarżeń. A pamiętajmy jeszcze, że rok wcześniej Kołakowski na UW mówi o zdradzie Października, wyrażając nastroje istotnej części inteligencji. To zresztą objawiało już wcześniej, choćby przy okazji Listu 34 w sprawie zaostrzenia cenzury i niskich przydziałów papieru na druk.

Czyli zapanowało bezhołowie? Frakcja zamordystyczna uznała, że inteligenci nam tu jakiś pucz przygotowują?

I Gomułka, i Moczar, nawet jeśli jakoś rywalizowali, to wspólnie postrzegali takich ludzi jak Kołakowski jako przeciwników politycznych. Uważali, że to ci dawni „puławianie” rozrabiają, że to ostatnie podrygi tej liberalno-stalinowskiej żydokomuny.

Czyli Gomułka naprawdę mógł uwierzyć, że studenci w marcu skandowali na demonstracjach „Zambrowski do Biura Politycznego”?

Trzeba by wywołać ducha Gomułki i go spytać, ale faktem jest, że generał Moczar, jeszcze zanim został szefem MSW, podsyłał I sekretarzowi materiały operacyjne z podsłuchów: że czyjaś żona ma przyjaciółkę imperialistkę, jakiś aparatczyk coś ukradł… Przekazywano mu informacje wygodne dla zbierających, ale też takie, co do których spodziewali się, że będą Gomułce odpowiadać. Potwierdzą mu jego przekonania. Krótko mówiąc: w roku 1967 następuje stopniowy wzrost napięcia związany z wojną, z początkiem czystek antysemickich, kampanią antyizraelską, antyniemiecką i antyimperialistyczną – choć nie było wtedy akurat żadnego zaostrzenia konfliktu zimnowojennego. No i na to wszystko spadają Dejmkowskie Dziady, które władza zdejmuje w styczniu 1968 roku z afisza – bo oklaski słychać w niewłaściwych momentach.

Ruch studencki na UW to temat na osobną rozmowę, ale jak się te wszystkie czynniki społeczne miały do aktywności młodych gniewnych skupionych wokół Kuronia i Modzelewskiego? Czy oni dyskutują z partią, względnie o partii, czy naprawdę analizują społeczeństwo? Czy mierzą się z tym samymi zjawiskami, co władza?

Nie wiem. Można by Modzelewskiego albo Michnika zapytać, na ile to środowisko inteligencji, która wychodziła z obrębu systemu, zdawało sobie sprawę ze stanu społeczeństwa. Czy to ich zachęcało i ośmielało, a może w ogóle nie wiedzieli, że ludzie psioczą na władzę w kolejce. Niewątpliwie jednak inteligencja jest od paru lat ożywiona, są różne inicjatywy i wystąpienia niezależne.

Wspomniał pan, że ZMS był całkowicie uzależniony od partii. Ale chyba właśnie tam studenci robili dużo kreciej roboty?

Tylko przez pierwsze lata, bo jak w 1965 roku za List otwarty do członków PZPR wsadzono Kuronia i Modzelewskiego, to się skończyło – te wszystkie kluby im. Karola Marksa czy Polityczne Kluby Dyskusyjne. Kiedy podczas wiecu 8 marca w obronie Michnika i Szlajfera byłem na dziedzińcu UW i stałem pod Instytutem Historii, nie słyszałem nic z tego, co ta Irena Lasota tam krzyczy. Raz, że daleko, ale dwa, że wzdłuż dróżki pod Biblioteką w stronę Wydziału Prawa stała grupa aktywistów ZMS i próbowała ją zagłuszać , śpiewali hymn, itd. To nie był jeszcze żaden aktyw robotniczy, tylko zmobilizowani ZMS-owcy.

Nie wszyscy studenci byli po tej samej stronie?

Marzec dlatego jest ciekawy, że wiele elementów się nań złożyło. W grudniu ’70 to było jednoznaczne i jednokierunkowe: protest bytowy klasy robotniczej, który wykorzystały pewne koterie do wymiany ekipy. Poznań ’56 podobnie: zaczęło się od zmiany sposobu naliczania premii robotnikom, potem przerodziło w niemal powstanie narodowe, a u podstaw było niezadowolenie bytowe przekształcające się w polityczny bunt. W Marcu tych czynników było mnóstwo. Instrument antysemicki w „twardej” formie został użyty dopiero po 8 marca. Przedtem o tym wszystkim się nie pisało!

A Gomułka po prostu popłynął na fali, którą wywołał kto inny? Sam nie był antysemitą?

Żeby być dobrym surferem, trzeba wiedzieć, jak fala funkcjonuje i wierzyć w jakość deski, na której się płynie.

Wierzyć w syjonizm jako wrogi PZPR nurt polityczny w Polsce?

Gomułka nie był antysemitą etnicznym, ale np. jeszcze w latach 40. bardzo się troszczył, żeby nie było za dużo Żydów na wysokich stanowiskach w PPR. Nie dlatego, żeby ich nie lubił, tylko utrudniało to jego zdaniem kontakt z masami. On miał świadomość antysemityzmu społeczeństwa polskiego.

I tym antysemityzmem zagrał?

Tak, od czasu przemówienia w czerwcu 1967, kiedy popłynął ze słowami o „piątej kolumnie”, które potem wycięto z relacji w prasie jako nazbyt ostre. Otworzył drzwi dla tej fali, która może by nie przybrała takich rozmiarów, gdyby nie sterowane przez partię i jej koterie wcześniejsze próby nacjonalizacji komunizmu. No i jest jeszcze kontekst Czechosłowacji.

Strach, że zaraza Praskiej Wiosny zawita nad Wisłę?

W lutym 1968 Gomułka odbywa rozmowę w cztery oczy z Aleksandrem Dubčekiem, w lesie koło Morawskiej Ostrawy. Ostrzega go, żeby nie popuszczał, zwłaszcza inteligencji, zwłaszcza mediom – bo straci kontrolę. Ten kontekst w marcu nie jest jeszcze ewidentny, ale przecież było już słychać hasła, „cała Polska czeka na swojego Dubčeka”, czyli Gomułka już nie wystarcza. To zaczęło być ważne krótko potem, kiedy w Moskwie dojrzewała decyzja o interwencji, do której Gomułka Breżniewa wręcz popędzał.

Gomułka uruchamia nagonkę antysemicką, a potem nagle ją ucina. Z dnia na dzień cenzura przestaje puszczać teksty o wrogich Polsce Żydach. O co tu chodzi?

Sporo pisał o tym Jerzy Eisler: przemówienie Gomułki w Sali Kongresowej z 19 marca jest kulminacją kampanii – to tam mówi o „studentach pochodzenia żydowskiego” uczestniczących w rozruchach, o prawie wyjazdu do Izraela, słychać też okrzyki rozochoconego aktywu: „Wiesław, śmielej!”. On wtedy stwierdził, że każde następne słowo będzie niepotrzebne. Fala ruszyła i należy zacząć ją wyhamowywać, bo się utraci kontrolę.

Nad Moczarem i jego ekipą?

Przede wszystkim nad środowiskami wewnątrz establishmentu, ale też nad odruchami społecznymi, jeszcze dojdzie – nie daj Boże – do jakiegoś pogromu. Władza była wtedy mocno zdestabilizowana i Gomułka zdawał sobie sprawę, że nie może tego stanu pogłębiać. I jakiś tydzień po przemówieniu skończył nagonkę.

Bezsilność przekonanych ignorantów

I co, jak nożem uciął?

Przestano wymieniać żydowskie nazwiska przeciwników politycznych w centralnej prasie, ale np. w satyrycznej „Karuzeli” z Łodzi dalej przerabiano wprost rysunki ze „Stürmera”. Do tego pojawił się jeszcze problem pojęcia „rewizjonizm”, bo funkcjonowało ono w dwóch znaczeniach – jako rewanżyzm niemiecki i rewizjonizm marksistowski. Pojawiła się konfuzja, czy ktoś nazywany tym mianem chce oddać granice na Odrze i Nysie Łużyckiej, czy tylko czyta za dużo Milovana Dżilasa.

A kto wysłał „wycieczkę” robotników, którzy spałowali studentów na UW?

Minister, wiceminister spraw wewnętrznych albo komendant główny MO – w każdym razie MSW, które wtedy ściśle współpracowało z Komitetem Warszawskim PZPR. Ci, którzy chcieli coś ugrać, liczyli na wielkie zamieszanie.

Zwłaszcza, że nie było szefa, bo wyjechał na posiedzenie RWPG w Bułgarii.

Faktycznie, gdyby był na miejscu, zapewne by tę decyzję konsultowano, aczkolwiek sprawa była jasna: jest awanturnictwo, nie można popuścić.

Ale awanturę zrobiły służby, a nie studenci. W tym sensie to była prowokacja. Ludzie już się rozchodzili, a wtedy wjechał aktyw robotniczy i zaczął pałowanie.

Nie wiem, na ile milicja szacowała liczebność wiecu, organizatorzy liczyli na 200-300 osób, przyszło półtora tysiąca. Ale stan mobilizacji był niewątpliwie, przecież od tygodni następowały kolejne wydarzenia, które potęgowały atmosferę niepokoju. Zdjęcie „Dziadów” z afisza i demonstracja protestacyjna,  zebranie warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, gdzie Kisiel mówił o „dyktaturze ciemniaków”… W gazetach nie było o tym mowy, ale RWE i warszawska plotka donosiły o tym od razu. MSW wiedziało, że atmosfera jest coraz bardziej napięta, że grożą zamieszki, więc trzeba być przygotowanym do ochrony porządku publicznego. A jeśli zamieszki mają podłoże polityczne, to nawet bezpieczeństwo państwa może być zagrożone. Niewątpliwie w tej koterii były grupy, którym zależało na podsycaniu protestów…

Żeby pokazać, że Gomułka nie panuje? I jakiś silny człowiek powinien przyjść na jego miejsce?

To był test dla Gomułki, czy okaże się silnym przywódcą, ale też pewne było, że z takiego kryzysu musi wyniknąć jakieś rozwiązanie polityczne. Nie może być czysto siłowe, bo pałki załatwiają sprawy z tłumem na ulicy, ale w partii Gomułka nie będzie się bił na pałki z Moczarem. A każde rozwiązanie polityczne oznaczało stworzenie nowych możliwości tym, którzy chcieli iść do góry.

I kto wygrał?

Gomułka ocalił tyłek, bo zablokowana została studencka formuła społecznego protestu, rozładował na chwilę napięcie społeczne poprzez działania antysemickie, spacyfikował partię wewnątrz, usunął z KC resztki liberałów w rodzaju Schaffa czy Żółkiewskiego, którzy nie byli zagrożeniem politycznym, ale jednak byli dość nietypowi – jeden rewizjonista, a drugi strukturalizmem się interesuje. Dalej, zdołał przeprowadzić zjazd, na którym utrzymano balans między różnymi koteriami. Potrafił zapanować nad partią, a to było najważniejsze, no i przetrwał jeszcze dwa lata. Rywale zadowolili się tym, co zyskali.

Moczar dostał kopa w górę?

Moczara Gomułka wykolegował, bo zrobił go zastępcą członka Biura Politycznego, przez co nie mógł już być ministrem spraw wewnętrznych, zastąpił go jakiś aparatczyk spoza resortu. Dochodziło do różnych przesunięć i awantur – np. organizacja partyjna w ambasadzie w Londynie uchwaliła, żeby usunąć ambasadora Morawskiego i komisja partyjna musiała ich przywołać do porządku. Takie zawirowania zawsze powodują rozszczelnienie struktur władzy – cenzorzy nie wiedzieli już, co wolno, a czego nie wolno publikować, a nie mogli przecież do KC dzwonić co pół godziny.

Ostatecznie, po dwóch latach, całą rozgrywkę wygrał Gierek. Chociaż w Marcu stał trochę z boku.

W Marcu jednak poparł Gomułkę, na Śląsku rozprawiono się ze studentami bardzo zdecydowanie. Ale zanim wspiął się na sam szczyt, między marcem 1968 a grudniem 1970 roku, zyskał sprzymierzeńców także spoza Śląska. Wpływy jego „technokratów” urosły tak bardzo dlatego, że udało mu się wyjść poza środowisko dyrektorów wielkiego przemysłu. Tygodnik „Polityka” zaczął pisać, że problemem numer 1 w Polsce jest inna modernizacja, że potrzebne jest przełamanie stereotypu industrializacji wyłącznie przez przemysł ciężki, a trzeba postawić na produkcję dóbr konsumpcyjnych. Wydarzenia marcowe toczyły się na fali nacjonalistycznej i antysemickiej, ale ostatecznie to nie „narodowym komunistom”, lecz właśnie technokraci wyszli na swoje.

*
W tym roku przypada 50. rocznica Marca 1968. Opublikowaliśmy fragment książki „Księgi wyjścia” Mikołaja Gryndberga

„Boli mnie fakt, że zostałem zmuszony do wyjazdu”

Jeszcze w tym tygodniu na naszej stronie m.in. tekst Davida Osta i Jakuba Majmurka.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.