Kultura, Świat

Tam, gdzie kończy się polityka, azylu udziela sztuka

Kultura niezależna to ostatnie miejsce, gdzie można się nie zgadzać na logikę doktryny szoku, stosowaną na Ukrainie od czasu wybuchu wojny. Sztuka nadal pozwala stawiać niewygodne pytania, za które w szerszej debacie publicznej można natychmiast zarobić łatkę „zdrajcy” albo „pożytecznego idioty”. Rozmowa Jakuba Gawkowskiego.

Kuba Gawkowski: Działające w Kijowie od 2008 roku Centrum Badań nad Kulturą Wizualną  (VCRC) organizuje debaty, wykłady badawcze, konferencje, wystawy i wydarzenia w przestrzeni publicznej.  Czym wobec tego jesteście – ośrodkiem sztuki? Kolektywem aktywistów? Kulturalną organizacją pozarządową czy może jeszcze czymś innym?

Oleksij Radynski: Obszar działań VCRC został określony od początku jako poszukiwanie punktów, w których przecina się sztuka krytyczna, produkcja wiedzy i oddolne działania polityczne. Jest to pewna interdyscyplinarność, która wynika z samego charakteru naszej organizacji. Nie jest to ani kolektyw polityczny w ścisłym tego słowa znaczeniu, ani ośrodek sztuki per se, ani organizacja pozarządowa, ale z każdego z tych formatów VCRC czerpie pewne elementy. To swoista hybryda, dzięki której VCRC unika przepoczwarzania się w konwencjonalną instytucję z jednej strony, i w czysto nieformalne ugrupowanie z drugiej.

Oksana Briuchowecka: VCRC to pewna idea, pomysł na rozwijanie różnych koncepcji. Wszystkie inne definicje stanowią tylko pochodną tego stwierdzenia. Wspólna dla wszystkich tutaj jest ideologia. Na różnych etapach pojawiali się różni ludzie. Jedni odeszli, przyszli inni. Jednak pewne reguły są tu stałe, a ich najlepszą ilustracją są działania VCRC.

Dlaczego Kijów gości Warszawę w Budowie

Rusłana Kozijenko: Struktura VCRC ma charakter horyzontalny. Nie ma tu żadnej ustalonej hierarchii, wszystkie decyzje co do strategii, programu i rozwoju zapadają wspólnie, na zasadzie konsensusu, na cotygodniowych zebraniach. Oznacza to oczywiście, że czasem te decyzje nie są łatwe. Ale z mojego punktu widzenia, to, że dajemy sobie możliwość i przestrzeń do negocjowania i wyrażania odmiennych opinii sprawia, że pomimo związanych z tym trudności cały proces zyskuje na znaczeniu i staje się istotny. W pewnym sensie jesteśmy chyba indywidualistami. Mamy na przykład różne zainteresowania badawcze, jednak właśnie dzięki temu nasza działalność jest produktywna. Dopuszczamy do głosu różne perspektywy, co oznacza, że potrafimy być wobec siebie krytyczni. Dlatego VCRC to raczej „platforma”, a nie „zespół”.

Czy macie jakiś konkretny program artystyczny lub polityczny?

OB:  Jasne. Co nie zmienia faktu, że nieustannie się spieramy. W pewnych kwestiach nie udaje nam się dojść do porozumienia. A jednocześnie uczymy się brać pod uwagę opinie innych osób i wspólnie podejmować decyzje. Jednak często jest to trudne.

Althamer nie boi się obciachu

OR: Moim zdaniem poruszamy się po luźno zdefiniowanej platformie, gdzie łączą nas pewne podejścia do sztyki, polityki i badań. Jest to platforma, którą można by nazwać emancypacyjnym zastosowaniem narzędzi sztuki, wiedzy i polityki. Konkretnie mówiąc, prawie każdy w VCRC ma za sobą studia w dziedzinie kultury / sztuki wizualnej, dlatego często podchodzimy do sztuki z zacięciem bardziej socjologicznym niż czysto estetycznym. Niektórzy studiowali filmoznawstwo, stąd w naszej działalności ważne są również inicjatywy dotyczące filmu. Trwały element naszego programu stanowią projekty związane z dyskursami feministycznymi.

To, co robicie, z jednej strony otwiera miasto na programy o charakterze międzynarodowym, np. w związku z organizowanym przez was Kijowskim Biennale. Z drugiej strony jesteście mocno zaangażowani w sprawy lokalne, takie jak badania i ochrona socjalistyczno-modernistycznej spuścizny. Jak Wasza działalność wpisuje się w lokalny kontekst Kijowa i międzynarodowy kontekst Europy Wschodniej?

OR: Cechą charakterystyczną lokalnego kontekstu Kijowa jest ogromna słabość instytucji. Chodzi mi tu o wszelkiej maści instytucje państwowe, ale również artystyczne i kulturalne. Tworzenie tutaj jakiejkolwiek instytucji to misja niemalże samobójcza. Być może właśnie dlatego nie staramy się być „typową instytucją”. W lokalnym kontekście Kijowa funkcjonujemy jako swoista anomalia, para-instytucja: prowadzimy różne projekty w całym mieście, począwszy od opuszczonych kwartałów w centrum (to właśnie tu realizowany jest kijowski projekt Sąsiedzi) po Narodowe Muzeum Sztuki Ukrainy i Instytut Informacji (znany jako UFO). Zawsze jednak kwestionujemy różne aspekty tego, co niesie w sobie pojęcie „lokalnego kontekstu”. Zaangażowanie w sprawy lokalne oznacza wypowiadanie i zadawanie różnych pytań: jak to działa?  Jak to się dzieje, że centrum miasta opuszczają ludzie i przejmuje na powrót przyroda? Dlaczego Ministerstwo Edukacji chce zrobić z jednej ze swoich najbardziej znanych instytucji galerię handlową? I tak dalej.

Łoźnica, Sencow, Dostojewski

OB:  Dla mnie to właśnie kontekst lokalny jest najważniejszy. To w nim rodzą się wszystkie moje projekty. Być może takie pytania mogą być ciekawe także w kontekście międzynarodowym. Najważniejsze jest jednak podnoszenie tutaj kontekstu społecznego.  Refleksje na temat aktualnej sytuacji na Ukrainie rodzą się z osobistych przeżyć. Pierwszy poważny projekt, w który włożyłam swoje kilkuletnie refleksje, stanowiła wystawa „Ukraińskie ciało” z 2012 roku. Przyniosła mi dużo bólu i cierpienia ze względu na późniejsze odrzucenie, konflikt, cenzurę. Z bólu zrodziło się jeszcze więcej bólu. Stało się jasne, że udało mi się w ten sposób dotknąć czegoś drażliwego.

Po wystawie „Ukraińskie ciało”, poświęconej cielesności we współczesnym ukraińskim społeczeństwie, VCRC zostało wyrzucone z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej. Po znalezieniu nowej przestrzeni poza Akademią organizujecie w ostatnich latach coraz to nowe wystawy na tematy polityczne, takie jak migracja, nacjonalizm czy prawa człowieka.

OB: Kwestia seksizmu na Ukrainie jest niezwykle istotna na różnych poziomach. Niektóre feministyczne deklaracje wywołują dużą falę nienawiści. Ja jednak nie potrafię zawrócić z tej drogi, choć szeroki kontekst lokalny temu nie sprzyja. Oczywiście są osoby, które podzielają moje poglądy. VCRC ma własnych odbiorców, czuję wsparcie niektórych ludzi. Wystarczy jednak wyściubić nos z otoczenia podobnie myślących osób, a w powietrzu zaczynają latać kamienie. I to właśnie na tym polega praca w kontekście lokalnym. No i oczywiście, marzą mi się zmiany, lepsze społeczeństwo.

Ukraina coraz bliżej Rosji

Mówicie o sobie „niezależna inicjatywa”. Co to znaczy? Jak udaje wam się od dekady prowadzić działalność bez wsparcia ze strony władz samorządowych czy centralnych?

OR: Wydaje mi się, że nadal działamy właśnie dlatego, że nie mieliśmy stałego dofinansowania ze strony władz samorządowych i centralnych. Nigdy nie mieliśmy szansy na takie wsparcie. Tego typu pomoc w naszym kraju jest bardzo toksyczna. Przez pierwsze pięć lat istnienia nie mieliśmy żadnego wsparcia instytucjonalnego ani budżetu, nikt nie miał stałej pensji. To doświadczenie nauczyło nas, jak przetrwać w ekstremalnych warunkach.

Jak to jest prowadzić w takich warunkach działalność kulturalną? Jaką rolę pełnią na dzisiejszej Ukrainie instytucje takie jak wasza?

Wystarczy wyściubić nos z otoczenia podobnie myślących osób, a w powietrzu zaczynają latać kamienie.

OB: Istotna rola instytucji kulturalnej to jeden z powodów, dla których nadal jesteśmy razem. W toksycznym społeczeństwie, takim jak społeczeństwo dzisiejszej Ukrainy, gdzie mamy wojnę, ubóstwo, legitymizację skrajnie prawicowych ruchów, niezwykle istotne są platformy, na których ludzie mogą publicznie wyrażać swoje opinie i wspólnie działać. Taka instytucja pełni również bardzo ważną rolę edukacyjną. Był to cel, który przyświecał zresztą dwóm edycjom Biennale. Pierwsze z nich nosiło tytuł „Szkoła kijowska”. Staramy się również nadawać  sztuce i kulturze polityczny wymiar.

OR: Obszar „niezależnej kultury” stanowi dziś ostatni bastion, gdzie azylu szukają takie sposoby myślenia, które nie zgadzają się na logikę „doktryny szoku”, stosowaną na Ukrainie od czasu wybuchu wojny – czyli że trzeba potulnie przyjmować wszystko, co się dzieje, „bo jest wojna” i „teraz nie jest pora na stawianie niewygodnych pytań”. Sztuka nadal na to pozwala, natomiast w szerszej debacie publicznej można za to samo natychmiast zarobić łatkę „zdrajcy” albo „pożytecznego idioty”. Rola instytucji kulturalnej polega na ochronie – i w miarę możliwości poszerzaniu – przestrzeni buntu w obliczu tej logiki.

Oleg Sencow: Już nie wierzę, że stąd wyjdę

Czy sytuacja zmieniła się od Majdanu?

OR: Wydaje mi się, że przez te lata, które upłynęły od Majdanu, skupialiśmy się mniej na bezpośredniej polityce oddolnej, a zajmowaliśmy się raczej praktyką artystyczną i zaangażowaniem społecznym. Można powiedzieć, że sztuka stała się strefą azylu w czasach, kiedy nagle całkowicie wyczerpały się możliwości polityczne.

W tym roku jesteście kuratorami dorocznego festiwalu Warszawa w budowie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Jaki macie pomysł na tę edycję?

OB: Temat, który mnie zainteresował, to praca, w szczególności praca kobiet. To jeden z kilku motywów w festiwalowym programie. Będzie również koncepcja sąsiedztwa ogólnie i w relacjach między Warszawą i Kijowem.  Na Ukrainie wszędzie słychać hasło „praca w Polsce”. W tym kontekście zainteresowała mnie bardziej kwestia nie tyle narodowości, co klasy. Stworzyłam również plakaty „Jestem Ukrainką”, ponieważ chciałabym w miejsce Bandery spopularyzować w Polsce ukraińską pisarkę, Lesię Ukrainkę.

Zaproszono Was na festiwal jako wiodący ukraiński kolektyw, który ma przybliżyć Polakom ukraiński kontekst. Jednocześnie jednak wydaje mi się, że większość Waszych działań to próba problematyzacji szufladkowania według klucza narodowego. Jak podchodzicie teraz do tego problemu w Warszawie?

OR: Zgadzam się, narodowe łatki to przestarzałe uproszczenia, ale zwracam uwagę, że nie robimy „Ukraińskiej wystawy w Polsce”. Nie jest to również kolejny „projekt polsko-ukraiński”. Przygotowujemy projekt w duchu lewicowo-ponadnarodowym, choć uczestnicy pochodzą w sumie tylko z kontynentu europejskiego. Myśl przewodnia projektu to „sąsiedzi”, jak ta koncepcja przejawia się i zmienia w aktualnej sytuacji politycznej w Europie. To prawda, wielu artystów na wystawie pochodzi z Ukrainy, ponieważ to z nimi współpracujemy na co dzień. Jednak służy to przede wszystkim podkreśleniu coraz większej obecności Ukraińców w Polsce, często pomijanej lub pokazywanej w niekorzystnym świetle.

Sąsiedzi

RK: I to właśnie ze względu na prostotę tych łatek nie chcemy pogłębiać stereotypów, które w znacznej mierze podżegane są przez „wojny o pamięć”, toczone przez oba kraje w ciągu ostatnich lat. Owe wojny tworzą pewną przydatną zasłonę dymną przesłaniającą żywotne, realne problemy, którymi nikt się nie zajmuje. Dlatego chcemy podjąć szereg kwestii, takich jak migracja za pracą, warunki pracy, spuścizna sowieckiej architektury, procesy kształtowania przestrzeni publicznej i wiele innych aspektów społecznych, ekonomicznych, kulturalnych i ideologicznych dotyczących stosunków sąsiedzkich, stanowiących refleksję nad dzisiejszą sytuacją.

Sztuka stała się strefą azylu w czasach, kiedy wyczerpały się możliwości polityczne.

OB: W mojej pracy „Flaga polsko-ukraińska” żartuję sobie z narodowych stereotypów. Mieszam obie flagi, co symbolizuje mieszanie się ludzi. Podróżujemy, komunikujemy się, robimy różne rzeczy razem, mamy podobne doświadczenia. A to wszystko są właśnie pewne procesy mieszania się. W mojej pracy zaszczepiam również ideę równości w znaczeniu tezy Jacquesa Rancière’a, który mówi, że równość to nie cel do osiągnięcia, ale raczej punkt wyjścia, założenie, którego należy bronić w każdej sytuacji.

 

**
Dziesiąta edycja festiwalu „Warszawa w budowie” odbywa się w tym roku jednocześnie w Warszawie i w Kijowie. W inicjatywę są zaangażowani kuratorzy z Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie, którzy wspólnie podjęli próbę uchwycenia obrazu dzisiejszych relacji sąsiedzkich i znaczeń kształtujących się wokół tej koncepcji na linii Warszawa – Kijów, jako przykładu szerszych, globalnych procesów, które można zauważyć w ramach trwającej migracji między oboma miastami. Wystawa festiwalowa pochyla się nad koncepcją sąsiadów z punktu widzenia migrantów, pracowników i innych mieszkańców Warszawy, pochodzących zza wschodniej granicy. Wystawę można oglądać w Pawilonie Cepelia (Marszałkowska 99/101) od 13 października do 11 listopada.

Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

 

Bio

Jakub Gawkowski

| Publicysta, krytyk sztuki
Studiuje historię sztuki i Artes Liberales w ramach MISH UW. Publicysta, krytyk sztuki. Współpracuje z Magazynem Szum i Krytyką Polityczną.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.