Film

Zniżkowanie mocy

Lotr-1-kadr

Dwa lata temu narracja, jaką przynosi „Łotr 1”, mogłaby wystarczyć. W 2016 naiwne zdania o nadziei nie działają.

Łotr 1, nowa odsłona gwiezdnej sagi, raczej rozczarowuje. Film nie jest kontynuacją zeszłorocznego Przebudzenia mocy, ale spin-offem głównej narracji sagi. Zabiera nas do wydarzeń bezpośrednio poprzedzających te znane z Nowej nadziei. Główne postaci sagi – księżniczka Leia, Darth Vader – pojawiają się w epizodycznych rolach.

Takie opowieści są zawsze gratką dla fanów, pozwalają lepiej poznać świat przedstawiony i głębiej w niego wejść. Pierwsze dwie trylogie obrosły budującymi „rozszerzony wszechświat” sagi dodatkowymi komiksami, filmami i serialami. Gdy Disney kupił prawa do gwiezdnej sagi od Lucasa, niejako unieważnił wszystkie te dodatkowe, poboczne narracje. Łotr 1 to początek cyklu filmów mającego kontynuować oficjalny kanon.

Sztuka powtórzenia

Niestety, o świecie gwiezdnej sagi dowiadujemy się w Łotrze niewiele nowego. Mamy raczej wrażenie, że Disney raz jeszcze chce nam sprzedać historię zbyt podobną do tej, którą kupiliśmy dopiero rok temu. Oczywiście Przebudzenie mocy też opierało się na figurze powtórzenia. Film był tyleż sequelem, co remakiem Nowej nadziei. Opowiadał znaną z niej historię w sposób dostosowany do wrażliwości współczesnych widzów. Zastępując Luke’a kobiecą bohaterką, otworzył świat sagi na zmiany, jakie feminizm wniósł w obszar popkultury

Wielu recenzentów i w wypadku Przebudzenia czepiało się tego, że tak naprawdę dobrze znamy tę historię. Mnie się jednak Przebudzenie podobało – powtórzenie też bywa produktywnym gestem w sztuce. Yosiru Ozu, wybitny autor kameralnego, psychologicznego kina z Japonii, wielokrotnie wracał w kinie do opowiedzianych przez siebie historii, po latach kręcił je na nowo. Paul Schrader wiąże to z praktyką japońskiego budownictwa sakralnego. W shintoistycznych świątyniach bramy zwane Torii wyglądają bardzo staro. Są jednak rozbierane i budowane od nowa co sto lat. Dla Japończyków ważna jest bowiem nie ich starożytność i „autentyczność”, a doskonałość – nadgryzana przez ząb czasu. Co kilka pokoleń opiekunowie świątyni muszą stanąć przed wyzwaniem, jak raz jeszcze zbudować doskonałe Torii.

Rzecz jasna, Lucas nigdy nie inspirował się Ozu. Z japońskiego kina cenił raczej Kurosawę – Nowa nadzieja to w dużej mierze przeniesiona w kosmos Ukryta forteca. Przebudzenie mocy nie powstało w poszukiwaniu doskonałości, ale zysków korporacji Disneya. Niemniej było bardzo udanym, wzruszającym filmem, powtórzenie okazało się płodne. W Łotrze 1 formuła „opowiadamy to raz jeszcze, dla współczesnego widza” po prostu nie zadziałała.

Why so serious?

Podobnie jak film sprzed roku Łotr 1 stawia w centrum kobiecą bohaterkę. O ile Rey z Przebudzenia była „nowym Lukiem Skywalkerem”, to bohaterka Łotra, Jyn Erso, ma być nowym, kobiecym Hanem Solo. Tak przynajmniej wydawało mi po obejrzeniu zwiastuna, który obiecywał historię żyjącej ponad prawem buntowniczki, przyłączającej się do służby sprawie Rebelii i poświęcającej dla niej swojego anarchicznego ducha.

Gwiezdne wojny 7: Nic nowego pod żadnym ze słońc [Majmurek]

Jeśli taki był plan, nie wyszedł dobrze. Jako opowieść pikarejska Łotr się po prostu nie sprawdza. Brakuje mu lekkości, poczucia humoru, bajeru, przewrotności. Dialogi są miejscami mocno toporne, głównie tautologicznie powtarzają to, co i tak widzimy na ekranie. Bombastycznej, potwornie głośnej muzyce Michael Giacchino też przydałoby się trochę lżejszych nut.

Najwięcej humoru wnosi postać zgryźliwego androida K-2S0, ale lżejszych elementów jest zbyt mało. Także historia przemiany bohaterki z żyjącej tylko dla siebie, wyjętej spod prawa kowbojki w ofiarną bojowniczkę Rebelii jest źle umotywowana – dzieje się zbyt szybko i mechanicznie.

Niedostatki charyzmy

W ogóle postaci – coś, co zawsze było wielką siłą sagi – w tym filmie nie przekonują. Postać Jyn jest chyba po prostu źle napisana. Nie pomaga jej też odtwarzająca ją Felicity Jones. Utalentowana przecież i mająca na koncie bardzo dobre role aktorka przez większość filmu jest nieprzekonująca, drewniana, sztywna. Zupełnie pozbawiona jest magnetyzującej, naturalnej charyzmy Daisy Ridley w roi Rey.

Gwiezdna saga nigdy nie była tylko filmową rozrywką, ale całą mitologią. Także polityczną.

Niewiele lepiej wypada też ciekawy przecież meksykański aktor Diego Luna w roli towarzysza walki Jyn, kapitana Rebelii Cassiana Andora. W Przebudzeniu mocy mieliśmy czarnego szturmowca, który porzuca Imperium i przechodzi na stronę rebeliantów. W Łotrze oprócz Meksykanina Luny mamy porzucającego imperialną służbę pilota Bodhi Rooka, odtwarzanego przez znanego z serialu Długa noc brytyjskiego aktora południowoazjatyckiego pochodzenia Riza Ahmeda. Gwiezdna saga zmienia się i w tym aspekcie: Nowa nadzieja była jeszcze w zasadzie zupełnie biała. Szkoda jednak, że Rook ma tak mało ekranowego czasu, bo wydaje się o wiele bardziej charyzmatyczną postacią od Andora. Tak jest też ze wszystkimi najbardziej charakterystycznymi kreacjami w tym filmie – ojcem Lyn odtwarzanym przez Madsa Mikkelsena czy przywódcą ekstremistycznego skrzydła rebelii w wykonaniu Foresta Whitakera – znikają z ekranu, gdy zaczynają nas naprawdę interesować.

„Gwiezdne Wojny” z Leninem w tle

Opór jest bezcelowy?

Gwiezdna saga nigdy nie była tylko filmową rozrywką, ale całą mitologią. Także polityczną. Polityka Gwiezdnych wojen jest niejasna, płynna, otwarta na interpretacje i podchody „partyzantki semantycznej”. Do senatora Palpatine memy porównywały premier Szydło i prezesa Kaczyńskiego, po wygranej Trumpa w amerykańskich sieciach społecznościowych krążył mem porównujący ostatnie amerykańskie wybory do tytułów pierwszej gwiezdnej trylogii: prezydentura Obamy to „nowa nadzieja”, Trump to „imperium kontratakuje”. Autor mema w 2020 przewiduje ilustrowany zdjęciem senatora Sandersa „powrót Jedi” – niedoszły kandydat Demokratów faktycznie będzie wtedy jeszcze bardziej przypominał mistrza Yodę.

Nie wiemy, jakie pokłady wyobraźni politycznej i memowej partyzantki wyzwoli Łotr. Ja sam z niecierpliwością czekam na to, co z nim zrobi Grzegorz Braun. Jednocześnie mam wrażenie, że siła politycznej wyobraźni obecna w tym filmie jest cokolwiek zwietrzała. W Łotrze ciągle mówi się o nadziei. „To na nadziei zbudowana jest Rebelia” – kilka razy powtarza się nam z ekranu, byśmy nie zapomnieli. Niestety, właśnie nadziei w tym filmie brakuje. Niby w ostatecznym rachunku wiemy, że Imperator z Vaderem przegrają tę bitwę. Ale z Przebudzenia mocy wiemy też doskonale, że zwycięstwo Rebelii będzie krótkotrwałe. Demokracja nie przetrwa nawet jednego pokolenia, a Leia i Han Solo na emeryturze raz jeszcze będą musieli toczyć te same walki co w młodości – w dodatku z własnym dzieckiem. Oglądając napisy końcowe Łotra, zastanawiamy się, czy zamiast mówić kolejne banały o nadziei, bohaterowie nie powinni dać sobie w końcu spokój i przyznać, że wszelki opór wobec Imperium jest bezcelowy.

Na taki odbiór wpływ ma pewnie polityczna atmosfera. Nie tylko od roku dręczy nas „dobra zmiana”, ale na całym świecie źle się dzieje. Od 1989 roku nie było 12 miesięcy, które byłyby tak politycznie fatalne. Praktycznie wszystko, co mogło pójść nie tak – za wyjątkiem Austrii – poszło. Świat stał się o wiele bardziej szpetnym miejscem do życia. W 2014 narracja, jaką przynosi Łotr, mogłaby wystarczyć. Dziś, gdy za niecały miesiąc w Białym Domu zasiądzie Trump, potrzebujemy czegoś znacznie mocniejszego.

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.