Film

Uważajcie na kobiety

house-of-cards-season-5

Nie ma nic takiego jak „kobiece wartości” w polityce, są kobiece sposoby robienia kariery. Kinga Dunin o „House of Cards”. Uwaga, spoilery!

Ile jest kobiet prezydentów, premierów, ministrów? Ile parlamentarzystek? Ile pełni ważne funkcje partyjne czy publiczne? To można policzyć – dla Polski, innych krajów, świata. Ale ciekawsze jest inne pytanie: ile kobiet jest naprawdę ważnych? Naprawdę bierze udział w politycznych zakulisowych grach, a nie jedynie reprezentuje facetów, sprawnie administruje, wypełnia wymagania gender balance, o ile takie istnieją? I w jaki sposób osiągnęły swoją pozycję? Oczywiście warto walczyć o parytety, można cieszyć się, że w polityce jest więcej kobiet, ale często to tylko zasłona, za którą nadal kryje się „siurkowe bractwo”.

Oglądając House o Cards, nabierałam coraz większej pewności, że jeśli oglądalność dopisze i będą kolejne sezony, to musi przyjść kolej także na panią Underwood, początkowo jedynie żonę polityka. Ona jeszcze im pokaże! Dwuznacznie moralnym haczykiem serialu jest to, że śledząc losy czarnych charakterów, mimo wszystko zaczynamy im kibicować. No i stało się. „Moja kolej” – mówi Claire Underwood, po tym jak właśnie została 47. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Tak kończy się piąty sezon serialu.

Można cieszyć się, że w polityce jest więcej kobiet, ale często to tylko zasłona, za którą nadal kryje się „siurkowe bractwo”.

Nawet jeśli ktoś nie oglądał ani jednego odcinka, z pewnością wie, że House o Cards jest serialem o tym, że polityka jest przede wszystkim grą o władzę. O cynicznym i bezwzględnym, po trupach, dążeniu do władzy. I jest to najbardziej podniecająca rzecz na świecie. Początkowo głównym graczem, którego losy śledzimy, jest Frank Underwood grany przez Kevina Spacey. A wspiera go żona, Claire, która też prowadzi swoje gry, ale na znacznie skromniejszym polu (szefowa NGO-sa), i w razie potrzeby musi swoje cele podporządkować jego celom – wspólnym i nadrzędnym. Małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny, w którym jego sukces jest wspólnym sukcesem – gdyby ktoś to chciał zapisać w konstytucji.

Przypomnijmy, że Underwood najpierw doprowadził do odejścia w trakcie kadencji całkiem przyzwoitego prezydenta Walkera, następcę Obamy, i zajął jego miejsce. Dotrwał do końca kadencji, w ostatnim sezonie musi jednak wystartować w prawdziwych wyborach prezydenckich. Poparcie zdobywa, nakręcając lęk przed terroryzmem i islamistami. Manipuluje danymi w internecie, a odpowiedzialny za to człowiek odnajdzie się potem w Moskwie. A kiedy mimo wszystko wygląda na to, że wyborów może nie wygrać, doprowadza do tego, że w dwóch stanach nie zostają one zakończone – finguje atak terrorystyczny na lokal wyborczy. To precedens, ale amerykańskie prawo, ma w zasadzie na to odpowiedź i teraz głos należy do Kongresu i Senatu. Jak mówi jedna z postaci: „Konstytucja nagięła się, ale nie pękła”. Senat wybiera na wiceprezydenta jego żonę, Kongres, który ma wybrać prezydenta, zwleka. Walka o głosy elektorskie odbywa się oczywiście za pomocą korupcji i szantaży. Ostatecznie jednak dochodzi do wyborów w stanach, które nie dokończyły elekcji, Underwood wygrywa, lecz wychodzą na jaw jego ciemne sprawki i ostatecznie decyduje się złożyć rezygnację. Prezydentem automatycznie zostaje Claire.

Majmurek o „House of Cards”: Prezydent z krainy Oz

Jak pamiętamy, Frank wielokrotnie z łobuzerską miną zwraca się wprost do widzów, wygłaszając cyniczne komentarze, między innymi o ludziach, którym trzeba mówić to, co chcą usłyszeć. O tym, że o popularności polityka decydują spektakularne działania i slogany. Na koniec zwraca się jeszcze do komisji senackiej, przed którą zeznaje, mówiąc o tym, że prowadził grę, jaką prowadzą wszyscy, i według reguł, które oni wszyscy stworzyli: cała elita polityczna jest zależna od biznesu, egoistyczna, podatna na korupcję. I ogłasza „śmierć wieku rozumu”. Nie przypadkiem Doug Stamper, jego totumfacki, lojalny aż po grób, gotowy szefowi oddać własną wątrobę, zabijać dla niego i pójść do więzienia, w wolnych chwilach czyta Dickensa Opowieść o dwóch miastach. Powieść o czasach okrucieństwa, zamieszek i przesilenia tuż przed Rewolucja Francuską.

Populizm i postpolityka to reguły, które rządzą politycznym domkiem z kart, prawdziwa władza jest jednak gdzieś indziej. Frank odkrywa to na spotkaniu bractwa spotykającego się na Polach Elizejskich. Dziwacznie przebrani i modlący się do jakiegoś kamiennego ptaszyska panowie okazują się tymi, którzy naprawdę mają wpływy, głównie z powodu swego bogactwa i właściwych, czysto męskich powiązań. Jego kolejny mefistofeliczny plan polega więc na tym, żeby przejść do prywatnego biznesu, a w Białym Domu zostawić żonę, która będzie z nim współpracowała. Claire ma nadal być pionkiem w jego grach.

Nie ma podręcznika zwalczania populizmu w weekend

To dość powszechnie podzielane poglądy o polityce, szczególnie teraz, po wygranej Trumpa i otarciu się Hillary Clinton o prezydenturę. Również w kwestii międzynarodowej polityki USA. Przepychanki z Rosją, umowy pod stołem z Chinami, walka o wpływy na Bliskim Wschodzie, używanie polityki zagranicznej w lokalnych rozgrywkach. Kiedy podsekretarz zajmująca się sprawami międzynarodowymi mówi o możliwości rozmów z mniej radykalnym skrzydłem ICO (serialowy odpowiednik ISIS), wcale nie wydaje się to całkiem nierealne. Pieprzu dodaje kilka morderstw i zagrywek, które wciąż wydają się mocniejsze niż w realu, ale kto wie.

Jaką rolę w tym wszystkim odgrywają kobiety? Jest ich trochę. I podobnie jak mężczyźni walczą o swoją pozycję. Czasem powstaje między nimi coś w rodzaju kobiecej solidarności, Claire stara się na niej grać, spotykając się z polityczkami, kiedy, pozornie szukając poparcia dla męża, daje do zrozumienie, że tak naprawdę chodzi o nią. Kobiety nie mają jednak swojego bractwa czczącego fallicznego ptaka (chociaż w tym wypadku powinno być to pewno coś waginalnego). Claire jednak ostatecznie wczołguje się na szczyt. I wtedy spycha z niego męża. Każe mu wynieść się z Białego Domu i nie ułaskawia, mimo że było to częścią układu między nimi. Ale w polityce nie obowiązują żadne układy, nikomu nie można wierzyć, nikt nie jest do końca lojalny ani szczery. Dlaczego więc ona miałaby być? Bo jest kobietą? Żoną? Bo dotąd zachowywała się tak, jakby była? Jaką drogę musiała przejść? Czy od początku była taka sama jak Frank Underwood, tylko inaczej to rozgrywała?

On do widzów zwracał się wielokrotnie, Claire, jak dotąd, poza ostatnim zdaniem: „my turn”, odzywa się do nas tylko raz – wiem, że mnie oglądacie, ale chyba nie chcę, żebyście mnie poznali. Claire zawsze lepiej niż jej mąż ukrywała swoje wnętrze, co sugeruje, że jest ono głębsze i bardziej wrażliwe. Jak to u kobiety.

Frank był oczywistym arywistą. Jego ojciec hodował brzoskwinie i był alkoholikiem. Przyszły prezydent szybko więc odciął się od swojej rodziny i wspinał się po kolejnych szczeblach kariery. Claire pochodziła z bogatej rodziny z Teksasu i od dziecka uczona była przez matkę panowania nad emocjami. I zapewne całego zestawu klasowych sposobów autoprezentacji. Jej stroje i body language zawsze perfekcyjnie realizują wizerunek idealnej kobiety (mogłaby być superwizorką Projektu Lady).

Demokratyczny savoir vivre a „Projekt Lady”

W szkole została zgwałcona przez kolegę i, jak wyznała w pewnym momencie, w wyniku tego musiała usunąć ciążę. To wyznanie potrzebne jej było w rozgrywce politycznej, bo chłopak, który ją napastował, został generałem. Claire opowieść o traumie przysparza sympatii i utrudnia wykorzystywanie kontrowersji wokół aborcji w konfliktach politycznych, jego eliminuje z polityki. Nie wszystko jednak w tej historii jest prawdą. Napaść seksualna tak, ale wszystkie trzy aborcje, których dokonała, były późniejsze, kiedy już była z Frankiem. I wiązały się z ich decyzją zaangażowania w politykę. Oczywiście piękna żona i dzieci nie szkodzą politykowi, ale jeśli ma się swoje ambicje, są przeszkodą.

Z Francisem – ona i tylko ona tak do niego mówi – łączy ją lojalność i nieustannie deklarowana miłość. Jednak bardzo rzadko widać między nimi napięcie erotyczne. Chyba od seksu wolą wspólne palenie jednego papierosa. Inne, bardziej bezinteresowne relacje, łączą Claire z jej kochankami, wtedy staje się trochę bardziej ludzka, angażuje się emocjonalnie. Jeden z nich jest znanym fotografikiem, Claire na chwilę odchodzi dla niego od męża. Drugi jest dziennikarzem o spojrzeniu spaniela, którego ktoś kopnął w tyłek. Bo też jego rola u boku Claire, podejrzanego doradcy i lokatora Białego Domu, jest raczej upokarzająca. A poza tym on ją kocha, a ona go chyba nie kocha. Jednak okazuje słabość, gdy powierza mu zbyt wiele tajemnic.

Frank, jeśli ma do kogoś słabość, to do mężczyzn. W szkole wojskowej miał romans z kolegą. Ciągnie go do jego ochroniarza (w tym wypadku mieliśmy nawet coś w rodzaju trójkąta, bo i Claire była zainteresowana), do osobistego trenera, z którym może łączy go też coś więcej niż ten jeden pocałunek, który widzimy. Chociaż kiedy trzeba, każdego z nich porzuci. W każdej z tych sytuacji to on ma władzę. Miał też kochankę, a właściwie układ z młodą dziennikarką, z którą przy okazji uprawiał seks. Ale to był seks bez emocjonalnego zaangażowania, samca alfa z podporządkowaną samicą. Kiedy przestała być podporządkowana i zaczęła mu zagrażać – zabił ją.

Undarwoodów łączy przede wszystkim wspólny interes, są partnerami w tej samej grze. I to tworzy ich silną i wyjątkową więź, którą nazywają miłością. A nawet jeśli jest to miłość, co się z nią stanie, kiedy ich cele przestaną być wspólne? I czy naprawdę przez długi czas pokrywały się, czy też Claire zawsze grała, zachowując tę swoją pokerową twarz damy i zimnej suki? Na temat motywów i prawdziwych intencji tej postaci można snuć rozmaite spekulacje. Nieprzypadkowy wydaje się stary film, który oglądają za każdym razem, gdy oczekują na wyniki jakichś wyborów, w których bierze udział Frank. To Podwójne ubezpieczenie Billy Wildera na podstawie scenariusza Chandlera. Historia agenta ubezpieczeniowego i nieszczęśliwej mężatki, którzy planują morderstwo jej męża. Jednak każde z nich ma w tym inny cel.

Poczuj Berniego!

Żeby jego kariera mogła toczyć się bez przeszkód, Frank morduje dziennikarkę, Claire, żeby nic nie zagroziło jej pozycji, zabija – truje chińskimi kroplami na migrenę – swojego kochanka, który schodzi podczas miłosnego aktu. To jeden z niewielu momentów, kiedy widać po niej jakieś emocję. Jest jej naprawdę przykro, nawet oczy jej się zaszkliły. Ale zrobiła to, co było niezbędne. I stała się taka jak mąż. To jakby mordy założycielskie, na których każde z nich buduje swoją karierę.

Z punktu widzenia ofiar kwestia, czy mordercy było przykro, czy nie, jest bez znaczenia. Mężczyznom jednak morderstwa po prostu wychodzą naturalnie, kobieta, żeby zabić, musi się przełamać. Walcząc o władzę polityczną, musi zniszczyć w sobie „kobiecą wrażliwość”, usunąć ciążę, zrezygnować z macierzyństwa, stłumić naturalne pragnienie miłości… Robi to, co mężczyźni, ale płaci za to wyższą emocjonalną cenę. Walcząc o władzę w męskim świecie, wykorzystuje „kobiece sposoby”, jak najdłużej kryjąc się za plecami mężczyzny. A potem wbija mu w te plecy nóż (jak Merkel Kohlowi).

Dymek: Lekcje Franka Underwooda

Kiedy Claire mówi: teraz moja kolej, nie oznacza to chyba jakiejś radykalnej zmiany sposobu uprawiania polityki. Ani zmiany reguł gry. Nie ma nic takiego jak „kobiece wartości” w polityce, są kobiece sposoby robienia kariery: jako osoba wspierająca – do czasu. No chyba że twórcy serialu postanowią nas zaskoczyć w kolejnym sezonie. Na razie brzmi to jak groźba wobec mężczyzn sprawujących władzę: uważajcie na wspierające was pracowite, ambitne, chociaż pozornie znające swoje miejsce współpracownice. Niektóre z nich niespodziewanie mogą wam skoczyć do gardeł.

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Świetna recenzja!

Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!