Film

Silvio i motyle

Za „Loro” stoi precyzyjna wizja. Najnowsze dzieło Paolo Sorrentino jest refleksją nad nihilistyczną siłą pieniędzy, która zaciera granicę między rzeczywistością i ułudą. To opowieść o człowieku, który może istnieć tylko jako spektakl.

W maleńkiej, pełnej motyli i egzotycznych roślin szklarni, położonej pośród wydm Szmaragdowego Wybrzeża Sardynii, nieopodal połyskującej różowym piaskiem plaży, widzimy mężczyznę o starannie ułożonej fryzurze. Jest poranek po ekstrawaganckiej imprezie, a skrzącą się od rosy trawę pokrywają korki szampana, konfetti i fikuśna bielizna. Na trampolinie ustawionej pośrodku nieskazitelnie przystrzyżonego trawnika śpi skąpo odziana kobieta w naszyjniku w kształcie motylka. Oprócz niej w ogrodzie widzimy jeszcze dziesiątki innych, podobnych ciał, bez wyjątku przyozdobionych taką samą entomologiczną biżuterią. Mężczyzna śmieje się zza szyby, patrząc na swoje królestwo owadów, a wyprasowana botoksem twarz rozciąga się w martwym, postkoitalnym  grymasie.

Loro, najnowsze dzieło Paolo Sorrentino, nie szczędzi widzom podobnych obrazów. Jednak ci, którzy spodziewają się, że reżyser zmasakrował Silvio Berlusconiego, wyjdą z kina rozczarowani.

Podzielony na dwie części film, który na początku maja trafił do dystrybucji we Włoszech, koncentruje się nie tyle na wymierzaniu sprawiedliwości społecznej, co na realizacji twórczego wyzwania, jakim jest próba uczłowieczenia całej gamy groteskowych postaci i nadania im nowego znaczenia, wolnego od zwyczajowych medialnych stereotypów. Jak można się było spodziewać, były premier Włoch niemal natychmiast wyraził oburzenie z powodu filmu, nazywając go „brutalną prowokacją”. Jednak zastrzeżenia zgłosiła też liberalna krytyka, twierdząc, że Sorrentino zdecydowanie zbyt łagodnie obszedł się ze spuścizną narodowego antybohatera. Abstrahując od polityki, zawarty w filmie obraz współczesnego baroku, dekadencji i chciwości charakteryzujących elity pokroju Trumpa na całym świecie idealnie trafia w swój czas.

Techniczną i wizualną siłę film zawdzięcza operatorowi Luciemu Bigazzi – temu samemu, który wcześniej pomógł Sorrentino wypracować charakterystyczną postmodernistyczną estetykę serialu Młody papież i filmów Młodość czy Wielkie piękno. Powracają więc obowiązkowe ujęcia z basenu i zbliżenia inspirowane dziełami Pasoliniego, wzbogacone tym razem – jak na biografię rekina rynku nieruchomości przystało – o quasi-erotyczną fascynację kształtami sof, stolików kawowych i ekranów plazmowych. W jednej szczególnie zabawnej grze antropomorficznej klimatyzator staje się cichym zabójcą i tym samym przeistacza w jednego z najbardziej nieprawdopodobnych i niezapomnianych bohaterów.

Trefny towar od Netfliksa

Podobnie jak w poprzednich dziełach ramy artystyczne filmu Sorrentino tworzy semiotyczne zderzenie sacrum i profanum. Jednym z niezapomnianych przykładów jest scena, kiedy Berlusconi je kolację w towarzystwie swojej świty, sfilmowana jako Ostatnia Wieczerza, tyle że do dźwięków muzyki house. Końcowy efekt przywodzi na myśl kiczowaty bufet podczas tygodnia mody w Mediolanie. Sama koncepcja nie jest może szczególnie oryginalna, jednak w tej wersji nie można odmówić jej polotu.

Sorrentino bywa oskarżany o powierzchowność, ale za Loro stoi bardzo precyzyjna wizja. Film jest refleksją nad naturą rzeczywistości i ułudy; nad nihilistyczną, odbierającą wszelki sens siłą pieniędzy, która zaciera granicę między jedną a drugą. W pierwszej części Berlusconi jest niemal całkowicie nieobecny; zamiast niego oglądamy korowód alfonsów, striptizerek i szemranych biznesmenów, którzy chcą wyszarpać dla siebie kawałek tortu, jednocześnie przypisując swojemu przywódcy boski status. Kiedy Berlusconi w końcu się pojawia, czujemy się niemalże rozczarowani.

Majmurek: Uwodzicielscy młodzi, zmęczony hedonista i nadopiekuńcza matka

Nie jest to w żadnym wypadku wina Toniego Servillo, który gra tę rolę z ogromnym wyczuciem i kunsztem, ale raczej konkretnych reżyserskich decyzji. „Il Cavaliere” po prostu nie do końca sprostał oczekiwaniom. Widać to jeszcze wyraźniej w części drugiej, która dla odmiany opowiada historię starzejącego się demagoga, zastanawiającego się nad właśnie nad swoimi życiowymi decyzjami, próżnością, rozpadającym się małżeństwem i kiepskimi przyjaciółmi. Berlusconi u Sorrentino jest człowiekiem, który twierdzi, że kocha swój kraj, ale wie, że go zawiódł; nieustannie powtarza mantrę „Mnie się nie da urazić”, aż w końcu staje się jasne, że jest dokładnie odwrotnie. Kiedy nastoletnia dziewczyna odrzuca jego awanse, bo jego dezodorant kojarzy jej się z „zapachem dziadka”, w oczach starego mężczyzny widać ból.

Fascynacja Sorrentino życiem osobistym Berlusconiego i jego spekulacje na ten temat rodzą pewne problemy. Film bierze pod lupę relacje władzy, a kreacja Eleny Sofii Ricci w roli aktorki i byłej żony Berlusconiego, Veroniki Lario, jest jednym z najmocniejszych elementów filmu – ostatecznie jednak, zdaje się pytać reżyser – czy ktokolwiek mógłby się oprzeć przyjemności oglądania nagich pośladków? Na tym niestety krytyka się kończy.

W innej scenie zaproszenie na wyspę przyjmuje prostolinijny lewicowy polityk w brązowym garniturze, wpisujący się we wszystkie stereotypowe wyobrażenia na temat „nudnych” demokratów, sztywnych i anachronicznych w olśniewającym świecie fantazji Berlusconiego.

Nawet gdy Sorrentino zwraca uwagę na nadciągającą apokalipsę, ucieka się do tanich chwytów rodem z melodramatu. W jednej scenie w centrum Rzymu autobus wypada z drogi i staje w płomieniach, a tłum striptizerek przygląda mu się bez choćby śladu emocji. Włosi są tu stadem zdezorientowanych owiec, z własnej woli idących na rzeź. Przy całej cierpliwości, z jaką Sorrentino dekonstruuje rozmaite neurozy Berlusconiego, może dziwić brak subtelności w portretowaniu jego krytyków.

Najlepsze filmy i seriale, jakie mogliście przegapić w 2017 roku

Loro to opowieść o człowieku, który może istnieć tylko jako spektakl, który pod wieloma względami jest jak aktor, artysta, czy reżyser. W ujęciu Sorrentino Berlusconi nie tylko usprawiedliwia naród zakamuflowanych zboczeńców, ale wręcz jest magikiem, dzięki któremu cały ten nowy świat wydaje się możliwy, choć  próżno szukać potwierdzenia w rzeczywistości. Jest narcyzem, który sam wierzy we własne idiotyzmy (choć nie wszystkie); jest człowiekiem, który – jak reszta ludzkości – tkwi w objęciach śmierci. Loro z pewnością nie jest najwybitniejszym filmem w dorobku Sorrentino, ale zmagania reżysera z własnym masochistycznym współczuciem dla diabolicznej postaci zaowocowały fascynującym widowiskiem.

**
Recenzja ukazała się na stronie Little White Lies. Publikacja za zgodą wydawcy. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Gucio.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.