Film

Papierowe eksmisje, papierowi narodowcy

pewnego-razu-w-listopadzie-jakimowski

Nie oczekiwałam, że Andrzej Jakimowski zrobi społecznie zaangażowany film o eksmisjach czy mocny film o narodowcach. To nie jego wrażliwość i nie jego bajka. Ale jednak po pewne elementy tej bajki sięgnął, szkoda, że je zmarnował.

To jest film o Warszawie, o tym, że eksmitowani ludzie nocują w letnich altankach na terenie ogródków działkowych, o tym, że eksmitujący są bezlitośni, a eksmitowani bezbronni. To jest film o tym, że schronienia szukać można na skłocie, bo skłoty są okej, bo na skłotach mieszkają ci, dla których nigdzie nie ma miejsca, na skłocie dostaje się wsparcie, na skłocie ktoś uczy języków obcych, obcokrajowcom pomaga w nauce polskiego, albo organizuje się dyskusje czy zajęcia warsztatowe. O tym, że te skłoty nie wszystkim się podobają, że bywają atakowane, np. przez narodowców w czasie Marszu Niepodległości. Bo to jest Warszawa w listopadzie, ulicami idzie wielotysięczny marsz, płoną race, na wietrze powiewają flagi, a z gardeł leje się nienawiść do obcych. Taka jest ta Warszawa w filmie Pewnego razu w listopadzie.

Gdybyście wyciągnęli wnioski z zabójstwa Brzeskiej, to waszym dzieciom nie zabrano by boiska szkolnego

Eksmisje i skłot

Marek (Grzegorz Palkowski) i jego matka (Agata Kulesza) zostali wyeksmitowani. Komornik wszedł na ich konto. Mają tyle, co udało im spakować w dwie torby i plecak. Tułają się więc po mieście, szukając dachu nad głową. Znajdują go na chwilę na działkach, ale w letnim domku jest zimno, a okolica w sumie niezbyt bezpieczna – w nocy na działki wpadają młode chłopaki, żeby powyżywać się na mieszkających tam bezdomnych.

Chłopak chciałby znaleźć miejsce do spania dla matki. Nie jest to łatwe, bo matka ma psa. Z psem nigdzie nie wpuszczają. Noclegownia niby ciepła, ale trzeba jeszcze zorganizować coś dla psa. Schronisko też może okej, ale znów kiedy Marek zostawi już w nim matkę, musi znaleźć miejsce dla psa.

Psa uda się umieścić tylko na Przychodni, skłocie w centrum miasta. Dla matki chwilowo nie ma tam miejsca, bo wszystkie pokoje zajęte, nawet w części wspólnej śpi rodzina z Syrii. Skłotersom jest przykro, ale nic nie mogą zrobić. Może później się uda.

Kanciasta ta odyseja

Wyobrażam sobie, że o Pewnego razu w listopadzie można napisać, że to „warszawska odyseja”, że ludzie tułają się po mieście, które bije swoim rytmem – demonstracji narodowców, migocących neonów itp. Albo że to taki poetycki portret stolicy, w której wrze życie społeczne i polityczne. Niestety wszystko to bzdura. W tym filmie wszystko jest kanciaste i jeśli coś bije, to narodowcy przechodniów, jeśli coś migoce, to myśl, że wokół dzieją się ciekawe rzeczy, o których warto opowiedzieć w filmie. Ale to tyle.

Film wyreżyserował Andrzej Jakimowski, twórca takich filmów jak Zmruż oczy (2003), Sztuczki (2007), Imagine (2013). Jeśli ktoś pamięta tamte filmy, pamięta zapewne poetyckość, to specyficzne połączenie akcji w konkretnym czasie i miejscu, a zarazem dziania się nigdzie, w przestrzeni trochę baśniowej. W Zmruż oczy mieliśmy bardzo realne otoczenie – zniszczone gospodarstwo, stare krzesło i na drugą nóżkę opowieść o przyjaźni dziewczynki i nauczyciela wyjętą jakby z realizmu magicznego. W Sztuczkach byliśmy na Śląsku, mieliśmy rodzinę, którą opuścił ojciec, ale znowu ten namacalny śląski real (to był czas w polski kinie, kiedy na ekranach naoglądaliśmy się sporo Śląska) jest tłem dla tego, co magiczne, dla sztuczek.

Podobnie magiczno-realistycznie ma być w Pewnego razu w listopadzie. Niby jest Warszawa, bardzo namacalna – ze wspomnianymi eksmisjami, z zimnymi nocami spędzonymi na działkach, z marszem narodowców. Ale wszystko to jest tłem dla opowieści o poszukiwaniu sobie miejsca, no i o tym, że pies uciekł. Motyw ucieczki psa staje się w pewnym momencie najważniejszy. Narodowcy walą kamieniami w szyby, race płoną, dookoła przemoc, a Mareczek biega między narodowcami i nawołuje czworonoga.

Narodowcy walą kamieniami w szyby, race płoną, dookoła przemoc, a Mareczek biega między narodowcami i nawołuje czworonoga.

Byłam bardzo ciekawa filmu Jakimowskiego, bo raz, że znam jego wcześniejsze obrazy i chciałam zobaczyć, jak ten baśniowy realizm wplecie w wydarzenia 11 listopada w stolicy. A dwa, że temat eksmisji, skłotów i marszów narodowców to coś, co znam, śledzę i przekonana jestem, że to świat, który warto pokazać w kinie. Niestety, to połączenie nie jest chyba najbardziej udane. Wszystko tu szeleści papierem, wygląda jak ulepione z elementów rozpoznanych jako realne, wręcz wyciętych z gazet, ale ułożonych w sposób, który nie mówi nic ciekawego, a tylko używa ich jako ciekawego tła. Bardzo się cieszę, że ktoś zwraca uwagę na to, że marsz narodowców jest przerażający, że eksmisje są nieludzkie – to naprawdę ważne. Film Jakimowskiego otworzył Warszawski Festiwal Filmowy, wejdzie do kin, mam nadzieję, że obejrzy go trochę ludzi, którzy nie widzieli marszu od środka i może pierwszy raz usłyszą wykrzykiwane tam hasła. Mam nadzieję, że zobaczą, że to nie jest piknik rodzinny pod flaga biało-czerwoną.

Realizm i magia po nic

Marek i jego matka snują się po mieście. Spotykają pana, który rozpoznaje matkę Marka, nauczycielkę – jak się od niego dowiadujemy – i zaprasza ją na kieliszek wódki. Zimno jest, więc wódeczka będzie dobra na rozgrzanie. Pan częstujący wódką siedzi przy gołębniku – tak, pamiętamy też gołębnik ze Sztuczek, z jakiegoś powodu gołębie są i magiczne, i realistyczne. Po co są w tej opowieści? Pojęcia nie mam. Żeby pokazać, że to taki „swój chłop”, bo i wódeczkę poleje, i gołębie ma? A może gołębie zrobią nam takie ładne tło? Raczej to drugie.

Matka Marka ciągle sprząta śmieci – na przystanku, gdy czeka na autobus, z trawnika, gdzie jest przecież „miejsce uświęcone krwią Polaków, poległych za wolność ojczyzny”. Dzięki temu dowiadujemy się, że to porządna kobieta. Pamięta o powstańcach, a i synowi przypomina, że wśród przodków mieli powstańca. Rozumiem, że nie da się zrobić filmu o Warszawie bez wspomnienia powstania warszawskiego… Po co to powstanie tutaj? Pojęcia nie mam.

I z takich to zlepów utkany jest film Pewnego razu w listopadzie. A na koniec pojawia się najważniejsze tło. Marsz Niepodległości. W filmie Środa czwartek rano podobnie opowiadano o „niezwykłym spotkaniu dwojga ludzie” w Warszawie w dniu 1 sierpnia, w rocznicę wybuchu powstania. Tam też tłem była stolica tętniąca życiem i rocznicą. Tam też, z tego, co pamiętam, po nic.

 

Andrzej Jakimowski bardzo chciał, żeby real marszu był mocny. W filmie pojawiają się więc nagrania Tomasa Rafy, który od lat dokumentuje marsze narodowców i który był w pobliżu ataku na skłot Przychodnia w 2013 roku. Nagrania z tego ataku i z marszu pojawiają się w filmie Jakimowskiego. Obok nich mamy nagrania zrobione przez ekipę filmową, sceny, w których wzięli udział aktorzy.

 

 

Atak na Przychodnię był przerażający. Jest taki i w filmie, ale szybko zmienia się w tło dla… szukania psa. Lecą kamienie, pojawiają się płomienie, a chłopak się między tym przechadza. Serio?

Nie oczekiwałam, że Andrzej Jakimowski zrobi społecznie zaangażowany film o eksmisjach czy mocny film o narodowcach. To nie jego wrażliwość i nie jego bajka. Ale jednak po pewne elementy tej bajki sięgnął, więc spodziewałam się przynajmniej, że nie zostaną zmarnowane. Niestety, zostały.

I taka uwaga na marginesie – każdy, kto zajmuje się tematem eksmisji, wie, że w większości przypadków najaktywniejsze i najmocniejsze w dotkniętych taką sytuacją rodzinach są kobiety. To one pierwsze szukają pomocy, one się organizują. Powie to Beata Siemieniako, która właśnie napisała książkę o warszawskiej „reprywatyzacji”, powie Piotr Ikonowicz, do którego Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej trafia wiele kobiet prosić o pomoc dla rodzin. To nie przypadek, że ikoną ruchu lokatorskiego jest Jolanta Brzeska, kobieta, która straciła życie, bo walczyła o prawa ludzi wyrzucanych na bruk. A u Jakimowskiego matka może i zbiera śmieci z ulicy, ale pierwsze skrzypce gra i ogarnia całą sytuację oczywiście facet, jej syn. I taki to realizm magiczny po filmowemu. Do realizmu mu daleko, a magii też jakoś zabrakło.

Dziś 6. rocznica zabójstwa Jolanty Brzeskiej [rozmowa]

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Nie wiemy dlaczego Brzeska straciła życie. Trzymajmy się faktów, odloty zostawmy religijnej prawicy.

Bez jaj. Najbardziej oczywiste przypuszczenie to odlot. Nie kompromituj się.

Zabójstwa polityczne w Polsce współczesnej to absolutny unikat. Zabójstwa "na zlecenie" środowisk przestępczych zdarzają się już częściej, ale i tak są marginesem. A zabójstw w ogóle jest znacznie mniej niż samobójstw. Nie wiem dlaczego w przypadku niewyjaśnionej śmierci mamy a priori przyjmować że było to zabójstwo polityczne. To pachnie teorią spiskową, w najlepszym razie.