Film

Odpieprzcie się od Gdyni!

W roli selekcjonera festiwalu filmowego występuje minister Gliński, oburzony brakiem „Historii Roja” w konkursie.

W demokracjach zdarza się czasem, że krytyk filmowy czy dyrektor festiwalu filmowego zostaje ministrem kultury. Sytuacja, gdy to minister kultury wchodzi w rolę krytyka i festiwalowego selekcjonera, wystawia filmom oceny, wyznacza to, które powinny zostać nagrodzone i nagłośnione, a które pominięte, jest raczej nadzwyczajna.

Nowa odsłona IV RP i pod tym względem pokazała, że jest demokracją w istocie nadzwyczajną i suwerenną. W roli selekcjonera gdyńskiego festiwalu wystąpił minister kultury Piotr Gliński. W opublikowanym w poniedziałek na stronie ministerstwa oświadczeniu wyraził „zdumienie i rozczarowanie” niedopuszczeniem filmu Historia Roja do konkursu tegorocznego festiwalu filmowego w Gdyni. Minister Gliński podąża w swoim oświadczeniu za Piotrem Zarembą, który brak tego filmu w konkursie zaatakował tydzień temu na łamach portalu „wPolityce”, zarzucając festiwalowi „polityczne motywacje”.

Z historią (filmu) na bakier

Spośród tytułów zgłoszonych przez producentów filmy do gdyńskiego konkursu wybiera komisja reprezentująca całe środowisko filmowe. Podstawowym kryterium ma być artystyczna, warsztatowa jakość filmów, ale także ich reprezentatywność dla tego, co w kinie działo się w danym roku. Wybory takie w oczywisty sposób muszą być kontrowersyjne i mogą podlegać dyskusji. Taka dyskusja miała zresztą niedawno miejsce. Dotyczyła ona braku w konkursie głównym filmów wyreżyserowanych przez kobiety. Wywołała ona wiele emocji, ale jednocześnie zwróciła uwagę na problem reprezentacji kobiet w czołowych zawodach filmowych i kręconego przez nie kina w Polsce. Nie wykluczam, że także dyskusja o tym, jak tematyka wojenna, patriotyczna jest obecna (lub nie) w polskim kinie mogłaby być produktywna dla nas wszystkich. Chętnie pospieram się na ten temat i z Piotrem Zarembą.

Co innego jednak, gdy selekcję krytykuje Piotr Zaremba, a co innego, gdy robi to minister kultury. Nawet gdyby nie takie były intencje ministra, trudno nie uznać jego krytyki za próbę nacisku na festiwal i układania przez ministerstwo jego programu – co w ciągu ostatniego ćwierćwiecza po roku ’89 nie wydarzyło się nigdy.

Wrażenie takie narasta, gdy wczytamy się w argumenty ministra. „Film, który dotyka tak ważnej dla współczesnej Polski i polskiej wspólnoty tematyki jak historia Żołnierzy Wyklętych powinien mieć szansę wzięcia udziału w konkursowej konkurencji” – pisze w oświadczeniu. Jednak nawet najważniejszy temat można położyć. Można zrobić zły film także o tym, co aktualnie najbardziej dotyka daną wspólnotę. Tematyka żołnierzy wyklętych jest przy tym ważna nie tyle „dla współczesnej Polski i polskiej wspólnoty”, ile dla mobilizacji części politycznej prawicy, która z wyklętych stworzyła jeden z naczelnych dla siebie mitów. Mit ten w wielu punktach ma mało wspólnego z historyczną prawdą, podobnie jak oświadczenie Glińskiego niewiele ma wspólnego z historią polskiego kina.

Minister twierdzi w nim bowiem, że Historia Roja to „pierwszy wyprodukowany w Polsce pełnometrażowy film fabularny o Żołnierzach Wyklętych – pierwszy taki film stworzony dopiero po 27 latach od końca PRL!”. Pan minister nie podaje, co rozumie tu przez „żołnierzy wyklętych”. Jeśli jednak – zgodnie z większością zastosowań – za „żołnierzy wyklętych” uznamy po prostu „żołnierzy antykomunistycznego podziemia”, czy osoby, które po wojnie trafiły do stalinowskich katowni, to naprawdę film Jerzego Zalewskiego nie jest pierwszy – ani w kinie polskim po wojnie, ani po roku 1989. O żołnierzu antykomunistycznego podziemia rozdartym między pozbawioną sensu walką a szansą na miłość opowiada przecież jeden z najgłośniejszych polskich filmów w historii Popiół i diament – oglądany do dziś klatka po klatce przez studentów w szkołach filmowych od Los Angeles, przez Londyn i Pune po Sydney.

Nawet nieposiadający filmoznawczego (czy jakkolwiek związanego z kulturą) wykształcenia minister Gliński powinien Popiół i diament kojarzyć.

W 2009 roku Ryszard Bugajski nakręcił film o generale Arturze Fieldorfie „Nilu” – ofierze stalinowskiej zbrodni sądowej.

Generał Nil, o Popiele i diamencie nie wspominając, to filmy od Historii Roja o wiele lepsze. Ich wadą jest jednak to, że nie wpisują się w mobilizującą narrację obecnej prawicy. Film Zalewskiego – choć nie jest pierwszym dziełem o „wyklętych” – punkt po punkcie wstrzela się w prawicowy mit, przedstawiający wyklętych jako depozytariuszy wolnej Polski, którzy przenieśli jej dziedzictwo we współczesne czasy; PRL przedstawia się tu jako czarną dziurę w polskiej historii, okres pozbawiony jakiejkolwiek dziejowej racjonalności i legitymacji. Jest zrozumiałe, że rządzącej prawicy taki film jest na rękę – ale w żadnym wypadku nie powinna używać ona swojej władzy, by wmusić bliską sobie wizję komisji selekcyjnej najważniejszego polskiego festiwalu.

Kicz i bezmyślność

Zaremba i Gliński zarzucają Festiwalowi, że film Zalewskiego pominięty został z „przyczyn politycznych”, nie ze względu na jego artystyczną wartość. Nikt, kto nie jest ideologicznie uprzedzony, nie może jednak bronić tej ostatniej w przypadku Historii Roja. Nawet sensowni prawicowi krytycy mieli wątpliwości. Łukasz Adamski słusznie nazwał go dziełem artystycznie kulawym.

Historia Roja zawodzi nawet nie na artystycznym, ale na produkcyjnym poziomie. Zalewski wszedł na plan na przełomie 2009 i 2010 roku, film wyjątkowo długo przechodził przez proces postprodukcji. Od tego czasu wiele się jednak w kinie polskim zmieniło, poszło ono do przodu, tzw. production qualities (obraz, montaż, scenografia) przeciętnego filmu wyglądają o niebo lepiej niż jeszcze pięć lat temu. Już z tego powodu Historia Roja odstaje od tego, jak w ciągu ostatnich lat wyglądają w Polsce filmy. Prezentuje się na ich tle biednie, tanio, anachronicznie. W wielu miejscach wygląda, jak nakręcony tanim kosztem teatr telewizji. Sceny masowe, batalistyczne, broniłyby się może w polskiej telewizji, ale duży ekran jest dla nich bezlitosny. W dodatku Zalewski ma skłonność do kiczu, efekciarskich wizualnych skrótów, taniej religijnej czy rustykalnej symboliki, obrazów, wywołujących głównie zażenowanie. Zaremba w linkowanym wyżej wideo porównuje Historię Roja do takich „filmowych ballad o bohaterach”, jak Braveheart Mela Gibsona.

Wystarczy jednak porównać dowolną scenę bitewną z Braveheart z Rojem, by przekonać się, że ten drugi ma się do pierwszego mniej więcej tak jak architektoniczna panorama Makowa Mazowieckiego do tej z Edynburga.

Największy problem Historii Roja jest jednak taki, że film jest intelektualną porażką. Znów sięgając po porównanie Zaremby: w Braveheart mamy scenę, gdzie szkoccy chłopi zastanawiają się, jaki jest sens walczyć z angielskimi panami, skoro pod panowaniem szkockich i tak będą musieli odrabiać pańszczyznę. Jest to poziom „analizy społecznej”, o który film Zalewskiego nigdy się nawet nie ociera. Programowo odmawia on próby zmierzenia się z tym, co stało się w Polsce po 1945 roku. Z przemianami społecznymi, które – choć narzucone z zewnątrz, oparte na terrorze, przemocy wobec ważnych narodowych i religijnych symboli – jednocześnie realizowały żądania, które polskie klasy ludowe wysuwały od dawna – z reformą rolną na czele. To z przemian okresu okupacji i stalinizmu bierze się współczesne polskie społeczeństwo (co rozpoznają i mądrzy konserwatyści, jak Ryszard Legutko), nie z walki wyklętych. Film – nawet skrajnie wobec PRL wrogi i apologetyczny wobec „wyklętych” – który rozpoznaje te paradoksy najnowszej historii, faktycznie mógłby być dziełem ważkim dla całej wspólnoty. Zalewski zamiast tego oferuje programowo bezmyślny mit, spóźniony antykomunizm, przedstawiający tak uproszczoną wizję powojennej Polski, że nie da się jej poważnie traktować nawet w kinie dla dzieci – o kinie dla dorosłych nie wspominając.

Przechodzimy w tryb ręczny?

Co zabawne, Gliński nie pisze nigdzie, że Historia Roja to dobry film, zaznacza tylko, że „z pewnością nie odstaje on od przeciętnego poziomu filmów prezentowanych na gdyńskim festiwalu”.

Gdybym był reżyserem, spaliłbym się ze wstydu, że ktoś broni mnie w taki sposób.

Nie wiem też, w jaki sposób minister Gliński ocenia poziom festiwalu, nigdy go tam nie widziałem. Wiem tylko, że w ciągu ostatnich sześciu lat mieliśmy kilka wyjątkowo dobrych edycji gdyńskiego festiwalu, gdzie film Zalewskiego mocno by odstawał. Ostatnie edycje to jedna oscarowa nominacja (W ciemności) i statuetka (Ida), filmy podbijające Sundance (Córki dancingu) i Berlin (Ciało), tak ważne obrazy jak Róża. Czy naprawdę Historia Roja to film z tej samej ligi?

Także ten rok zapowiada się w Gdyni mocno. Mamy w konkursie filmy ocierające się o wybitność (Czerwony pająk), obrazy nagradzane w Berlinie (Zjednoczone stany miłości) i Locarno ( Ostatnia rodzina), dzieła twórców tej miary co Wojciech Smarzowski. Czy na tym tle Historia Roja nie będzie wyglądać jak bardzo ubogi krewny? Czy nie lepiej oszczędzić wstydu kiedyś dobremu reżyserowi i nie pokazywać Roja obok Wołynia?

Rozumiem, że minister Gliński chce nagrodzić Zalewskiego za długotrwałe polityczne zaangażowanie po prawej stronie. Ale może niech poprosi ministra Macierewicza, by dał mu złoty medal za zasługi dla obronności kraju, a nie miesza w to Gdyni.

Najważniejszy festiwal filmowy w kraju nie może być wyrazem gustów rządzącej politycznej większości – wygrane wybory nie dają PiS prawa do decydowania o tym, co dobrym kinem jest, a co nie. „W demokratycznym kraju nie powinno mieć miejsca blokowanie filmów przez komisje festiwalowe” – pisze premier i trudno zrozumieć, o co mu chodzi. Jak sam przyznaje w oświadczeniu, Historię Roja widziało prawie ćwierć miliona widzów, trudno uznać, że ktokolwiek „zablokował film”. Czy fakt, że minister film docenia, oznacza, że ma go teraz pokazywać każdy polski festiwal – od Bałtyku po Tatry, od Łagowa po Zwierzyniec?

Oświadczenie ministra przywodzi na myśl najgorsze praktyki ręcznego sterowania festiwalem, jakie miały miejsce w PRL, gdy władza próbowała blokować nagrody dla nielubianych przez siebie filmów. Czy od oświadczenia, w którym minister dyktuje, co jego zdaniem powinno być pokazane w Gdyni, a co nie, przejdziemy do wysyłanej z ministerstwa do jurorów listy tego, co należy nagrodzić, a czego w żadnym wypadku?

Czy władza naprawdę chce ryzykować konflikt z popularnym środowiskiem filmowym? Na swój sposób zabawne jest też to, że Gliński atakuje festiwal kierowany przez Michała Oleszczyka, osobę, uważającą się za konserwatystę w anglosaskim sensie, kogoś na pewno nie wrogiego z założenia wobec prawicowej wrażliwości, jako dyrektor otwartego na wszystkie środowiska. Minimalnie rozsądny prawicowy minister kultury, starałby się pozyskać życzliwość kogoś takiego dla swojego programu, a nie ustawiał sobie taką osobę w roli oponenta.

Z walk o Gdynię w PRL władza wychodziła głównie ośmieszona. Niestety, jak wiemy po sporze o Śmierć i dziewczynę z wrocławskiego Teatru Polskiego, ministrowi Glińskiemu nie można zarzucić tchórzostwa, a już na pewno nie tego, że boi się śmieszności. Michał Oleszczyk zapowiedział, że nie będzie ubiegał się o drugą kadencję jako dyrektor artystyczny Gdyni. Kto nie zostanie nowym szefem znajdzie się w paradoksalnej sytuacji: będzie miał do czynienia z najlepszym od lat okresem polskiego kina i najgorszym ministrem kultury w całym okresie po ’89 roku.

**Dziennik Opinii nr 236/2016 (1436)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.