Film

Lincoln, czyli mit z krwi i kości?

Nieważne, na ile Spielbergowska wizja Abrahama Lincolna odpowiada historycznej prawdzie. Filmowi Lincolnowie zawsze byli odpowiedzią na aktualne potrzeby Amerykanów.

Kiedy w Wielki Piątek 1865 roku aktor James Booth zastrzelił Abrahama Lincolna w Teatrze Forda, z dnia na dzień posypały się porównania: biedak z Illinois zaczął przypominać cieślę z Nazaretu; wjazd prezydenta do zdobytej stolicy Konfederatów, Richmond, stał się wjazdem na osiołku do Jerozolimy; a śmierć z ręki zamachowca zyskała wymiar ofiary złożonej na ołtarzu ojczyzny za wszystkich Amerykanów. Pal sześć, że sam Lincoln nie uważał się za człowieka specjalnie religijnego, a jeśli już, to na pewno nie w tradycyjny sposób. Wszelkie kontrowersje poszły w zapomnienie, pozostał jedynie wyidealizowany obraz świeckiego świętego, który z zapałem zaczęła utwierdzać literatura. Walt Whitman pisał wiersze ku czci „Kapitana”, a młodzi Amerykanie w kolejnych biografiach-hagiografiach czytali apokryfy o życiu Lincolna, choćby o tym, jak to zamoczył pożyczoną książkę i odpracowywał ją trzy dni w polu (co zabawne, książką tą miało być Życie George’a Washingtona Parsona Weemsa, samo pełne apokryfów o dzieciństwie pierwszego prezydenta). Abraham Lincoln stał się bezgranicznie dobrym i szlachetnym „Wielkim Emancypatorem”, amerykańskim Chrystusem, patronem swojego kraju na równi z Mojżeszem-Waszyngtonem, o którym zaczytywał się w dzieciństwie.

 

Nasz drogi przyjaciel

 

Nic zatem dziwnego, że takim właśnie językiem zaczęło mówić o Lincolnie kino. Jednym z pierwszych filmów (jeśli nie w ogóle pierwszym), w którym pojawił się amerykański prezydent, było króciutkie Ułaskawienie z 1908 roku, opowiadające o mało znanym (i mocno podkoloryzowanym, dodajmy) epizodzie z czasów wojny secesyjnej. Niemalże biblijna przypowieść o dobrym Lincolnie ułaskawiającym żołnierza skazanego na śmierć, pojawiała się wówczas na ekranie wielokrotnie, także w pierwszej amerykańskiej epopei, Narodzinach narodu, D. W. Griffitha z 1915 roku. W filmie, który dziś znamy głównie z powodu rasistowskiej wymowy i gloryfikowania Ku Klux Klanu, Lincoln przedstawiony jest jako sympatyk Konfederacji, którego śmierć jest nie tylko dramatem dla Północy, ale też Południowców, łkających po stracie „naszego drogiego przyjaciela” (sic!).

 

Nie powinno nas to dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę, że amerykański panteon narodowy z natury jest inkluzywny, a zasiadający w nim „wielcy” tracą przynależność polityczną i ideologiczną, stając się uniwersalnymi bohaterami całego narodu. Dlatego właśnie – by użyć tylko najnowszych przykładów – NRA może odwoływać się do Martina Luthera Kinga, a Obama do Reagana. Lincoln jest największym z wielkich także i dlatego, że do dziś powołują się na niego najróżniejsze grupy: zwolennicy wojen i pacyfiści, kapitaliści i socjaliści, chrześcijanie i ateiści, abolicjoniści i rasiści, republikanie i demokraci.

 

Właśnie taki zmitologizowany, uładzony Lincoln stał się prawdziwym ojcem amerykańskiego narodu: męczennikiem narodowej jedności (mimo iż za życia pół kraju szczerze go nienawidziło), wodzem przeprowadzającym kraj przez piekło wojny secesyjnej (za której wybuch sam, po części, odpowiadał) a nawet (mimo iż jako młody polityk protestował przeciwko anektowaniu pokaźnej części Meksyku) patronem amerykańskiej ekspansji na Zachód, jak choćby w pierwszym wielkim westernie Johna Forda, Ognistym potworze (The Iron Horse, 1924) czy słynnym Niezwyciężonym Billu (The Plainsman, 1936) Cecila DeMille’a.

 

Wielki Kryzys 1929 roku, a wcześniej seria skandali w najwyższych kręgach władzy, przyniosły Amerykanom ostateczne rozczarowanie ówczesną klasą polityczną. Jedni pragnęli wielkiego, zdecydowanego przywódcy, który choćby i siłą wyprowadzi kraj z niedoli – inni prostego człowieka, którego uczciwość naprawi skorumpowany Waszyngton. Biograficzny Abraham Lincoln Griffitha z 1930 roku z Walterem Hustonem w roli tytułowej i Młodość Lincolna Johna Forda z roku 1939 z Henrym Fondą były próbą odpowiedzi na obie te, pozornie tylko sprzeczne, potrzeby.

 

Wielki wódz, prosty człowiek

 

Griffith spróbował w ciągu zaledwie półtorej godziny zmieścić całe życie Lincolna, Ford skupił się na początkach jego kariery prawniczej, kiedy – niczym pierwowzór Atticusa Fincha z Zabić drozda – broni niesłusznie oskarżonych o zabójstwo. Lincoln Hustona jest posągowy, ale w tej wielkości wciąż jest ludzki –  bije się na pięści, przeżywa dramaty i miłosne rozterki. Lincoln Fondy jest dużo bardziej swojski – rąbie drwa,  zakochuje się, a nawet objada się plackami na wiejskim jarmarku – ale widać, że przeznaczona mu jest wielkość wykraczająca poza żywot prowincjonalnego adwokata. W ostatniej scenie filmu Griffitha widzimy słynny siedzący pomnik Lincolna promieniejący nieziemskim światłem i słyszymy Hymn bojowy Republiki, wszystkim Amerykanom nieodparcie kojarzący się z szesnastym prezydentem. W filmie Forda apoteoza jest tylko trochę mniej dosłowna – Lincoln, trzymając swój słynny cylinder, wspina się na wzgórze, nie zważając na nadciągającą burzę, po czym także widzimy przebitkę na waszyngtoński pomnik przy dźwiękach Hymnu bojowego, zawsze już mającego kojarzyć się z Lincolnem.

 

Gdy przy urnach Amerykanie zdecydowanie wybrali silnego przywódcę (w osobie Franklina D. Roosevelta), a nie jakiegoś szlachetnego poczciwca, swoich ekranowych dziedziców znalazły oba modele Lincolna. W Gabrielu nad Białym Domem (1933) Walter Huston zagrał fikcyjnego prezydenta Hammonda, który po tym jak wciela się w niego anioł, poświęca swoje życie by zbawić Amerykę (a przy okazji zostać faszyzującym dyktatorem, dodajmy). Duchowym spadkobiercą młodego Lincolna z filmu Forda został z kolei Jefferson Smith z filmu Franka Capry (1939), pokazujący, że do uzdrowienia Waszyngtonu wystarczy zwykły, uczciwy Amerykanin.

 

Na drugim planie

 

Optymizm filmów Forda i Capry doskonale pasował do epoki New Dealu i odnowionej wiary w możliwości państwa, ale mający premierę ledwie rok później Abe Lincoln in Illinois Jamesa Cromwella utrzymany był w o wiele bardziej pesymistycznym tonie. Wszyscy bohaterowie tego filmu dostrzegają, że Abe’owi przeznaczona jest nie tyko wielkość, ale i tragiczny koniec, przy czym on sam nie uchyla się od swojego przeznaczenia, odważnie sprzeciwiając się „obojętności w obliczu zła”. Mówi o niewolnictwie, ale w 1940 roku amerykańscy widzowie rozumieli, że chodzi również o sprzeciw wobec dystansowania się od wydarzeń w Europie.

 

Raymond Massey, który zagrał w tym filmie tytułową rolę, na wiele lat stał się etatowym Lincolnem amerykańskiego kina, odgrywając tę postać jeszcze kilkakrotnie, aż do lat 60. Jego bohater jest bardzo poważny, jeśli wręcz nie ponury, całkowicie pozbawiony poczucia humoru, deklamuje basem podniosłe kwestie (wbrew historycznym źródłom, które wskazują, że Lincoln miał dość wysoki, wręcz piskliwy głos, co dobrze oddaje Daniel Day-Lewis). Lincoln-człowiek został zastąpiony przez chodzący pomnik, który dla milionów Amerykanów na dziesiątki lat stał się jedynym obowiązującym wizerunkiem „uczciwego Abe’a” (nieznoszącego, nawiasem mówiąc, tego zdrobnienia).

 

Wzór ustanowiony przez Masseya okazał się tak trwały, że na dziesiątki lat Abraham Lincoln przestał być filmowym bohaterem pierwszoplanowym. W roli prezydenta-męczennika zastąpił go John F. Kennedy, który idealnie wpisał się (a raczej został wpisany) w lincolnowską narrację, a sam Lincoln został zredukowany do roli pełnego patosu symbolu. Nawet w westernach, kinie przygodowym czy serialach science-fiction – gdzie zagościł na stałe – od Jak zdobywano Dziki Zachód, przez Star Treka, Wspaniałą przygodę Billa i Teda, po Skarb Narodów, Lincoln nie przestał być jedynie ucieleśnieniem amerykańskich cnót: prawości, równości, demokracji itd. Jeśli schodził z pomnika, to jedynie dosłownie, jako ożywiona rzeźba, choćby w Laboratorium Dextera, Robot Chicken, Nocy w muzeum etc. Nawet jako Abraham Lincoln: Łowca wampirów, potraktowany został śmiertelnie poważnie, co w zestawieniu z masakrowaniem siekierą nieumarłych dało niezamierzenie komiczny efekt.

 

Z krwi i kości

 

Jeśli czasem Lincoln stawał się obiektem żartów, to właśnie z powodu swojej hieratyczności, którą łatwiej było wyśmiać niż przepracować. Tymczasem pragnienie „uczłowieczenia” (czy raczej „ponownego uczłowieczenia”) Lincolna jest w amerykańskim kinie żywe co najmniej od czasu filmu Forda – wystarczy zobaczyć, z jaką przychylnością krytyki spotykały się takie próby i że zawsze tym, co najbardziej chwalono (nie tylko w jego przypadku, ale też wszystkich innych ojców narodu), było zauważenie „ludzkiego wymiaru” wielkiego człowieka. Próby takie podejmowano w telewizyjnych produkcjach z lat 70. i 80., opartych na książkach odpowiednio Carla Sandburga i Gore’a Vidala. Zwłaszcza ten ostatni, znany ze swojego nieortodoksyjnej i mocno krytycznej wizji amerykańskiej historii, pokazał Lincolna jako przebiegłego, wcale nie tak świętego polityka.

 

To samo usiłuje zrobić Steven Spielberg i spotyka się z równie przychylnymi głosami. Choć grany przez Daniela Day-Lewisa Lincoln także roztacza wokół siebie odor sanctitatis, z pewnością daleko mu do ponadpolitycznego ojca narodu. Jest pełnokrwistym, należącym do jednej partii, politykiem, prezydentem, który musi stawiać czoła nieprzychylnemu sobie Kongresowi. Ma szlachetne intencje, ale by dopiąć swego nie boi się sięgać po mniej chwalebne środki.

 

Mniejsza już o to, na ile ta wizja Lincolna odpowiada historycznej prawdzie, ale z pewnością dobrze oddaje dzisiejszego ducha amerykańskiej polityki. Filmowi Lincolnowie – tak jak i inni ekranowi prezydenci – zawsze byli odpowiedzią na aktualne potrzeby Amerykanów. Lincoln Griffitha był wielkim, duchowym przywódcą zgnębionego kraju, Lincoln Forda wyznaniem wiary w zwykłego człowieka w polityce, Lincoln Spielberga pokazuje, że bycie świętym nie wystarcza by zostać dobrym przywódcą, a o wielkości prezydenta nie świadczy szlachetność przekonań (i wypływające z niej poczucie moralnej wyższości), ale skuteczność w ich realizowaniu.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.