Film

Tak wygląda władza sadystycznych tyranów

Odpuśćcie kolejną konferencję naukową o autorytarnym populizmie. Obejrzyjcie sobie lepiej trzeci sezon „Daredevila”.

Kto nie grał w Monopoly i nie czerpał przyjemności ze zmuszania innych graczy do wyprzedawania hoteli, zastawiania działek, wypłaty ostatnich oszczędności, niech pierwszy rzuci kamieniem. Zawsze z wielkim uznaniem myślałem o Elizabeth Magie, twórczyni Landlord’s Game, prototypu popularnej planszówki. Dwie kości, kilka pionków, banalnie proste domki, trochę kart i plansza, a wystarczy, żeby wprowadzić graczy w kapitalistyczny trans.

Na własnej skórze można doświadczyć tej psychopatycznej przyjemności z posiadania i gromadzenia zasobów tylko po to, żeby upokorzyć przeciwników. W Monopoly nie gra się o jakieś średnioklasowe bieda-marzenia o wakacjach opłaconych z uciułanych oszczędności. Po planszy skacze się naparstkiem czy samochodzikiem, żeby akumulować poważny kapitał, skupować działki, budować domy, hotele i zwiększać ich wartość.

Każda gra kończy się podobnie: jeden z graczy, głównie z przyczyn losowych, akumuluje tyle kapitału i władzy, że zmusza przeciwników do kapitulacji. Nie wygrywa ten, kto osiągnie jakiś pułap bogactwa, tylko ten, który doszczętnie zniszczy konkurencję. Dopiero po ocknięciu się z transu przychodzi świadomość, że de facto wszyscy przegrywają: bankruci bankrutują, a monopolista ma na sumieniu kilku towarzyszy imprezy. Ot, kapitalizm-kanibalizm.

Najnowszy, trzeci już sezon serialu Daredevil, który możemy oglądać właśnie na Netfliksie, przypomina schyłkowe minuty kilkugodzinnej rozgrywki w Monopoly. Na poziomie najnowszej serii czarny charakter zakumulował tyle władzy, że niczym banki w 2008 roku jest too big to fail [zbyt duży, żeby upaść]. I gdybyśmy od filmów o superbohaterach, współczesnej mitologii wymagali realizmu, to nie byłoby tu nawet cienia szansy na happy end. Szczęśliwie, nie musimy.

Trzeci sezon Daredevila jest ostatecznie wspaniałą ekspozycją tyrańskiej, korumpującej władzy i trochę ckliwą opowiastką ku pokrzepieniu serc o wolnej prasie, oddolnym oporze i moralnej sile heroicznych jednostek.

Bardziej The Wire niż przygody Supermana

Magazyn IndieWire przepytał między pierwszym a drugim sezonem Daredevila Stevena S. DeKnighta, głównego scenarzystę serialu. Pisarz zdradził, że producenci zgłosili się do niego z niełatwym zadaniem: historię komiksowego superbohatera z Nowego Jorku miał „przedstawić bardziej w stylu The Wire niż Tajemnic Smallville”. Zadanie było tym trudniejsze, że DeKnight nie pracował przy legendarnym serialu HBO, który odmalował pejzaż wojny z narkotykami w Baltimore, ale pisał sceny do tandetnych przygód Supermana właśnie z Tajemnic Smallville. Mimo to scenarzysta stworzył kilkanaście godzin serialu będącego brawurowym esejem o gentryfikacji Nowego Jorku, sprawiedliwości społecznej, praworządności i dysfunkcji instytucji publicznych. Wciąż mówimy o serialu, w którym gość najpierw ze szmatą na głowie, a później w szpanerskiej zbroi lata po dachach i schodzi do piwnic, żeby pobić złoczyńców i odstawić ich w ręce policji.

Hrapkowicz: „The Wire”. Ocalić musimy się sami

czytaj także

Daredevil nie po raz pierwszy wędruje z kart komiksu na ekran. Z litości i sympatii dla głównego bohatera pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia na film z Benem Affleckiem z 2003 roku. Pierwszy sezon netfliksowej adaptacji miał premierę przed trzema laty. Obok Orange is The New Black i Mr. Robot Daredevil był wtedy tytułem, który chyba najodważniej podejmował problemy tzw. późnego kapitalizmu – nazywanego późnym chyba tylko po to, żeby wyrazić nadzieję, że to już koniec.

Główny bohater jest niewidomym prawnikiem, urodzonym i wychowanym na Hell’s Kitchen, dzielnicy na środkowym Manhattanie, położonej nad rzeką Hudson. Matt Murdock chodzi z białą laską, czasem dla zwiększenia wiarygodności wpadnie na kogoś albo da się poprowadzić za ramię, bo tak naprawdę nie potrzebuje ani laski, ani pomocy. Ćwiczył sztuki walki i wytrenował pozostałe zmysły do tego stopnia, że słuchem, dotykiem i węchem „widzi” więcej niż zwykli śmiertelnicy.

Na początku pierwszego sezonu zakłada ze swoim przyjacielem z dzieciństwa, Foggym, kancelarię prawniczą, która ma pomagać steranym mieszkańcom Hell’s Kitchen. To znaczy ma być trochę biznesem, a trochę pro bono, ale szybko przekształca się w nowojorską wersję Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, tylko zamiast Piotra Ikonowicza mamy Matta Murdocka. Do Foggy’ego, fanatycznie wierzącego w emancypacyjną moc prawa, i Matta, sprawiedliwości szukającego za dnia w sądzie, a w nocy na ulicy, dołącza Karen Page – uosobienie cnót liberalnej demokracji. Z czasem odchodzi z kancelarii, żeby poświęcić się dziennikarskim śledztwom w lokalnej gazecie.

Po drugiej stronie planszy są zorganizowane grupy przestępcze i milioner Wilson Fisk. Twórcy komiksowego prototypu postaci nie mieli litości – Fisk, funkcjonujący również jako Kingpin, wygląda jak kapitalistyczny knur z radzieckich plakatów propagandowych. Jego przestępcze portfolio jest dość zróżnicowane, ale powoli przestaje go interesować tradycyjna gangsterka i zostaje… czyścicielem kamienic. Oczywiście nie czyści ich własnoręcznie, bo elementy krajobrazu i czaszki przeciwników miażdży już tylko, żeby ukoić skołatane nerwy, a nie w celach zarobkowych. Chce przejąć Hell’s Kitchen i ma od tego swoich ludzi.

Ekipa prawników pomaga nieudokumentowanym imigrantom, nowojorczankom wyrzuconym poza wąski nawias służby zdrowia (wspiera ich w tym latynoska pielęgniarka twardzielka), samotnym emerytom. I tak przez trzynaście godzin różnymi środkami naparza się z Wilsonem Fiskiem o losy swojej dzielnicy. Przypominam, że wciąż opisuję superbohaterski serial Netfliksa, a nie kampanijny spot lewicowej demokratki Alexandry Ocasio-Cortez czy socjalisty Berniego Sandersa. Łatwo się pomylić.

Alexandria Ocasio-Cortez wzięła Amerykę szturmem

Drugi sezon trochę siada, bo Wilson Fisk tymczasowo ląduje w więzieniu (za sprawą bohaterskich starań prawników, dziennikarki i lokalnej społeczności) i w dramatycznym napięciu brakuje trochę  wyraźnego oponenta – jest ruska mafia, są chińscy wyzyskiwacze, wciąż jest biały kapitalistyczny knur, Fisk, ale przydałby się jakiś wyraźny charyzmatyczny łotr.

Do uniwersum dołącza za to Elektra, archetyp uwodzicielskiej wojowniczki (patrz: Xena, Lara Croft), która poza obiciem złych typów ma za zadanie skontrować swoją pewnością siebie mdłą do bólu dziennikarkę Karen – w każdej scenie obserwowanej na skraju spazmatycznego płaczu. Wreszcie kimś na wzór przeciwnika-sojusznika jest Frank Castle, weteran wojenny, który nie ogranicza się do kilku prostych i sierpów, tylko ładuje w rywali z granatnika. Maluje sobie czaszkę na klacie, nazywa się „Punisher” i idzie w miasto (nawiasem mówiąc, Netflix poświęcił mu osobny, bardzo dobry serial). Na mieście spotyka Daredevila, z którym wadzi się o to, czy tych złych to można zabijać, czy nie. Klasyczny dylemat – mściwy rewolucjonista gardzący państwem prawa versus porządny obywatel, który wie, że ta praworządność to ideał nieobecny w rzeczywistym świecie, ale wciąż najlepszy z możliwych sposobów dochodzenia sprawiedliwości.

Mimo spektakularnych wybuchów i wciąż dających radę scen walki drugi sezon męczy trochę moralizatorskim, klaustrofobicznym klimatem. Ile razy można rozkminiać, czy zabijanie przeciwników jest okej? Może gdyby Matt Murdock wybrał się na porządne seminarium z etyki, a nie siedział tyle w kościelnych ławach, nie musielibyśmy męczyć się tą ciągnącą się godzinami dostojewszczyzną.

Socjalizm dla bogatych, kapitalizm dla biednych

W trzecim sezonie Daredevil zmartwychwstaje – zarówno dosłownie, jak i scenariuszowo. Pierwszych kilka odcinków to klasyczna historia powrotu. Murdock trenuje w piwnicy, bo tym razem jest naprawdę niewidomy, w wypadku na końcu drugiej części potężnie uszkadza sobie słuch. Długo ukrywa się przed swoimi przyjaciółmi, każąc im pogodzić się ze swoją rzekomą śmiercią.

Dużo więcej czasu ekranowego dostaje w najnowszym sezonie Wilson Fisk. Każdy, kto widział chociaż jedną scenę z Vincentem D’Onofrio wcielającym się w rolę sadystycznego przestępcy, wie, dlaczego to dobra wiadomość. Fisk nie potrzebuje makijażu Jockera ani halloweenowego kostiumu Goblina, żeby wzbudzać lęk każdą frazą podbitą złowieszczym sapaniem. Chrapie, dyszy, rzęzi i przeraża. To trzeba zobaczyć.

Gwiezdne wojny 7: Nic nowego pod żadnym ze słońc [Majmurek]

Poza dostarczaniem czysto aktorskiej przyjemności postać Fiska opowiada ważną historię. I nie chodzi tutaj jedynie o źródła sadyzmu i psychopatii uwarunkowane biograficznie. Trzeci sezon to również trzeci rozdział studium tyrańskiej władzy. Nie widzimy tego co prawda na ekranie, ale Fisk miał chyba w więzieniu wystarczająco dużo czasu, żeby zapoznać się z dziełami Chomsky’ego i innych krytyków kapitalizmu rozpisujących się o „socjalizmie dla bogatych i kapitalizmie dla biednych”.

Przeczytał i potraktował je jako poradniki, a nie przestrogę. Fisk z pierwszego i drugiego sezonu to agresywny neoliberał – każdy przejaw regulacji, interwencji instytucji publicznych, ograniczenia skutków darwinizmu społecznego uważa za wynaturzenie. Swoją siłą i zaradnością mniej lub bardziej skutecznie pokazuje faka systemowi.

W trzecim sezonie rozumie, że ugra więcej, najpierw współpracując z FBI, a później uzależniając kolejnych agentów od swojej korumpującej władzy. Rozpracowuje po kolei potrzebnych mu funkcjonariuszy, karmiąc ich lęki, spełniając narcystyczne potrzeby, w końcu uzależnia ich całkowicie, wykorzystując osobiste i instytucjonalne słabości. Największym dziełem Fiska jest bohater znany z serii komiksów jako Bullseye – snajper FBI, który ze wszystkiego, co ma pod ręką, potrafi uczynić śmiertelną broń miotaną.

W najbardziej brutalnej scenie dominacji w całym sezonie nie pada jednak żaden cios. Agenci Federalnego Biura Śledczego usługują Fiskowi jak kelnerzy, kiedy ten tańczy na swoim weselu, w swoim hotelu, w swoim mieście.

Bilans każdego odcinka trzynastogodzinnego sezonu to niewielka strata punktów po stronie instytucji państwa prawa i zysk po stronie potężnego przedsiębiorcy-kryminalisty. Próbowaliście kiedyś, grając w Monopoly, ubić świetny interes z graczem o dużo większych zasobach? To nie próbujcie. Ograni funkcjonariusze FBI spróbowali.

Daredevil nie dzieje się w fikcyjnym Gotham czy jakimś inspirowanym rzeczywistością San Andreas. W tym serialu walka toczy się o konkretną dzielnicę w Nowym Jorku. Twórcy nie uciekają od komentarzy na temat współczesnego pejzażu politycznego, ale jednocześnie udaje im się uniknąć nachalnej agitacji.

Trefny towar od Netfliksa

Wilson Fisk naprawdę nie musi nosić czerwonej czapki z daszkiem, żeby średnio rozgarnięty widz zrozumiał analogię. W jednej ze scen Fisk wychodzi na konferencję prasową skonfrontować się z nieprzychylnym tłumem. Pewny siebie sofista przedstawia alternatywne fakty, opowiada wierutne kłamstwa, a na koniec obsadza się w roli ofiary przemysłu pogardy i machiny fake newsów. To, co mówi, jest szalenie ciekawe, ciekawsze od rzeczywistości, dlatego ludzie zebrani na konferencji opuszczają krytyczne transparenty. Wierzą Fiskowi.

Tak amerykański jak statua wolności

Wizja progresywnego oporu wobec korumpującej ośmiornicy pochłaniającej kolejne demokratyczne instytucje jest na wskroś amerykańska. Nikt w całym uniwersum, z kim jako widzowie mamy sympatyzować, nie wierzy w siłę federalnych, państwowych instytucji.

W najlepszym wypadku traktowane są z podejrzliwością, w najgorszym z otwartą wrogością. Daredevil to fantazja o sile lokalnych społeczności – zbudowanych na prawdziwych, biograficznie zdeterminowanych więziach, gdzie pomaga się sąsiadom, bo zna się ich z dzieciństwa. I nawet jeśli pojawiają się personalne animozje, to ustępują lojalności wobec Hell’s Kitchen.

FBI poddaje się w pierwszej kolejności, jest skorumpowane jak sam Fisk. Nie to, co lokalna policja – wchodząca w sojusze z samozwańczymi stróżami sprawiedliwości. Azyl zbłąkanym duszom i ciałom zapewnia Kościół katolicki – zdecydowanie silniej obecny w tym sezonie niż w poprzednich. I mimo zaskakujących zwrotów akcji z udziałem kościelnych bohaterów oraz ironicznych komentarzy pod adresem kleru obciążenie moralnymi rozważaniami zatopionymi w sosie katolickiej etyki jest momentami zbyt duże.

Przyjaciele, czyli jak pokochać neoliberalizm i picie kawy cały dzień

Napięcie między opresyjną władzą centralną i idylliczną lokalną społecznością to niejedyny typowo amerykański mit obecny w Daredevilu. Poprawa jednostkowego losu jest co prawda zdeterminowana w tym świecie warunkami społecznymi, klasą, majątkiem, ale i tak największe bitwy należy stoczyć w pojedynkę. Tylko wyciągając się za sznurówki, można stać się prawdziwie podmiotowym bohaterem.

Pokazuje to historia Karen, która po ponad trzydziestu godzinach wreszcie przestaje kwilić i trząść się ze strachu. Twórcy zdecydowali się poświęcić cały odcinek, żeby naświetlić skomplikowaną genezę postaci z pozoru jednowymiarowej i nudnej. Sama Karen potrzebuje nie jednego, a kilku zamachów na swoje życie, żeby uwierzyła, że należy jej się miejsce na ekranie w takim samym wymiarze co jej męskim kolegom.

Co widać w cieniu Lary Croft?

W Monopoly nie wygrywają bankruci

Superbohaterska fikcja ma to do siebie, że główny bohater możne zebrać tysiące ciosów na głowę i na poziomie trzeciego sezonu wciąż być w lepszej kondycji niż Muhammad Ali pod koniec życia. Ale wiadomo, nie ma sensu rozkminiać, czy to możliwe, żeby niewidomy typ powalał kilkudziesięciu przeciwników z taką łatwością, jak robi to Matt Murdock. Taka konwencja.

Niestety spoglądając na prawdziwe strumienie wiadomości w mediach społecznościowych, chyba łatwiej uwierzyć już w te napompowane sceny walki niż w to, że odwaga kilku szlachetnych jednostek jest w stanie odmienić losy rozgrywki w Monopoly. Bankruci bankrutują, a monopoliści monopolizują. Ale skoro nie da się naprawdę, to przyjemnie jest przynajmniej obejrzeć fantazję, że gdzieś się da, podaną w tak błyskotliwym formacie, jaki zaproponował Netflix.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.