Film

„Brexit”: psychodeliczna groteska

Film ukazujący przebieg referendum o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej nie jest na szczęście jedynie powierzchowną agitką. Między groteską a paradokumentem, „Brexit: The Uncivil War” próbuje pokazać, jak technologia zapanowała nad polityką.

Rola Wielkiej Brytanii w europejskim projekcie zawsze była niejednoznaczna. Gdyby nie było zimnej wojny, Brytyjczykom pewnie nie przyszłoby do głowy, że są częścią tego, co zawsze z odrobiną pogardy nazywali „kontynentem”, a na co głęboko zakorzeniona wyspiarska tradycja nakazywała im spoglądać podejrzliwie. Wszystkie kroki poczynione przez Europę w stronę integracji Brytyjczycy przeprowadzali z wahaniem, z opóźnieniem albo nie przeprowadzali ich w ogóle. Mimo to Brexit był zaskoczeniem, jego historia jest fascynująca, a wraz ze zwycięstwem Donalda Trumpa zdążył już wpisać się we współczesną mitologię polityczną. Bohaterami tego mitu nie są giganci polityki, ani mistrzowie zakulisowych negocjacji, tylko same struktury ery postinternetowej: populistyczna retoryka niczym z parodystycznych filmów Sachy Barona Cohena, analiza big data oraz manipulacja w serwisach społecznościowych.


Film telewizyjny Brexit: The Uncivil War brytyjskiej stacji telewizyjnej Channel 4 w reżyserii Toby’ego Haynesa, z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej zabiera nas na lekko psychodeliczny trip do środka kampanii wspierającej odejście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W jego trakcie spotykamy się z dziwacznymi postaciami brytyjskiej polityki Borisem Johnsonem czy Nigelem Faragem, dostajemy wgląd w rzeczywistość brytyjskiej biedoty, a do tego mamy jeszcze okazję pofilozofować trochę o charakterze „starej” i „nowej” polityki.

Podzielone społeczeństwo

Nie da się nabrać dystansu do wydarzenia, które jest na tyle aktualne jak brytyjskie referendum o wyjściu z Unii Europejskiej. Kwestia, która rozłupała na dwoje brytyjskie społeczeństwo i tradycyjne partie polityczne, rzeczywiście miała posmak wojny domowej, do której nawiązuje tytuł, a jej reperkusje bez wątpienia będą powracać przez lata. Film Brexit nie szuka zatem dystansu i choć usiłuje zachować pewną równowagę, całkiem wyraźnie chce dać zaangażowaną odpowiedź na pytanie: jak to się właściwie stało?


Taka pozycja pociąga za sobą ryzyko powstania stworzonej naprędce agitki, której spójności nie obroni nawet spory ładunek płytkiego moralizatorstwa. Zresztą tak właśnie stało się z wcześniejszą produkcją, w której Cumberbatch grał internetowego manipulanta – filmem WikiLeaks (2013). Na szczęście Brexit podąża raczej drogą filmu Big Short (2015) o kryzysie ekonomicznym z 2008 roku, a chociaż głównym bohaterem jest tu portretowany przez Cumberbatcha Dominic Cummings, film w żadnym wypadku nie skupia się na relacjach między postaciami. Sztab kampanii „Vote Leave”, dla którego Cummings planuje i realizuje swoje zwycięskie natarcie, jest machiną wojenną, w której jednostki nie są ważne.

„Bohemian Rhapsody”: ugrzeczniona bajka dla nostalgików

Podobnie do Big Short, Brexit ma chwilami wymiar dokumentalno-dramatyczny, podtrzymywany dzięki montażowi łączącemu materiały archiwalne z oryginalnymi ujęciami. Tutaj także spada na widza przytłaczająca masa informacji, w której trudno się zorientować. Równocześnie jednak Brexit jest naznaczony groteskowym czarnym humorem, stwarzającym wspomniany już psychodeliczny efekt, więc nawet jeśli nie zrozumiemy mechanizmów analizy big data, możemy pocieszyć się tym, że nie jesteśmy sami. W podobnej mgle niewiedzy porusza się bowiem również większość postaci filmu.

Przypomina on poniekąd dzieła Tony’ego Scotta, który wprawdzie zyskał sławę dzięki filmowi rekrutacyjnemu amerykańskich sił powietrznych Top Gun (1986), ale od 1998 roku do swojej śmierci nakręcił szereg interesujących produkcji, które w lekko halucynogennej oprawie badały możliwości technologicznej i medialnej manipulacji rzeczywistością. Przypomnijmy jego Wroga publicznego (1998) w którym grupka młodych punkowców wykonuje brudną robotę na komputerach NSA – przy czym stopień cynizmu młodego magika IT z firmy AggregateIQ (która jest kanadyjskim odpowiednikiem firmy Cambridge Analytica) jest jeszcze bardziej przerażający niż w przypadku Cummingsa Cumberbatcha. Jeżeli we Wrogu publicznym informatykom chodzi o pracę z najnowszymi technologiami, w Brexicie mają po prostu ochotę wypróbować skuteczność swojego algorytmu. Polityka nie ustępuje przed technologią władzy, lecz przed technologią w ogóle, bez zbędnych przymiotników. (To nie przypadek, że Haynes reżyserował jeden z odcinków ostatniego sezonu techno-paranoidalnego serialu Czarne lustro).

Mistrzostwo Cumberbatcha

Jednak mówienie o cynizmie w przypadku Cummingsa może być pewną przesadą. Nie potrafię ocenić, na ile Cumberbatchowi udało się uchwycić osobowość stratega kampanii, który zajmuje się także wolną edukacją, a którego były premier David Cameron nazwał w 2014 roku karierowiczem i psychopatą. Nie jest zaskoczeniem, że Cumberbatch wcielił się w kolejnego genialnego socjopatę, który mimo iż nie potrafi dogadać się z większością ludzi, umie zabłysnąć w swojej dziedzinie. Brexit przypomina pod tym względem Sherlocka (zresztą Toby Haynes reżyserował także jeden z jego odcinków); znajdziemy tu nawet pewnego Watsona. Mimo tych nieco przewidywalnych rysów jest to jedna z najlepszych ról Cumberbatcha w ostatnich latach.


Z punktu widzenia jej motywacji Cummings jest postacią dość nieczytelną. Twórcy ograniczyli wątek jego powiązań z partią konserwatywną, w której służył między innymi jako doradca Michaela Gove’a, jednej z dwóch – obok Borisa Johnsona – głównych twarzy kampanii „Vote Leave”. Cummings zostaje ukazany nie jako szczery eurosceptyk czy oportunistyczny karierowicz, ale raczej jako opętany geniusz, w przypadku którego widz nie może być nigdy pewien, w jakim stopniu zależy mu w ogóle na tym, czy Wielka Brytania zostanie w UE, czy z niej odejdzie. Tym, co go napędza i fascynuje, jest sama technologia „nowej polityki” oraz możliwość tworzenia i zmieniania polityki za pomocą narzędzi, które daje internet, portale społecznościowe i analiza big data. Po ogłoszeniu wyników w sztabie zaczyna się fetowanie zwycięstwa, a Cummings pakuje do pudełka kilka rzeczy osobistych i bez słowa wychodzi. Mistrzostwo Cumberbatcha polega na tym, że potrafi zagrać Cummingsa jako człowieka oscylującego między bezgranicznym cynizmem a zaskakująco antysystemowym idealizmem.

Rozgrzeszenie nad kuflem piwa

Przykładem takiej niejednoznaczności jest fakt, że choć Cummings uważa referendum za bezsensowne narzędzie spłycające złożone problemy do prostackiego pytania, na które można odpowiedzieć tylko „tak” lub „nie”, to nie waha się wykorzystać go w walce ze starymi elitami politycznymi, którymi gardzi, niezależnie od tego, z której partii politycznej pochodzą. W Brexicie obok szeregu karykaturalnych posłów występuje także Craig Oliver (Rory Kinnear), przeciwnik Cummingsa prowadzący kampanię na rzecz pozostania w UE. To kiczowaty obraz sympatycznego liberała, który w trakcie telekonferencji z premierem potrafi przygotować kolację dla trzech córek. Na nim zostaje dydaktycznie ukazane zbyt późne olśnienie brytyjskich elit dotyczące stanu dużej części kraju. Scena, kiedy grupa kontrolna, na której ekipa Olivera testuje swoje strategie, grzęźnie w nierozwiązywalnej kłótni, a sfrustrowany tym Oliver wpada do pokoju, próbując użyć racjonalnych argumentów, kończy się wzorcowym niepowodzeniem takiej argumentacji: życiowe doświadczenie jednej z kobiet podpowiada jej, że nawet jeśli wystąpienie z UE przyniesie Wielkiej Brytanii upadek gospodarczy, to dla niej samej nie będzie już gorzej, niż jest.

Historyczny błąd Partii Pracy

czytaj także

Podobnie oddziałuje dużo zabawniejsza scena, w której Boris Johnson (Richard Goulding), zdumiony sukcesem własnej kampanii, głupkowato próbuje wytłumaczyć swojej fance, że 70 milionów Turków, których przyjścia ta się obawia, to liczba wszystkich mieszkańców Turcji. Brexit w takich scenach przekształca się poniekąd w prostolinijne przesłanie: zwolennicy wyjścia z Unii wygrali dzięki głosom osób, o których istnieniu rządzące elity dosłownie nie wiedziały. Rozmowa między Oliverem a Cummingsem, kiedy przypadkowo spotykają się w metrze i idą pofilozofować nad kuflem piwa, miałaby chyba przynieść ludzkie rozwiązanie całej brexitowej jazdy, jednak w rzeczywistości zdaje się mniej jednoznaczna. Nie będzie można już zamknąć „nowej” polityki z powrotem do puszki, z której ją wypuszczono, a jej materialne uwarunkowania – istnienie biedy i bogactwa – są tak samo „stare”, jak zawsze były.

**
Matěj Metelec jest redaktorem serwisu A2larm.cz.

Recenzja ukazała się w serwisie A2larm.cz. Z czeskiego przełożyła Olga Słowik.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.