Czytaj dalej

Żyliśmy w oczekiwaniu pierwszego dnia powstania

Fragmenty rozmowy z Maszą Glajtman Putermilch.

Masza Glajtman Putermilch: Kiedyś przypadkowo spotkałam koleżankę szkolną na ulicy i ona mi powiedziała: „Masza, wiesz, teraz tworzy się taka organizacja bojowa, czy ty byś chciała?”. To ja się zapaliłam od razu. (…) To było krótko przed akcją styczniową.

Anka Grupińska: Jak nazywała się ta koleżanka?

Leja Szyfman. Myśmy razem chodziły do szkoły. Leja miała siostrę, która była bardzo aktywna w podziemiu – Miriam Szyfman. Przez Miriam Leja zwróciła się do Marka Edelmana. I ja miałam w końcu z Markiem spotkanie. On mnie dokładnie wypytywał: Co robisz, a z kim, a dlaczego? Marek znał moją mamę i moją siostrę. Jego mama i moja mama były koleżankami z Bundu. Po całym tym przesłuchaniu powiedział do mnie: „Słuchaj, organizujemy teraz nową grupę na Zamenhofa i chcę, żebyś ty była jedną z organizatorek”. Pytał, czy mogłabym kogoś polecić, nabrał już do mnie zaufania. I tak zaczęłam pracować w organizacji. Szukaliśmy mieszkań – z tym nie było kłopotu. Mieszkań pustych, po wysiedlonych Żydach, było dosyć. Ale to nie mogą być byle jakie mieszkania, bo jak będzie powstanie, to my musimy mieć mieszkanie frontowe, bo z okien trzeba będzie strzelać. Dla naszej grupy znaleźliśmy mieszkanie na Zamenhofa 29.

„My” to znaczy kto?

Lejwi Gruzalc, on później był naszym komendantem, moja Leja ze swoim nieoficjalnym mężem, Adkiem Jankielewiczem… Dziesiątka nas była: dwie dziewczyny i ośmiu chłopców. Byliśmy skoszarowani – spaliśmy razem, żyliśmy razem. Przede wszystkim rozpoczęliśmy naukę obchodzenia się z bronią. Mnie uczył Chaim Frymer. On przeżył. Zmarł tutaj, w Kraju. Był mężem Pniny Grynszpan. Jego grupa była po drugiej stronie ulicy – wejście było od Miłej 29, ale okna wychodziły na Zamenhofa. Myśmy organizowali się tak, żeby kilka grup było obok siebie, na tym samym odcinku ulicy, tak, żeby atak był silniejszy. I tak było. Atakowaliśmy z dwóch stron. Po drugiej stronie ulicy były nawet dwie grupy: jedna PPR-owska – Pawła [Bryskin], a druga – Berla Brojde. Nasze grupy były w bliskim kontakcie. Mieliśmy umówione hasło na rozpoczęcie ataku. Ktoś z drugiej grupy rzucał granat i wtedy my zaczynaliśmy atakować.

A więc zaczęła się pani uczyć strzelać…

Zaraz. Tu trzeba prawdę powiedzieć – nauka była teoretyczna, przecież nam nie wolno było wystrzelić! (…) Nasza broń była bardzo biedna. Mieliśmy granaty polskie i granaty własnej produkcji, mieliśmy kilka rewolwerów i flaszki Mołotowa.

Pamięta pani jakieś liczby? Ile broni przypadało na grupę, w której pani była?

Każdy, prócz Lei, miał rewolwer, czyli dziewięć rewolwerów było w naszej grupie. Ja miałam FN-kę 7, belgijski rewolwer, i miałam granat własnego wyrobu.

Czy każdy miał granat?

Każdy.

I Lea też?

Lea miała granat – tak mi się zdaje. Ponieważ ona była z Adkiem, to oni powiedzieli, że ten dziewiąty rewolwer mnie się należy. Wtedy niewielu umiało się z bronią obchodzić. Był taki jeden – Abram Stolak, on był u szczotkarzy, na terenie Marka. On znał się na broni. I był Koza, ja nie znam jego prawdziwego nazwiska, on miał karabin maszynowy.

Skąd ten karabin?

Nie wiem. Może zdobyty na Niemcach w akcji styczniowej, a może kupiony od Polaków za duże pieniądze? (…)

Proszę opowiedzieć jeszcze słów kilka o życiu w organizacji.

Nasza organizacja była bardzo zakonspirowana. Byli przecież i tacy Żydzi, do których nie mieliśmy zaufania. Nie mogliśmy wychodzić z naszego terenu bez pozwolenia. Dostawaliśmy tak zwane przepustki. Nikt nie miał własnych pieniędzy, wszyscy jedli to samo – żyliśmy bardzo a bardzo skromnie. Wszystkie pieniądze odkładaliśmy na broń. Chleb dostawaliśmy od piekarzy za darmo. Mięsa myśmy nigdy nie mieli. Co nas trzymało, to chęć odwetu. Chcieliśmy dożyć tego momentu, kiedy będziemy mogli się bronić, dożyjemy mitat kavod (hebr. śmierć z honorem ). I każdy czekał na ten dzień. My wiedzieliśmy, że będzie likwidacja getta warszawskiego. Dla wszystkich to było jasne! Żyliśmy cały czas w oczekiwaniu pierwszego dnia powstania. Każdej nocy wystawialiśmy czujki, obserwowaliśmy teren z okien, bo Niemcy zawsze rozpoczynali akcję nad ranem. Okrążali getto. Wiedzieliśmy, z której strony mogą nadejść – od Zamenhofa, od Gęsiej. I tak było.

My wiedzieliśmy, że będzie likwidacja getta warszawskiego. Dla wszystkich to było jasne!

Tak więc pierwszy dzień powstania. 19 kwietnia.

Tak jest. Więc myśmy… Widzę teraz tamto wszystko… Zeszliśmy piętro niżej, myśmy mieszkali na drugim piętrze. Zajęliśmy jakieś wolne mieszkanie. Tam było chyba pięć okien, dwójka stanęła przy każdym oknie…

Jaki był sam początek?

Widzieliśmy Niemców wkraczających do getta. Pamiętam, w nocy stałam na czujce. Widziałam, że coś się dzieje: jechały auta. A gmina żydowska wtedy była na naszej ulicy, na rogu Zamenhofa, i tam też był jakiś ruch. Ciekawe, Niemcy robili wszystkie akcje w święta żydowskie. A to był dzień Wielkanocy. Za pomocą lampek porozumiewaliśmy się z tą drugą grupą. (…) Nad ranem, bardzo wcześnie, oni wkroczyli ze śpiewem – pewni siebie. Myśmy zaczęli ich atakować. Ten pokój był po chwili czerwony od ognia i gruz się na nas sypał. Myśmy tak: rzucali granat i – pod okno. Polskie okna są dosyć wysokie i myśmy pod murem tych okien się chowali. A wejścia przez bramy na podwórka – zabarykadowaliśmy. Było umówione, że jak się będziemy cofać z naszych pozycji, to podpalimy te barykady. Mieliśmy rzucić flaszki z materiałem zapalającym na te drewniane rzeczy. Pamiętam, ja ciągnęłam stół… Brama była zamknięta.

Mieliście podpalić barykadę przy wycofywaniu się?

Tak. Barykada była zbudowana w bramie, od środka, a brama była zamknięta. Jeden z nas był wyznaczony – Mejlach Perelman. On miał właśnie tę misję, on miał podpalić barykadę. Wycofywaliśmy się na strych, a wszystkie strychy miały otwory w ścianach – żeby można było z jednego domu do drugiego przejść. A to przygotowaliśmy wcześniej. Chłopcy pracowali bardzo ciężko przy rozkuwaniu ścian – polskie mury miały metr grubości. Strychami wycofaliśmy się na Miłą. (…) Cofaliśmy się strychami, bo nie mieliśmy więcej amunicji. To pamiętam! Jak wystrzelaliśmy wszystkie kule z naszych pistoletów i rzuciliśmy wszystkie granaty, to się wycofaliśmy. Atak na nas był niesamowity. Nas była garstka młodzieży. Przecież my nie mieliśmy prawie w ogóle broni, a oni do nas walili z karabinów maszynowych… Było nas trzydzieści osób. Trzy grupy na tę całą kolumnę wojska. W naszej grupie i w tej drugiej nikt nie zginął. Zginął chłopak z karabinem maszynowym… On był w grupie koło Muranowskiej. Ten chłopak z tym karabinem stał na balkonie i oni jego zastrzelili, on zginął. Myśmy się wycofali. Niemcy nie mogli się do nas dostać, bo Mejlach [Perelman] podpalił wejście. Mogliby wejść tylko przez okna, ale to było za wysoko. Zdążyliśmy się wycofać.

Dokąd?

To była Miła 29, Miła 31, Miła 33… Nie pamiętam dokładnie. Pamiętam, że mieliśmy jedną trudność przy wycofywaniu – domy nie miały tej samej wysokości. Tak, że musieliśmy skakać na przykład z trzeciego na drugie piętro. Wtedy byliśmy na zewnątrz budynku, a Niemcy byli na całej długości Miłej i oni zaczęli do nas, skaczących, strzelać. Pamiętam, że jak wreszcie dotarliśmy na miejsce, to znaleźliśmy dużo flaszek Mołotowa. One były tam przyszykowane przez inną grupę. W nocy wróciliśmy na Zamenhofa. Chcieliśmy dostać się do głównej komendantury, tam, gdzie był Mordechaj Anielewicz, na Miłą 29, ale oni przeszli na Muranowską 18…

Na Miłą 18.

Tak, na Miłą 18. Miła 18 to był dom przechodni na Muranowskiej, dlatego się pomyliłam. Ale wejście do tego bunkra było od Miłej. Ja wtedy poszłam do tego bunkra, ale Mordechaja nie było. (…) Następnego dnia przyszedł i wtedy dostaliśmy rozkaz, żeby przejść na walki partyzanckie. To znaczy – mieliśmy zgromadzić całą naszą amunicję i tylko dwójki miały wychodzić.

Co to znaczy: „dwójki miały wychodzić”?

Nie mieliśmy dosyć kul. Myśmy myśleli, że a nuż dostaniemy jeszcze coś. To on, Mordechaj, wytłumaczył nam, że niestety nie będzie już więcej amunicji. Wtedy ja mu powiedziałam, co nam jeszcze zostało – dwie kule i kilka flaszek. To Mordechaj powiedział tak: „Teraz Niemcy palą systematycznie dom po domu, podlewają domy naftą i palą je”. Oni chcieli getto spalić do końca, wchodzili na parter i puszczali cały dom z dymem. „Dwójki ukryją się na parterze, a kiedy Niemcy wejdą, żeby podpalić, będziemy ich zabijać”. I każdego dnia taka dwójka wychodziła, i w ukryciu, w takim domu, na Niemców czekała. A Niemcy nie byli przygotowani na to i tak znienacka, przez zaskoczenie, udawało nam się. I bojowcy wtedy przynosili trochę broni.

Czy pani też kiedyś wyszła na akcję w takiej dwójce?

Raz jeden mi wypadło.

Gdzie to było? Czy pani pamięta?

Tak, oczywiście. Miła 40? Po parzystej stronie to było, pamiętam. 42, 44, może 46.

Janicka, Wilczyk: Warszawa. Polska. Świat nieprzedstawiony

Pamięta pani tę akcję?

Dokładnie, dokładnie. Niemcy wchodzili przeważnie do klatki schodowej i podpalali parter. Drzwi były drewniane i dlatego bardzo łatwo było je podpalić. Niemcy oblewali wszystkie wejściowe drzwi naftą. My leżeliśmy na parterze i nasłuchiwaliśmy.

Z kim pani była?

Ja byłam z tym Majlochem Perelmanem. Myśmy zawsze chcieli być razem. On później poszedł jeszcze raz na taką akcję i zginął. Ja nie byłam z nim, on był z chłopcem z innej grupy. No a wtedy wybraliśmy jakiś pokój na parterze, wciągnęliśmy meble tam, żeby się zasłonić. Chcieliśmy ich widzieć już w klatce schodowej, nie dać im bliżej podejść. I ten nasz pokój, w którym czekaliśmy na nich, był idealnie na wprost wejścia. Myśmy wiedzieli, do którego domu oni wejdą, bo oni szli systematycznie. Nie było żadnych niespodzianek. Oni nie mieli broni, w rękach trzymali te wszystkie materiały zapalne… Ale później, to oni się już połapali. Tak, że te nasze dwójki mogły tak działać tylko na początku. No i myśmy strzelali. Ale jedną kulę, tę ostatnią, mieliśmy zostawić dla siebie, jeśli złapią… Żeby nie wpaść żywcem w ich ręce.

Ilu ich weszło do tego domu?

Dwóch. Myśmy widzieli dwóch. Czasami wchodził tylko jeden. Ale wtedy było dwóch.

Obaj zginęli?

Tak. Ale my nie mogliśmy wyjść. Musieliśmy zaczekać do nocy i w nocy wróciliśmy.

Czy zabraliście im jakąś broń?

Tak. Dwa parabellum.

I jak to dalej wyglądało?

Ja więcej na takich wypadach nie byłam. Ale Mejlach poszedł drugi raz i jego odkryli… On przyszedł do nas ranny, przyczołgał się… Na brzuchu… Myśmy byli na Miłej 18. Jak wykryli Miłą 29, przeszliśmy na Miłą 18, tam, gdzie później zginął Mordechaj [Anielewicz]. Później Marek [Edelman] zabrał nas do siebie, na Franciszkańską 30.

Kiedy przenieśliście się na Franciszkańską z Miłej 18?

Ja wiem? Już w maju, ale którego maja? Wiem, że 10 maja wyszłam z kanału do lasu.

Ale jeszcze przed dziesiątym. Te dwójki…

Ja bym chciała trochę opowiedzieć o tym chłopcu, o Majlochu. Kiedy przeszliśmy do bunkra na Miłej 18, znaleźliśmy Majlocha na gruzach. Ten dom na Miłej 18 został spalony w 1939 roku, a bunkier znajdował się pod tym spalonym domem, w piwnicy. To była taka polska piwnica, gdzie się węgiel trzymało. On leżał na tej Miłej w pierzu ukryty. Czekał aż do nocy. Był ranny w brzuch. Ten drugi chłopak, który był z nim, został zabity. Majloch miał przy sobie swój rewolwer, a rewolwer tego zabitego kolegi ukrył. Powiedział nam gdzie, w którym domu go ukrył. Otworzył drzwiczki pieca i tam go schował. Prosił, żeby iść tam i ten rewolwer zabrać. On wiedział, jakie znaczenie ma dla nas rewolwer. Myśmy mówili Mordechajowi [Anielewicz], że chcemy go do bunkra znieść, ale Mordechaj powiedział, że Majloch nie wytrzyma. Te wejścia do bunkra były wąskie bardzo. Trzeba było się czołgać; tylko młodzi mogli temu podołać. Mordechaj mówił: „On utknie w tym przejściu”. A ja stałam nad Majlochem i bardzo prosiłam Mordechaja, żeby pozwolił mi, że ja będę go ciągnęła i że chłopcy z mojej grupy pomogą, i że bardzo proszę, żeby tego chłopca do bunkra zabrać. To on powiedział: „Lepiej, żeby tam umarł, tam śmierć jego będzie lepsza”. A Majloch prosił, żeby mu ten jego rewolwer zostawić, bo jak on… I myśmy też wiedzieli, że teraz jest kolej na ten dom. To była Miła 18. Druga oficyna wychodziła na Muranowską. I ta oficyna jeszcze stała, to myśmy wiedzieli, że jeśli nie dzisiaj, to jutro, ale oni dojdą, przyjdą, spalą…

To myśmy prosili Mordechaja, żeby pozwolił, bo inaczej on żywcem spłonie… Majloch też wiedział… Mówił: „Zostawcie mi tylko ten rewolwer, nie chcę się spalić”. Ja pamiętam, że trzeba go było na piętro zabrać. Dwaj chłopcy go nieśli. To tak dzisiaj prosto wygląda – zanieść na piętro. A tam były schody zburzone i nie było jak wejść, i dlatego, jak by to powiedzieć, to była dobra skrytka, bo Niemcy nie mogli się tam dostać. Ale myśmy mieli rozkaz – zabrać ten rewolwer od niego, bo rewolwer ma wielkie znaczenie. W tej samej skrytce, na piętrze, byli jacyś ludzie. Oni zostali przy życiu i później opowiadali, jakie niesamowite te krzyki tam były. On się palił żywcem, on został spalony żywcem… Pamiętam, przyniosłam herbatę, bandaż, wody naszykowałam… Ale Majlocha już nie było. Tak. Mordechaj dał takie rozporządzenie: „Nie brać go do bunkra, a rewolwer zabrać”. Ja rozumiem – on wiedział, że rewolwer, który ma parę kul, może jeszcze kilku Niemców zabić. Chciałabym tu zaznaczyć – myśmy szli do walki, ale nikt nie miał nadziei zostania przy życiu. Tylko jedno hasło łączyło wszystkich: zemsta – uratować honor żydowski, honor narodu żydowskiego. I z tym hasłem szliśmy do walki. Wiedzieliśmy, że czeka nas śmierć. Powstaliśmy przeciwko armii regularnej, przed którą trząsł się cały świat. Śmierć była dla nas zupełnie jasna.

Co jeszcze pamięta pani z czasu powstania? Była pani na Miłej 18.

Miła 18 – ten bunkier został zbudowany przez motłoch żydowski: złodziei, tragarzy, Unterwelt to się nazywa w żydowskim.

Półświatek. Czy ten bunkier był zbudowany na zamówienie organizacji?

Nie. Zbudowali go dla siebie. Ale oni wiedzieli o nas, słyszeli. I sami nam zaproponowali, żebyśmy tam przyszli. Oddali nam kilka komórek. Nakarmili nas. Ich komórki były piękne, kaflami wyłożone. Woda była w tym bunkrze. Oni prosili nas – nie mieli broni, ale prosili, że chcą się do nas przyłączyć i razem z nami walczyć. Mieli dla nas wiele uznania – obywatele tego bunkra.

(…) Wie pani, że ja jestem jedyna, która była w tym bunkrze na Miłej 18. I jeszcze Marek w Polsce… Ja tam byłam… Nie pamiętam – kilka dni chyba: dwa albo trzy. Aż Marek przyszedł i zabrał całą naszą grupę, tych z Bundu.

Pamięta pani, kiedy to było?

Nie mogę powiedzieć dokładnie. Kilka dni przed wysadzeniem Miłej 18. Poszliśmy wszyscy. Tylko bez Majlocha Perelmana… dziewięć osób nas było.

Cały naród ratuje swoich Żydów

A dlaczego chcieliście pójść z Markiem?

Chcieliśmy! Prawdę powiedzieć? Dzisiaj już można. Myśmy mieli urazę do Mordechaja z powodu Majlocha. Urazę o to, że on kazał zabrać mu broń i nie pozwolił go zabrać do bunkra. On miał dobre zamiary – ja dzisiaj mogę to zrozumieć, ale w tamtym czasie… Majloch był wspaniały. Dobry bojowiec, wspaniały kolega, inteligentny, miał wszystkie walory. I on zawsze brał na siebie najcięższe zadania. Później, po wojnie, spotkałam jego kolegów z klasy – musiałam im opowiadać o każdej drobnostce. Majloch codziennie pisał pamiętnik naszej grupy.

Pamiętnik się zachował?

Nie.

A co się z nim stało?

Z tym pamiętnikiem? Ja wszystkim chłopcom uszyłam takie woreczki i każdy włożył tam swoje osobiste rzeczy i nosił na sznurku na szyi. Ja w swoim woreczku miałam ten pamiętnik i wszystkie zdjęcia, które zostały mi z domu. I miałam też zdjęcia jakiegoś chłopca, który mnie o to prosił – bo jeśli on zginie, to te zdjęcia zostaną. Jak myśmy byli na Miłej 29, to tam była woda i my wszyscy się umyliśmy. I były nawet łóżka, a my po tylu nieprzespanych nocach… Znalazłam tam nawet, pamiętam, piżamę. I włożyłam tę piżamę, a woreczek powiesiłam na takim stojaku obok. Przebudziłam się, gdy oni młotami do tego bunkra walili. A był z nami chłopak, Chaim Frymer, który znał bardzo dobrze ten bunkier. On powiedział: „Słuchajcie, jest podkop i możemy stąd wyjść”. I wtedy nasz komendant, oczywiście ja już nie pamiętałam o tym woreczku, wydał rozkaz: „Nie wchodzić do podkopu!”. A Niemcy dynamitem wybili dziurę i myśmy widzieli już niebieskie niebo. Niemcy zaczęli wrzucać granaty. Ci, którzy stali najbliżej – komendant i kilka osób – zginęli od pierwszego granatu. Wtedy zginęła Leja [Szyfman]. Myśmy to widzieli. Chaim [Frymer] kazał się nam wycofać do podkopu.

A dlaczego komendant, Lewi Gruzalc, nie pozwolił przejść podkopem?

Bo on twierdził, że trzeba otworzyć na nich ogień.

Nie uciekać, tylko walczyć?

Nie uciekać… A myśmy nie mieli żadnych szans. Myśmy szli, w żydowskim się mówi na kidusz haSzem (hebr. – uświęcenie Imienia Bożego – pojęcie oznaczające gotowość do poniesienia największych poświęceń, gotowość do śmierci w imię wiary), na zgładzenie. A jak zobaczyliśmy, że nasi padają trupem, to zaczęliśmy się cofać. Niemcy mieli nas wszystkich na celu. Jednego po drugim by zabili. To nie miało sensu. Więc wycofaliśmy się. Ja pamiętam, że Chaim wchodził ostatni. Przestrzelili mu marynarkę. W tym podkopie przesiedzieliśmy cały dzień. A potem poszliśmy na Miłą 18.

Do bunkra na Miłej 18 przyszedł Marek Edelman i zabrał bundowców do bunkra na Franciszkańską 30.

Tak. Tam było niesamowicie gorąco, bo bunkier znajdował się w spalonym domu. Część bojowców wyszła stamtąd wcześniej. Gdy myśmy tam przyszli, niewielu zastaliśmy. Po dniu, czy dwóch, oni wrócili. Oczywiście Marek był z nami, kilku ludzi z jego grupy, kilku z grupy Hanocha Gutmana. Po krótkim czasie Marek wysłał naszą grupę do innego bunkra, bo Niemcy zaczęli się do nas dobijać. Nie udało im się wtedy, ale Marek uważał, że powinien bojowców rozesłać; może w innym bunkrze się uratują. Wtedy, już po powstaniu, mówiło się, że jeśli uda nam się wyjść z getta, to pójdziemy do partyzantki.

Dlaczego pani mówi „wtedy, już po powstaniu”?

Przecież myśmy już nie walczyli! Nie było broni. (…)

Tel Awiw, maj 1989 i październik 1999
Masza Glajtman Putermilch zmarła 6 listopada 2007 w Tel Awiwie.

Przez mury, przez dziury, przez cegły

*
Fragmenty rozmowy z Maszą Glajtman Putermilch pochodzą z książki Anki Grupińskiej Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego, której drugie wydanie ukazało się w 2013 roku nakładem Wydawnictwa Czarne.

Pominięto przypisy.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!