Czytaj dalej

Wyhoduj sobie świeckość

Jak krzyż stał się przedmiotem jednej z najgorętszych debat politycznych w historii Urugwaju?

Słowo

Gdy ktoś zapyta Urugwajczyków, czym jest laickość, z której są tacy dumni, raczej nie usłyszy spójnej definicji. W odpowiedzi za to niemal na pewno padną hasła: „Nie mówić o religii i polityce w szkole publicznej”, „Separacja kościoła od państwa”. Od co większych radykałów można usłyszeć: „Precz z religią!  Do czego nam potrzebna? To przecież obskurantyzm!”.

Dlatego po definicję pukamy do Nestora da Costy, uznanego urugwajskiego socjologa, specjalisty od tematu świeckości i religii. Jego biuro mieści się w surrealistycznym miejscu – poddasze stylowej kamienicy przypomina gabinet Albusa Dumbledore’a z opowieści o Harrym Potterze. Z zabytkowej zakratowanej windy wychodzimy przez szafę wprost na ogromny stół z ciemnego drewna, za którym siedzi naukowiec. Wskazuje nam obite skórą krzesła. Zastrzega, że nie wszystkie języki odzwierciedlają różnice między laicidad a laicismo; nie ma jej na przykład w angielskim czy w niemieckim.

Na szczęście polski daje sobie z nią radę. Za tłumaczeniem Nestora przyjmujemy rozróżnienie na laickość, czyli świeckość, i laicyzm.

Sadzić, palić, zalegalizować? Łatwo powiedzieć

– Świeckość to gwarancja wolności wyznania i sumienia, niezależności państwa od jakiejkolwiek religii. Zasadę świeckości stosują również kraje, w których wciąż funkcjonują kościoły narodowe, na przykład Anglia i Dania. Laicyzm to z kolei podejście, które zwalcza wszelkie przejawy religijności jak chorobę. Jego przedstawiciele postawili sobie za cel, by wszystko co religijne znikło ze sceny publicznej. W Urugwaju laicyści mają przede wszystkim jednego wroga: Kościół katolicki.

Najpierw Urugwajczycy wyrzucili Kościół z cmentarzy. Stało się to w 1861 roku, dzięki pewnemu masonowi. Kiedy jezuicki ksiądz z miejscowości San José odmówił pochówku w poświęconej ziemi szanowanemu katolikowi i wolnomularzowi Enrique Jacobsonowi, jego współbracia, domagając się miejsca na cmentarzu, przywieźli zwłoki do Montevideo. Trzy dni później rząd wydał dekret, którym zsekularyzował wszystkie urugwajskie nekropolie.

Jeszcze w XIX wieku wprowadzono obowiązkowe śluby cywilne i powszechną świecką edukację. W 1906 roku krzyże wyleciały ze szpitali, a po roku Bóg wraz z Ewangelią musieli wynieść się z przysięgi parlamentarnej. Pięć lat później przedstawiciele władzy dostali zakaz uczestnictwa jako reprezentanci  państwa we wszelkich uroczystościach religijnych.

W 1919 roku, gdy weszła w życie konstytucja z 1917 roku, ostatecznie separująca Kościół od państwa, nastąpiła sekularyzacja również świąt religijnych. Trzech Króli stało się Dniem Dzieci, Święto Niepokalanego Poczęcia Matki Boskiej – Dniem Plaż, a Boże Narodzenie zastąpiło Święto Rodziny. Mimo to w grudniu święte mikołaje wciąż pchają się do urugwajskich telewizorów i centrów handlowych, razem z równie abstrakcyjnymi w tym klimacie płatkami śniegu.

„Zepsucie dotarło na sam szczyt hierarchii Kościoła”

W 2016 roku Kościół katolicki rozpoczął kampanię marketingową, by przypomnieć o narodzinach Jezusa. Rozdano blisko trzydzieści tysięcy banerów z szopką, które wierni wywiesili na balkonach. Sprawę odnotowały media, dziennikarze próbowali dowiedzieć się, która agencja reklamowa odpowiada za tę akcję. „Żadna. To Duch Święty” – odparł kardynał Daniel Sturla. O pomysłach na rekonkwistę świąt chcieliśmy porozmawiać z nim osobiście, jednak przez półtora miesiąca sekretarka duchownego nie znalazła w jego kalendarzu wolnego terminu.

Jeszcze gorzej niż z Bożym Narodzeniem jest z Wielkanocą, która ponad wiek temu stała się Tygodniem Turystyki. W trakcie ustawowych dni wolnych obywatele już od dawna nie myślą o poście i umartwieniu, tylko jadą na wakacje. Na plażę, na regaty nad rzekę Urugwaj, na festiwal piwa w Paysandú, zawody jeździeckie gauchów.

Albo na wyścig rowerowy Vuelta Ciclista del Uruguay.

Jeszcze przed stu laty na jego trasie znalazłyby się niemal same święte miejscowości. Jednak w latach dwudziestych XX wieku, na fali sekularyzacji, zmieniono nazwy ponad trzydziestu puebli noszących imiona świętych. Mimo to na mieszkańców położonego w sercu kraju Paso de los Toros wciąż mówi się isabelinos, od poprzedniej nazwy miasteczka Santa Isabel, a na tych z Punta del Este – fernandinos, po niegdysiejszym San Fernando. Chyba już tylko gentilicio, hiszpańskie nazewnictwo określające mieszkańców miasta lub regionu, oparło się laicyzacji. W 1935 roku Rosita Forbes, znana brytyjska podróżniczka, zanotowała: „Z rajskiego ogrodu do utopii – oto droga przebyta z Brazylii do Urugwaju. Odwiedziłam liczne szkoły i zdziwiło mnie, że dzieci tutaj wiedzą, kim jest Bernard Shaw czy Włodzimierz Lenin, a kompletnie nie znają imion apostołów”.

Handel dziećmi, czyli zakon Matki Teresy jako młot na chrześcijan

Urugwaj do dziś jest odmieńcem wśród państw Ameryki Łacińskiej. Najmniej ludzi wierzy tutaj w Boga. Katolicy stanowią czterdzieści procent społeczeństwa (w sąsiedniej Argentynie siedemdziesiąt, w Brazylii – sześćdziesiąt). Dziesięć procent Urugwajczyków to ateiści, a jedna czwarta z nich to wierzący bez pośrednictwa jakiegokolwiek kościoła. Pod tym względem bardziej przypominają Hiszpanów niż Latynosów.

Gdzie więc podział się Bóg?

Krzyż

Jeśli już gdzieś go szukać, to na rambla w Montevideo, która daje mieszkańcom wytchnienie od miasta. Tu, nad brzegami La Platy, Mahatma Gandhi medytuje z przymkniętymi oczami. Tabliczka z brązu mówi o nim „Apostoł pokoju”. Tu lekko przygarbiony Konfucjusz zachęca do poszukania cienia w zielonym parku Rodó. Nieopodal afroamerykańska bogini Iemanjá rozkłada łaskawie ręce, jakby chciała objąć nimi Urugwajczyków zacięcie zrzucających kilogramy na ścieżce dla biegaczy. Jej lutowe święto to chyba jedyna religijna okazja, która gromadzi tysiące ludzi. Wylegają na plaże, by puszczać w ocean łódki – dary dla bogini – i przyłączać się do śpiewów wyznawców kultu umbanda. Jednak nawet wtedy nauczyciele nie tracą czujności. Jedna z duchownych, a jednocześnie polityczka Susana Andrade opowiadała nam, że kiedyś poprosiła w pewnej szkole naprzeciwko plaży o podłączenie mikrofonu do prądu. „Proszę wybaczyć, ale boję się, że mnie oskarżą o naruszenie świeckości” – usłyszała od nauczycielki.

Przeciwieństwem harmonii, jaka unosi się nad rambla, jest Terminal Trzech Krzyży, „teatr dla antropologa w krótkiej podróży”, jak określił ten dworzec autobusowy reportażysta Julio Villanueva Chang. Powietrze jest tu gęste, panuje atmosfera wiecznego spóźnienia. Przy terminalu krzyżują się trzy najważniejsze arterie Montevideo: Bulwar Artigasa pachnie spalinami autokarów, które wyruszają do Argentyny, aleja 8 Października wskazuje drogę do Brazylii, aleja Italia wiedzie na wschód, ku przeraźliwie luksusowemu kurortowi Punta del Este.

„Chrześcijaństwo tak, wypaczenia nie”, czyli kilka pytań, co nienowe

Ruchem kieruje tutaj Jan Paweł II. Samochody suną ze wszystkich stron, a papież stoi samotnie na opuszczonej wysepce. Nad nim góruje trzydziestometrowy La Cruz del Papa, Krzyż Papieża. 1 kwietnia 1987 roku Ojciec Święty celebrował w tym miejscu mszę polową z okazji zakończenia konfliktu między  Chile a Argentyną o kanał Beagle.

– To symbol religijny, który nie jest wpisany w miejsce kultu. Katolicy nigdy się tam nie spotykają, bo przecież stoi na środku skrzyżowania. Nie da się nawet podejść – tłumaczy nam były prezydent Julio María Sanguinetti, zdeklarowany agnostyk i laicysta. Choć zwykle obsesyjnie tropi wszelkie ślady religijności, stał się obrońcą krzyża.

Spotykamy się w jego gabinecie, w niewielkim domku, w dzielnicy klasy średniej w Montevideo. Gabinet jest urządzony w stylu anglosaskim, w gablocie sterczy szpada, na szerokim biurku przyciski do papieru, zielona lampka. Po domu Sanguinetti chodzi w mokasynach. Minęło trzydzieści lat, od kiedy zasugerował, by zostawić krzyż jako wspomnienie papieskiej wizyty, która wedle jego słów zjednoczyła wszystkich Urugwajczyków we wspólnym uczuciu tolerancji i szacunku. Była też jednym z największych zgromadzeń tego nielicznego narodu w historii – w uroczystości uczestniczyło około stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi.

Ledwie jednak głowa Watykanu wyjechała, a krzyż stał się przedmiotem jednej z najgorętszych debat politycznych w historii Urugwaju. Dyskutowano o nim w barach, środkach transportu, na łamach gazet. Oczywiście z powodu zasady świeckości.

Wielcy Mistrzowie Wielkiej Loży Masońskiej poczuli się zobligowani, by interweniować. Wydali w tej sprawie oświadczenie: „Symbol religii, którą wyznaje zaledwie część społeczeństwa Urugwaju, nie powinien być wystawiony publicznie i narzucany reszcie ludności”.

Przedstawiciele Kościoła na takie zarzuty odpowiadali oburzeni: „Toż to odrodzenie jakobinizmu na progu XXI wieku!”.

Wrzało też w Radzie Departamentalnej Montevideo. Radny z liberalnej Partii Kolorowych, jednego z dwóch historycznie najważniejszych ugrupowań w Urugwaju, krzyczał, że krzyż pogwałca filozofię państwa. Przedstawiciel drugiego najstarszego nurtu politycznego, centroprawicowej konserwatywnej Partii Białych, argumentował, że symbol stanie się unikatową atrakcją  Montevideo. Radny lewicowego Frente Amplio apelował z kolei: „Krzyż stoi obok obelisku upamiętniającego członków pierwszego Zgromadzenia Ustawodawczego z 1830 roku i na bulwarze bohatera José Artigasa, podczas gdy nie powinien dominować nad dwoma najważniejszymi patriotycznymi symbolami kraju”. Gonzalo Aguirre, senator Partii Białych i uznany konstytucjonalista, opracował projekt uchwały, której tekst brzmiał: „Krzyż nie zostanie zachowany jako symbol religijny ani jako znak przynależności państwa do konkretnej religii, a raczej jako pamiątkowy pomnik wydarzenia historycznego”.

Burza przeniosła się do Zgromadzenia Narodowego.

Francisco Rodríguez Camusso z Frente Amplio pytał senatorów z przekąsem:

– Urugwaj katolicki? Co to ma znaczyć?

– Uważam, że świeckość to postawa szacunku, nie negacji – odpowiadał mu senator Jorge Batlle, wnuk prezydenta, który wyrzucił krzyże ze szpitali.

Podczas debaty w Izbie Reprezentantów deputowany Rocha Imaz z Partii Białych wyraził rozczarowanie tym, że Zgromadzenie Narodowe w ogóle pochyla się nad tematem.

– Wydaje mi się, że sprawy duchowe powinny zaczekać na swoją kolej. Kraj ma ważniejsze kwestie do załatwienia.

Ostatecznie 48 deputowanych było za, 41 przeciw. Krzyż stoi, jak stał, ale polemika na temat świeckości i laicyzmu powraca jak bumerang co kilka lat. Na przykład po śmierci papieża, gdy jego pomnik z brązu przeniesiono z parafii Chrystusa Zmartwychwstałego pod krzyż, by, jak zauważył jeden z senatorów, „kierował tranzytem”. I jedenaście lat później, gdy katolicy domagali się postawienia na rambla pomnika Maryi Dziewicy.

Prezydent Sanguinetti tłumaczy:

– Nie podarowaliśmy Kościołowi placu, żeby postawił sobie świątynię, a zostawiliśmy ślad historii, której nikt się nie wypiera. Świeckość to nie opozycja wobec religii, tylko neutralność państwa. I tak powinno zostać.

***

Fragment książki Marii Hawranek i Szymona Opryszka Wyhoduj sobie wolność, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.