Czytaj dalej

Wolność, równość, aborcja

Nie musimy zgadzać się na narzucony nam z góry los, jesteśmy w stanie go kontrolować i zmieniać.

W walce o aborcję nie chodzi o życie, instynkt, naturę czy w ogóle dobro tych, których to bezpośrednio dotyczy. Całkowity zakaz aborcji daje całkowitą kontrolę nad ich ciałami i życiami, i utrzymuje całkowitą władzę. Chodzi więc o dobro tych, którzy panują. Piekło kobiet to wyzysk kobiet.

W toczącej się właśnie zażarcie dyskusji o aborcji warto przywołać wiersz Kiry Pietrek z tomu Język korzyści:

mamy wreszcie pracoholiczki

świat oszalał na ich punkcie
mają podkrążone oczy
od braku orgazmu

geje jedzą sushi
którego nie lubią

biura matrymonialne
ejakulują przez internet

córka właścicielki
centrum handlu sztuki
zamawia osobistą sesję zdjęciową
dzień przed porodem

nie pyta kto będzie retuszował
jej spuchnięte łydki
bo płaci

mamy unifikację
lesbijek i feministek
mamy unifikację
gejów i feministów

odkąd ciąża jest dyskryminacją
sztuka nie ma sensu

ale trzeba robić coś innego

sprawdzać jak sport i seks
zmieniają nasze życie
zakładać nowe magazyny tematyczne
artysta geniusz czy pracoholik

mogłabym wsadzić wszystkim
którzy każą czytać brytyjskiego vogue’a
oba sutki są spolaryzowane
mogłabym wsadzić wszystkim
oba sutki są obdarzone znakiem + i –
mogłabym wsadzić wszystkim
którzy każą czytać rosyjskiego vogue’a

mamo
przepraszam że nie powiedziałam ci
o aborcji

Aborcja – w absolutnie intymnym wyznaniu zamykającym wiersz – pojawia się tu nagle i jakby od czapy, bo wcześniej dużo o pracy i pieniądzach raczej. Od czapy? W innym wierszu, lochy, Pietrek szczegółowo opisuje zarządzanie gospodarką reprodukcyjną loch, czyli samic świni domowej użytkowanych rozpłodowo: ich życie podporządkowane zostaje produkowaniu mięsa (myślą o nim: moje dziecko) dla osobników gatunku ludzkiego przez zapłodnienie, ciążę i poród, o których w całości decydują ich właściciele. Dalej Pietrek zderza lochy z zarządzaniem gospodarką reprodukcyjną kobiet, czyli żeńskich osobników gatunku ludzkiego: gdy zabiera się im możliwość decydowania o własnym ciele i własnym życiu, więc i o posiadaniu potomstwa, zamienia się je w producentki pracowników i konsumentów (myślą o nich: moje dzieci) dla osobników gatunku ludzkiego przez zapłodnienie, ciążę i poród, o których w całości decydują ich właściciele.

W obydwu przypadkach „ciąża rozwija się nawet wtedy / gdy musi kosztem matki”. Ciało, wola, a w efekcie życie żeńskich osobników świni domowej i żeńskich osobników gatunku ludzkiego zaprzęgnięte zostają do reprodukcyjnej roboty, w wyniku której powstaje towar: mięso lub pracownik i konsument. Z wyprodukowania towaru zyski czerpią nie producentki, lochy bądź kobiety, lecz właściciel: przedsiębiorstwa i korporacje. A właściwie: globalny kapitał.

Pietrek konsekwentnie zderza ze sobą eksploatację zwierząt z eksploatacją kobiet, która dokonuje się w pracy domowej i najemnej:

mój pracodawca zdaje sobie sprawę
żona jest tylko narzędziem
pozostawia ją w moich rękach
potrafi być dobrym narzędziem mówi
jeśli się nią pokieruje

Kobieta służy jako narzędzie: usługi seksualne, praca reprodukcyjna i opiekuńcza są nieodpłatne, więc wpisują się w model niewolniczy, jeśli założymy, że każda praca, za którą pracujący nie otrzymuje wynagrodzenia, to niewolnictwo (więc oczywiście i każda praca zwierząt). Dlatego w wierszu z tomu Statystyki pisze Pietrek: „kobiety i zwierzęta mają prawo / wystąpić w dyskusji kiedy zajmują się pracą”. To praca nadaje wartość pracownikowi i towarowi – poza pracą życie, jako życie, nie ma wartości. Praca uprzedmiotawia i każe pracować na rzecz systemu: „użyteczność / to najwyższy stopień ubezwłasnowolnienia / do jakiego dążysz”.

Tzw. pro-life okazuje się wspierać na kapitalistycznym wyzysku kobiet. Nie bez powodu z ambon nie słychać za wiele o eksploatacji zwierząt – nie o życie bowiem tu chodzi, lecz o zysk. Tylko kontrola pracy – reprodukcyjnej, opiekuńczej, seksualnej, domowej czy najemnej – zapewnia władzę. Jednostki wytwarzają inne jednostki i przedmioty – jednostki jako przedmioty – przez reprodukcję i produkcję, ale nie wytwarzają samych siebie. Cała władza stoi po stronie kapitału.

Kobieta przyjmuje więc formę pracownika, a jej praca jest podporządkowana właścicielowi i jego decyzjom. W 1846 roku Marks i Engels pisali: „Pierwszy podział pracy to podział pracy między kobietą i mężczyzną w dziele płodzenia dzieci”, co dla Engelsa stało się podstawą teorii klasowego (więc ekonomicznego) wyzysku płci w Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa.

Rozpoznania Engelsa wykorzystały materialistycznie zorientowane feministki, ujawniając kulturowy, a nie biologiczny charakter różnicy płciowej. Monique Wittig w manifeście One Is Not Born a Woman wskazywała, że płeć to wytwór narracji klasy panującej, która ma usprawiedliwiać wyzysk jednej połowy świata przez drugą. Co istotne, gdy Wittig pisała, że nie ma płci poza narracją, ujawniała, że nierówność płciową można zmienić, bo nie wynika z naturalnych podziałów czy predyspozycji, lecz ze społecznej dyskryminacji wobec osób posiadających waginę i mających możliwość rodzenia ludzi – dyskryminacji, która sprawia, że pracują na rzecz systemu. To nie tak, że możliwość rodzenia ludzi naturalnie wywołuje body shaming, niższe zarobki na tym samym stanowisku, dwa razy rzadsze retweetowanie na Twitterze czy gwałty – to kontrola rodzenia ludzi sprawia, że kulturowa nierówność może się utrzymywać właśnie w ten sposób. To zaś w oczywisty sposób przenosi nas ku słynnemu stwierdzeniu Simone de Beauvoir, rozwiniętemu przez Judith Butler: nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje. Układ społeczno-kulturowy umożliwia kształtowanie i kontrolę płci.

W wierszu [marzanna płynie] chłopcy przebierają się za Indianki i Indian. Za jakiś czas jeden z nich zostanie zgwałcony i cała Polska przejmie się tym bardziej niż tysiącem gwałtów na kobietach. Pietrek w wierszu retorycznie pyta: kto zostanie zgwałcony – Indianin czy Indianka? W istocie bowiem płcie to przebrania, pod którymi odgrywane są konkretne role i dyskryminacje: podobnie jak narodowości czy rasy. Role wyznaczają chłopcy, to oni są tu aktywnym dysponentem władzy i podporządkowania. Układ społeczny to układ tworzony z perspektywy uprzywilejowanej, więc w oczywisty sposób działający w jej interesie; udaje wprawdzie, że jest ogólny i naturalny – i dlatego działa, wszak jest uczony w szkołach, czytany w książkach i przestrzegany w prawie – ale w końcu pod przebraniami znajdują się te same ciała i te same życia, z milionem różnic – kolorem włosów, oczu, skóry, budową sylwetki, pieprzykami, piegami, owłosieniem, znamionami, całym tym genetycznym szaleństwem – a wagina i estrogen czy penis i testosteron to tylko jedne z nich. Mogłoby więc być dokładnie na odwrót lub całkiem inaczej, gdyby pozamieniać stroje.

Płeć to konsekwencja kulturowych nierówności – dlatego można ją zmienić albo nawet znieść.

Płeć to konsekwencja kulturowych nierówności – dlatego można ją zmienić albo nawet znieść. Podobnie podział klasowy: to nie tak, że naturalnie jedni uprzedmiotawiają drugich i decydują o ich ciele i życiu. Podobnie podział gatunkowy: to nie tak, że naturalnie produkujemy sobie truchło, żeby móc je kupować w supermarketach. Jesteśmy wszystkożerni, nie mięsożerni, podobnie jak świnie. Te nierówności można znieść – właśnie dlatego, że są wytworami społecznymi. A są nimi, bo pozwalają rozłożyć pracę na rzecz globalnego kapitału i utrzymać podział bez buntu.

Stąd kończący się wyznaniem o aborcji wiersz Kiry Pietrek nosi ironiczny tytuł mamy wreszcie pracoholiczki. Praca na rzecz systemu to po równo praca najemna, jak i praca reprodukcyjna i opiekuńcza. Dlatego wyrównanie sytuacji kobiet i mężczyzn przez otwarcie kobietom dostępu do wyższych stanowisk w korporacjach czy pozycji dyrektorskich, nawet (zwłaszcza) w ramach parytetu, w istocie niczego nie zmieni: kontrola nad podporządkowanymi ekonomicznie nadal będzie utrzymywana, a reprodukcja wciąż stanowić będzie jej element, o który tym razem po równo będą walczyły także decydujące kobiety, bo stać je na nianię, gosposię, surogatkę i inne pracownice odciążające je od pracy reprodukcyjnej i opiekuńczej. Pracownic oczywiście nie stać na tego typu wygody, bo same te prace wykonują. Kobieta w ciąży, córka właścicielki centrum handlu sztuki, nie pyta, kto retuszuje jej spuchnięte łydki i w jakich warunkach, bo płaci – nierówność pozostaje w normie, to nie ciężarna jest tutaj stroną poszkodowaną. Kobiety tak samo napędzają wyzysk: wagina czy piersi nie chronią ich w jakiś magiczny sposób przed pogłębianiem nierówności, bo niby dlaczego miałyby to robić, kiedy są po prostu częściami ciała: ciała, które można zapędzić do pracy lub które może zapędzać inne ciała do pracy na rzecz kapitału.

Podstawienie kilku osobników gatunku ludzkiego z waginami w miejsce kilku osobników gatunku ludzkiego z penisami na prestiżowych stanowiskach nic nie zmieni, bo nie w waginach i penisach problem, lecz w kulturowych rolach, które się na nich wykształciły, a są reprodukowane także w innych relacjach zależności ekonomicznej. Kobiety na wysokich stanowiskach to wciąż nie równouprawnienie, bo pracownicy nadal są podporządkowani – równouprawnienie to nie tylko równe prawa płci, ale w ogóle równe prawa wszystkich ludzi i istot żywych.

Czy osiągnięcie parytetu w ONR-ze to naprawdę to, o co miałoby chodzić? Kobiety po równo szerzące nienawiść do innych narodów, ras i wyznań z mężczyznami – to miałby być sukces równouprawnienia?

Walka o parytet – prowadzona niezależnie od poglądów i założeń kobiet, niezależnie, czy są za aborcją, czy przeciw, czy są z lewicy, czy z prawicy – to kobietyzm. Kobietyzm sprawia, że mamy wreszcie pracoholiczki i jesteśmy z tego dumni, a kobiety czerpią radość z pracy reprodukcyjnej i opiekuńczej innych kobiet na równi z mężczyznami, gdy mają po temu warunki.

Miło, że prezeską korporacji została kobieta, ale w sumie niemiło, bo w ten sam sposób napędza nierówność w pracy względem pracowników – i kobiet, i mężczyzn. Miło, że premierem Polski została kobieta, ale w sumie niemiło, bo w Sejmie przeszła do dalszych prac propozycja ustawy o całkowitym zakazie aborcji, a projekt liberalizujący obecne prawo odpadł. Pani na wysokim stanowisku naprawdę nic nie zmienia w sytuacji pracownic i pracowników Biedronki czy Amazona, którym nie robi różnicy, czy pracują dla osoby z penisem czy waginą, gdy pracują na rzecz kapitału. Wrogiem nie jest penis czy testosteron, lecz kapitał, a walczyć z nim mogą tylko wszyscy mu podporządkowani – razem: kobiety i mężczyźni, pracownicy i prekariusze, lokatorzy i imigranci, nieheteronormatywni i weganie, osoby ze wsi, z prowincji i z dużych miast, anarchiści i ludzie z niepełnosprawnościami, wierzący i niewierzący, szczupli i otyli, rudzi i blond. Wszyscy walczą – wszyscy walczymy – o autonomię: o możliwość decydowania o sobie, niezależnie od decyzji uprzywilejowanych, więc i władzy globalnego kapitału.

„Odkąd ciąża jest dyskryminacją / sztuka nie ma sensu” – pisze Pietrek. Ciąża jest dyskryminacją, gdy staje się decydującym wyznacznikiem kobiecości. Nie jesteś kobietą, nie wiesz, co czujemy, bo nigdy nie przeżyjesz ciąży i porodu – to częsty argument. Kobieta w tym rozumieniu jest tym, co biologiczne. Nie jesteś rudy, bo nie urodziłeś się z rudymi włosami – można i tak, jasne. Tyle że rude włosy – choć też mają cechy towarzyszące, jak blada skóra, piegi i wrażliwość na słońce – nie ustawiają struktury społecznej. I tego samego życzyłyby sobie feministki w kwestii płci. Wagina zwyczajnie nie powinna determinować pozycji i odbioru osoby, która akurat ją ma.

Wagina zwyczajnie nie powinna determinować pozycji i odbioru osoby, która akurat ją ma.

Podejście deterministyczne blokuje działanie. Jasne, ciąża jest niepowtarzalnym doświadczeniem kobiet, jak szereg innych niepowtarzalnych doświadczeń osobników gatunku ludzkiego, ale kształtują ją doświadczenia jak najbardziej powtarzalne: brak badań prenatalnych, odebranie kobiecie możliwości usunięcia płodu, gdy tego chce i potrzebuje, nie najlepsze warunki i traktowanie kobiet na porodówkach, gwałt i nakaz donoszenia ciąży po gwałcie, więc gwałt kolejny – które w istocie określają to, czym kobieta jest i jak pracuje. I te doświadczenia można – trzeba – zmienić.

Stąd strach konserwatywnie zorientowanych środowisk przed potworem gender: gender, płeć kulturowa, ujawnia, że w funkcjonujących relacjach społecznych można coś zmienić, bo to nie wagina, ciąża czy piersi są tu istotą wykluczeń, lecz system stworzony wokół nich. A jeśli tak, jeśli to wszystko kwestia pewnych umów, więc możliwa do zmiany, to posiadający realnie mogą przestać posiadać, a rządzący – rządzić. Uprzywilejowani walczą z prawem do aborcji i genderem, bo chronią własną pozycję, opowiadając chętnie wokół, że tak przecież chce Bóg lub natura – inaczej pracujący na nich mogliby się zbuntować i coś zmienić, a wyzysk i zyski by się skończyły.

Aborcja jest przedmiotem tak zaciekłego sporu, bo zderza ze sobą te dwa podejścia: jedno, w którym naturalnie godzimy się na zesłany z góry los, i drugie, w którym możemy go kształtować, niezależnie od decyzji władzy, „Boga” czy „natury”.

Aborcja daje wybór i możliwość zmiany, bo przypisana z góry praca reprodukcyjna nie jest naturalna i dana raz na zawsze: możemy z niej zrezygnować i nie poddawać się kontroli naszego ciała przez tych, którzy czerpią z niej korzyści.

Konsekwencje takiego podejścia są dość potężne: gdy pracownicy najemni stwierdzą, że przypisana z góry praca najemna nie jest naturalna i dana raz na zawsze, i że mogą z niej zrezygnować i nie poddawać się kontroli swojego ciała przez tych, którzy czerpią z niej korzyści, kapitalizm trochę padnie, a z nim wsparty na nierównościach feudalnych Kościół. Walka o całkowity zakaz aborcji to walka o utrzymanie całkowitego wyzysku kapitalistycznego w mocy. Mamy czuć, że tak musi być i nie możemy nic z tym zrobić.

Tylko że możemy. Nie jesteśmy głupie: wiemy, że możemy usunąć płód, wiemy, jak i gdzie, bez pomocy prawa i mimo jego przemocy. Nie musimy zgadzać się na narzucony nam z góry los, jesteśmy w stanie go kontrolować i zmieniać. Możemy na przykład ogłosić strajk w pracy reprodukcyjnej; albo w ogóle we wszystkich naszych pracach: domowych i najemnych, jak w 1975 roku w Islandii . Choćby i 3 października – w ramach jednodniowego protestu ostrzegawczego przeciwko ustawie o całkowitym zakazie aborcji opuśćmy pracę i uczelnię. Poświęćmy ten dzień tylko dla siebie, róbmy wyłącznie to, na co mamy ochotę, odzyskajmy kontrolę nad własnym życiem. Jest nas więcej: bez naszej pracy ich przywileje i zyski przestaną działać. Nie bądźmy pracoholiczkami, wsadzajmy wszystkim, którzy „każą czytać brytyjskiego vogue’a” – nasze ciało i nasza praca mają być w naszych rękach.

Krytyka Polityczna dołącza do Strajku Kobiet. W #czarnyponiedziałek, 3 października, nie pracujemy, nie odpisujemy na mejle. Spotkacie nas na demonstracjach i akcjach społecznych, gdzie będziemy się upominać o prawo kobiet do decydowania o własnym ciele.

**Dziennik Opinii nr 272/2016 (1472)

Bio

Maja Staśko

| Krytyczka literacka

Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem” i „Wakatem”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.