Czytaj dalej

Wojciech Wencel i Krytyka Apolityczna

wencel-wojciech-duda-andrzej (1)

Nie ma „porządku naturalnego”. Demokratyczna krytyka musi być stronnicza – bo polega na podejmowaniu wyborów.

Przed publicznością stoi elegancki pan. I przemawia:

(…) te wiersze są często dosyć trudne w tym znaczeniu, że jest to język niezwykle bogaty, mocny, skłębiony treściowo (…) można się z tymi wierszami zgadzać, można nie zgadzać, ale na pewno są to treści ważne, warte przedyskutowania i przemyślenia.

Kto to? Andrzej Franaszek o Czesławie Miłoszu? Piotr Śliwiński o Marcinie Świetlickim? Paweł Próchniak o Eugeniuszu Tkaczyszynie-Dyckim? Inny czołowy krytyk poezji o innym czołowym poecie?

Cóż, nie do końca. To Andrzej Duda o Wojciechu Wenclu przy okazji przyznawania nagrody „Zasłużony dla Polszczyzny”. Pod wielkimi abstrakcyjnymi hasłami – jak „bogaty, mocny, skłębionym treściowo język” czy „treści ważne, warte przedyskutowania i przemyślenia” – kryje się po prostu pochwała ksenofobicznych wierszy. Wierszy, które wpisują się w obecną brunatną falę i podbijają nacjonalistyczne nastroje. Jednocześnie trudno się na te wzniosłe hasła oburzać, w końcu bogaty język i treści ważne są przecież bardzo, bardzo ważne.

Prezydent świetnie podchwycił dominujący model krytyki poezji po 1989 roku. Zgodnie z nim można się zgadzać lub nie z nacjonalizmem, seksizmem i wyzyskiem, ale jeśli jest on usankcjonowany warsztatem, który w wyniku historyczno-politycznych przekształceń uznany został przez grupę etatowych specjalistów za dobry, to jest to Dobra Poezja. Krytycy mainstreamowych mediów fetyszyzują poetykę, oddzielając ją od polityki, bo polityka jest jedna, wciąż ta sama – neoliberalna. Tak obowiązująca, że przezroczysta – apolityczna.

Polszczyznę wolną racz nam wrócić, Panie (Prezydencie)

To dzięki niej dominujący krytycy zbudowali swoją pozycję, która daje im – jako recenzentom mediów głównego nurtu, jurorom nagród i kuratorom festiwali – niemal pełną władzę nad losem zawodowych autorek i autorów oraz możliwość wyboru docenianych wartości, poetyk i literackich celebrytów. Po drugiej stronie tak budowanej wspólnoty znajdują się poetki i poeci – grupa totalnie sprekaryzowana, bez artystycznych etatów, z ograniczoną liczbą stypendiów i nagród, o które zmuszeni są ze sobą rywalizować. Ich sytuację dzieli większość pracowników poezji – krytyczki spoza głównego nurtu, redaktorzy, korektorzy, tłumaczki, graficzki. Od lat pogłębiające się w tym polu nierówności napędzają rozwarstwienie klasowe i prowadzą do społecznego utożsamienia poezji z elitami.

Światowy Dzień Pracownic i Pracowników Poezji

Więc teraz mamy Wencla, to naprawdę bardzo proste.

„Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu”

Ostatnia książka poetycka Wencla, Epigonia – ta, która reprezentować będzie Polskę na październikowych targach książki we Frankfurcie – pełna jest martyrologicznych obrazów z historii Polski. Tym, co spaja tu wspólnotę, jest ofiara i koniecznie heroiczna śmierć. W ostatniej zwrotce tomu podmiot w kolonizatorskich zapędach prosi „Chrystusa utraconych miast” o zmartwychwstanie Polski, „lecz tylko z Wilnem i ze Lwowem”. Przesłanie tej książki świetnie oddaje dwuwers: „nie o podbój nie o pokój nie o litość / ale o to by się stać Królestwem Bożym”.

Krytycy mainstreamowych mediów fetyszyzują poetykę, oddzielając ją od polityki, bo polityka jest jedna, wciąż ta sama – neoliberalna. Tak obowiązująca, że przezroczysta – apolityczna.

To zresztą założenie zgodne z wizją apokaliptycznego magazynu „Czterdzieści i cztery”, który w tym roku uplasował się na drugim miejscu na liście czasopism dofinansowywanych przez MKiDN. Jego współzałożycielem i członkiem redakcji był Wencel. Na liście nie znalazło się żadne z czasopism o profilu lewicowym.

W liście do Kongresu Kultury Maria Janion znakomicie punktuje niebezpieczeństwa takiej narracji:

Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu – kanon stereotypów bogoojczyźnianych i Smoleńsk jako nowy mesjanistyczny mit mają scalać i koić skrzywdzonych i poniżonych przez poprzednią władzę. Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost – mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu.

Janion: Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu! [List do Kongresu Kultury]

Trudno o takie ujęcie wśród krytyki głównego nurtu: w tekstach o wierszach Wencla przeważały argumenty o idealizmie, poszukiwaniu ładu w świecie czy pobudzaniu do dyskusji. Prezydent Andrzej Duda mógł beztrosko sięgnąć po dostępny paradygmat krytyczny, bo też krytyka literacka III Rzeczypospolitej – zastępując dyskusję o wartościach apolitycznymi hasłami – przygotowała dla niego bardzo podatny grunt.

Poezja Wencla co najmniej od 2002 roku znajdowała się już w niektórych podręcznikach dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Także w podręcznikach akademickich Literatura polska 1976-1998 z 1999 roku i Poezja polska po 1968 roku z 2000 roku poecie poświęcony został cały rozdział. Trudno też znaleźć tekst, który rewidowałby to podejście i wskazywał na niebezpieczne momenty tych wierszy, zwłaszcza w ich rozwoju po katastrofie smoleńskiej. Sam Wencel przyznawał w jednym z felietonów: „Chwalili mnie nobliwi krytycy, tradycjonaliści katoliccy, matki moich kolegów, a nawet niektórzy biskupi”.

Aborcja jak rytualne wyrywanie serc

Bo też Wencel poza wierszami pisze felietony. To w nich wesoło dowcipkuje, że antysemityzm i rasizm są lewackim wymysłem i w Polsce ich nie ma; że aborcja to jak rytualne wyrywanie serc, a właściwie gorzej; że dzieciom przydałoby się mniej „bezstresowego wychowania”, a więcej klapsów; że „krzyż homoseksualizmu” to starożytne wynaturzenie. Felietony, zebrane np. w Wenclu gordyjskim z 2011 roku, pełne są nieukrywanego uwielbienia autora dla samego siebie: heteroseksualnego Polaka-katolika z klasy średniej.

Podejście Wencla do świata okazuje się zatem zbieżne z podejściem uwielbianego do dziś przez krytyków lat 90. Marcina Świetlickiego. Beka z feministek to oczywiste must-have szanującego się poety wyklętego:

Umówmy się: jak świat światem, nikt nie widział szczęśliwej, ładnej i wrażliwej feministki. Tylko samotne, niezgrabne i gruboskórne pudernice wzywają swoje piękniejsze siostry do wyjścia na barykady. Może jest więc tak, że zazdroszczą im udanego życia, księcia i bombonierki. Nikt chyba nie zaprzeczy, że kobiety uwielbiają słodycze bardziej niż mężczyźni.

Niepokorny poeta polityczny znów broi [zobacz memy]

Prezydent – podobnie jak krytycy przed nim – ze swadą opisywał tę „nieprzejednaną publicystykę”. W końcu nie ma powodu, żeby dobrego poetę krytykować tylko dlatego, że porównuje aborcję do wyrywania serc albo pisze o homoseksualizmie jako wynaturzeniu. Albo że jest jawnie seksistowski. Nie bądźmy drobiazgowi.

I koniecznie się wspierajmy. W 2008 roku Wencel publicznie stanął w obronie Świetlickiego, występując przeciw lewackim oskarżeniom środowiska Krytyki Politycznej. Powoływał się – a jakże – na znakomity warsztat nichujaideowego poety, a KP zarzucał – rzecz jasna – polityczność. Na dowód wspólnej walki wymieniał zasługi Świetlickiego dla konserwatywnej prawicy: tom „wierszy religijnych” zredagowany przez Wojciecha Bonowicza, Nagrodę Poetycką im. ks. Jana Twardowskiego i wyraźną zmianę poglądów w wywiadach. Opublikowaną w „Gazecie Wyborczej” dwa lata temu recenzję tomu Świetlickiego otwiera pytanie: „czy Marcin Świetlicki jest dowodem na istnienie Pana Boga?”. Nacjonalistyczno-neoliberalne porozumienie od lat ma się w głównym nurcie poezji – i polityki – świetnie.

Dlatego właściwie nie ma się co dziwić, że Wojciech Wencel znalazł się w kanonie lektur. I to właśnie obok Jana Polkowskiego i Marcina Świetlickiego, którzy, oczywiście, także mają swoje rozdziały w podręcznikach akademickich. Ich wiersze wspierają mocne, pozytywne interpretacje decydujących krytyków.

Na 18 nazwisk poetów XX i XXI wieku wśród lektur obowiązkowych znalazła się jedna poetka – Wisława Szymborska. Widocznie kobieta musi dostać Nobla, by jej wiersze pojawiły się w kanonie obok często bardzo przeciętnych utworów panów.

„Potop” chroni przed postprawdą?

czytaj także

Cud apolityczności

W latach 90. etatowi krytycy fetyszyzowali „małe narracje” – wielość literackich wysepek, która pozornie nie pozwalała na hegemonię „wielkiej narracji”. Z wielu „małych narracji” narzuca się jednak bardzo konkretna wizja – np. taka, która nie uwzględnia kobiet. Manuela Gretkowska w rozmowie o poezji Wencla wspomina, że na wartości patriotyczno-katolickie w latach 90. były pieniądze i miejsce w mediach – dla Pampersów, jej kolegów z „Brulionu”. Do mainstreamu nie przebijała się nieograniczona różnorodność, tylko bardzo konkretny nurt. Nie było żadnego zaniku centrali, nie mogło więc też być jej powrotu – centrala cały czas świetnie się trzymała i narzucała swoją narrację.

Ale opowieść o „małych narracjach” i magicznych mocach „niepodległej” kultury, która uspokaja konflikty i pozwala budować porozumienie ponad podziałami po prostu się opłaca. To właśnie porozumienie prawicy liberalnej z autorytarną wytworzyło system w formie, w jakiej znamy go obecnie – konserwatywnej, patriarchalnej i narodowej. Podziały mogłyby go tylko zaburzyć. Po 1989 roku wspólnotę polityczną, związkową, zastąpiły „wolne” wspólnoty religijne i narodowe. Wolne także od polityki. Liberalne elity dla własnych korzyści – i kosztem praw pracownic i pracowników – podtrzymywały ten stan rzeczy.

To właśnie porozumienie prawicy liberalnej z autorytarną wytworzyło system w formie, w jakiej znamy go obecnie – konserwatywnej, patriarchalnej i narodowej.

Głośny w krytyce lat 90. spór klasycystów z barbarzyńcami znakomicie to odzwierciedla. Barbarzyńcy to nie walczące feministki czy domagający się uspołecznienia środków produkcji rewolucjoniści – to tradycyjni, przeważnie konserwatywni panowie. Podobnie jak ich antagoniści – klasycyści. W latach 90. Karol Maliszewski namaścił Wencla na głównego reprezentanta klasycystów w poezji. Tydzień temu okładkę „Gościa Niedzielnego” zdobiło zdjęcie poety w złotej ramie i podpis „Wencel klasyk”. Po barbarzyńcach nadeszli klasycyści, w nachalnie promowanym dwuwymiarowym układzie właściwie nie ma innej opcji.

„Wiersz jest cudem” – tak wiele lat temu Jarosław Mikołajewski nazwał swój dział z wierszami w „Gazecie Wyborczej”. To jawnie konserwatywne założenie: oto cudowne rozmnożenie chleba i ryb, oto cud nad Wisłą i objawienia fatimskie, a to wiersz, który jest cudem, a nie efektem pracy czy społeczno-polityczną praktyką. W przerażającym tekście Jestem cienkim bolkiem Wencel opisuje swoje uzależnienie od pornografii i piekło, jakie urządził swoim najbliższym – bo zamiast udać się do specjalisty, czekał na głos z nieba. Na cud. Podobnie traktuje politykę: „Jeśli Bóg zechce, w końcu przełoży się to na układ sił w parlamencie”.

To nie cud ani Bóg dokonuje zmian, tylko ludzie. To nie cud ani Bóg odpowiadają za postępującą w Polsce faszyzację, tylko konkretne działania. Na przykład wiersze. I warto je za to skrytykować, zamiast rozpływać się nad ich świetnym warsztatem. Wiersze oddziałują i mają społeczne konsekwencje, często tym mocniejsze, im lepszy warsztat – dlatego ich rzetelna, polityczna krytyka jest absolutnie niezbędna. Bez niej bezrefleksyjnie poddajemy się tym, którzy akurat trzymają władzę.

Wiersze pierwszomajowe

czytaj także

Feministki to faszystki

Bo też całe to wznoszone od lat rekwizytorium – „Zasłużony dla Polszczyzny”, porozumienie ponad podziałami, cud, apolityczność – służy teraz nowej władzy, podtrzymując jawnie konserwatywne, usakralnione rozumienie poezji poza polityką. Pozwala przemycić inną politykę, inne wartości – jako apolityczne. I to też nie cud.

To z politycznością, a nie z faszyzmem, przez lata walczyli liberałowie. Bardziej niż faszyzmu – który akurat białych heteroseksualnych Polaków-katolików u władzy dotknąłby najpóźniej – bali się konfrontacji z wartościami, które mogłyby być traktowane na równi z ich własnymi i dawać czytelniczkom możliwość wyboru, więc i zmiany. To jawnie pogardliwe podejście znakomicie wykorzystał PiS w kampanii przeciwko rządzącym elitom. I na rzecz kolejnych elit.

Prawdopośrodkistyczne porównywanie faszystów do antyfaszystów czy feministek, bo „równie radykalne”, absurdalne ustawianie antify jako „wegańskiego ISIS” wspiera się na założeniu, że istotą jest poetyka – sposób działania – oderwana od tego, w jakim celu odbywa się działanie i jakie ma konsekwencje. Faszyści i antyfaszyści okazują się równie niebezpieczni, bo burzą „apolityczną” normę. Zamiast jednak krytykować ich wartości, liberałowie krytykują język ich działań (bo krzyczą / używają wulgaryzmów / nieładnie pachną i wyglądają) – tak jednym prostym trikiem orali dotychczas wszystkie nieposłuszne elementy. Problemem okazuje się tu nie faszyzm, lecz wulgarność. Łączy to zarówno językoznawców z Rady Języka Polskiego, jak i twórców programu Projekt lady z TVN-u.

Czy do takich białogłów mógłby wzdychać Mickiewicz?

Liberalne elity nie mają narzędzi do krytyki politycznej, skoro przez lata budowały swoją tożsamość i pozycję przez krytykę apolityczną.

Język to oczywiście tylko przykrywka. Inga Iwasiów przyznała, że przez lata szukała nieradykalnego języka, by mówić o feminizmie. Tyle że samo mówienie o prawach kobiet, nieważne jak „kompromisowe”, skazywało ją na miano radykalnej i tym samym wykluczało z „racjonalnej” rozmowy. W przeciwieństwie do zwyczajnie obraźliwej beki z feminizmu, która jakoś nie razi radykalnością (nie znasz się na żartach? nie masz dystansu?). Języki walczące na wolnym rynku idei są reglamentowane przez konserwatywną centralę. To gra ściśle polityczna. A rządzący nie wulgaryzmami, lecz prawem, narracją i mediami stanowią nową „apolityczną” normę.

Nie bójmy się konfliktu

Żołnierze wyklęci, poeci przeklęci

W przerzucaniu się zarzutami o polityczność czy radykalizm nie chodzi bowiem o wartości, o których można dyskutować, tylko o pozycję: o władzę. A władza się zmieniła. Prawdośrodek sprzed kilku lat jest gdzie indziej niż ten obecny.

W tekście Świetlicki trup? Wencel z zapałem opowiada, jak to w latach 90. poezja była „kwestią życia i śmierci”, jak to „wyrastała z trzewi, z egzystencjalnej pustki, z wiary, z wyobraźni albo ze snu”, a potem przybył nowy socrealizm i wszystko to zepsuł, upolitycznił i zohydził. To dokładny rewers narracji liberalnej, dla której to Wencel jest upolitycznieniem kanonu. Bieguny polityczności-apolityczności, radykalności-normy można dowolnie zamieniać, w zależności od tego, kto jest aktualnie przy władzy. W narracji PiS-u zagarnięcie mediów, sądów czy edukacji służy powrotowi do „apolitycznej” normy. Podobnie jak zmiany w kanonie lektur, dofinansowanie prawicowych czasopism i wykluczenie wszystkich innych czy promowanie Wencla – w ten sposób konserwatywna prawica przejmuje „neutralne” centrum i je formuje.

W krytyce literackiej może je reprezentować np. taki fragment:

Żołnierze wyklęci ponad pół wieku leżeli na „Łączce” jak wyschnięte kości w Ezechielowej dolinie. Potem przyszli studenci, historycy, patomorfolodzy, by przywrócić im imiona. Teraz przychodzą poeci, by mocą Ducha Świętego kości obrosły ciałem, mitem, słowem. Wolna Polska raz jeszcze powstaje do życia, by przed obliczem swojego Boga wyszeptać w pokorze: „Oto ja, służebnica Pańska, niechaj mi się stanie według Twego słowa!”.

Jeśli jedynym zarzutem wobec Wencla pozostanie polityczność jego wierszy, to nie jest to tak odległa przyszłość.

Przez lata przedstawiciele elity intelektualnej odrzucali solidarność, myślenie związkowe i pracownicze na rzecz elitarystycznych, indywidualistycznych bredni. Przez lata fetyszyzowali kategorię „wartości poetyckiej”, oddzielając ją od wartości społeczno-politycznych. Przez lata zastępowali konflikt wartości konfliktami osobistymi. W tej chwili przekonują się na własnej skórze, że relacje społeczno-polityczne jednak istnieją, a literatura jest ich poważną częścią. Że nie sprowadzają się do osobistych przepychanek osób ze środowiska. Że polityczna zmiana, choćby i „dobra”, jest możliwa, mimo apolitycznego status quo – a właściwie dzięki niemu. I to już im bezpośrednio zagraża. Podczas gdy poetki i poeci materialnie doświadczają tego zagrożenia od lat.

Czas na demokratyczną krytykę sztuki

Wiersz to nie jest luksusowy towar, który bierzemy z półki i patrzymy, czy pasuje do bogatego wnętrza naszego domu. „Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca” – pisał w jednym z wierszy Andrzej Sosnowski. Utwór powstaje w konkretnej przestrzeni, ale i przekształca ją swoim działaniem. Zmienia warunki, w których zaistniał. Dlatego podstawą krytyki wspartej na wartościach musi stać się odpowiedź na pytanie, co robi wiersz. Jak działa i skąd się bierze. Jaką perspektywę przyjmuje podmiot, jaką wizję świata przedstawia i jak ją konstruuje. Jakie to ma konsekwencje. Czy „bogaty język” nie służy czasem wyłącznie interesom bogatych.

Przez lata przedstawiciele elity intelektualnej fetyszyzowali kategorię „wartości poetyckiej”, oddzielając ją od wartości społeczno-politycznych.

Nie ma „porządku naturalnego”. Demokratyczna krytyka musi być stronnicza – bo polega na podejmowaniu wyborów. Gdy udaje uniwersalną czy apolityczną, pozbawia możliwości dokonania równorzędnego wyboru tych wszystkich, którym wybór obowiązującej matrycy wspartej na konflikcie prawicy liberalnej i autorytarnej wydaje się zły i zwyczajnie szkodliwy. Jest więc w istocie zaprzeczeniem jakiegokolwiek pluralizmu i demokracji. „Pluralistyczne” porozumienie działa wyłącznie na korzyść najsilniejszych. Realnie pluralistyczny konflikt wartości, który pozwala wybierać i opowiadać się po konkretnej stronie, nie jest tak prosty jak bezrefleksyjne powtarzanie apolitycznych haseł: wymaga ujawnienia pozycji, zarysowania wartości i umiejętności ich obrony oraz językowo-politycznej analizy. Ale ustawia uczestników sporu na równi i pozwala im dokonać realnego wyboru, a zatem i współtworzyć realne społeczne zmiany. W poezji i w polityce.

Gdy zamiast o no logo i fetyszach zaczniemy rozmawiać o wartościach i procesach, łatwiej będzie zwalczać nie czyjś niski wzrost, rzekomy homoseksualizm, personalny konflikt, radykalność czy wulgaryzmy, lecz to, co rzeczywiście grozi obywatelkom – faszyzm, wyzysk i dyskryminację. Zamiast „apolitycznej” normy – polityczne wartości, które tę normę konstruują. Zamiast środowiskowych pochwał – krytyka negatywna. Zamiast stwierdzeń typu: „można się zgadzać i nie zgadzać z tą poezją, ale warsztatowo jest świetna” – raczej takie: „ten świetny warsztat służy tu do konstruowania szowinistycznych wierszy”. I wynikające z nich systemowe rozwiązania walki z szowinizmem, np. Non-platform.

Wolność czy bezkarność słowa?

Czas skończyć z odizolowaną, apolityczną krytyką i rozpocząć polityczne myślenie o sztuce, które będzie w stanie odpowiedzieć na polityczne zagrywki PiS-u ukryte pod apolitycznymi hasłami. Hasłami, na które neoliberalna władza pracowała latami. Każdy porządek jest polityczny, bo każdy wspiera się na wyborze jednych wartości i odrzuceniu innych. Na tym polega wartościowanie – także dzieła literackiego. Nie na odgórnej, „uniwersalnej” normie, do której dostosowujemy się, jeśli także pragniemy pięknie wyposażyć swój dom poetyckimi bibelotami, tylko na ścieraniu się antagonistycznych wartości, z których trzeba wybrać któreś kosztem innych.

Od 28 lat konsekwentnie budowany był mit apolitycznej wartości sztuki. Sprzeciwić się temu możemy wyłącznie przez porzucenie tej narracji i podjęcie realnej krytyki politycznej, także narzędzi, które przez lata służyły najsilniejszym, i służą nadal, tyle że przeszły w inne ręce. Prostej wymianie elit i wartości przeciwdziałać możemy przez organizowanie się i zrzeszanie w związkach zawodowych – by pracownicy uczelni, sektora kultury i prekarne twórczynie były w stanie rzeczywiście walczyć o swoje prawa. I o realną zmianę, która nie działa na korzyść decydentów, establishmentu czy celebrytów, ale całej grupy zawodowej. Razem, solidarnie. Do roboty!

O biednych i oszukanych, czyli pisanie to też praca

Bio

Maja Staśko

| Krytyczka literacka
Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem” i „Wakatem”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Bardzo chciałem przeczytać do końca, bo niezmiernie bawił mnie feministyczny bełkot na początku tych wypocin, ale nie dałem rady, no nie dałem… Nie ma w żadnym szanującym się środku masowego przekazu drugiej tak głupiej, wulgarnej, brutalnej i pełnej nienawiści i ignorancji osoby, jak ta Maja. Podpisuję się wszystkimi kończynami pod apelem o niepublikowanie tej hieny. Tak, hieny. Wśród hien panuje matriarchat. Rządzą najgłośniejsze, najbardziej brutalne samice. Wypisz, wymaluj Maja. Wstyd, Krytyko. Maja na sawannę!

    1. Kubs, to że nie podoba ci się wywód autorki, nie oznacza, że wolno ci ją obrażać. I żeby nie było wątpliwości – też uważam, że tekst jest bardzo słaby i z ulgą powitam zakończenie współpracy KP z panią Mają Staśko.

  2. Taka jest rzeczywistość, że każdy może sobie myśleć co chce. Ale nie każdy wygrywa. Polska musi być i będzie katolicka, czy wam się to podoba, czy nie!!! Odwalcie się wszyscy od Rydzyka!!!

  3. Tu można znaleźć wiele przykładów poezji zaangażowanej http: //www.xradio.pl/

  4. Poezję zaangażowaną społecznie i politycznie w sensie o którym Pani pisze mieliśmy już w latach 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku. Były a jakże wiersze o traktorzystkach, nowej jutrzence klasy robotniczej i peany na cześć wodza. Dziś przypominanie poetom wierszy z tamtego okresu jest uznawane za chamstwo proszę Pani.

  5. Niech ta pani już przestanie publikować na KryPolu. Prosimy solidarnie wszyscy, lewacy z prawakami.