Czytaj dalej

Upiór w bloku

Upiór w bloku

Fragment książki „Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe” Marty Rysy.

– Pozwoli pani, że dokończę – agentka zaciągała się raz po razie papierosem. – Dzisiaj od rana na dwóch bułkach jestem. Jeżdżę tak od 8.00 Mokotów–Ursynów–Mokotów–Ursynów–Mokotów…

– Ale to już chyba koniec na dzisiaj? – spytałam, bo umówiłyśmy się o 22.15.

– Tak, to jest człowiek mediów, to może tylko w takich godzinach. Mieszkanie, hm…, ciekawe, zresztą sama pani zobaczy. Że też tu koszy nie ma – nie rozglądając się, rzuciła niedopałek na chodnik i wskazała ręką na klatkę.

Weszłyśmy do sześciopiętrowego bloku, właściwie na ten adres składało się kilka połączonych w szereg budynków. Dwa skrajne były o cztery piętra wyższe i całość z daleka wyglądała jak zakopana do połowy ogromna litera „H”, albo jakaś gigantyczna zszywka. Mieszkanie znajdowało się w środkowej klatce i niestety z okien widać było zarówno z jednej, jak i z drugiej strony identyczne bloczki. Kiedy zwróciłam agentce uwagę, że widok nie jest powalający, odparła:

– A kto ma dzisiaj czas, żeby w oknie siedzieć – głupio mi było powiedzieć, że w sumie to ja, i w milczeniu powędrowałyśmy na górę.

Do drzwi dzwoniłyśmy kilka razy, ale dopiero po piątym dzwonku można było usłyszeć kroki. Mignęło coś w wizjerze i ruszyły ciężkie zasuwy i łańcuchy. Trwało to dłuższą chwilę, w końcu jednak drzwi się otworzyły. Zza podwójnych skrzydeł wychyliła się przestraszona twarz. Mężczyzna zmierzył nas wzrokiem, podsunął palcem rogowe oprawki, przeczesał dłonią półdługie, pasmami posiwiałe włosy i zsunął na szyję słuchawki, które sekundę wcześniej opinały mu policzki.

– Panie w sprawie mieszkania – stwierdził piskliwym głosem – przepraszam w słuchawkach nie słyszałem dzwonka, proszę.

– Już się bałam, że pan zapomniał – powiedziała agentka.

– Zapomniał? – mężczyzna wyraźnie się obruszył. I po dwóch sekundach dodał smutno – Ja nie zapominam. Muszę w słuchawkach, mama mi już całkiem ogłuchła. Wskazał palcem pierwsze drzwi na prawo od wejścia, zza których dochodził głośny dźwięk serialowego dialogu przerwany właśnie reklamą przyprawy. „Co Knorr, to Knorr” – darł się głos, a spod drzwi przebijał ostry snop niebieskiego światła.

– Przepraszam, czy przybliżyła pani klientce historię tego mieszkania? Nie? Oj, szkoda, ja to dość szczegółowo opisałem, ale zdjęcia pani widziała? –teraz z agentki przeniósł wzrok na mnie. – Nie? A ja takie dobre zdjęcia zrobiłem, szerokim kątem i o świcie, kiedy tu jest takie piękne światło. No szkoda, naprawdę, sporo pani straciła. Teraz to nie wiem, czy jest sens oglądać – w nocy to zupełnie inaczej wygląda.

Czy doczekamy się tanich mieszkań na wynajem?

Cały czas stałyśmy w przedpokoju, widziałam po minie agentki, że ma znowu ochotę zapalić, ściągała usta, jakby trzymała w nich papierosa.

– Ale to co, nie wpuści nas pan do środka? – spytała.

Mężczyzna chwilę się wahał, tak jakby podsunięto mu gotowe i, zdawało się, całkiem słuszne rozwiązanie.

– Przecież klient i tak musi zobaczyć – pośredniczka, widząc jego niezdecydowanie, szybko sforsowała próg pokoju po lewej stronie korytarza.

– Tak, tak, oczywiście, ja temu nie zaprzeczam, tylko wie pani, z takim wstępem, jaki zrobiłem, to już się inaczej ogląda, tu już się wyobraźnia uruchamia. Filmik też pani przesłałem.

– Proszę pana, widziałam i zdjęcia, i filmik i powiem panu, że to na żywo wcale dużo gorzej nie wygląda – podsumowała jego pewnie kilkugodzinną pracę nad multimedialną prezentacją mieszkania już z pokoju, do którego weszła w międzyczasie.

– Proszę, proszę, niech i pani wejdzie, zapraszam – zrezygnowanym gestem zaprosił mnie do środka.

– Szkoda, widzi pani, bez znajomości historii tego mieszkania trudno będzie się zorientować, gdzie i jakich zmian dokonałem, a zmieniłem tu właściwie wszystko od podstaw, została tylko jedna ściana – o ta, nośna nie do wyburzenia. Ten pokój powstał z połączenia przedpokoju kuchni i kawałka drugiego pokoju.

Nie wiem, jak wyglądało to mieszkanie na zdjęciach ani na filmiku, nie miałam też pojęcia, jakie informacje znalazły się w wysłanym przez niego opisie, ale jeśli odtwarzały choć w dziesiątej części to, co mogłam zobaczyć, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się na tą wizytę.

Na piętnastometrowej powierzchni pozostawiono gdzieniegdzie fragmenty wyburzonych ścian. W jednym z licznych kątów, które tworzyły, stała wielka, brązowa, skórzana kanapa. Na ścianie nad nią wisiał dwumetrowy telewizor. Fragment muru obok był wąziutki. Wyglądał jak odlana z brązu grecka kolumna, z odwróconym na górze kapitelem, w którym umieszczono świetliki. Były teraz zapalone i rzucały żółto-złote światło na głowę zawieszonej na jednej trzeciej wysokości filaru zwierzyny. Podeszłam bliżej i spojrzałam w oczy sarenki, która wyglądała, jakby śledziła wiadomości ukazujące się na ekranie wiszącej naprzeciwko plazmy.

– Prawdziwa?

– Tak, to prezent. Kiedyś, dawno, robiłem taki film reklamowy dla jednego banku, właściciel był zapalonym myśliwym, sam wprawdzie nigdy nic nie ustrzelił, ale miał dojścia.

– Brr, to straszne – wzdrygnęłam się.

– Zależy, jak na to spojrzeć – zwierzęta potrafią być tak samo bezwzględne jak ludzie – kiedy to mówił, zauważyłam, że nad framugą za jego głową wiszą różnych rozmiarów rogi. Stanął tak, że jedne z nich zdawały się wyrastać wprost z jego głowy. Rozejrzałam się jeszcze raz dookoła. Nad zlewem kuchennym również zamontowano telewizor.

– Patrzy pani, że drugi? Zamontowałem, żeby nie było potrzeby się obracać podczas zmywania.

Obeszłam słup dookoła. Po drugiej stronie na tej samej wysokości, co głowę sarny, powieszono równie przerażający łeb dzika. Sztuczne ślepia patrzyły prosto w ekran nad zlewem. Nie dociekałam, czy to również był prezent od dyrektora banku, który miał dostęp do państwowych lasów. Cofnęłam się wprost na ścianę, przy której stała kanapa. Pomalowana na żółto, obłożona była prawie pod sam sufit różnymi cudami natury i pracy rąk ludzkich.

– Tu wyeksponowałem pamiątki z różnych podróży. To jest akurat z Peru – gospodarz wskazał na coś, co wyglądało jak wypolerowana drewniana rączka od czajnika. – O, a to, śmieszna rzecz, na lotnisku wódkę ze skorpionem chłopcom zatrzymali, a węża przewiozłem. Trudno się było dziwić celnikom, bo kawałek zwiniętej kory nie przypominał wcale węża i nie wiadomo, czy kiedykolwiek nim był. To z Meksyku, to z Boliwii, to z Australii – kolejno unosił różnokolorowe wisiorki. – Ten z Australii to talizman odpędzający złe duchy. Nosiłem go przez pewien czas, ale potem pomyślałem: „Niech strzeże tego domu”. Niestety już po tym, jak żona odeszła… – zsunął zawieszone na łańcuszku okulary i zaczął je czyścić końcem bluzy. Widać było, że poruszył jakąś bolesną sprawę.

– Przykro mi – wtrąciła agentka, wpatrując się od kilku chwil w ogromną piramidę z owoców, deserowych czekoladek, kruchych ciasteczek i cukierków ustawioną pośrodku stołu. Wokół tego kopca leżały jakby od niechcenia rozrzucone kulki Ferrero Rocher i laskowe orzechy. Przypomniałam sobie, że jest od rana na dwóch bułkach.

– A to moja kompozycja, bardzo lubię je układać. Z owoców, ciastek. Na tym filmiku, co pani wysłałem, widziała pani? – agentka przytaknęła.

– To pamięta pani, tam jeszcze inna była, z winogronami. Czerwone kiście, zielone, mandarynki i owoce liczi pomiędzy. Tu ją ustawiłem. Jarzyła się pomarańczowo o zachodzie słońca. U nas w domu tego nikt nie je. Ja nie przepadam za słodyczami, mama ma cukrzycę, ale zawsze na stole musi coś stać. Kiedyś to wszystko specjalnie sprowadzałem, teraz już właściwie większość artykułów jest w Polsce – powiedział z żalem, że z takim oddaniem tworzony synonim luksusu stał się w krótkim czasie ogólnodostępnym towarem sprzedawanym w supermarketach. – W ogóle to lubię też zawsze mieć różne rzeczy w lodówce, chociaż w domu prawie nie jadam. O, proszę. – otworzył drzwi wysokiej, obudowanej szafką i wypchanej po brzegi chłodziarki. Zadźwięczały butelki z piwem, zapachniało serem, wędliną, pieczonym kurczakiem. Z dolnej szuflady wystawały liście rzymskiej sałaty. Na półkach nie było ani centymetra wolnej przestrzeni. Paczki z salami i zafoliowanym pleśniowym serem, których nie udało się wcisnąć do środka, opierały się o stojące butelki Faxe’a. Pomiędzy butelkami czerwonego wina leżały pomidorki koktajlowe.

– Na wypadek, jakby jacyś goście się zjawili. W naszej branży nic nie wiadomo, zawsze się jacyś goście mogą trafić.

Spojrzałam na pośredniczkę – całe jej ciało mówiło, że jest gościem. Niestety właściciel tego nie dostrzegł. Zamknął lodówkę wyraźnie zawstydzony, że prezentacja poszła w tym kierunku, i zaprosił nas do pokoju obok.

Klasa średnia na kredyt

Drugi pokój właściwie nie był pokojem, ale wnęką na łóżko. Ciemna mała norka bez okna mogłaby doskonale pełnić funkcję garderoby albo schowka na graty. Była jednak sypialnią. Półtoraosobowe łóżko nie miało zagłówka. Stało wciśnięte na styk, tak że materac z każdej strony dotykał pomalowanego na żółto tynku. Na ścianie, na której znajdowały się rozsuwane drzwi, wisiała długa półka. Leżały na niej okulary, pęk kluczy i pilot do telewizora. Telewizor, już trzeci jaki zauważyłam w tym mieszkaniu, zajmował ścianę na całą szerokość łóżka, czyli prawie cały pokój.

– Ze względu na pracę chciałem mieć całkowity brak światła słonecznego, żeby oczy mogły odpocząć.

Miałam okazję przyjrzeć mu się teraz z bliska. Po wizycie w kuchni wiedziałam, że prawie nie przyjmuje gości i sam chyba też nic nie je. Zarzucone jedna na drugą, bawełniane koszulki z długim rękawem opinały się jedynie na wystających łopatkach i podkreślały zapadnięty brzuch. Teraz, kiedy w drzwiach sypialni stałam z nim dosłownie ramię w ramię, uderzyła mnie suchość jego twarzy i sine podkówki wokół oczu. Wyglądał jak asceta, który nie tylko odmawia sobie prawa do posiłku, ale też umartwia swoje ciało brakiem snu.

– To może przejdziemy do łazienki. To w sumie mnie kosztowało najwięcej pracy. Tu początkowo był pokój, ale po tym, jak pół roku spędziłem w Grecji na Rodos i tam miałem taką ogromną łazienkę z oknem, zupełnie nie mogłem się do tej przyzwyczaić. Postanowiłem więc odtworzyć ją sobie tutaj. I nie chwaląc się, chyba mi się udało.

Otworzył drzwi i stanęłam pośrodku dwudziestu metrów ruin antycznej Grecji. Przy samym wejściu obramowanie drzwi tworzyły dwie pęknięte w połowie kolumny. Kamienna waza pod samym oknem służyła za wieszak na ręczniki. Na ścianach przywiercono płyty imitujące marmur. Wanna wielkości minibasenu stała w samym rogu. Wchodziło się do niej po kilku stopniach obłożonych kafelkami. Po lewej całą ścianę zajmowała szafa z mocno poczerniałymi lustrami. Zaraz przy wannie, na kolumience wisiała przedziwnie wywinięta umywalka. Wyglądała jak powiększony ceramiczny wiórek masła. Jedynym bardziej współczesnym elementem była malutka kabina prysznicowa i porozstawiane wszędzie kosmetyki w plastikowych opakowaniach. Całość robiła wrażenie dekoracji niskobudżetowego filmu o Cezarze i Kleopatrze.

– No, no, to warto było na żywo zobaczyć – powiedziała z przekąsem agentka.

– Wie pani, na tych zdjęciach, które przesłałem to lepiej widać – właściciel niestrudzenie roztaczał swoją wizję. – Tu za tymi oknami wstaje słońce. Napuszczam wody do wanny, poziom powoli, powoli się podnosi, można powiedzieć – razem ze słońcem. Potem pierwsze promienie wpadają do środka, ślizgają się po parapecie, dalej, dalej, aż odbijają się od luster i od tych po drugiej stronie. Niesamowicie to wygląda, ta gra świateł. A ja sobie w wannie piję kawę, gazetę czytam. Po takim poranku to mam energię na cały dzień. Teraz to trudno sobie to może uzmysłowić, ale przy odrobinie wyobraźni. Widzi pani, dlatego tak mi zależało na tej prezentacji, tam pięknie to jest pokazane.

Wyobraźnia natrętnie podsuwała mi obraz siwiejącego boga Nilu w rogowych okularach, który o 4.00 czy 5.00 rano moczy się od pasa w dół w wodzie, wachlując się przy tym programem telewizyjnym. Przy czym repertuar TV nie był tworem mojej imaginacji, po prostu leżał przy wannie. Odwróciłam głowę.

– Ogromne szafy, tu się masa rzeczy pomieści – pośredniczka złapała za jedno skrzydło i próbowała je przesunąć, ale ani drgnęło.

– Zamknięte? – spytała skonsternowana.

Właściciel spuścił głowę i zaczął rolować między palcami brzeg bluzy, ten sam, w który wcześniej wycierał okulary.

– Jeśli pani naprawdę musi wiedzieć, to cóż… ujawnię, ale zaznaczam, że robię to niechętnie. Właściwie to nie mam już nic do ukrycia. Swego czasu faktycznie trochę sprzętu trzymałem w domu. Bardzo drogiego sprzętu. Rzeczy, które warte były, o!, kilka takich mieszkań. Zauważyły panie, drzwi zewnętrzne są podwójne i zbrojone. Takie czasy, nigdy nie wiadomo. Teraz już nie muszę, ale może przyszły najemca sobie zażyczy skrytkę zostawić, to nie można tak wszystkiego pokazywać. Cóż, tu było moje centrum dowodzenia – wyjął z kieszeni spodni małą saszetkę, a z niej kluczyk jak do samochodu. Nacisnął, zapaliło się czerwone światełko w szafie, coś piknęło, pociągnął za obramowanie lustra i przesunął.

W środku nie było szafy, tylko półki. Na środkowej stały: trzydziestocalowy telewizor, głośniki, kable i nieznane mi urządzenia wyposażone w metalowe pokrętła. Na pozostałych zgromadzono tyle jednorazowych szamponów i mydeł, że spokojnie wystarczyłoby dla tysiąca gości hotelowych. „Grand Hotel Alicante” – przeczytałam na pierwszej z brzegu malutkiej, zielonej buteleczce ze srebrną zakrętką.

Prosimy o kontakt, chcemy pomóc

– Tu można odbierać obraz z kamer zainstalowanych w poszczególnych pomieszczeniach – instruował – kuchnia, sypialnia, pokój, łazienka. Można też zdalnie nagrywać i odtwarzać. Jak wyjeżdżałem, to kamery rejestrowały każde poruszenie, albo w trybie ciągłym. Cały czas to udoskonalam. Telewizję też oczywiście można odbierać, na przykład leżąc w wannie – uśmiechnął się po raz pierwszy, właściwie była to nieudana próba uśmiechu. Górna warga podjechała lekko do góry, a kąciki uniosły się jak u warczącego psa.

Zaczęłam się zastanawiać, czego dotyczyła informacja, którą przekazała mi pani pośrednik, że pan jest człowiekiem mediów. Wszystko wyglądało dość dziwnie. Do tego zapach odświeżacza do ubikacji powoli osiadł i zaczął przebijać ku górze inny, skądinąd znajomy smród. Wydawało mi się, że dolatuje z kabiny. Odwróciłam się w tamtą stronę.

– Kabina jest nieczynna – właściciel był wyraźnie niezadowolony, że nie interesuje mnie system monitoringu i połączeń jego komputera z kamerami ukrytymi w pokojach. – Musiałem chwilowo przeznaczyć ją na kuwetę.

W tym momencie przypomniałam sobie, że właśnie tak cuchnął trawnik pod moim blokiem na wiosnę, kiedy po zimie lód topniał, a wraz z nim wszystko, co zostawiły tam koty.

– Aha – powiedziałam tylko i zajrzałam do środka. Faktycznie, w brodziku stała kuweta, a dookoła niej rozsypany był zbrylony żwirek. Śmierdziało to, co znajdowało się dokładnie pośrodku tej piaskownicy i miało brunatno-czarny kolor.

– Mama się uparła, nie da go wykastrować – rzucił sucho, a ja dopiero teraz zauważyłam, że stojąca w drzwiach połówka kolumny służy jako podstawka dla worka z kocim piaskiem.

– To może zobaczymy ten ostatni pokój – przerwała agentka wyraźnie zaniepokojona informacją o zainstalowanych kamerach.

Ostatni pokój był królestwem mamy. Nie usłyszała, kiedy weszliśmy. Siedziała na rozłożystej skórzanej kanapie i wyglądała jak żeński Budda. Nad jej ramieniem wyciągał się na zagłówku rudy pers. Mimo że niewykastrowany, był równie gruby jak jego pani. Mama zauważyła nas dopiero, gdy właściciel zasłonił jej ekran telewizora. W kącie na niskim, dziecięcym taborecie siedziała jakaś pani.

– Tu właściwie nie ma co oglądać – skomentował wystrój wnętrza, a ja przez chwilę pomyślałam, że chodzi o telewizor. Mama spojrzała na nas od niechcenia i klepnęła się w udo gestem, jakim przywołuje się psa. Właściciel podszedł i pochylił się nad nią.

– ZASŁANIASZ!!! – wydarła mu się prosto w ucho, przekrzykując trzydziestą minutę meczu Dania–Niemcy, po czym uśmiechnęła się do nas i skinęła głową na znak powitania. Pani ze stołeczka podniosła się i również kiwnęła głową.

– Ciocia, znaczy się siostra mamy.

– Piękne obrazy – agentka rozejrzała się po ścianach, które jak w muzeum obwieszone były płótnami i podeszła do zimowego pejzażu, który wisiał między holenderską martwą naturą a ekranem telewizora.

– A, tak swego czasu inwestowałem trochę w sztukę, ale to trudny rynek, trzeba rękę cały czas na pulsie trzymać, zrezygnowałem. Teraz, jak mama tu jest, to mi trochę stróżuje przy nich i nie boję się w mieszkaniu trzymać, ale będę się wyzbywał powoli.

Kiedy żegnaliśmy się w przedpokoju, właściciel zatrzymał jeszcze agentkę na chwilę.

– Wie pani, à propos tej ceny, którą podałem w ogłoszeniu, to jednak po przemyśleniu muszę ją podnieść. Orientowałem się na rynku i standard wynajmowanych mieszkań jest bardzo niski, a ja tu sporo pracy włożyłem i to ma charakter apartamentu.

– W tej cenie to on tego nie wynajmie – pośredniczka skomentowała tę prośbę już na schodach. – Wcześniej z tego, co wiem, próbował to sprzedać, też za jakąś zaporową kwotę.

– Myśli pani, że nas nagrywał? – spytałam.

– Z takimi nie wiadomo, w końcu to człowiek mediów.

***

Fragment książki Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe Marty Rysy. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej

Wreszcie we własnym domu?

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Zapowiada się ciekawie. Nie omieszkam sprawdzić.