Czytaj dalej

Ukraińska noc. Rewolucja jako doświadczenie

Marci Shore

„Mama robiła koktajle Mołotowa na ulicy Hruszewskiego”. Fragment książki Marci Shore „Ukraińska noc”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Wiktor Juszczenko i Julia Tymoszenko zawiedli tak bardzo, że w wyborach 2010 roku Janukowycz wrócił do gry, pokonał Tymoszenko, a następnie doprowadził do jej uwięzienia. Janukowycz największym poparciem cieszył się na wschodzie i na południu Ukrainy; sam pochodził z Donbasu, regionu górniczego we wschodniej Ukrainie. Dla wielu mieszkańców Donbasu był swoim chłopakiem, który zaistniał w wielkim świecie. Oczywiście „nikt go tak naprawdę nie kochał”; oczywiście był „ohydnym, śmiesznym, niedokształconym” bandziorem o proletariackich korzeniach, który przeobraził się w kleptokratę i parweniusza o okropnym guście, ale mimo wszystko – spekulował Jurko – w Donbasie myślano o nim jak o swojaku, „jednym z nas”. A to może być źródłem dumy.

W oczach niektórych ludzi Janukowycz oferował stabilność, wprawdzie osobliwego rodzaju, jeśli zważyć, że za jego rządów koszmarne warunki pracy w Donbasie wcale się nie poprawiły. Janukowycz i członkowie jego mafijnej „Rodziny” politycznej budowali sobie złote wille, podczas gdy zwykli ludzie cierpieli z głodu, zimna i ginęli w eksplozjach, do których dochodziło w kopalniach, nieprzestrzegających zasad bezpieczeństwa. Gangsterzy terroryzowali właścicieli małych biznesów, wymuszając od nich pieniądze. W wielu miasteczkach i wsiach było zupełnie jasne, że porządek utrzymuje lokalny smotriaszczy – dosłownie „ten, który patrzy” – przedstawiciel mafijnej grupy, która kontroluje dany obszar i wymusza haracze. Janukowycz nie zaproponował żadnej wielkiej narracji, nie obiecywał transcendencji, nie miał na podorędziu opowieści o wyższym celu, który tłumaczyłby obecne cierpienie. Był gangsterem i za nic nie przepraszał. („Chodzi nie tylko o to, że jest gangsterem” – powiedział mi politolog Iwan Krastew. „Chodzi o to, że jest drobnym gangsterem”. Na co polski minister spraw zagranicznych, Radosław Sikorski, wtrącił: „No cóż, sumy, które wchodziły w grę, nie były drobne”).

Ukraina nigdy nie poznała rządów prawa. Ale za Janukowycza kleptokracja przybrała wyjątkowo bezczelną postać; wymiar sprawiedliwości można było wynająć do prywatnych celów, policja funkcjonowała zgodnie z zasadą arbitralności. Sława Wakarczuk uważał, że Ukraińcy dostali to, co sobie wybrali.

„Myślę, że Janukowycz uczciwie wygrał te wybory” – powiedział mi Sława – „a my zapłaciliśmy za to bardzo wysoką cenę. Ale była to uczciwa cena dla społeczeństwa ukraińskiego. Ponieważ społeczeństwo go wybrało i musiało poczuć konsekwencje tego błędu na własnej skórze”.

A jednak setki tysięcy ludzi, którzy wzięli udział w pomarańczowej rewolucji, nie wyszły teraz na ulicę. Mogło się wydawać, że czas rewolucji dobiegł końca, że ludzie pogodzili się z tym, iż przyszło im żyć w postsowieckim czyśćcu – aż do listopada 2013 roku, kiedy Janukowycz nieoczekiwanie odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Władimir Putin naciskał na Janukowycza, by ten przystąpił do jego Unii Euroazjatyckiej i sprzymierzył się z russkim mirem, „rosyjskim światem”, przeciwko Zachodowi. Mimo to odmowa podpisania przez Janukowycza umowy stowarzyszeniowej była czymś niespodziewanym: choć jego zwycięstwo wyborcze w 2010 roku zwiastowało polityczne zbliżenie z Rosją, retoryka ukraińskiego prezydenta konsekwentnie promowała jakąś postać europejskiej integracji, w szczególności zgodę na osłabienie barier handlowych i umożliwienie Ukraińcom bezwizowych podróży do strefy Schengen. Długo oczekiwana uroczystość podpisania umowy w Wilnie była już przygotowana, kiedy Janukowycz nagle zmienił zdanie. Umowa była daleka od ideału: nie obiecywała przyjęcia do Unii Europejskiej, zobowiązywała Ukrainę do wprowadzenia kosztownych reform i mogła pociągnąć za sobą finansowy odwet ze strony Rosji. Mimo to miała wielką wagę symboliczną: czy Ukraina będzie miała szansę należeć do Europy – czy nie?

Shore: Putin party

czytaj także

Shore: Putin party

Marci Shore

Dla Jurka umowa oczywiście nie była szczytem marzeń. Miała głównie symboliczny wymiar. Ale była czymś, zwiastunem tego, że Ukraina, być może, powoli wejdzie na inną drogę, że nawet jeśli Janukowycz pozostanie obrzydliwym despotą, to będzie musiał podporządkować się, na przykład, reformie wymiaru sprawiedliwości. Oznaczałaby, że oligarchiczny reżim godzi się odejść od najbardziej ostentacyjnie kleptokratycznych praktyk. Byłaby dobrym początkiem na drodze do Europy.

fot. Tomáš Rafa

Kiedy 21 listopada 2013 roku Janukowycz odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej, znajomi Jurka szamotali się między przekonaniem, że oto nadszedł koniec świata, a poczuciem, że dłużej tego nie zniosą, że miarka się przebrała. Tego dnia, około ósmej wieczorem, trzydziestodwuletni afgańsko-ukraiński dziennikarz Mustafa Najem, który pisał o ksenofobii i korupcji dla serwisu internetowego Ukrainska Pravda, zamieścił na swoim profilu facebookowym status: „Żarty się skończyły. Ладно, давайте серьезно. Kto jest gotów dziś o północy wyjść na Majdan? «Lajki» się nie liczą”.

Jedenastoletni syn Jurka narysował flagę Unii Europejskiej i napisał na niej „Ukraina – Unia”. Jurko zabrał go na główny plac we Lwowie, mały Majdan, gdzie ludzie zbierali się pod pomnikiem dziewiętnastowiecznego poety ukraińskiego Tarasa Szewczenki. Z początku była tam głównie młodzież: „Euromajdan” należał do studentów. Być może w krótkiej perspektywie to oni mieli najwięcej do stracenia: dostęp do stefy Schengen, stypendia, staże, możliwość studiowania za granicą. Czy Europa będzie dla nich otwarta, czy nie?

Marci Shore: Ogromna część Amerykanów tego faszysty po prostu chciała

Byli pokoleniem iPhone’a, które – inaczej niż pokolenie Jurka, które widziało upadek Związku Radzieckiego, a kilkanaście lat później wyniosło Juszczenkę do prezydentury – nie miało jeszcze swojej rewolucji. Odczuwali zmęczenie polityką i partiami politycznymi. („To ciekawe” – powiedziała Katia Miszczenko, młoda ukraińska tłumaczka Waltera Benjamina i Theodora Adorno – „nikt nie czeka na Julię”). Mieli „obojętny stosunek do partii politycznych, ale nie do polityki” – tłumaczył Taras Dobko, filozof po czterdziestce, prorektor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego we Lwowie. Wielu demonstrujących było jego studentami. Wśród nich Markian Prochaśko, bratanek Jurka.

Markian, podobnie jak jego stryj, miał miękkie rozczochrane włosy, które wpadały mu do oczu. Była w nim jakaś delikatność – szczupły i łagodny, wyglądał na jeszcze młodszego niż w rzeczywistości. Dwudziestego pierwszego listopada Markian przeczytał na Facebooku wezwanie Mustafy Najema, późno w nocy wsiadł na rower i przyjechał z obrzeży miasta pod pomnik Szewczenki w śródmieściu. Wraz z innymi studentami utworzyli krąg, trzymali się za ręce i krzyczeli „Ukraina to Europa!”. Grupa studentów przyszła z młodym wykładowcą uniwersyteckim, Bohdanem Sołczanykiem, który powiedział im tamtej nocy: krzyczycie „rewolucja”, ale rewolucji nie da się zrobić w ciągu jednego dnia. Nazajutrz wrócili.

Markian spędził na tym małym lwowskim Majdanie trzy kolejne noce. Czwartego dnia postanowił ruszyć do Kijowa, oddalonego o kilka godzin jazdy pociągiem. Studenci organizowali wyjazdy grupowe, ale Markian wolał jechać sam. Kiedy dotarł na miejsce, kijowski Majdan wydał mu się smutny, w jakiś sposób przerażający, było tam niewiele ludzi i Markian zaczął mieć wątpliwości, czy ktokolwiek przejmuje się sytuacją na Ukrainie. Minęło kilka godzin. Wieczorem zobaczył, że schodzi się coraz więcej ludzi, i wtedy poczuł się szczęśliwy – że tam są, że on tam jest.

Jurko nie był tak szczęśliwy jak jego bratanek. Powiedział mi: „Ja nie przeżywałem żadnego podniecenia”.

Snyder, Shore: Francuzi i Niemcy wymyślą sposób na nową koalicję bez Polski

„Żadnego. Jak ja szedłem na rewolucję na Majdan, czy jechałem do Kijowa, czy tutaj we Lwowie, to nie było żadnej właśnie euforii i żadnej chęci. Ja nic nie krzyczałem… po prostu milczałem. Ja to zawsze pojmowałem jako trudną, nieprzyjemną, marudną, ale konieczną pracę. Po prostu pracę. Mnie się nie podobało marznąć, mnie się nie podobało stać, ja nie za bardzo lubię tłumy… wiedziałem, że muszę to zrobić, ale od czasu do czasu pytałem siebie: a co ja, stary, tutaj robię? Dlaczego ja im odbieram ich rewolucję? To jest ważne, żeby oni mieli swoją rewolucję.”

Kolega Jurka, trzydziestodziewięcioletni Serhij Żadan, to pisarz zupełnie innego gatunku. „Kiedy miałem czternaście lat i swoje poglądy na życie, po raz pierwszy nawaliłem się alkoholem” – tak zaczyna się jego powieść Depeche Mode. „Do spadu. Było bardzo ciepło i nade mną płynęły błękitne niebiosa, a ja leżałem i umierałem na pasiastym materacu i nawet nie mogłem zaklinować, dlatego że miałem dopiero czternaście lat i klinować jeszcze się, po prostu, nie nauczyłem”. Jego powieści pełne są zagubionych młodych ludzi, wódki, seksu i rock and rolla – przy czym żadna z tych rzeczy nie jest specjalnie seksowna. (W przeciwieństwie do samego pisarza. Polski dziennikarz, uczestnik warszawskiego spotkania, na którym Żadan czytał swoje wiersze, stwierdził, że nigdy nie widział w marcu tak wielu młodych kobiet w krótkich spódniczkach). Jego powieści kojarzą się z epoką bitników, postacie z miasteczek postsowieckiej wschodniej Ukrainy przywodzą na myśl Jacka Kerouaca i Neala Cassady’ego. Kiedy w listopadzie studenci zaczęli demonstrować, Serhij, pomimo odmiennej wrażliwości literackiej, miał podobne uczucia jak Jurko.

fot. Tomáš Rafa

„To dobrze” – powiedział Serhij znajomemu z Polski – „że wzięli sprawy w swoje ręce, że się zorganizowali. Według nich nadajemy się na złom, jesteśmy wypaleni, bezużyteczni. To jest ich szansa i ich rewolucja”.

Syn politologa Mykoły Riabczuka, Jurij, perkusista kapeli punkrockowej, był z wyglądu niesamowicie podobny do ojca. W tym pierwszym tygodniu Jurij poszedł na Majdan w Kijowie po prostu, żeby zobaczyć, co się tam dzieje. Skontaktowało się z nim kilku aktywistów: czy użyczy Euromajdanowi swoich wzmacniaczy? Jurij porozmawiał z ojcem: był młody i miał mało pieniędzy, a wzmacniacze są drogie. Mykoła zapewnił rodzicielskie wsparcie i polisę ubezpieczeniową: jeśli wzmacniacze zostaną zniszczone, kupi nowe.

Romantyczny bunt woli przeciw nauce w Smoleńsku

Aktywiści skontaktowali się też ze Sławą Wakarczukiem, choć nie po to, by prosić go o wzmacniacze. Chcieli, żeby wygłosił przemówienie: Sława był gwiazdą rocka, ludzie będą go słuchać. Zgodził się, ale nie chciał mówić o Unii Europejskiej. Dla Sławy przynależność do Europy niewiele miała wspólnego z tym, czy Janukowycz podpisze umowę stowarzyszeniową, czy nie. Bycie częścią Europy, powiedział młodym ludziom, to kwestia wartości, takich jak wolność wyboru i godność.

„Nie poddawajcie się, to dopiero początek”. To ostatnie słowa, jakie wypowiedział do nich 28 listopada.

„Niestety” – powiedział mi o wiele później Sława – „potem zaczęły się nie tylko dobre rzeczy”.

Ojcowie i synowie

Po przemówieniu Sławy Wakarczuka 28 listopada 2013 roku Misza Martynienko został na Majdanie aż do rana. Zapamiętał, że tamtego wieczora Majdan był pełen młodości, radości, muzyki i tańca.

„Majdan wydawał się naprawdę spokojny” – wspominała tamte listopadowe dnie i noce studentka filmoznawstwa Justyna Krawczuk.

Markian Prochaśko także spędził noc po przemówieniu Sławy na Majdanie. Kolejnej nocy był tak zmęczony, że poszedł się przespać do kolegi. Kiedy około drugiej nad ranem Markian opuszczał Majdan, było tam jeszcze kilkaset osób. Dwie godziny później na miejsce przyjechał Berkut z gazem łzawiącym i pałkami. Berkutowcy bili studentów, nie wyłączając kobiet, i wszystkich innych, w tym ormiańskiego malarza Borysa Jegiazarjana i starszego mężczyznę, byłego oficera sowieckiej armii.

Ojciec Markiana, pisarz Taras Prochaśko, wiedział, że jego syn jest w Kijowie, i był z niego dumny. Taras myślał o wczesnych latach dziewięćdziesiątych, kiedy sam uczestniczył w demonstracjach od pierwszych dni, a rodzice nawet nie próbowali go zatrzymać: rozumieli, że musi wziąć udział w rozpadzie ZSRR. Taras rozumiał, że Markian musi teraz doświadczyć czegoś podobnego.

„Każde pokolenie powinno przeżyć swoją rewolucję” – powiedział mi Taras. Nie należało się wtrącać.

Taras Prochaśko był u siebie, w Iwano-Frankowsku, kiedy 30 listopada o szóstej rano zadzwonił telefon. Dzwoniła dziewczyna, której prawie nie znał; zatelefonowała do Tarasa, ponieważ był jedyną osobą w wieku postudenckim, której numer zachował się w jej komórce. Była zrozpaczona, mówiła szybko o pogromie, ofiarach, prosiła, by powiedział ludziom, co się stało. Wtedy pojawił się rodzicielski niepokój: dlaczego dzwoni do niego ta dziewczyna, a nie Markian? Co się stało z jego synem? Markian nie odbierał telefonu. Taras zaczął dzwonić do Kijowa, do szpitali i komisariatów, do znajomych lekarzy. Godzinami szukał i czekał. Był przygotowany na najgorsze.

Co to jest Majdan. Tłumaczę Zandbergowi

Kiedy Markian się obudził, dochodziło południe. Włączył telefon i zobaczył, że niektórzy znajomi dzwonili do niego po czterdzieści razy. Zaczął oddzwaniać – do ojca, matki, dziewczyny, która umieściła na Facebooku informację, że Markian jest cały i zdrowy. Tego samego dnia Taras opuścił Iwano-Frankowsk, żeby dołączyć do Markiana w Kijowie. Jechał przez całą noc, a gdy rano dotarł na miejsce, na ulicach były już setki tysięcy ludzi. Taras zrozumiał, że cokolwiek się wydarzy, czy protesty przyniosą skutek czy nie, coś się w jego kraju zmieniło.

fot. Tomáš Rafa

Trzydziestego listopada pisarz Jurij Andruchowycz był na lwowskim lotnisku i czekał na samolot do Wiednia, kiedy dowiedział się, że w Kijowie pałują studentów. Nie wsiadł do samolotu. Opuścił lotnisko i pojechał do Kijowa. Janukowycz złamał niepisaną umowę: w ciągu dwóch dekad, jakie minęły od odzyskania niepodległości, rząd nigdy nie użył tak brutalnej przemocy przeciwko obywatelom.

Ludzie nie mogli uwierzyć, pisał do mnie Markian, że coś tak brutalnego wydarzyło się nie na Białorusi, w Kazachstanie, czy w Rosji, tylko na Ukrainie. Niektórzy studenci musieli być hospitalizowani. Inni uciekli do monasteru na placu świętego Michała, niespełna kilometr dalej. Tamtej soboty, 30 listopada, przed jasnoniebieską katedrą o złotej kopule gromadziło się coraz więcej ludzi. Markian był jednym z nich. Przez całą następną noc ludzie przynosili ciepłą strawę; stali na placu, żeby ochronić studentów, którzy ukryli się w monasterze.

Czerepanyn: Majdan pokazał, że Kijów jest jednym z centrów Europy

Koleżanka Jurka, Ola Hnatiuk, krytyczka literacka i polska tłumaczka literatury ukraińskiej, zadzwoniła nazajutrz rano do swojej znajomej. Znajoma stała przez wiele godzin na placu świętego Michała; zmarzła tak, że nie mogła ruszać palcami. Ola przyszła z pomocą; pokroiła chleb na kanapki, a znajoma redaktorka zaparzyła w tym czasie herbatę i kawę. Stojąca obok kobieta właśnie rozlewała do talerzy sześć litrów gorącej zupy. Po godzinie kobieta, która przyniosła zupę, powiedziała Oli, że musi iść, bo zostawiła w mieszkaniu małe dziecko. Ola dopiero wtedy zauważyła, że kobieta jest w zaawansowanej ciąży.

fot. Tomáš Rafa

Spontaniczna samoorganizacja zrobiła wrażenie nawet na tych, którzy stali po drugiej stronie. Markian podsłuchał na dworcu centralnym w Kijowie rozmowę dwóch dobrze ubranych mężczyzn, zwolenników Janukowycza: „Ludzie przynoszą koce, ubrania – w hurtowych ilościach – na plac świętego Michała… mają kotły pełne ziemniaków i owsianki. Ogromne ilości smalcu. Jest herbata, kawa, cukier! Ogórki kiszone! Słoje pełne miodu!!! Mleko skondensowane! A ile kiełbasy!!!”.

Dla Jurka brutalne potraktowanie studentów oznaczało koniec ambiwalencji. Wcześniej zachowywał dystans: jego pokolenie miało już dwie szanse. Tym razem przyszła kolej na młodszych. Trzydziestego listopada wszystko się zmieniło. Nagle stało się jasne, że tym razem przyszła kolej na wszystkich.

Misza Martynienko nigdy nie widział w jednym miejscu tylu ludzi, co pierwszego grudnia.

Majmurek: Golgota i Majdan

Tamtego dnia Euromajdan stał się „Majdanem” bez przedrostka. Sława Wakarczuk, który nie był pewien, czy Ukraina jest gotowa, żeby wstąpić do Unii Europejskiej, przychodził tam teraz codziennie. Wiedział, że nie chodzi już tylko o umowę stowarzyszeniową z Unią. „Majdan” stał się żarliwym protestem przeciw brutalności, korupcji i władzy gangsterów. Buntem przeciwko temu, co po rosyjsku określono jako proizwoł – a co jest połączeniem arbitralności, tyranii i niewoli.

(„To poczucie, że jest się bezbronnym” – tłumaczyła Wiktoria Naryżna, aktywistka z Dniepropietrowska – „w obliczu…”

„Państwa” – dokończył jej mąż, Ihor Pietrowski).

„Żyjemy w państwie, w którym życie obywatelskie zatrzymało się na poziomie bandytyzmu” – napisał kilka lat wcześniej Taras Prochaśko. Teraz główny slogan brzmiał: „Precz z bandytami!”.

W oczach Jurka Janukowycz był psychopatą, patologicznie pozbawionym empatii. Dla Janukowycza Majdan był li tylko rozgrywką o władzę: Kto kogo?, by użyć sformułowania Lenina. Trzydziestego listopada Janukowycz liczył na to, że rodzice zabiorą swoje dzieci z ulicy. Przeliczył się.

Wielu rodziców myślało o epoce Gorbaczowa. W roku 1988, dwa lata po katastrofie w Czarnobylu, czternastoletni Taras Ratuszny wziął udział w swojej pierwszej akcji ulicznej, w proteście ekologicznym. Uczniowie mieli wówczas zajęcia z przysposobienia obronnego, więc Taras i trzej jego koledzy podprowadzili ze szkoły maski przeciwgazowe. Podczas zgromadzenia nałożyli maski i nieśli sztandary ze sloganem „Umieśćmy pozostałości Czarnobyla w murach Kremla!”. Byli tam również jego rodzice. Ojciec był biały jak ściana.

Od tamtego czasu upłynęło ćwierć wieku. Teraz rodzice, tacy jak Taras Ratuszny i Taras Prochaśko, nie zabierali swoich synów i córek z ulic. Przeciwnie, przyłączali się do nich. Weterani sowieckiej wojny w Afganistanie – Afgańcy, mężczyźni w średnim wieku i z doświadczeniem bojowym – przychodzili na Majdan, żeby bronić studentów.

fot. Tomáš Rafa

„Panowało poczucie, że jesteśmy podatnikami, płacimy, żeby policja nas ochraniała” – tłumaczył filozof Taras Dobko – „a teraz widzimy, że głównym zadaniem policji jest pałowanie naszych dzieci”.

„Ochronimy nasze dzieci” stało się sloganem – nawet tych, którzy sami nie mieli dzieci. „Nie można do tego dopuścić” – Markian zapamiętał dwie starsze kobiety wypowiadające to zdanie w Kijowie; jedna z nich mówiła po ukraińsku, druga po rosyjsku. „Nie możemy pozwolić, żeby bili nasze dzieci”.

fot. Tomáš Rafa

Jednym z tych pobitych dzieci był szesnastoletni syn Tarasa Ratusznego. Roman Ratuszny miał posiniaczone ramię, ale się nie przestraszył, pozostał na Majdanie.

„Twoja matka musiała być bardzo zdenerwowana” – powiedziałam. „Pozwoliła ci tam wrócić?”

„Mama robiła koktajle Mołotowa na ulicy Hruszewskiego”.

***

Fragment książki Marci Shore Ukraińska noc (przekład Marcin Szuster), która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.