Czytaj dalej

Szybowicz: Mgła i uprzedzenie

kaja-malanowska

Malanowska obrywa, bo kiedyś powiedziała kilka słów prawdy, a teraz, pisząc kryminał, wkroczyła w dziedzinę w Polsce symbolicznie zdominowaną przez mężczyzn.

Pierwsze miejsce na mojej topliście powieści kryminalnych zajmuje aktualnie W ofierze Molochowi Åsy Larsson. Książka zawiera wszystko, co lubię w tym gatunku. Przede wszystkim oczywiście mistrzowsko skonstruowaną intrygę. Złożonych bohaterów, którzy najwyraźniej mają pozakadrowe życie, o czym jesteśmy przekonani, choć żadne odautorskie ględzenie nie próbuje nam tego dowodzić. Bo ględzenia tu po prostu nie ma – najlepsze skandynawskie kryminały powstają w ścisłej współpracy z genialnymi redaktorami, którzy jak najsłuszniej otrzymują od autorów specjalne podziękowania. Obsesje i lęki bohaterów, szaleństwo, które w sobie noszą, zło i makabra, z którymi się stykają, dają czytelnikowi cudowne poczucie bezpieczeństwa. Podobnie jak mroczna, północna Kiruna, nastrojowe miejsce akcji. W tym prowincjonalnym mieście ujawniają się najważniejsze współczesne problemy społeczne i polityczne, prezentowane skromnie, ale inteligentnie.

Wymowa całości jest feministyczno-lewicowa, ale nie w sposób czytankowy. Ciągle robię to zastrzeżenie, choć nigdy nie spotkałam się z kryminałem będącym feministyczną czytanką. Dodatkowym smaczkiem jest wątek historyczny, który tutaj akurat wspaniale się autonomizuje.

Dotąd próżno szukałam choćby cząstki tego wszystkiego na polskim podwórku, irytując się mizo- i homofobiczną ideologią oraz fatalnym rzemiosłem pozbawionym jakiejkolwiek redakcji. Jasne, nie przeczytałam wszystkiego, ale wystarczająco dużo, by każdą kolejną polską powieść kryminalną brać do ręki z coraz mniejszą nadzieją. No, Ewa Ostrowska jest super, ale to inna historia, zresztą, kto ją czyta. I wreszcie jest! Mgła Kai Malanowskiej!

Oczywiście nie dorównuje W ofierze Molochowi, ale żadna Åsa Larsson sama z nieba nie spadła.

Jako kryminalny debiut autorki znanej z zupełnie innego genre’u robi duże wrażenie nastrojem i napięciem, opisem interakcji między bohaterami, tłem społecznym i sprawnością redakcyjną.

Wzbudza apetyt na więcej i świetnie nadaje się na początek cyklu. Gdyby ministra Omilanowska przeczytała książkę albo chociaż jej pozytywne recenzje, wiedziałaby, że przyznanie autorce stypendium było dobrą decyzją i że w ramach kampanii wyborczej powinna raczej bronić jej przed hejterami niż ulegać hejterskiej presji. Mogłaby podjąć zaproponowaną przez Malanowską dyskusję o zarobkach pisarzy i fatalnej polityce kulturalnej. Tymczasem Omilanowska woli się tłumaczyć, zarzekać i ogłaszać, że wprowadziła do regulaminu stypendialnego zapis o preferowaniu „projektów niekomercyjnych”. Dziwne, że nie wprowadziła zapisu o nieprzyznawaniu wsparcia Kai Malanowskiej, bo przecież o nią chodzi w całej sprawie. Wiele kiepskich i wiele bardzo komercyjnych książek powstało dzięki ministerialnemu stypendium i nikt jakoś nie jeździł po ich autorach i urzędnikach. Malanowska obrywa, bo jakiś czas temu powiedziała kilka słów dość oczywistej prawdy, a teraz, pisząc kryminał, wkroczyła w dziedzinę w Polsce symbolicznie zdominowaną przez mężczyzn. I jest lepsza od nich.

Hejterzy też nieźli. Niby występują w roli znawców literatury popularnej, niczego jej nie ujmują, nie zważają na modernistyczną hierarchię gatunków, troszczą się o warsztatowe standardy. A jednocześnie demonstrują pogardę dla tego rodzaju pisarstwa. Bo czym innym jest postulat zakazu dotowania książek, które się dobrze sprzedają? Wynika z tego, że bestsellery to chłam, na który jako podatnicy nie chcą się składać. Albo że instytucje rządowe nie powinny się według nich interesować tym (niskim) przejawem twórczości. Brak logiki to dowód, że sztuczna mgła krytycznoliterackiej merytoryki i aksjologii skrywa tu mizoginiczne uprzedzenia. Ministra dzielnie się do tej retoryki dopasowuje, zamiast na przykład powiedzieć, że kultura popularna wręcz powinna być w miarę możliwości objęta państwowym mecenatem, bo trafia do najszerszej publiczności i ma największy wpływ na społeczeństwo.

W Mgle mamy na przykład świetny, teraz jeszcze bardziej aktualny niż w momencie pisania wątek mieszkających w Polsce uchodźców. Jeden z tropów prowadzi przez czeczeńską sprzątaczkę ofiary do muzułmańskiej rodziny mieszkającej w ośrodku, który bardziej przypomina zakład karny niż azyl i miejsce adaptacji. Nędzna tymczasowość, która trwa w nieskończoność, źle świadczy o stanie przygotowania państwa do przyjęcia przybyszów. Polska po prostu nie ma pomysłu nawet na tę garstkę uchodźców, którzy już w niej mieszkają.

Niemal reportażowe „czeczeńskie” fragmenty Mgły, przyłożone do przekazu politycznego, pokazują, że rząd w przedwyborczej panice rzucający liczby – przyjąć dwa tysiące czy dwa tysiące dwóch uciekinierów – markuje tylko fachowość i zaangażowanie.

W powieści Malanowskiej oczywiście i policja, i sąsiedzi, i media łatwo zakładają, że za morderstwem stoją obcy. Potrzebowali kasy i rąbnęli swoją lekkomyślną dobrodziejkę (wolontariuszkę w fundacji pomagającej uchodźcom). Okazuje się jednak, że to Czeczeńcy mają powody, by bać się Polaków, a nie na odwrót. Ponieważ żyją niejako poza prawem, nad ich ponurym siedliskiem łatwo gromadzą się pogromowe chmury. Malanowska rysuje zróżnicowane portreciki uchodźców, stroniąc zarówno od czarnego, jak i różowego stereotypu. Ludzie w ich sytuacji po prostu nie są łatwi. Bywają agresywni albo przesadnie pokorni. Nawet empatycznie nastawiona policjantka nie uchroni się przed irytacją w kontakcie z uniżoną Czeczenką, której lękliwe milczenie mimo woli czyni z pytającej napastniczkę. Z kolei początkowo uprzedzony i brutalny wobec podejrzanych policjant porozumie się z nimi na zasadzie utożsamienia – sam jest ojcem, więc krzywda dziecka spowoduje w nim przełom. Ale wartość tego przełomu zostanie podważona. Cierpienie dziecka nie powinno być bardziej wstrząsające niż cierpienie dorosłych – komentuje jego partnerka – nie jest większe.

W narracji Mgły ciągle zmienia się punkt widzenia. Perspektywy poszczególnych postaci się uzupełniają, pokrywają, zderzają, kwestionują. Trudno je ocenić. Policjantka Ada rzecz jasna budzi sympatię – świetnie radzi sobie z rolą jedynej kobiety w dochodzeniówce, nie reaguje na prowokacje niechętnych kolegów, uwielbia swoją pracę i stara się ją jak najlepiej wykonywać. Tylko to się liczy. Cała nastawiona na kontakt, nie kieruje się uprzedzeniami. Umie na wskroś przenikać rozmówców i ich emocje, ale czy to naprawdę empatia? Sama zachowuje dystans. Wytworzyła sobie instrumenty sprawnej obsługi ludzkich emocji. Zarządza reakcjami świadków, podejrzanych, partnera. Na przykład wydaje polecenie, by herbata dla roztrzęsionej przyjaciółki ofiary, która znalazła zwłoki, została przyniesiona dokładnie za 20 minut. Przewiduje więc przebieg przesłuchania i optymalizuje efekty. Kiedy partner chce się kajać, że źle ją potraktował, ucina rozmowę, bo wie, że ten akt skruchy miałby jej potem za złe. A ona unika konfliktów. Po dwóch latach za biurkiem szkoda jej czasu i sił na bezproduktywne starcia.

Malanowska dba, by czytelnikowi nie zabrakło tego rodzaju i innych atrakcji. Kapitalnie rozgrywa odwrócenie tradycyjnych ról płciowych. Ada nie zamierza być żoną i matką, żyje samotnie z kotem, ale nie odczuwa braku, jej czas wypełnia praca. Za to jej partner przechodzi kryzys małżeński, co źle wpływa na jego profesjonalizm. W pewnym momencie musi zająć się córkami, które z braku lepszych rozwiązań zabiera ze sobą do pracy. Obsadzenie w tej roli mężczyzny pokazuje żelazne prawo sytuacji – są dzieci, ktoś się musi nimi zaopiekować, nie da się jednocześnie pracować. Przezabawny i przeinteligentny jest łańcuszek przenoszenia obowiązku. Dotąd córkami zajmowała się wyłącznie żona Sawickiego, kobieta domowa, która właśnie się zbuntowała. Dlatego mąż nie śmie pogarszać sytuacji odmową. Zabiera dziewczynki, by szybko przekazać je pod opiekę pierwszej lepszej (jedynej akurat dostępnej) kobiety, czyli swojej partnerki, a samemu z ulgą oddalić się do śledczych zadań. Jednak Ada jako kobieta nienormatywna nie potrafi zajmować się dziećmi. I nie ma telewizora. Ratuje ją wezwana telefonicznie sekretarka, pani Dagmara, kobieta idealna, bo niezbyt mądra i serdeczna. Ta przybywa i zażegnuje opiekuńczą katastrofę.

Zanosiło się na genderową rewolucję, ale patriarchalne prawo ciążenia błyskawicznie jej zapobiegło – obowiązek zatoczył koło i wrócił do kobiecej kobiety, która nie ma zamiaru się buntować.

Scena za sceną przynoszą kolejne podkręcone piłki, których opis nieco się tu ślimaczy, ale w powieści pochłania się je niezauważalnie i nie tylko bez szkody, ale z korzyścią dla intrygi kryminalnej. Z naszymi bohaterami trafiamy też na przykład do gabinetu ginekologa, który przeprowadza nielegalne aborcje, i do siedziby katolickiej sekty, która szantażuje wiceministra, by „wygrywać” publiczne przetargi. Rozwiązanie – najlepszy sprawdzian kryminalnych umiejętności – jest nader satysfakcjonujące, choć mogłoby być mniej nagłe i bardziej pokazane niż opowiedziane.

Ale to kwestia wprawy. Założę się, że druga część cyklu będzie miała zakończenie technicznie doskonałe. A piąta we wszystkim dorówna W ofierze molochowi (piątej powieści Larsson). Czekam niecierpliwie.

**Dziennik Opinii nr 264/2015 (1048)

Bio

Eliza Szybowicz

| Krytyczka literacka

Polonistka, współautorka (z Przemysławem Czaplińskim, Maciejem Lecińskim i Błażejem Warkockim) Kalendarium życia literackiego 1976-2000. Publikuje teksty o książkach i filmach na łamach internetowych i papierowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dwutygodniku” i „Czasie Kultury”. Prowadzi blog poświęcony peerelowskiej powieści dla dziewcząt: nietylkomusierowicz.wordpress.com. Interesuje się współczesnymi przedstawieniami i zastosowaniami PRL-u.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.