Czytaj dalej

Straszni mieszczenie na francuskim osiedlu

scenki-z-życia-osiedla

Kto z nas nie marzył kiedyś, żeby pozbyć się wszystkich mieszkańców swojego bloku?

Jednym z pierwszych, a zarazem jednym z najważniejszych europejskich magazynów czysto komiksowych był założony w 1974 roku francuski „Métal Hurlant”. Stworzyli go francuscy twórcy, którzy po prostu nie mieli gdzie publikować historii przeznaczonych stricte dla dorosłych czytelników.

Magazyn odegrał ważną rolę w ewolucji komiksu dla dorosłych, wpływając na sposób narracji, tematykę czy techniki. Dzięki temu, że autorzy nie musieli się martwić, kiedy ktoś w końcu postanowi wydać ich twórczość, mogli zwracać uwagę na kontekst, w jakim ich komiksy miały być odbierane. Z kolei fakt, że magazyn został założony przez osoby zajmujące się tworzeniem komiksów, pozwolił na niespotykaną dotychczas w mainstreamie wolność twórczą. To tam debiutowali lub zdobywali sławę tak cenieni dzisiaj twórcy jak Moebius, Druillet, Manara czy Bilal. Dzięki wydawnictwu Kurc możemy teraz cieszyć się w Polsce twórczością innego autora związanego z „Métal Hurlant”, który stworzył ogromny kawał historii komiksu europejskiego.

Caza (właściwie Philippe Cazamayou) przeszedł dość typową dla swojego pokolenia drogę. Urodził się w 1941 roku w Paryżu. Po osiągnięciu pełnoletności wykorzystywał swój wrodzony talent plastyczny w reklamie, by następnie – pod wpływem protestów studenckich z 1968 roku, których wpływu na biografie przedstawicieli ówczesnych zawodów artystycznych nie sposób przecenić – zająć się komiksem.

Pierwsze kroki w świecie komiksu Caza stawiał, tworząc właśnie Scenki z życia osiedla, które pojawiały się w odcinkach w „Métal Hurlant” już na początku istnienia magazynu. Opowiada w nich o życiu w mieście, a zwłaszcza w tzw. HLM (Habitations à Loyer Modéré) – najtańszych mieszkaniach czynszowych w blokach na obrzeżach wielkich miast. Science fiction (gatunek, z którego później autor będzie najbardziej znany) spotyka się tutaj z rutyną codziennego życia ludzi zamkniętych w mieszkaniach przypominających klatki. Główny bohater komiksu, a zarazem alter ego autora, przyjmuje jako oczywistości rzeczy dla nas zupełnie niezwykłe, jak na przykład kamień zmieniający kolor wszystkiego w swoim pobliżu na czerwony, ogród we własnych włosach czy posiadanie dziecka ze… zbuntowanym samochodem. Może nam się to kojarzyć ze swego rodzaju realizmem magicznym albo po prostu fantazjowaniem o jakimkolwiek, nawet najbardziej absurdalnym (im bardziej absurdalnym, tym lepszym?) przerwaniem szarej, osiedlowej monotonii.

Świdziński: Chciałbym pracować w budżetówce, a komiksy robić po pracy

Scenki z życia osiedla to kronika epoki, w której osiedla na przedmieściach nie były jeszcze kojarzone wyłącznie z biedotą i imigrantami, a raczej z wszechogarniającą przeciętnością i nijakością. Album składa się z kilkudziesięciu dość krótkich historyjek, w których powtarzają się właściwie tylko dwie postaci: alter ego autora oraz symbol wszystkiego, czego ten nienawidzi, czyli Marcel Miquelon, najbardziej przeciętny z przeciętnych Francuzów, którego jedynym celem życiowym jest praca i pilnowanie ciszy w sąsiednich mieszkaniach po magicznej godzinie 22.

Lista zarzutów wobec francuskiego mieszczaństwa z bloków z wielkiej płyty została pokrótce przedstawiona w Procesie Marcela Miquelona: żywienie się mięsem szprycowanym hormonami, rafinowanym cukrem, barwnikami i konserwantami; oglądanie telewizji średnio trzy godziny dziennie; ubieranie się w rzeczy ze sztucznych materiałów, a do tego noszenie krawata; spędzanie w samochodzie dwóch godzin dziennie; praca w służbie więziennej; polowania; używanie jednorazowych maszynek do golenia itd. Jednak najgorszym z zarzutów, przesądzającym o wyroku śmierci, jest zawarcie małżeństwa, do tego i w merostwie, i w kościele. Widać więc, że Caza krytykuje właściwie cały styl życia nowoczesnych mieszczan, a robi to z pozycji typowo hipisowskiej.

W Scenkach wyraźnie pobrzmiewają echa protestów 1968 roku, których najważniejszym skutkiem kulturowym była rewolucja seksualna. Podobnie jak w filmach Zabriskie Point czy Marzyciele samo nagie ciało staje się symbolem wolności czy niezgody na szarość. Można to dostrzec choćby w zachwycających planszach, na których wysublimowane piękno nagiego kobiecego ciała skonfrontowane jest z brzydotą mieszkań czynszowych i ich mieszkańców. Można odczuć, że kobiece ciało ma dla Cazy znaczenie wręcz mistyczne, przybywa z kosmosu, pozwala uwolnić się na chwilę z klatki. Na kartach albumu pojawia się również nagie ciało głównego bohatera, z tym że ono samo nie wywołuje żadnego efektu. Wydaje się więc, że dla Cazy to połączenie dwóch nagich ciał, swoista więź, która wytwarza się, kiedy przebywają one w jednym pomieszczeniu, może być formą oporu wobec otaczającej rzeczywistości. Z drugiej strony samo ciało kobiety może symbolizować wyzwolenie jako takie, ponieważ to właśnie ciało kobiet było (i do dzisiaj jest) obwarowane większą liczbą „mieszczańskich” zakazów i nakazów.

Rewolucja może się zdarzyć bardzo szybko [rozmowa ze Scottem McCloudem]

Brzydota i poczucie ciasnoty panującej w klatce mieszczącej setki innych mniejszych klatek osiąga apogeum w momencie porównania bloku do obozu koncentracyjnego. Powtarzającym się motywem jest też porównywanie mieszkania w mrówkowcu z życiem w trumnie. Tu też pobrzmiewają echa ówczesnej krytyki społecznej, formułowanej choćby przez przedstawicieli Szkoły Frankfurckiej, którzy często zwracali uwagę na to, że choć w kapitalizmie mamy do czynienia z indywidualizmem – w końcu każdy ma własne mieszkanie, które może jakoś urządzić, każdy ma własny samochód, który może być innej marki, mieć inny kolor itd. – to indywidualizm ten jest skrajnie zuniformizowany – ubieramy się podobnie, mieszkamy w takich samych blokach, w mieszkaniach o takim samym układzie pokoi, różnymi samochodami stoimy w tych samych korkach. Tyle rzeczy robimy razem, oddzielają nas od siebie tylko cienkie ściany albo kilka metrów na autostradzie, ale niczego nie jesteśmy w stanie zrobić wspólnie, stworzyć prawdziwej społeczności.

Tyle rzeczy robimy razem, oddzielają nas od siebie tylko cienkie ściany albo kilka metrów na autostradzie, ale niczego nie jesteśmy w stanie zrobić wspólnie, stworzyć prawdziwej społeczności.

We wstępie Caza bardzo świadomie pyta: „Co zrobić, kiedy wina roztapia się w masie, znika w tłumie, a my sami należymy do tego tłumu?”. Jego bardzo ulotną odpowiedzią zdają się zamieszczone w albumie uwodzące fantazje, w których włosy jego alter ego zamieniają się w mały ogródek, pozwalając mu zbliżyć się do harmonii z naturą, albo następuje jego przemiana w drzewo, co dodaje mu sił do stawienia oporu nadciągającym osiedlom. Być może brzmi to naiwnie, ale dzięki niepowtarzalnemu stylowi rysunków rzeczywiście przez chwilę możemy poczuć piękno nieskonkretyzowanej przez samego autora utopii.

Fantazje zawarte w Scenkach… nie zawsze jednak pozostają przyjemne. Oprócz przytoczonego już skazania na śmierć Miquelona Caza widzi też siebie jako pirata i kapitana Czarnej Willi terroryzującej mieszkańców przedmieść czy terrorystę doprowadzającego do wybuchu całego bloku z wielkiej płyty. Może to dziwić w zestawieniu z prezentowanym w twórczości autora– również w tym albumie – pacyfizmem, ale Caza zupełnie świadomie gra swoimi wyobrażeniami. Wie, że to tylko fantazje, których nie ma zamiaru wprowadzić w życie. W końcu kto z nas nie marzył kiedyś, żeby pozbyć się wszystkich mieszkańców swojego bloku? Z drugiej strony nawet gdybyśmy chcieli tę fantazję urzeczywistnić, to Caza wie, że jest to zwyczajnie niemożliwe. Nie da się zabić wszystkich strasznych mieszczan z bardzo prostego powodu – „nie można zabić czegoś, co już nie żyje”.

Polski czytelnik dostaje więc w swoje ręce album nieprzeciętny. Większość obserwacji Cazy pozostaje aktualnai do dzisiaj, czasem nawet w większym stopniu niż w latach 70. Mają one jeszcze bardziej uniwersalny wymiar, jeśli blokowisko potraktujemy jako metaforę całego społeczeństwa. Kto z nas nie zna przynajmniej jednego „Miquelona”? Kto z nas sam nie zachował się kiedyś jak wyśmiany przez autora „sąsiad z dołu”? Poza tym album wypełnia wielką lukę na polskim rynku komiksowym, jaką stanowił brak jakiegokolwiek albumu Cazy. Na początek dostaliśmy jego pierwsze pełnoprawne dzieło. Cieszy to, że zostało ono potraktowane przez wydawcę z należytą pieczołowitością – jak najbardziej zasługuje na powiększony format. Pozostaje liczyć na to, że wydawnictwo pójdzie za ciosem i pozwoli zobaczyć czytelnikom, jak ewoluowały pomysły i warsztat francuskiego autora.

Caza, Scenki z życia osiedla, przeł. Wojciech Birek, Kurc 2017

Słowa i obrazki. Niektóre się ruszają

***

Aleksander Denkiewiczur. 1993, student studiów magisterskich w Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

„W końcu kto z nas nie marzył kiedyś, żeby pozbyć się wszystkich mieszkańców swojego bloku?” – kwintesencja współczesnej lewicowości. I dlatego jesteście tam gdzie jesteście. Na dnie kiszki stolcowej.

Komiks ciekawy, ale tekst niestety gimbusowy. Takie pitu-pitu bez trafiania w sedno.

Mi akurat bardzo podszedł ten tekst. Nie lubię takich klasycznych recenzji w stylu "ciekawy bohater, ale motyw, który był już zastosowany w filmie takim a takim więc 7/10." Nudzi mnie to, nie widzę sensu by poważnie traktować jakieś z zasady subiektywne opinie itp. Wolę jak recenzent skupia się na konkretnych motywach i traktuje jako punkt wyjścia do rozważań wychodzących poza temat.

Niech się chowają wszystkie ameryki i japonie francja była, jest i pewnie będzie potęgą kulturalną. Tylko szkoda, że wielu ludzi tego nie dostrzega.

stoicki obserwator

Była, już nie jest a w przyszłości będzie wręcz zaprzeczeniem. Piszę to z żalem jako miłośnik francuskiej kultury.

No fakt, wydaje mi się, że w poprzedniej dekadzie jak i w latach 9o było lepiej pod tym względem, ale teraz też nie jest źle. Komedie i animacje cieszą się sporą popularnością i z tego co widzę trzymają poziom. No chyba, że pijesz do muzułmanów.

stoicki obserwator

Piję, ale nie tylko. Chodzi mi generalnie o zasięg oddziaływania tej kultury i jej siłę, która spada w tempie dużo wolniejszym, ale w sposób skorelowany z powolną pauperyzacją tego państwa w każdej właściwie dziedzinie. Pewnie widziałeś(aś) ale polecę genialny film "La Haine", który 20 lat temu idealnie zdefiniował problemy co do których (a o ile te problemy urosły to szkoda gadać) francuski establishment dzisiaj nawet nie chce się przyznać że istniały kiedykolwiek.

„W końcu kto z nas nie marzył kiedyś, żeby pozbyć się wszystkich mieszkańców swojego bloku?” – kwintesencja współczesnej lewicowości. I dlatego jesteście tam gdzie jesteście. Na dnie kiszki stolcowej.

Kiedyś drobnomieszczaństwo w poliestrowych krawatach i z porożem na ścianie było przedmiotem szyderki, niedługo może być obiektem nostalgii. Najlepsze, że awangarda szyderców najczęściej sama należała do klas wyższych od tychże szarych mieszkańców przedmiejskich pudełek. Z kogo się będą śmiać za kilkanaście lat? A może staną się śmiertelnie poważni?