Czytaj dalej

Śmiejesz się z Sosnowca, nie byłeś w Zawierciu

Z Magdaleną Okraską, autorką „Ziemi jałowej. Opowieści o Zagłębiu”, rozmawia Anna Cieplak.

Anna Cieplak: O transformacji przemysłu pisze się zwykle w sposób przezroczysty: zamknęło się, zlikwidowano. Twoja książka powstała przeciwko takim sformułowaniom. Czemu?

Magdalena Okraska: Jeśli mówimy o tym, że setki tysięcy ludzi w ostatnich dekadach straciły pracę, zostały wyrzucone na bruk z hut żelaza i szkła, odlewni, zakładów produkujących napoje gazowane, kable, żyrandole, z przędzalni itd., to łatwo takie decyzje zamieść pod dywan językiem przezroczystym: „zamknięto”, „wygaszono”. Ja pytam kto wygaszał i jak to przebiegało. Mamy ludzi skrzywdzonych i tych, którzy krzywdzili. Ich nazwiska można wskazać. U mnie nie ma mowy tylko o tym, że coś się wydarzyło – piszę również o tym, kto to robi. Na przykład w hucie szkła w Zawierciu…

To jest bardzo przejmujący fragment.

Piszę o tym, jak trwała walka o to, żeby chociaż oddać pracownikom i pracowniczkom zaległe wynagrodzenia. Nie mówiąc już nawet o wieloletnim wysiłku ze strony pań, które w tej hucie szkła spędziły swoją młodość i dorosłe życie. Po ulicach Zawiercia chodzi pan, który jest sprawcą niewoli i krzywd byłych pracowników. Ten pan jeszcze niedawno był radnym. W ostatnich wyborach miał chociaż tyle sumienia, żeby nie wystartować. Ja wskazuję te nazwiska. Nie ukrywam ich. Jedyne, które są ukryte, to nazwiska pracownic i pracowników, którzy prosili, aby opisać ich jako „jednych z”.

Pan z Zawiercia był też „jednym z”, ale likwidujących. Kto twoim zdaniem załamał przemysł ciężki?

Leszek Balcerowicz ze swoją radą oraz rząd Tadeusza Mazowieckiego. Warto mówić o tym głośno, bez niuansów. 111 dni wdrożenia planów przez Balcerowicza to był tak naprawdę okres totalnej terapii szokowej, złych decyzji. Z perspektywy tych prawie 30 lat przemiany ustrojowe w Polsce to porażka. Niewiele krajów aż tak drastycznie przeszło ten etap. To my się rzuciliśmy na reformy – że będziemy odcinać, wyrzucać, likwidować, a rynek ureguluje i zobaczymy, co będzie. Tak naprawdę nikt nie wiedział, co będzie. Plan Balcerowicza wdrażał dziesięć takich ustaw. Najważniejsza z nich ustaw zakładała „usunięcie gwarancji istnienia przedsiębiorstwa państwowego niezależnie od jego wyniku finansowego”.

Zamienię dyplom na metrykę z Sosnowca

A co z rentownością?

Otwarcie w bardzo krótkim czasie prawie zupełnie wcześniej zamkniętego rynku miało wiele skutków, również takich, że zakłady faktycznie początkowo nie mogły się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ale i nie dano im na to żadnej szansy. Otwarcie było de facto jednostronne – to nasz majątek narodowy można było wyprzedać za psi grosz, to nasz popyt wewnętrzny się załamał, to nasze przedsiębiorstwa szły za 4-5% wartości odtworzeniowej. Pojawił się też problem ceł na towary importowane. Obcy kapitał wchodził także na te pola, które w każdym kraju są gwarantem ekonomicznej i gospodarczej suwerenności. Zapotrzebowanie na energię spadało, bo z dnia na dzień istniało coraz mniej wielkich zakładów – i choćby tym spadkiem zapotrzebowania można było uzasadnić zamykanie i wygaszanie kopalń węgla.

Szukano nie tylko oszczędności, ale także możliwości uwłaszczenia się na narodowym majątku.Uczestniczyły w tym procederze zarówno elity PZPR, jak i kontrelity Solidarności. Naprawdę musimy wyzbyć się myślenia, że cała polska gospodarka, w wielu sektorach prężna, poszła precz w ciągu kilku lat, bo była beznadziejna i nie wytrzymywała porównania z zachodnią. To nieprawda. To był eksperyment na żywym organizmie, jeden z najostrzejszych wdrożonych kiedykolwiek na świecie. On się nie mógł powieść, rezultat mógł być tylko jeden. Rentowność? W Zawierciu zamykano przędzalnie za dwa miliony złotych długu. Tych przedsiębiorstw nikt nie chciał wtedy ratować, uważano, że będzie lepiej, jeśli upadną. Taka była wtedy jedyna wykładnia.

Większość historii opisanych w twojej książce bezpośrednie odnosi się do ustawy Balcerowicza i pokazuje, jak w praktyce przebiegało jej wdrażanie. Łatwo było do nich dotrzeć?

Trzydzieści lat dyskursu neoliberalnego – przedstawianego jako przezroczysty i powszechny nie tylko przez beneficjentów przemian, ale i ich ofiary – sprawiło, że bardzo trudno w tej chwili dotrzeć do pewnych informacji.

W krainie zmęczenia i upokorzenia

Czyli twoja książka to rodzaj reportażu śledczego?

Musiałam użyć pewnych metod, czasami kogoś udawałam. Nie jest łatwo prześledzić historię fabryki od roku powstania do roku 1995 czy nawet 2005. Nie jest łatwo to zrobić, ponieważ kiedy ucina się historia zakładu i – jak się to mówi przezroczyście – „zlikwiduje się go”, to rzeczy przestają być gromadzone. Można dotrzeć do starych akt ZUS-u czy akt, w których znajdują się teczki dotyczące konkretnych zakładów, kadr oraz płac – te dokumenty zawierają straszne historie. Dokumenty pokazujące liczbę zatrudnionych są strasznie smutne. Kroniki, zdjęcia – to wszystko robi wrażenie.  Za dziesięć, dwadzieścia lat będzie jeszcze trudniej to odtworzyć.

Ty to odtwarzasz z perspektywy prowincji. Także ukazując przez to Polskę jak prowincję Europy.

Teraz jest taki moment, kiedy zaczęto się orientować, że być może istnieje Europa dwóch prędkości. Że jesteśmy jako Polska po 1989 roku krajem peryferyjnym – wykluczonym i socjalnie słabym. Tylko nie ma jeszcze takiego pospolitego poruszenia w stylu „rany, co my zrobiliśmy?”. To się dopiero zaczyna dziać. I oby tego rachunku sumienia można było dokonać z dobrym rezultatem, choć na recepty trochę za późno. To jest trzydzieści lat.

Albo jeśli ktoś już tak mówi, to zakłada, że przecież nie mogło być inaczej. „Byliśmy głupi, ale…”.

A mogło. Ówcześni politycy wybrali najostrzejsze cięcia. Maksymalnie szokową terapię. Odebraliśmy ludziom nie tylko pracę, ale również kulturę, opiekę nad dziećmi, stołówki, transport publiczny. Państwo zerwało kontakt z obywatelem. Było przez te trzydzieści lat określane jako policjant, fatum, które tylko rządzi i nawet nie rozdziela, tylko zabiera.

Przez to niewielu się teraz spotyka ludzi, którzy uważają, że państwo powinno mocno ingerować w społeczną codzienność. Moja matka, która ma 1150 złotych emerytury sama mówi – chociaż przysługuje jej dodatek z pomocy społecznej – że „nie będzie ręki wyciągać”. Ludzie myślą, że duma im na to nie pozwala. A państwo tego nie ułatwia proceduralnie – trzeba donosić dokumenty, tłumaczyć się, manipulując tym, jak mamy się zachować i co wykazać, aby otrzymać pomoc.

Osiedle mieszkaniowe w Myszkowie, fot. Magdalena Okraska

To jest duma, która bierze się ze wstydu. Twoja książka odsłania, jak konstruuje się poczucie, że  – jak głosi napis na murach cmentarza w Dąbrowie Górniczej – mamy „przyzwyczaić się do nędzy”. Sama reforma 500+ – z wszystkimi jej zaletami i wadami –  pokazała, jak dyskurs publiczny podchodzi do osób w trudnej sytuacji życiowej. Patola, Janusze, złodzieje.

Dwadzieścia parę lat systemu, który podkreśla, że „każdy sobie rzepkę skrobie”, mówienie o ludziach, którzy nie mają pracy, że są leniami sprawiło, że ludzie w to uwierzyli. Część ludzi uwierzyła w to, że są biedni, bo nieodpowiednio się kształcili. Chociaż wiedzą przecież podskórnie, że nie wszyscy startujemy z tego samego pułapu, nie mieszkamy w tych samych miastach i nie urodziliśmy się w tych samych domach. Nie mamy takich samych rodziców, babć i pieniędzy.

W mojej książce jest fragment, który mówi o zaoraniu systemu kształcenia zawodowego w Polsce na początku lat 90. Opisuję technikum hutnicze w Zawierciu – które swoją drogą nie jest już hutnicze. Około 1993 roku sześćdziesiąt parę procent osób, które zakończyły szkołę podstawową i kontynuowały naukę, wybierały szkoły kształcenia zawodowego niekończące się maturą. Potem nagle zaczęła się niechęć do tzw. robola i poczucie, że tę maturę należy mieć i najlepiej iść na studia, bo przemysł załamał się i upadł. Z tego wynika jakiś dziwny wniosek, że dobrze powinni zarabiać ludzie, którzy ukończyli wyższe studia i że tych ludzi powinno być jak najwięcej. A ci, którzy nie kontynuowali edukacji, powinni winić za to siebie samych. Taki dyskurs przez kilkanaście lat funkcjonował i dlatego mamy teraz też taką dziurę w zawodach takich jak kolejarze, maszyniści, hutnicy.

Nawet jeśli odtwarza się trochę przemysł – choć dzieje się to głównie w strefach ekonomicznych, jest to obcy kapitał, załogi liczące kilkadziesiąt do stu osób, a nie tysiące, jak kiedyś – to w tych zawodach nie ma kto pracować. Zaraz będzie problem z górnictwem, chociaż się mówi, że górnictwo jest nierentowne i się zaraz skończy. Guzik prawda. Już się okazuje, że nie ma młodych ludzi, którzy chcieliby taką pracę podjąć, bo się nie kształcili. Wszystkim wmówiono matury i studia wyższe. Uwierzyli w to, że im się nie wiedzie, bo sobie na to zasłużyli nieodpowiednim wykształceniem. Przerzucono odpowiedzialność na obywatela.

Tak stało się nie tylko na poziomie zakładów hutniczych i górniczych, ale i usług publicznych.  Największym paradoksem wydaje się prywatyzacja PKS-u.

Od kilka lat jest mowa, że autobusy lokalne może powinny powrócić na prowincję. Że może jednak niepotrzebnie państwo je sprywatyzowało lub zaczęło likwidować liczne kursy. Niespełna dziesięć lat temu w kraju istniało 170 przedsiębiorstw PKS, teraz jest ich sto, z czego nie wszystkie w ogóle świadczą usługi przewozu osób. Kursy są w niedorzecznych godzinach, więc ludzie rzadziej z nich korzystają, co jest kolejnym argumentem, że nie powinno ich być. To tak nie działa. Żeby zbudować zaufanie do przewoźnika należy puszczać te kursy do znudzenia, o przewidywalnych godzinach, puste czy pełne. Należy dać ludziom nawet kilka lat na wdrożenie się. Ale nikt im ich nie da.

Czy PKS-y przetrwają rządy PiS-u?

No to super, ale już w wielu miejscach nie mają gdzie. Na przykład na miejscu dawnego dworca PKS w Cieszynie – też w województwie śląskim, choć nie w Zagłębiu – postawiono galerię handlową.

Ludzie na prowincji są od wielu lat zmuszeni podróżować prywatnymi busami. Zostali zdani na łaskę przewoźnika lub transport indywidualny. Utrzymanie samochodu jest drogie. Ludzie pracujący w słabo płatnej pracy są w stanie odłożyć na jakiegoś trupa, ale benzyna już kosztuje. Dlatego w niektórych miejscach w Polsce jeżdżą i po pięciu. Umawiają się o 4:50 i jadą do pracy do większego miasta.

BlaBlaCar podał, że w Polsce najwięcej ludzi podróżuje w ten sposób między Radomiem a Warszawą. W wakacje aż 23 tysięcy korzystało z takiego rodzaju transportu.

Jestem zapaloną przeciwniczką sharing economy, ponieważ uważam, że powinny być zapewnione usługi publiczne czy półpubliczne. Zmuszanie ludzi, żeby dzielili się swoim samochodem, bo państwo nie zapewniło godnego transportu publicznego, jest złym rozwiązaniem. To absurd. Jest też inny problem. Ludzi po tylu latach trudno jest namówić do tego, żeby zostawili auta i przesiedli się do transportu publicznego. Bo przestali mu ufać. Bo nie wiedzą, czy autobus przyjedzie.

No tak, bo mówimy o „busikach”. Nie autobusach, nie autokarach. Busikach, które bywają poligonem walki o miejsce.

Tak, busiki często nie mają stałego przystanku. Często nie ma rozkładu albo jest nieaktualny.  Nie ma stałych tras ani godzin odjazdu. Busiki mogą przyjechać lub nie przyjechać i nie masz pojęcia, dlaczego. A nawet jeśli przyjadą, to nie wejdziesz do środka, bo nie ma już miejsca.

Trammer: Nadciąga pseudolino

czytaj także

Peryferyjność Polski jest widoczna po sieci i gęstości transportu kolejowego. Jak wygląda na tle tego problemu Zawiercie?

Zawiercie ma ogromne szczęście w nieszczęściu, bo nie zlikwidowano tu dworca. Jest hala, są kasy, są dwa perony i być może będzie budowany trzeci. Zatrzymują się tu pociągi dalekobieżne, a nawet kilka pociągów międzynarodowych. W okolicy jest mnóstwo miejscowości, gdzie po prostu nie ma po prostu torów – zostały zamknięte, zwinięte, a czasami po prostu rozebrane i rozkradzione. Zazwyczaj likwidacji przez zarządy PKP towarzyszyło też ograniczenie kursów na liniach, którym udało się przetrwać.

A im mniej jest kursów, tym mniej stają się one rentowne. Ludzie przestają na nie przychodzić. Jeśli zrobisz ostatni kurs, to większość ludzi będzie wybierać przedostatni w obawie, że ostatni nie przyjedzie, a mają do domu 50 kilometrów i żadnej innej możliwości powrotu. Przychodzą więc na przedostatni. Kurs ostatni staje się nierentowny, bo jeździ nim osiem osób, a muszą puścić dwa wagony. Likwidujemy kurs ostatni. Wtedy kurs przedostatni staje się ostatni.

Teraz PKP szczyci się taborem. Nie ma zbyt wielu innych rzeczy, żeby się chwalić, bo zwinęli wiele połączeń. Zorientowali się około 2014 roku, że to był błąd i próbują go nadrabiać filmikami wyświetlanymi podczas podróży np. pendolino, w których pokazują, gdzie i jak można jechać pociągiem, pokazują, jakie mają modele. No i jakie te pociągi są ładne i nowoczesne. Ale kolej dużych prędkości nie jest żadną odpowiedzią na potrzeby komunikacyjne prowincji, a ładowanie w nią tak dużych środków jest wręcz niemoralne.

Dlaczego tak trudno dojechać do Cieszyna?

Były burmistrz Cieszyna zapytany przez mieszkańców o to jak ocenia transport publiczny w mieście odpowiedział, że „jest dobre połączenie z lotniskiem”, co po pierwsze nie jest prawdą, a po drugie pokazało, jakiego typu połączenia go interesują – drogowe. Inna sprawa, jak dojechać do wioski obok, oddalonej o dziesięć kilometrów. To chyba ogólnie problem peryferii. Zawiercie na jego tle wypada i tak nieźle.

Moja babcia, chcąc kilka lat temu wybrać się do Biedronki oddalonej o 12 kilometrów, musiała wyjść na autobus o 12:00, a powrotny miała o 15:15. Czyli godzinę robiła zakupy, a 3 – 4 godziny siedziała na dworcu. To 10-tysięczne miasto w województwie warmińsko-mazurskim, w którym nie ma kawiarni. Niesamowite marnowanie czasu. Ludzie przestają korzystać z takiego transportu. A panowie od likwidacji mogą się utwierdzać w tym, że to świetna decyzja, bo nie ma zainteresowanych  kursem.

To co zrobić, żeby tych kursów było więcej?

Przywrócenie publicznego transportu na pewnych liniach jest możliwe i może się sprawdzić, ale jeśli pozwolimy, żeby przez jakiś czas autobusy czy pociągi jeździły niemal puste, a ludzie będą mogli się do nich przyzwyczaić. Nie wymagajmy, że nagle zaczną korzystać z transportu publicznego, bo muszą załapać, że w ogóle funkcjonuje rozkład jazdy. Można rozdawać rozkłady jazdy do skrzynek pocztowych. Można ustalić takie godziny odjazdów, żeby ludzie je dobrze pamiętali. A na koniec trzymać się ich i nie zmieniać. Tak jak robią to Czesi.

Dworzec PKS w Częstochowie, fot. Magdalena Okraska

W swojej książce opisujesz pejzaż miejsc peryferyjnych – pizzerię w Ząbkowicach, budkę z goframi w Zawierciu, wszystko po cztery złote. Ich opisy dają wrażenie infrastruktury z lat 90. Wyrazistym przykładem są targowiska.

Targowiska to axis mundi Europy Środkowej. Są to miejsca, które podlegają niewielu przemianom. Oprócz tego, że kiedy otwarto się na handel z Chinami, to tutaj też pojawiło się mnóstwo chińskich towarów. Natomiast targowiska to miejsca, gdzie czas ulega pewnemu zawieszeniu. Niestety w ostatnich latach nie są uznawane za wystarczająco europejskie i reprezentacyjne, w związku z czym są likwidowane albo naciska się, aby wyprowadzić je poza miasto. A targowisko jest nie tylko miejscem sprzedaży, ale i spotkań. Z tego typu pracy utrzymuje się bardzo wielu ludzi.

Ale w wielu europejskich miastach robi się przecież hajp na targowiska. Znajdują się w centralnych punktach, żeby turyści mogli poznać lokalny koloryt i kupić ekologiczne produkty. W dużych miastach rozwijają się spółdzielnie, ludzie chcą kupować produkty od rolników.

Te nowoczesne targowiska, gdzie coś kosztuje dwadzieścia osiem złotych i zjesz to na dwa kęsy, nie sprawdzają się. To nie może zastępować miejsc, cen i produktów, które są potrzebne przeciętnym mieszkańcom. Bariera wejścia jest tak wysoka, że nie uczestniczymy w tym wszyscy. Podobnie jest przecież ze zjazdami food trucków. One często nie są na kieszeń zwykłych mieszkańców.

Dziesięć typów pieczywa w burgerze nie stanowi alternatywy dla kogoś, kto nie ma środków na życie.

Ten trend trafia do zindywidualizowanych potrzeb konsumentów i wpisuje się w oczekiwania klasy średniej. Prowincja jeszcze tym nie została zepsuta. Ja się z tego trochę naśmiewam w książce.

Targowiska po polsku

Ja bym się jednak nie śmiała się z klasy średniej, która świadomie wydaje więcej kasy, żeby dostać na przykład bardziej ekologiczne produkty. Wielu ludzi przecież chce dobrze i kieruje się interesem wspólnym, a nie tylko tym, że chce zjeść kanapkę, która dobrze wygląda na Instagramie.

To jest trochę jak z kapitalizmem – nie chcielibyśmy żeby się rozwijał linearnie, a jednak się rozwija. Nie jest tak, że ten moment ominie Zawiercie. W Warszawie już się zorientowali, że zabudowywanie wszystkiego kostką Bauma i betonowanie nie ma sensu, ale Zawiercie i prowincja nie przeskoczą tego okresu. Nie skoczymy nagle do rowerów miejskich, wegejedzenia i przestrzeni inkluzywnej. My musimy ten okres betonu i kostki przejść i ludzie na to czekają. Mają do tego prawo. Tak jak ja – sama cieszę się z Pepco w Zawierciu. Nie śmieję się z radości mieszkańców na otwarciu nowego sklepu. Rewitalizacje w duchu piętnaście lat wstecz jeszcze nas czekają. To jest robienie czegoś, żeby w mieście było „ładniej” i ten okres też musimy przejść. I powinniśmy go przejść.

Naprawdę powinniśmy? Mody się zmieniają, debata publiczna wpływa na polityków lokalnych. W niektórych miastach dopiero zaczyna się remontować bloki, które nie przeszły modernizacji na początku lat 2000, ale to już nie są remonty spod znaku „pastelozy”. Małe i średnie miasta mogą rozwijać się inaczej.

Dopiero za jakiś czas prowincja zrozumie, że może nie jest tak fajnie, żeby robić wszystko pod samochody. Ale coś za coś. Żeby ludzie przestali chcieć jeździć samochodami, to muszą mieć transport publiczny. Czyli najpierw dajmy coś ludziom, a później żądajmy od nich „europejskiego” podejścia. W miastach i miasteczkach powinno żyć się wygodnie, powinny być dla ludzi, ale nie zaczynałabym od ścieżek rowerowych i pieczywa bezglutenowego. Praca, praca i jeszcze raz praca – na miejscu. To jest odpowiedź na wszystko, a przynajmniej początek tej odpowiedzi.

Fontanna w Będzinie, fot. Magdalena Okraska

Skoro jesteśmy już przy stylu życia: Zawiercie próbuje budować ofertę turystyczną, odwołując się do bliskości Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Zawiercie jako miasto – a nie część Jury Krakowsko-Częstochowskiej – nie buduje żadnej narracji. Nie jest w ogóle znane. Jura to miejsca gdzie są tak zwane „skałki” i zamki. Tam rozwija się agroturystyka. Zawiercie jest miejscem, gdzie część turystów – tych poruszających się pociągiem – przyjeżdża i po prostu przesiada się na taksówkę, bo ciężko dostać się busem do tzw. „turystycznych miejscowości”. Widuje się czasem zagraniczne wycieczki, które przyjeżdżają Intercity, zamawiają kilka taksówek i jadą zobaczyć Jurę. Na TripAdvisor Zawiercia pojawiło się zresztą dziesięć rzeczy, które nie są w Zawierciu. Zamek w Ogrodzieńcu czy Mirowie. Wszystko nawet 10 – 15 kilometrów stąd.  Nie spotkałam nikogo, kto by był na wakacjach w Zawierciu, napisał notkę na bloga z tego miasta.

Moment. A ulica Hoża?

Trąbili w telewizji o skrzyżowaniu ulicy Hożej i Marszałkowskiej, że ktoś kogoś zabił za zjedzenie marchewki. To jest wyobrażenie newsowe dziennikarzy o tym, jak wygląda prowincja. Można pod to podstawić Łazy, Tarnobrzeg. Cokolwiek. Miasta w wielkim nigdzie, do 30 tysięcy mieszkańców.

Albo i większe. Prezydent Krakowa straszył Sosnowcem w swojej kampanii.

Sosnowiec ma maksymalnie złą prasę. Uważam, że niesłusznie. Ale jest taki fanpejdż „Śmiejesz się z Sosnowca, nie byłeś w Zawierciu”. Swoją drogą nic tam nie wrzucają. Problem jest taki, że jeśli na miejscu brakuje Ci i bazy, i nadbudowy, to albo z tego miasta wyjeżdżasz, albo przestajesz o tym mieście dobrze mówić. W mojej książce są wypowiedzi z forów internetowych. Wybrałam głównie smutne, ale to było 95%. Ludzie nie są dumni  z Zawiercia. Nie jest jak z Poznaniem, Warszawą, Krakowem…

Czy nawet Dąbrową Górniczą i Sosnowcem. Tam powstają inicjatywy, które jakoś pozwalają ludziom mówić „moje miasto jest fajne”.

Jakbyś zrobiła koszulki „I love Zawiercie”, to raczej by się nie sprzedały. Na grupach lokalnych, gdzie jestem, raczej panuje klimat w stylu: „Oho, otworzyli coś nowego. Pewnie zaraz się zamknie”. Chodzi głównie o brak pracy, a w związku z tym brak całej tej nadbudowy. Jak mają istnieć kina, sklepy, knajpy, jeśli ludzie nie mają z czego płacić?

Zawiercie od lat 30. miało opinię miasta bezrobotnych.

Momentami bezrobocie sięgało nawet 70%, było to w latach trzydziestych. Były dwa kryzysy, które dotyczyły oczywiście nie tylko tego miasta. Przy pierwszym kryzysie panował głód, ludzie nie mieli nawet spleśniałego chleba ani pracy, wypłacano im symboliczne zapomogi, mieszkali po kilkanaścioro w jednej izbie. Handlowali spirytusem czy bimbrem. Mniej dramatycznie było po kryzysie w 2008, ale wtedy wydarzyło się też to, co zawsze się dzieje w takich okolicznościach. Pieniądz przestał cyrkulować w mieście. Jest związek między tym, ile zarabiają mieszkańcy miasta, a ile w nim wydają. Utrzymują biznesy, fryzjerów, restauracje, knajpy, kursy dla dzieci… Ludzie woleli wyjechać do miasta, w którym dostaną choćby o kilkaset złotych większą pensję. Mogą oczywiście dojeżdżać do pracy w innym mieście z Zawiercia, ale jeśli są młodzi, to prędzej czy później im się to znudzi i przeprowadzą się. W tych wyborach samorządowych politycy już próbowali łapać wyborców na pewne hasła, żeby zatrzymać ludzi w Zawierciu.

Oddajesz głos tym ludziom, ale też czujesz, że do nich należysz.

Postanowiłam napisać o Zagłębiu ze szczególnym uwzględnieniem Zawiercia, bo w Zawierciu mieszkam. Pochodzę z połowę mniejszego miasta. Nie prowadziłam tutaj badań, tylko przebywałam z ludźmi, których znam – wujkami, ciotkami, teściami, własnym ojcem, który nie dostaje emerytury. Dla mnie to nie jest żadne safari na prowincję, tylko próba opisania czegoś, co dzieje się na co dzień także w moim życiu.

***

Magdalena Okraska  nauczycielka, etnografka, działaczka społeczna. Od kilkunastu lat działa dla dobra wspólnego w stowarzyszeniach, grupach nieformalnych i związkach zawodowych. Wspiera strajki i protesty skrzywdzonych. Mieszka w Zawierciu.

Bio

Anna Cieplak

| Animatorka kultury, pisarka
Animatorka kultury, aktywistka miejska, autorka książek "Zaufanie" (2015), "Ma być czysto" (2016). Na co dzień pracuje z dziećmi i młodzieżą (od 2009 w Świetlicy Krytyki Politycznej "Na Granicy" w Cieszynie), nagrodzona za działalność w zakresie kultury przez MKiDN (2014), stypendystka programu "Aktywność obywatelska" (2015).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.