Czytaj dalej

Sekretny koniec życia krów

krowy

W książce „Sekretne życie krów” nie ma wzmianki o rzeźni, mówi się tylko, że gospodarze postanowili być „odpowiedzialni za każdy etap produkcji”. Są pewnie tacy, dla których to nieistotne, i tacy, dla których to tak oczywiste, że nie warte wspomnienia.

Rosamund Young zna się na krowach. Dorastała na wsi, a jej rodzice prowadzili gospodarstwo, którego krowy były bardzo ważną częścią. Przejęła po nich obowiązki i do dziś – razem ze swoim bratem oraz mężem – zajmuje się gospodarzeniem. Kiedy wypowiada się o krowach, wie dokładnie, o czym mówi. Właściwie o kim, bo kilkudziesięcioletnie doświadczenie obserwacji tych zwierząt nie pozwala na traktowanie ich jak maszyn.

Tam, gdzie powstaje mleko

Rejon Cotswolds w Anglii, gdzie znajduje się Kite’s Nest – tak nazywa się to gospodarstwo – jest naprawdę urokliwy. Głęboka zieleń łagodnych wzgórz, duże połacie łąk poprzerastanych zagajnikami, kojący spokój. Gospodarstwo pani Young jest wzorcowym przykładem przedsięwzięcia prowadzonego według zasad zrównoważonego rozwoju. Spełnia też standardy organiczne. Krowy jedzą głównie trawę, siano lub sianokiszonkę. Żadnych nawozów sztucznych i syntetycznych pestycydów. Antybiotyki tylko wtedy, gdy naprawdę są potrzebne.

 

Stado przebywa prawie cały rok na zewnątrz, z wyłączeniem tylko tych dni, kiedy panuje bardzo niesprzyjająca pogoda, chociaż nikt nikogo nie zmusza do chowania się wówczas w pomieszczeniach. Krowy same decydują, czy mają na to ochotę, czy nie. Czasem niektóre wolą być wewnątrz, szczególnie w nocy. Ich życie jest naprawdę dobre. Krowie życie – syte i powolne, pośród innych krów, właściwie bez strachu. Górne rejony skali dobrostanu.

Pani Young zna wszystkie ze swoich ponad stu krów. Nie tylko je rozpoznaje, ale potrafi odtworzyć ich historię rodzinną. Każda krowa ma imię. Nie z każdą jest w bliskiej przyjaźni, ale Young zapewnia, że nie ma z tym problemu. Krowa ma prawo jej nie lubić i nie szukać z nią kontaktu. Takie samo prawo, jak wybrać, który fragment łąki chce w danym momencie skubnąć. Może jakiś kwiatek, coś z ziół lub któryś z krzaczków?

Kilkanaście lat temu postanowiła opublikować niewielką książeczkę, zbiór anegdot o swoich krowach i innych zwierzętach, które zamieszkują gospodarstwo. Nigdy nie uważała się za pisarkę. „Jestem ghostwriterem krów” – mówiła. Wydana w małym specjalistycznym wydawnictwie, napisana ujmująco prostym językiem, The Secret Life of Cows pewnie przeszłaby bez echa, gdyby nie wzmianka w dziennikach Alana Bennetta, znanego dramatopisarza i aktora. Bennett był poruszony lekturą, napisał, że książka „zmienia sposób patrzenia na świat”. No, może nie na cały, ale na pewno na krowy.

Zainteresowanie książką przerosło wszystkie oczekiwania. Sprzedało się ponad 10 tys. egzemplarzy. Do dziś książkę przetłumaczono na blisko 20 języków. W październiku tego roku wznowiło ją znane wydawnictwo Faber & Faber, a w Polsce równocześnie wydało wydawnictwo Czarna Owca. W materiałach promocyjnych Sekretnego życia krów czytamy, że te – zwykle postrzegane bardzo stereotypowo – zwierzęta, są prawdziwymi indywidualnościami: „bywają niezwykle inteligentne albo niezbyt rozgarnięte, sympatyczne, uważne, agresywne, potulne, pomysłowe, nudne, dumne albo wstydliwe”. Jak my, potrafią kochać, a także bawić się, no i przyjaźnią się – niektóre do grobowej deski.

W dostępnych w internecie filmikach z Kite’s Nest możemy zobaczyć na własne oczy nie tylko piękno tamtejszego krajobrazu i urodę krów, ale także czułość gospodyni wobec zwierząt. Na jednym z nich widzimy także scenę, w której pani Young podchodzi do dużego białego mebla. Jak się za chwilę okazuje, to zamrażarka. Otwiera pokrywę i wyciąga z niej duży kawałek mięsa. Zamrożonego mięsa z krowy pani Young. Może z tej dumnej lub tej wstydliwej? Na pewno jednej z tych, które miały imiona. Bawiły się i przyjaźniły, jak my. Pani Young produkuje wołowinę.

 

Zapewne nie dla każdego ta scena zupełnie zmienia wymowę nie tylko tego filmu, ale i książki. Dla mnie jest kluczowa. Bez zrozumienia jej znaczenia nigdy nie wyjdziemy poza bajkową narrację i pozostaniemy w oderwanej od rzeczywistości bańce wypełnionej usypiającą sielskością. W książce nie ma wzmianki o rzeźni, mówi się tylko, że gospodarze postanowili być „odpowiedzialni za każdy etap produkcji”. Są pewnie tacy, dla których to nieistotne, i tacy, dla których to tak oczywiste, że nie warte wspomnienia.

„Wołowina jest dostępna przez cały rok” – czytamy na stronie internetowej poświęconej książce i farmie Kite’s Nest. Mięso sprzedawane jest na miejscu. Sklepik jest otwarty prawie każdego dnia, chociaż lepiej wcześniej zaanonsować wizytę. To duże gospodarstwo i ciągle jest coś do roboty, więc bez sensu byłoby siedzieć bezczynnie i czekać na klientów. Jednak nie ma obaw, na stronie możemy przeczytać zapewnienie, że nikt nie będzie czekał dłużej niż 5 minut.

Ktoś kiedyś zapytał gospodynię, co się stało choćby z niezwykłymi White Boys opisywanymi w książce. Dwoma nieskazitelnie białymi cielakami, urodzonymi prawie w jednym momencie. „Wysocy, delikatni, niezależni, serdeczni i szlachetni”, byli nierozłącznymi przyjaciółmi. Jeden o różowym nosie, drugi o szarym, „chodzili bark w bark, często na siebie wpadając, i spali każdy z głową opartą o grzbiet drugiego”.

Zabijanie na żywo

Trochę walcząc z zakłopotaniem, ale tylko trochę, bo przecież biznes to biznes, odpowiedziała, że zostali zjedzeni. Do rzeźni pojechali razem. Pani Young zawiozła ich osobiście. Zostali zabici tak, jak się urodzili – jeden po drugim. Można powiedzieć, że przyjaźnili się do grobowej deski. Zresztą większość cieląt z Kite’s Nest zabijanych jest w wieku około 2 lat. A potem rodzą się nowe. Zwykle jedna krowa ma co roku jedno dziecko.

To ciągłe wożenie do rzeźni jest oczywiście kłopotliwe, ale prawo nie pozwala zabijać krów na miejscu. Pani Young wpadła kiedyś na pomysł, że lepiej by było, gdyby to rzeźnia do nich przyjeżdżała, nie odwrotnie. Opracowała koncepcję mobilnej ubojni. Nawet skonstruowano dwa prototypy, ale okazało się, że ten sposób zabijania byłby finansową klapą. Sam koszt wymaganego na miejscu lekarza weterynarii to sto funtów za godzinę. Nie opłaca się.

Pytanie o dopuszczalność odbierania życia jest fundamentalne, a odpowiedź na nie dzieli nie tylko etyków. Dlaczego właściwie miałoby być złe zabijanie zwierząt, których życie jest tak dobre jak krów pani Young? Dlaczego, gdy trzymam tę książkę w rękach, świadomość, że gospodarstwo pani Young nie jest azylem dla zwierząt, a miejscem, gdzie hoduje się zwierzęta przeznaczone na śmierć i handluje ich mięsem, nadaje całości trudny do zniesienia (nie)smak? A może odpowiedź jest bardzo prosta: odebranie życia zwierzęciu, które doświadczało dobrego życia, jest krzywdą właśnie dlatego, że było dobre, że to dobro zostało mu w całości i nieodwołalnie odebrane.

Wyobraź sobie – jesteś bardzo blisko zwierząt, obserwujesz je wnikliwie, rozumiesz ich zachowania, doceniasz ich inteligencję. Komunikujesz się z nimi, tworzycie jakieś więzi. Jak rzadko kto widzisz, że wchodzą w silne relacje między sobą. Nie masz wątpliwości, że jeśli tylko zapewnić im dobre warunki, doświadczają wielu pozytywnych odczuć i emocji, a ty dobrze znasz ich upodobania i charaktery, więc umiesz im pomóc wypełnić życie czymś dobrym. Widzisz i rozumiesz, że nie poddają się krzywdzie dobrowolnie. Po prostu nie jest im wszystko jedno. Czujesz i rozumiesz, że życie ma dla nich wartość. A potem wybierasz jedno z nich, żeby je zabić, a więc przekreślić to wszystko. I na koniec liczysz pieniądze.

Wszyscy będziecie wegankami

Nie chcę zniechęcać do przeczytania tej książki. Proponuję tylko jej odważniejszą lekturę, odmowę czytania jej jak bajki. Nie jak dziecko, oszukiwane kolorową książeczką o uśmiechniętych zwierzątkach w zagrodzie, z doskonale przemilczaną kwestią rzeźni. Są bardzo ważne powody, żeby po tę książkę sięgnąć. Choćby oskarżenie przemysłowej hodowli, która do problemu śmierci dodaje problem życia, w którym prawie nie ma dobra. Przede wszystkim jednak powodem są same zwierzęta, nie mogące się czuć bezpiecznie nawet pośród tych, którzy wydają się o nie dbać. Zwierzęta, o których – dla wygody większości – kłamie dominujący w naszej kulturze, chłodny, zootechniczny opis.

Ktoś gdzieś napisał, że ta książka powinna być przepisywana jako lekarstwo na zaburzenia lękowe. Lepiej, żeby wzbudzała niepokój. „W naszym gospodarstwie od lat konsekwentnie traktujemy zwierzęta jak osoby” – pisze pani Young. To nieprawda. Przecież nie zabija się osób, które dobrze się zna, rozumie i szanuje.

Monbiot: Czas porzucić bajkowy obraz hodowli zwierząt

Bio

Darek Gzyra

| Działacz społeczny, publicysta, weganin

Działacz społeczny, publicysta, weganin, doktorant w Instytucie Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Członek Polskiego Towarzystwa Etycznego oraz Laboratorium Animal Studies – Trzecia Kultura, jeden z redaktorów czasopisma „Zoophilologica. Polish Journal of Animal Studies”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Zabrzmi to strasznie ale wiecie jak to jest: mięso ze szczęśliwych krów smakuje lepiej (i pewnie więcej można za nie zarobić)...

Ja pierdziele, najpierw walczą żeby zwierzęta rzeźne miały dobre życie. Jak jest babka co to zapewniła, to też źle! No daj palec, to wezmą całą rękę. Zwierzęta będą hodowane na mięso i nic tego nie zmieni, widać czas wrócić do ciasnych klatek i katowania, bo po dobrym życiu też nie można tego mięsa zjeść! Wegetarianie, weganie, wbijcie sobie do tych pustych głów, że mięso jemy i jeść będziemy, bo nam smakuje i nie zamierzamy z tego rezygnować! - jedyne, co zyskujesz autorze tym durnym tekstem, to to, że następny hodowca nie zada sobie trudu, żeby jego krówki czy świnki przed śmiercią miały dobrze, bo i po co - i tak jakiś wege oszołom nazwie go w necie hipokrytą!