Czytaj dalej

Salecl: Tyrania wyboru

Wszyscy jesteśmy zachęcani do zachowywania się jak korporacje – powinniśmy postawić sobie cele na całe życie, robić długoterminowe inwestycje, być elastyczni.

Żyjemy w czasach zdominowanych przez niecierpliwy kapitał. Nieustannie rosną krótkookresowe zyski. Ale presji stawiania czoła ryzyku i maksymalizowania stopy zwrotu z inwestycji nie podlegają tylko korporacje i instytucje świadczące usługi finansowe. Wszyscy zachęcani jesteśmy do zachowywania się jak korporacje – powinniśmy postawić sobie cele na całe życie, robić długoterminowe inwestycje, być elastyczni, powinniśmy restrukturyzować przedsiębiorstwo naszego życia i podejmować ryzyko konieczne dla zwiększenia zysków.

Pewien przedsiębiorca z branży IT, który w czasie bańki internetowej stworzył wielką firmę, opowiedział mi kiedyś, jak trudno było mu, kiedy bańka już pękła, zwolnić przepełnionych entuzjazmem młodych pracowników. Jedna z takich rozmów była dla niego szczególnie bolesna. Kiedy przekazał złą wiadomość, młody człowiek przez chwilę wyglądał tak, jakby miał zaraz wybuchnąć płaczem. Szybko jednak wziął się w garść, wyciągnął notatnik i zapytał, co dokładnie zrobił źle, na jakich polach powinien pracować ciężej, a szczególnie, co mógłby zrobić lepiej w następnej pracy. Szef, poruszony intensywnością reakcji młodego człowieka, powtarzał, że z jego pracą wszystko było w porządku. Po prostu rynek zmusił firmę do ograniczenia zatrudnienia. Młody człowiek jednak nalegał, potrzebował więcej informacji zwrotnej. Chciał „pracować nad sobą” i następnym razem być jeszcze lepszym pracownikiem.

Jeszcze niedawno ktoś, kto zostałby zwolniony, winiłby za to raczej okoliczności zewnętrze. Dziś jednak czujemy się zmuszeni oceniać samych siebie i chcemy zrozumieć, dlaczego nie udało nam się utrzymać miejsca pracy. Ewaluacja to najważniejsze określenie w dzisiejszej kulturze zawodowej. Kadra naukowa brytyjskich uniwersytetów połowę czasu pracy poświęca na pisanie raportów o studentach, programach czy kolegach po fachu. W międzynarodowych korporacjach na całym świecie pracownicy oceniani są nie tylko przez swoich przełożonych, ale też proszeni są o ewaluację samych siebie. Nieustanny proces oceniania i monitoringu, kluczowy dla produkcji przemysłowej, został zinternalizowany jako sposób kontroli naszego zachowania. „Słuszność” własnej oceny testowana jest przez porównanie jej z oceną wystawioną przez menadżera czy przełożonego, co już samo w sobie wywołuje spory lęk.

Im bardziej jesteśmy odizolowani od prawdziwych interakcji w sferze społecznej i politycznej, tym bardziej jesteśmy skłonni zajmować się samodoskonaleniem.

Im nasze życie staje się mniej przewidywalne, tym bardziej nakłania się nas, byśmy sami wyznaczali sobie ścieżki, byli „panami” swojego przeznaczenia i przeprojektowali siebie.

Oczekuje się od nas, że po godzinach spędzanych w pracy, których w ostatnich latach zrobiło się o wiele więcej, będziemy się przekwalifikowywać i doszkalać, zachowamy młodość i zdrowie i nie przestaniemy szukać naszego „prawdziwego powołania”.

Dziś, żeby odnieść sukces, trzeba być dobrym inwestorem. Musimy nie tylko nauczyć się logiki giełdy i stać się własnymi doradcami finansowymi. Namawia się nas, byśmy swoje życie również postrzegali jak inwestycję. Od dawna już powtarza się banał o „inwestowaniu” czasu i troski w związek, ale teraz mówi się nam, że nawet czas i miłość, jakie dajemy naszym dzieciom, to w dosłownym sensie inwestycje. Wysokiej jakości rodzicielstwo ma wytworzyć zadowalające dziecko – które będzie nas szanowało, spełni nasze niespełnione marzenia i aspiracje, a w późnym wieku wesprze finansowo. Tylko z tej perspektywy czas na opiekę, który trzeba odjąć od czasu pracy, wydaje się dobrze zainwestowany. W przypadku małżonków i przyjaciół też inwestujemy energię, żeby, kiedy przyjdzie potrzeba, skorzystać z emocjonalnych rezerw, jakie tworzą takie relacje. Słynny amerykański psycholog zajmujący się terapią małżeńską, Willard F. Hardy, dokładnie określił, jak powinny działać te emocjonalne rezerwy, by związek był optymalny.

Wyobraźmy sobie parę, w której mąż uwielbia piłkę nożną, a żona długie spacery z mężem. Inteligentna para zadba o tę życiową inwestycję w czasie, gdy związek będzie silny. Żona pójdzie z mężem na mecz, mimo że nienawidzi piłki nożnej, a mąż będzie chodził z nią na spacery, choć wolałby w tym czasie siedzieć przed telewizorem. Kiedy w związku nastąpi kryzys, jedno z nich może zacząć wycofywać swoje uczucia – może się pogniewać i przestać towarzyszyć drugiemu w rzeczach, które kiedyś robili wspólnie. Rezerwy w banku miłości szybko są zużywane aż do momentu, w którym znikają albo zaczynają być na minusie. Kiedy pojawia się taki kryzys, psycholog radzi zwrócić się do kogoś takiego jak on, kto pomoże parze zrestrukturyzować jej emocjonalny bank inwestycyjny i odbudować zasoby.

Nikt nie zaprzeczy, że małżeństwa są lepsze, jeśli partnerzy spędzają razem czas, i że czasem wymaga to kompromisu w zakresie wspólnych aktywności. Jednak dzisiejsza kultura poradnictwa pragnie przedstawić miłość i emocje jako elementy życia, które możemy w racjonalny sposób ulepszać, mimo że jest to przecież obszar, w którym najsilniej działają nieświadome impulsy i uczucia. Pragniemy zapanować nad tymi impulsami, jak również znaleźć sposób na radzenie sobie z negatywnymi uczuciami i kontrolować naturę zauroczenia.

Gdy coraz powszechniejszy staje się pogląd, że to, co spotyka nas życiu, jest kwestią naszych wyborów, i że sami podejmujemy decyzje o tym, jak chcemy żyć, to zaczyna się wydawać, że miłością i życiem erotycznym można równie prosto zarządzać jak na przykład karierą czy wakacjami.

Popularne magazyny i gazety codzienne przekonują, że powinniśmy uprawiać naprawdę fantastyczny, pełen wyobraźni seks i że istnieją niezliczone sposoby na zwiększenie satysfakcji seksualnej. Nasze własne życie erotyczne wydaje się nam beznamiętne i nieciekawe, jeśli porównamy je z rozpowszechnionym przez media wizerunkiem, jak powinien wyglądać czy brzmieć seks i co powinniśmy przy nim odczuwać. Jeśli w epoce wiktoriańskiej seks był tematem tabu, to dziś jest nim właśnie nieuprawianie go. Ludzie milczą o własnym życiu erotycznym, jednocześnie wyobrażając sobie, że wszyscy pozostali uprawiają właśnie taki seks, jaki opisują magazyny czy telewizja. Przekonanie to wzmacnia nasze poczucie niedoskonałości, a jednocześnie karmi pragnienie, którym żywi się wielki przemysł.

Ideologia wyboru tak głęboko przeorała już nasze pojmowanie natury satysfakcji seksualnej, że kiedy nasze życie miłosne nie dosięga kulturowego ideału wiecznej rozkoszy i nieustannej zabawy z nowymi technikami, to czujemy, że powinniśmy po prostu coś z tym zrobić – wydać pieniądze i poświęcić swój czas, by je poprawić. Prześmiewczy mockument Dogs in the Basement (reż. Leslie Shearing, 2003) pokazuje przykład takiego konsumpcyjnego podejścia do seksualności. Bohaterowie to młoda para, która ma problemy seksualne. Sfrustrowani faktem, że ich pełen miłości związek nie daje im seksualnego spełnienia, postanawiają zrobić wszystko, co możliwe, aby odnaleźć brakującą iskrę. Najpierw idą do urologa, który bada ich pod kątem fizjologicznej zdolności do odbywania stosunków seksualnych i po niezbyt przyjemnej serii badań przepisuje im różne lekarstwa i kremy mające zaradzić problemowi. Następnie para zwraca się do nauczyciela tantry, który pokazuje im techniki relaksacyjne i doradza, jak nawiązać kontakt ze swoim seksualnym ja. Potem decydują się na terapię u seksuologa, którego interesuje nie tylko rozmowa o ich przemyśleniach na temat seksu, ale chce on również zobaczyć, jak się do niego zabierają. Namawia parę, by na zaaranżowanym łóżku pokazali, jak zazwyczaj układają się, kiedy zaczynają się kochać. Terapeuta natychmiast dochodzi do wniosku, że pozycja początkowa, kiedy mężczyzna znajduje się nad kobietą, jest dla niej za bardzo dominująca. Parze doradza, by zmieniła swoje nawyki w sypialni, a także zachęca do wyjazdu na weekend, w celu spróbowania seksu w innych okolicznościach. Niespodziewanie ten ostatni pomysł się sprawdza i podczas podróży parze w końcu się udaje. Jednak kiedy wracają do domu, postanawiają się rozstać. Film ładnie pokazuje, jak ktoś może podjąć racjonalną decyzję, że chce osiągnąć jakiś cel, jednocześnie nieświadomie robiąc wszystko, co możliwe, żeby uniknąć jego realizacji. Możliwe, że tym, co łączyło tych dwoje, był właśnie brak satysfakcji seksualnej albo wspólne poszukiwanie rozwiązania, natomiast osiągnięcie celu okazało się niesatysfakcjonujące.

Motywowani poczuciem winy z powodu rzekomo mniejszej satysfakcji seksualnej w porównaniu z innymi, szukamy sposobów na manipulowanie pożądaniem własnym i partnera, by poprawić nasze życie erotyczne. Jednocześnie szukamy sposobów na „zrobienie czegoś” z naszymi emocjami.

Idea wyboru głęboko przeorała nasze postrzeganie uczuć, tak jakbyśmy mogli „wybrać”, czy chcemy je mieć, czy nie. Próbujemy zwłaszcza wyzbyć się uczuć nieprzyjemnych.

Szukając w Amazonie publikacji dotyczących gniewu, znajdziemy dziesiątki tysięcy wyników. Rzut oka na bestsellery każe myśleć, że gniew jest dziś naprawdę poważnym problemem społecznym: niezliczone książki chcą nas nauczyć, jak pozbyć się tej emocji. Anger Management (Zarządzanie gniewem), Overcoming Anger (Przezwyciężyć gniew), Beyond Anger (Poza gniewem), Conquering Anger (Pokonać gniew), Letting Go of Anger (Jak pozbyć się gniewu), Anger Control (Kontrola gniewu), Healing Anger (Leczenie gniewu), Working with Anger (Praca nad gniewem) czy Taking Charge of Anger (Zapanować nad gniewem) – to tylko nieliczne tytuły, które mają pomóc nam poradzić sobie z tą niechcianą emocją. Następny krok to Honour your Anger (Szanuj swój gniew), aby przejść From Anger to Forgiveness (Od gniewu do przebaczenia), a zwłaszcza, by zrozumieć, że Anger is a Choice (Gniew to wybór).

Jednak wprowadzenie idei wyboru do dziedziny uczuć służy wyłącznie zintensyfikowaniu lęku i poczucia winy. Niezależnie, jak bardzo będziemy starali się sterować naszym gniewem za pomocą sugerowanych technik, w końcu najprawdopodobniej zezłościmy się na samych siebie, że nie potrafimy przezwyciężyć tej bolesnej emocji.

Choć gniew jawi się jako emocja, którą powinniśmy kontrolować, a nawet się jej wyzbywać, nie wolno zapomnieć, że jest to uczucie w społeczeństwie nieodzowne, przyspieszające zmianę społeczną.

Chęć pozbawienia ludzi gniewu można odczytać jako próbę pacyfikacji i odwrócenia uwagi od problemów społecznych i skierowania jej na problemy indywidualne.

przeł. Barbara Szelewa

Fragment książki Renaty Salecl Tyrania wyboru, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nie wystarczy wiedzieć - trzeba rozumieć.Wspieraj nas!