Czytaj dalej

Polska nie czyta. Rozmowa z Beatą Stasińską

Wydawczynią, współzałożycielką i redaktorką naczelną wydawnictwa W.A.B., Obywatelką Kultury.

W najbliższą niedzielę (25 października) o godz. 13.00 zapraszamy na spotkanie wokół książki z Beatą Stasińską i Gunnarem Ardeliusem, które poprowadzi Katarzyna Tubylewicz w ramach Festiwalu Conrada w Krakowie.

**

Agata Diduszko-Zyglewska: Z ostatniego badania Biblioteki Narodowej wynika, że pięćdziesiąt osiem procent Polaków nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki, a dziewiętnaście procent jest już w ogóle poza kulturą pisma. Jak do tego doszło?

Beata Stasińska: Po 1989 roku Polska otworzyła się na świat i w krótkim czasie wchłonęła to, czym latami kultura masowa karmiła zachodnich odbiorców. Książka, sprowadzona do jednego z rodzajów rozrywki, zaczęła przegrywać z innymi „atrakcjami”. W dodatku z rynku książki produkt nie zawsze pierwszej jakości zaczął wypierać najpierw książki polskich autorów, potem klasykę i ambitniejszą literaturę. Ale demokratyzacja w kulturze, czyli zniwelowanie hierarchii, zniknięcie autorytetów i wolny rynek dóbr kultury, na którym dziś nie sposób kupić klasyki światowej i polskiej, to jeden problem. Ważniejszy wydaje się brak w Polsce woli politycznej, by kulturę, edukację i naukę uznać za priorytety cywilizacyjne równie ważne, jak gospodarka i budowanie instytucji demokratycznych.

To jeden z efektów zachłyśnięcia się wolnością – nie postawiono granic bezpieczeństwa, które chroniłyby to, co bardziej kruche i wrażliwe.

Taka wolność zapominania, czym była „Solidarność” i o co walczyła. Komunikat dla przeciętnego obywatela był brutalny: demokracja to między innymi wolność wyboru, wartościowy obywatel to ten, który potrafi sam sobie radzić, a dobre państwo to takie, które mu w tym nie przeszkadza. W tej darowanej wolności wszystko rzekomo zależało tylko od ciebie. Nikt nie myślał o etapie przejściowym i programach dla edukacji, nauki i kultury, bez których nie sposób zbudować we współczesnym świecie nowoczesnego społeczeństwa. Czytelnictwo, literatura, humanistyka zostały uznane za nieprzydatny balast, bo nie pasowały do tego urządzanego według reguły doraźnej użyteczności i szybkiego zysku świata. Lekcji egoizmu nie pobiera się u klasyków. Sztuki podejmowania ryzyka i skutecznego działania nie nauczy uniwersytet. Ten ma ci dać niezbędny w twojej karierze dyplom.

Nie wszyscy mieli szanse i nie wszyscy chcieli iść drogą kapitalizmu w neoliberalnym wydaniu. Powstał obraz społeczeństwa dzielącego się na kanibali, myślących tylko o korzystnym kontrakcie i jak największej odprawie po jego wypowiedzeniu, i looserów, którym nikt takich kontraktów nie proponuje.

Ci, którzy nie stracili pracy, musieli i muszą dużo pracować. I tak okazało się, że zieloną wyspę, jaką jest Polska, zamieszkuje najbardziej zapracowane i źle wynagradzane społeczeństwo w Europie. Gdzie tu miejsce na modernizację bibliotek, programy promujące czytelnictwo wśród najmłodszych?

To, że pod koniec pierwszej dekady XXI wieku zaczęto w Polsce głośno mówić o zamykaniu bibliotek i spadku czytelnictwa, nie jest zasługą polskiej klasy politycznej. Przykład i pieniądze na modernizację bibliotek dała fundacja Billa Gatesa, a o spadku czytelnictwa alarmowali długo i przez lata bezskutecznie bibliotekarze i część środowiska związanego z rynkiem książki. Póki co krok po kroku udało się uratować i zmodernizować niektóre biblioteki, wspomóc je dodatkowymi środkami na zakup książek wyasygnowanymi z Narodowego Programu Promocji Czytelnictwa, negocjowanego – przypomnijmy – przez Obywateli Kultury z ministerstwem przez ponad dwa lata. […]

Gra wolnorynkowa w pełnym szwungu, zasady na bieżąco ustalają najsilniejsi, a więcej niż jedną książkę rocznie czyta kilkanaście procent obywateli. Jak polski rynek wydawniczy radzi sobie w tej niewesołej sytuacji?

To pytanie dotyczy trzech spraw: dostępu do książek, przemiany społeczeństwa czytającego w nieczytające i stanu rynku, który przez dwadzieścia pięć lat nie był poddany żadnym regulacjom. Mnóstwo podmiotów pojawiło się i zniknęło. Wiele z wydawnictw, które odnosiły spektakularne sukcesy w latach dziewięćdziesiątych, dziś nie istnieje. Wielkie zagraniczne koncerny – Bertelsmann, Weltbild, Hachette – z jakiegoś powodu wycofały się w ostatnich latach z Polski. Harper Collins zakupił co prawda ostatnio Harlequina, wraz z jego międzynarodową siecią i ofertą sformatowanej literatury, i zaczął jednocześnie inwestować w ofertę literatury kryminalnej i sensacyjnej dla polskiego czytelnika, ale wejście tego dużego koncernu nie oznacza, że pojawi się gracz o bogatej, zróżnicowanej ofercie, podobnej temu, co w swoich najlepszych latach miał Świat Książki. Gdyby coś takiego wydarzyło się w Niemczech, we Francji czy w Hiszpanii, to media i politycy odpowiedzialni za resort kultury by to skomentowali. U nas temat rynku książki przemknął przez scenę polityczną przy okazji wprowadzania podatku VAT na książki, bezdyskusyjnie i bez konsultacji z wydawcami czy księgarzami. […]

Czy branża próbuje jakoś się bronić? Dobijać się o zauważenie swoich problemów?

Nie ma zgody co do oceny sytuacji, współpracy i świadomości, że zmiany systemowe są konieczne. Istniejące od lat organizacje branżowe, na przykład dwie organizacje księgarskie, są bardzo słabe i skłócone ze sobą. Polska Izba Książki przez lata zajmowała się głównie obroną interesów wydawców podręczników, a kolejni prezesi albo nie myśleli o konieczności regulacji rynku, albo byli przeciwni prawu o stałej cenie. Dopiero trwająca od przeszło czterech lat wojna rabatowa zmusiła Izbę do zmiany polityki.

Dlaczego rabaty na nowości są czymś złym?

Żaden producent czy handlowiec nie jest zainteresowany tym, żeby sprzedawać nowy towar po obniżonej cenie, jakby to był towar wybrakowany. Wyjątkiem jest książka w Polsce. Cztery lata tak zwanej wojny rabatowej sprawiły, że czytelnik od dawna nie uważa wydrukowanej przez wydawcę ceny książki za pozostającą w uczciwej relacji do kosztów jej wytworzenia, bo nawet w dniu premiery może tę samą książkę znaleźć w kilku różnych cenach w zależności od miejsca sprzedaży. Klient nie rozumie, za co płaci. Wydawcy do ceny książki dodają oprócz VAT-u spodziewane rabaty. W ten sposób ceny książek wzrosły o dwadzieścia pięć, trzydzieści procent. Wydawcy zgadzają się na różne rabaty na nowy tytuł, w zależności od miejsca sprzedaży, i w efekcie nie są w stanie przewidzieć, jakie będą mieli przychody i jaką część ceny książki będą mogli przeznaczyć na honorarium dla autora. Przy zmniejszającej się liczbie księgarń i szybkim obrocie nowościami nikt nie trzyma w sklepie pełnej oferty tytułów, bo nie ma na to miejsca. W efekcie niekiedy nawet wartościowe tytuły są chwilę po premierze do kupienia na stoiskach z tanią książką. Czytelnik się cieszy, bo może skompletować w krótkim czasie księgozbiór za małe pieniądze, ale rynek na tym traci. Wydawca wyprzedaje tytuł poniżej kosztów wytworzenia: za złotówkę czy dwa złote. Handlujący tanią książką ustala własną, znacznie wyższą cenę, przekraczającą często pięćdziesiąt procent ceny wydrukowanej na okładce.

Jest to wykorzystywanie nieuregulowanej prawem sytuacji.

Co nie jest zabronione, jest dozwolone. Utrata zaufania do tego, co i za jaką cenę oferuje rynek książki, dotyczy absolutnie wszystkich. Nieważne, jak dobrą książkę napisał autor i ile lat nad nią pracował. Nieważne, ile kosztowała jej produkcja, ile obrót książki na rynku: od drukarni, przez hurtownie, do księgarń. Najważniejsze dla mnie jako czytelnika jest, by jak najmniej zapłacić. Wizyta w księgarni taniej książki tylko to potwierdzi. Są tam książki bestsellerowych autorów, którzy jeszcze wczoraj odbierali nagrody literackie. Co one tam robią? Co jest dzisiaj złą, a co dobrą książką? Z punktu widzenia księgarza, dużej sieci księgarskiej czy supermarketu dobra książka to taka, która sprzedaje się w dużej liczbie egzemplarzy w krótkim czasie. Ale ten model przestaje działać. Sieci księgarskie otwierają nowe salony, magazyny są pełne książek, a sprzedaż gwałtownie nie rośnie.

Dlaczego tak się dzieje?

Kto nie czytał, nie zacznie nagle czytać. Rynek sam nie dokona cudu. W szesnastu procentach gospodarstw domowych w Polsce nie ma ani jednej książki, w piętnastu procentach są tylko podręczniki; osiemdziesiąt procent ma nie więcej niż trzy półki z książkami, czyli około stu woluminów.

Polska szkoła nie jest w stanie wykształcić nawyków czytelniczych. Aż siedemdziesiąt osiem Polaków nie kupiło w 2014 roku żadnej książki, a pięćdziesiąt osiem procent nie czyta nic.

Krąg czytających Polaków jest dość zamknięty; ci, którzy czytają, korzystają zwykle z bibliotek i kupują książki. Nie rozmawiamy o książkach i rzadko lub wcale nie dajemy ich w prezencie. Co gorsza, kręgi osób nieczytających i kręgi czytelników są trwale rozłączne.

Najbardziej zatrważające są wyniki badań tak zwanej klasy ludowej, czyli ludzi z wiejskim lub robotniczym rodowodem, o podstawowym wykształceniu. W tej klasie jest najwięcej nieczytających rodaków. Szkoła jest dla nich negatywnym doświadczeniem, miejscem podziałów społecznych, a czytanie rodzajem wymuszonej aktywności. To oznacza, że nie żyjemy w społeczeństwie równych szans, i trzeba z tego faktu szybko wyciągnąć wnioski, by podział na czytających i nieczytających Polaków nie zamienił się w dramatyczny w skutkach podział polityczny na uprzywilejowanych i wykluczonych. […]

Może gdyby uczniowie od początku przyzwyczajali się do korzystania z biblioteki publicznej, a nie ze szkolnej, która staje się niedostępna po ukończeniu edukacji, to nie byłoby tego słynnego tąpnięcia w czytelnictwie zaobserwowanego w badaniach wśród absolwentów?

Kluczowa w kształtowaniu nawyków czytelniczych jest obecność książek w domu. A to dom i rodzina są dziś w Polsce najsłabszym ogniwem. Aż osiemdziesiąt procent dzieci matek z wykształceniem wyższym czyta książki, w tym trzydzieści dwa procent intensywnie. Ale niewiele dzieci w Polsce ma mamę z dyplomem wyższej uczelni. Wiadomo, że książki kupują użytkownicy bibliotek, a tych ciągle jest w Polsce za mało. Biblioteki – czy to szkolne, czy publiczne – jeśli mają istnieć, muszą być modernizowane, otwarte dla czytelników w czasie, gdy czytelnicy są w stanie z nich korzystać, i muszą być atrakcyjne pod względem programu kulturalnego i księgozbioru. Nie ma też powodu, by biblioteki publiczne i szkolne w jakiejś części dublowały swoje księgozbiory. Rola bibliotekarza musi się zmienić i już się zmienia. Dziś jest to przewodnik po świecie informacji i książek, animator, znający potrzeby czytelników. Nie bez powodu w języku francuskim nazwę „bibliotekarz” zaczyna wypierać słowo „dokumentalista”, który na przykład w szkole wspiera nauczycieli i uczniów w wyborze lektur i szukaniu materiałów do zajęć, nie mówiąc już o tym, że prowadzi lekcje biblioteczne.

Wracając do tematu złych wyników czytelnictwa w grupie absolwentów wyższych uczelni, łączyłabym to z boomem edukacyjnym lat dziewięćdziesiątych, który okazał się boomem ilościowym, a nie jakościowym, i wąsko rozumianym pragmatyzmem. Przerażać może oczywiście świadomość, że możemy być leczeni przez lekarza, który się nie dokształca, lub staniemy przed sędzią, który definicję faszyzmu poznaje przed rozprawą z Wikipedii, ale przy umasowieniu studiów takie przypadki wydają się nieuniknione.

W raporcie Biblioteki Narodowej pada stwierdzenie o tak zwanym szkolnym czytaniu, z obowiązku, a nie dla przyjemności.

Ten obowiązek zanika z chwilą wycofania się z życia społecznego, czyli na emeryturze. Polski emeryt mało czyta i nie ma nawyku korzystania z biblioteki. Najnowsze wyniki badań Biblioteki Narodowej pokazują, że problem niskiego poziomu czytelnictwa jest długotrwały i nie pojawił się wraz ze zmianą systemu polityczno-gospodarczego po 1989 roku. Zmiany cywilizacyjne i kulturowe tylko go spotęgowały. Wspominając z rozrzewnieniem rozczytany PRL, mówimy tak naprawdę o rozczytanej inteligencji. Tu na marginesie trzeba oddać sprawiedliwość poprzedniemu systemowi: uczynił dużo, by zlikwidować analfabetyzm, ułatwić dostęp do kultury, tworząc sieć bibliotek i domów kultury, by wyławiać i promować talenty, czasem wymuszając polityczny akces.

Bez względu jednak na system wiadome jest, że najważniejszą rolę w kształtowaniu nawyków czytelniczych odgrywa dom.

Jeśli nie spełnia on swojej funkcji, drugą szansą są pierwsze instytucje społeczne, w których dziecko zaczyna funkcjonować, czyli żłobek i przedszkole. To w nich, zwłaszcza w pierwszych klasach szkoły podstawowej, można w miarę skutecznie wyrównywać szanse dziecka. Przypominam, że dziś mozolnie odbudowujemy sieć żłobków i przedszkoli, zamykanych w latach dziewięćdziesiątych. Nie znam skali wykluczenia dzieci, które pochodziły z biednych domów, bez domowych bibliotek i rodziców z nawykami czytelniczymi, dzieci, których pierwszym miejscem kontaktu z książką była szkoła gminna, często z marną biblioteką, ale takie upośledzenie kulturowe musi być duże. […]

Nawiązując do działań międzyresortowych w Narodowym Programie Rozwoju Czytelnictwa: kluczowa wydaje się zmiana statusu nauczycieli-bibliotekarzy. W tej chwili są na dnie szkolnej hierarchii.

Ale też mają najniższe pensum… A nie powinno tak być. Rola bibliotekarza w życiu szkoły musi się zmienić. Wspominałyśmy o lekcjach bibliotecznych i aktywnej roli bibliotekarzy w procesie nauczania w szkołach na przykład francuskich czy amerykańskich. Tam bibliotekarz wspomaga proces edukacyjny, czyli pomaga nauczycielom, zwłaszcza przy tematach, w których łączy się kilka dziedzin i przedmiotów – dobiera właściwą literaturę. Inicjuje konkursy na recenzje, listy najlepszych książek i konkursy literackie. Biblioteka szkolna jest przestrzenią otwartą – dzieci nie czekają przy stoliku na książkę od pani bibliotekarki, tylko spędzają w bibliotece czas w miarę potrzeb.

Sposobów na podtrzymanie nawyku czytelniczego, jeśli jest on wyniesiony z domu czy edukacji przedszkolnej, jest mnóstwo, i są one stosunkowo łatwe do wprowadzenia. Póki co jednak polska szkoła nie wyrównuje różnic i nie jest w stanie samodzielnie wykształcić nawyków czytelniczych. Tu roli bibliotekarza nie sposób przecenić. Dodatkowym problemem jest niedostatek podobnych programów na etapie nauczania przedszkolnego i nie dość upowszechniona wiedza o ich absolutnie priorytetowym charakterze. Przed wszystkimi festiwalami i eventami.

Publiczne żłobki i przedszkola są od wielu lat bezpiecznymi i miłymi miejscami, które skutecznie uzupełniają domową wiedzę o świecie. Ale w wielu konserwatywnych środowiskach lansuje się negatywny wizerunek tych placówek jako przechowalni – ze szkodą dla dzieci.

W samorządowym przedszkolu, do którego chodziły moje dzieci, „ciocie” codziennie czytały podopiecznym i opowiadały im bajki. Zamiast znienawidzonego leżakowania było poobiednie polegiwanie połączone z czytaniem książek. Dzieci rozmawiały o wysłuchanych bajkach, rysowały lub malowały. Takie pierwsze lekcje biblioteczne. Odbywało się to w mieszanych wiekowo grupach, bo w takich dzieci szybciej się rozwijają i socjalizują. Mówię o początku lat dziewięćdziesiątych i wyjątkowym wówczas warszawskim przedszkolu samorządowym. W wielu europejskich krajach żłobki i przedszkola sumiennie i z dobrym skutkiem realizują programy edukacyjno-wychowawcze. Ten strach przed żłobkiem i przedszkolem może wynikać z jednej strony z przyczyn ekonomicznych, z drugiej – z braku doświadczenia lub złych doświadczeń z podobnymi placówkami w PRL.

Działania, o których pani mówi, wymagają niewielkich nakładów finansowych, ale za to muszą mieć charakter systemowy, czyli powinny być częścią ministerialnego programu.

Wymagają przeszkolenia opiekunów, budżetu na zakup książek i pomocy dydaktycznych – i oczywiście stworzenia programu działania. Powtórzmy: Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa będzie skutecznie działał tylko wtedy, gdy będzie promował rozwiązania systemowe i wieloletnie. Na razie jego horyzont to rok 2020. Źle by się stało, gdyby przy zmianie ekipy rządzącej został zawieszony. Dlatego jestem zwolenniczką rozwiązania, by ustawa o książce nie ograniczała się do stałej ceny książki, ale była ustawą o książce i czytelnictwie. […]

Kwestia solidarności lub jej braku jest bardzo istotna w kontekście polskich problemów. Wiele spraw pozostaje niezałatwionych, bo ci, którzy próbują je załatwić, nie są w stanie uzyskać masy krytycznej w formie środowiskowego poparcia. Gdyby w sprawie ustawy o książce pisarze stanęli razem z wydawcami, bibliotekarzami, księgarzami, byłaby to już słyszalna grupa ludzi.

Autorzy już stają w jednym szeregu z wydawcami i księgarzami, ale w praktyce godzą się na warunki, które dyktuje im rynek, na przykład w sprawie rabatów, licząc na dotarcie ze swoją książką do większej liczby czytelników. Proces tłumaczenia, czym jest ustawa o książce, trwa, choć komunikat ciągle jest nie dość czytelny i mało przekonujący dla klienta księgarń. W odbiorze społecznym wydawcy, hurtownicy i księgarze to kapitaliści, niemający nic wspólnego ze sferą kultury. Politycy powielają ten punkt widzenia.

Wróćmy do ustawy o książce. Kto właściwie za nią lobbuje? Obywatele Kultury?

Nie, głównie wydawcy i księgarze, których byt jest lub wkrótce może być zagrożony. Wśród Obywateli Kultury nie ma jednolitego stanowiska, bo ruch skupia przedstawicieli różnych dziedzin sztuki i kultury. Ale to przedstawiciele Obywateli Kultury pierwsi zwrócili uwagę na doraźne, nieuwzględniające przemian na rynku książki brzmienie projektu ustawy przygotowanego przez Polską Izbę Książki, na przykład brak modułu dotyczącego książki elektronicznej i kwestii niskiego poziomu czytelnictwa. Wiąże nas co prawda narzucony przez Unię Europejską wysoki, bo dwudziestotrzyprocentowy VAT na e-booki i audiobooki, ale Francja próbuje z tym walczyć i szuka sojuszników. Może dlatego bardzo wspiera polskich wydawców w staraniach o ustawę. Projekt ustawy o stałej cenie książki w obecnym kształcie nie wybiega za bardzo w przyszłość.

Zwracam jednak uwagę, że na przykład Włosi zdecydowali się wprowadzić prawo dotyczące jednego instrumentu rynku, jakim jest cena, i są póki co zadowoleni, bo w ten sposób wyznaczyli granice oligopsonistom, zwłaszcza Amazonowi.

Przekonanie, że wprowadzenie w życie ustawy o książce jest w interesie wszystkich grup: pisarzy, tłumaczy, wydawców, księgarzy, bibliotekarzy, dystrybutorów i na końcu czytelników, którzy dostaną ciekawszą ofertę zarówno w księgarniach, jak i bibliotekach, pojawi się w jakiś czas po tym, jak dobra ustawa wejdzie w życie. Na poparcie opinii publicznej można moim zdaniem liczyć tylko wtedy, gdy projekt zostanie rozszerzony o kwestie rozwoju czytelnictwa i nikt z zainteresowanych nie będzie tych zagadnień używał dla partykularnych interesów.

Jakie są jednak szanse na wprowadzenie ustawy w życie?

Nie uda się jej uchwalić w tej kadencji, ale liczę, że przejdzie na następną w rozszerzonej wersji jako ustawa o książce i czytelnictwie. Politycy przez wiele lat nie byli zainteresowani stanem rynku książki i czytelnictwem. Dzisiaj za brak regulacji rynku i programów promowania czytelnictwa we wszystkich grupach wiekowych płacimy wysoką cenę: zapaści czytelniczej. Trzeba zacząć temu przeciwdziałać.

Czy regulacja rynku przełoży się na poprawę czytelnictwa?

Nie ma takich ustaw, które zmusiłyby ludzi do czytania książek. Nie ma ustaw-wytrychów z jednym narzędziem, którego użycie uzdrowiłoby to, co przez tyle lat było chore. To wymaga długofalowych, rozpisanych na dekady działań, współpracy wszystkich podmiotów: od autorów, rodziców, nauczycieli począwszy, na wydawcach, księgarzach i bibliotekarzach skończywszy. Dobra ustawa o książce i czytelnictwie może wyznaczać ramy takich działań naprawczych. Z jednej strony ucywilizuje rynek książki, z drugiej będzie ustawową gwarancją dla programów mających za podstawowy cel dotarcie do nieczytających i uczynienie z czytania praktyki społecznej. Będziemy żyli w innej rzeczywistości, jeśli dorośli Polacy będą czytali choćby siedem książek rocznie, w domach pojawią się księgozbiory, a dzieci od najmłodszych lat będą obcować z literaturą i czytać ze zrozumieniem. Ja w każdym razie chciałabym żyć w takiej Polsce.

**

Opublikowany powyżej fragment rozmowy z Beatą Stasińską pochodzi z książki „Szwecja czyta. Polska czyta” pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej we wrześniu 2015.

Zapraszamy 25 października, w najbliższą niedzielę, o godz. 13.00, na spotkanie wokół książki z Beatą Stasińską i Gunnarem Ardeliusem, które poprowadzi Katarzyna Tubylewicz w ramach Festiwalu Conrada w Krakowie.

**Dziennik Opinii nr 298/2015 (1082)

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.