Czytaj dalej

Polska do zrobienia

O czym to jest? O etyce zawodowej? O cenzurze prewencyjnej i jedynie słusznej linii promocyjnej Polski? O relacji pan – chłop pańszczyźniany? A może o polskiej tradycji? Aleksandra Cieślak o swojej współpracy z Instytutem Książki.

Lato 2018, targi książki w czeskiej Pradze. Podchodzi do mnie człowiek, bierze moją Książkę do zrobienia i mówi:
– Zróbmy coś takiego o Polsce.

„Wow! – myślę – to by było wspaniale, Polska – bez podziałów, przewodnik w duchu mindfullness, równouprawnienie…”. Po chwili okazuje się, że to pracownik Instytutu Książki w Krakowie, a za nim stoi jego szef, Dariusz Jaworski. Trudno mi uwierzyć, że proponują mi zrobienie publikacji, która miałaby reprezentować nasz kraj na zagranicznych targach książki. To ogromny zaszczyt i wielka odpowiedzialność.

Wieczorem spotykamy się na kolacji: „Co ja paczę?” Kobiety na lewo, mężczyźni na prawo, ja pośrodku, zajmuję miejsce obok Jakuba Pacześniaka, głównego specjalisty ds. programowych, który bardzo szybko przechodzi ze mną na ty. Robi to odruchowo, powtarzając po każdym zdaniu „wiesz?, wiesz?”. Czuję się skrępowana, ale staram się brać tę nagłą poufałość za dobrą monetę. Toczą się rozmowy o tym, kto gdzie ile wypił, bo o czym tu gadać przy kolacji? Zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy aby na pewno mamy podobną wizję promocji kultury. Natrętny głos z tyłu głowy przypomina mi o zwolnieniach w Instytucie i wymianie pracowników w ramach „dobrej zmiany”. Mówiło się o tym z niepokojem w wydawniczych kuluarach. Ja sama – jako autorka książek dla dzieci i projektantka – zetknęłam się z tą instytucją już znacznie wcześniej i łączyły mnie z nią relacje zawodowe. Znałam Instytut Książki jako ośrodek rzetelnie reprezentujący polskich twórców i ich dorobek na scenie międzynarodowej.

Radzę się zaprzyjaźnionych pisarzy i wykładowców akademickich: Co robić? Brać ten temat? Jedni mówią „Zobaczysz, ugrzęźniesz ”, inni pełni wiary: „Bierz, odrzucanie takich projektów ze względów politycznych tylko tworzy dodatkowe podziały”. Ten ostatni głos mnie przekonuje.

Traktuję pisanie o literaturze jak dziennikarstwo śledcze

Spotykam się z Jakubem Pacześniakiem w Krakowie. Pokazuję mu swoją komercyjną realizację dla dużej korporacji produkującej kredki. To materiały inspirujące nauczycieli przedszkolnych. Opowiadam o tym, jak wyobrażam sobie naszą publikację o Polsce. Próbuję się dowiedzieć, do kogo to wydawnictwo właściwie ma trafić. Pan Pacześniak myśli o publikacji dla dzieci. Owszem, zwykle tworzę książki dla dzieci, ale przecież pięciolatki rzadko załatwiają interesy wydawnicze na międzynarodowych targach – myślę głośno. Książka do zrobienia, która zainspirowała Instytut do stworzenia podobnej publikacji o Polsce, nie jest książką dla dzieci. Tak, 50% zawartości stanowią ilustracje, ale na świecie funkcjonuje nie od dziś forma picture booka dla dorosłego odbiorcy. Tymczasem Instytut nie ma pomysłu na to, do kogo kieruje swój produkt. Przejmuję więc inicjatywę. Proponuję ilustrowaną publikację dla dorosłych (16+). Kluczowe hasło to „ponad podziałami”, co oznacza, że ma być „neutralnie”. Jak się później okaże, rozumiemy to słowo zupełnie inaczej. W tym momencie wydaje nam się jeszcze, że idziemy ramię w ramię i chcemy zrobić publikację wizerunkową, dowcipną, bogato ilustrowaną, nowoczesną, atrakcyjną dla obcokrajowców.

Jesień. Na prośbę Jakuba Pacześniaka, przesyłam opis trzech wariantów projektu z wyceną. Sprawa jest pilna, główny specjalista ds. programowych chce działać. Mogę się tylko cieszyć, bo właśnie skończyłam trudny projekt dotyczący Zagłady i temat Polski jawi mi się jako powiew świeżości i życia.

Tytuł „Polska zmysłowa”. Rozpisuję projekt na sześć zmysłów, do których w nieoczywisty sposób zamierzam przyporządkować różne pojęcia i sylwetki autorów, tytuły książek. Chodzi przecież o promocję literatury.

Dostaję esemes. Zastanawia mnie poufały ton, „Olu, jest zielone światło, nie wiem jeszcze, który wariant, w rachubę wchodzą ekonomiczny lub pośredni. Jeśli masz czas dzisiaj jeszcze, cho na kawę/wino, gdzieś na Starym Mieście, jestem w Wawie, pogadamy”. Pomimo tego osobliwego tonu cieszę się, bo to znaczy, że mój pomysł został przyjęty, spotkał się z aprobatą dyrekcji Instytutu i że mogę zrealizować ciekawy projekt, wpływając choć w drobny sposób na zaśniedziały wizerunek naszego kraju. Niby niewiele, ale wierzę, że każdy tego rodzaju głos ma znaczenie.

No więc „jak cho, to cho!”, stawiam się na spotkaniu. Mam przy sobie Książkę do zrobienia. Po kolejnym wykładzie na temat „neutralności” zaczynam wątpić w to, że człowiek, który zaprosił mnie na „kawę/wino”, ją czytał. Przekonuje mnie, że ma ją na swoim biurku, więc postanawiam sprawdzić znajomość tematu. Otwieram książkę na rozkładówce z Francisem Baconem i jego kochankiem. Patrzę znacząco i słyszę, że homoseksualizm trzeba będzie wyeliminować. Wybucham śmiechem i powtarzam „Wyeliminować homoseksualizm?”. Pewnie wiele osób w tym momencie wyszłoby ze spotkania, ale ja zostaję. Na pożegnanie słyszę „No to do roboty!”. Zatyka mnie, ale uśmiecham się, bo tak zostałam wychowana.

Analizuję tę sytuację z zaprzyjaźnionym działaczem LGTB, zdeklarowanym katolikiem, który mówi mi, że orientacja seksualna to rzecz drugoplanowa, że w kontekście, który opisuję, dla niego nie byłoby to kluczowe, więc czuję się jakoś usprawiedliwiona. Chcę wierzyć, że „neutralność” polegająca na odsunięciu niektórych tematów nie jest jeszcze zwykłą homofobią, i biorę się „do roboty”.

Salon poza prawem

czytaj także

Salon poza prawem

Joanna Stryjczyk

Wysyłam konspekt publikacji „Polska zmysłowa”. W kategorii szósty zmysł umieszczam znane miejsca kultu – Jasną Górę, Babią Górę, krakowską synagogę, meczet w Kruszynianach, ale też czakram na Wawelu i Wylatowo dla wyznawców UFO. Jak równo, to równo. Powstrzymuję się przed dodaniem wzmianki o wyznawcach Potwora Spaghetti. Taka autocenzura.

Większość pojęć ma mieć kontekst literacki. W kategorii smak przy haśle „cierpki” mam przed oczami Guguły Wioletty Grzegorzewskiej. Guguły to po częstochowsku niedojrzałe owoce. Kto czytał, ten wie, że ta opowieść ma cierpki smak. Kto nie czytał, ten się dowie, że książka była nominowana do nagrody Bookera, była tłumaczona na język angielski, a zatem świetnie się nadaje do tego, żeby chwalić się nią za granicą. Przy smaku pikantnym dodaję Betty Q – wszak polska burleska! – Anję Rubik i jej #sexedpl – pozytywna seksualność! – ale też Marię Skłodowską-Curie z umysłem ostrym jak habanero! No i Maję Berezowską – właśnie ukazała się jej biografia autorstwa Małgorzaty Czyńskiej, mamy więc nowość wydawniczą.

Własny pokój w hotelu robotniczym [rozmowa z Wiolettą Grzegorzewską]

W dziale poświęconym dźwiękom wymieniam język kaszubski i śląski. Roboczo nazywam je „gwarami”, bo kiedy to piszę, jeszcze nie wiem, że to niewłaściwe określenie. Kupuję Dracha Szczepana Twardocha, żeby móc się do niego odwołać w tym rozdziale, bo uznaję, że tłumaczenie na śląski to wymarzony temat w tej kategorii. Kupuję Kobiety, które walczą… – rozmowy Sylwii Chutnik z polskimi zawodniczkami sportów walki – wpisują się w kategorię „dotyk / twardy”. I są o sporcie, a na to pan Pacześniak naciskał, więc wchodzę w to z otwartością. Lewandowski, Błaszczykowski – ten ostatni założył fundację, a więc mamy też i serce, a jak serce, to i Owsiak. Zielone serce PL? Puszcza Białowieska! Słodki? Hmm, to może kremówki papieskie / słodkie lenistwo / gdzie na majówkę?

Pomysł coraz bardziej mnie cieszy, bo uwielbiam pozornie abstrakcyjne zestawienia i łączenie kropek w kosmosie. Jaka ta Polska może być interesująca – myślę sobie – jak ją można cudownie pokazać. Taka Polska-fusion.

Dunin: „Strŏć mi się, ty drachu”

5 listopada wysyłam konspekt do pana Pacześniaka. Piszę, że zainspirował mnie pomysł Wesa Andersona na wystawę w Kunsthistoriches Museum w Wiedniu (Spitzmaus Mummy in a Coffin) i zamierzam wybrać się do Muzeum Narodowego w poszukiwaniu czegoś na miarę „mumii ryjówki”. Chciałabym, żeby ten subiektywny przewodnik po Polsce miał nowoczesny charakter, wiem, że dziś nie wystarczy mieć świetne muzea czy piękne regiony, ale trzeba umieć je podać w atrakcyjny, zaskakujący sposób, niekoniecznie sięgając po oczywiste skojarzenia. Zdaje sobie z tego sprawę austriackie Kunsthistoriches, zatrudniając reżysera w charakterze kuratora wystawy, czemu więc Instytut Książki nie miałby być równie otwarty i innowacyjny?

7 listopada dostaję odpowiedź i mówię sobie „o kruca fux!”. Pan Jakub wzniósł się na wyżyny kreacji, poczuł flow. Czytam ponownie:

Olu,
poniżej sugestie/uwagi co do zawartości:
tam, gdzie Smak Zwycięstwa:
polskie siatkarki zamieniłbym na siatkarzy: dwukrotni mistrzowie świata w ostatnich edycjach!, najlepszym zawodnikiem mistrzostw Polak – Bartosz Kurek, za Błaszczykowskiego chyba lepiej Boniek, dodałbym Radwańską, pomyślałbym o Kubicy, Gortacie, Czerkawskim, ew. lekkoatletki
w kryminale do Bondy dodałbym jakiegoś mężczyznę: Krajewskiego chyba najlepiej
tam, gdzie Oskary: może jednak ująć „Tango” Rybczyńskiego?
jest Jasna Góra, super!, sukienki – fajny pomysł, ale też może dodać coś o pielgrzymowaniu?
tam, gdzie Sendlerowa i Korczak może dodać Henryka Sławika
tam, gdzie łąka, może dodać Leśmiana
jeśli Małysz, to i Stoch
kolory: Wyspiański z witrażami
zamiast Walewskiej, może inne kosmetyki, bardziej „współczesne”, może ten Inglot

do wykreślenia:
– Tusk
– Twardoch
– festiwal literacki Sopot
– Guguły Grzegorzewska

niekoniecznie, raczej do wykreślenia:
– Betty Q
– Anja Rubik


Poza tym rozważ, proszę, dodanie:
Jan Paweł II
Konie Araby
Bitwa o Anglię
Bocian (dźwięki: bocian, klekotanie + bicie dzwonów kościelnych)
Polska gościnność
Konstytucja 3 maja – 2. na świecie, 1. w Europie
Arcydzieła światowego malarstwa (da Vinci, Rembrandt, El Greco, Memling,
Monet)
Malbork
Niebieski laser, grafen
Westerplatte
Wódka
Solidarność
niezwykła biografia: rtm. Witold Pilecki
owoce morza, ryby morskie i słodkowodne – śledzie, pstrągi itd. (smaki, dotyk: śliska ryba)

no i w związku z tym , że literatów tam powinno być więcej – Nobliści
oprócz Chopina wśród wirtuozów fortepianu Paderewski, może Blechacz
ew. śpiewacy operowi: Kiepura, Beczała

Malbork – myślę – to typowy przykład polskiej architektury… Śliska ryba, wódka, polska gościnność…

Czytam trzeci raz, nadal widzę to samo i nie dostrzegam nigdzie emotikonki „mrugnięcie oczkiem”, a zatem to jest na serio. Zadaję w mailu pytania: dlaczego wykreślamy Grzegorzewską, Twardocha, Tuska, Betty Q, Anję Rubik? Nie dostaję odpowiedzi. Może moje pytania są za trudne? Mama mnie przestrzegała „Dziecko, ty za dużo widzisz”. A kto widzi, ten pyta…

W międzyczasie negocjujemy umowę. Pan Pacześniak wydaje się mieć blade pojęcie o procesie przygotowania publikacji, dając mi 7 dni na opracowanie literackie 32-stronicowej broszury. Bo w międzyczasie z książki zrobiła się broszura.

Pewnie, panie Jakubie (sorry, bro, ale to przejście na ty było przedwczesne), nie bierze pan pod uwagę, że mogę potrzebować więcej czasu, żeby się przygotować, a może uważa pan, że jestem taka wspaniała i mądra, że nie potrzebuję czasu na lektury i research? Podejrzewam niestety brak kompetencji. Wiem przecież z doświadczenia, że napisanie wiersza dla dzieci, przy dobrych warunkach atmosferycznych, z poprawkami, zajmuje czasem kilka dni. A tu dostaję tydzień na opracowanie literackie 32-stronicowej publikacji w dwóch językach!

Propozycja, że opracuję tekst wyłącznie w języku angielskim nie spotyka się z entuzjazmem. Dla przypomnienia: językiem polskim posługują się głównie Polacy, a oni nie są naszym „targetem”. Domyślam się, że chodzi o znajomość języka osób, które mają akceptować projekt. Trudno odnieść się do tekstu, którego się nie rozumie, proponuję więc, że dla ułatwienia przygotuję roboczy przekład na język polski. Jednak to nie wystarcza. Wersja polska nagle z mojej nieśmiałej propozycji zmienia się w punkt obowiązkowy w umowie, z tą drobną różnicą, że polski tekst nie jest już wyłącznie pomocą w zrozumieniu tekstu oryginalnego, a pełnowartościowym zredagowanym dziełem literackim. Dlaczego? Bo tak!

Negocjacje stają się pokrętne – budżet jest, ale nagle z netto robi się brutto. To ciekawe, bo przecież wystarczyło wybrać tańszą opcję, zamiast w pokrętny sposób, smutnym głosem oznajmić, że „no wiesz, to będzie brutto”. Trzy warianty, trzy opcje cenowe – było z czego wybierać! Później znika parę tysięcy, pod pretekstem zmniejszenia objętości o kilka stron… Ku mojemu zdumieniu udaje się te pieniądze odnaleźć – pod warunkiem, że wezmę na siebie wszystko włącznie z tłumaczeniem, redakcją, opracowaniem literackim, graficznym, ilustratorskim, przygotowaniem do druku, proofreadingiem i korektą. Dla mnie to nie kłopot, ale na wykonanie tego potrzebuję minimum trzech miesięcy i kilku osób do współpracy, którym będę musiała zapłacić, co wydaje się dla pana Pacześniaka dużym zaskoczeniem. Widać mamy nie tylko różne poglądy, ale też inne standardy pracy.

Szybowicz: Autokompromitacja agresywnych luzaków

Dostaję w końcu obiecany projekt umowy, który nie pozostawia złudzeń co do terminu. Przecież trzeba rozliczyć projekt do końca roku! Trzeba wydać pieniądze! Patrzę na umowę, a właściwie karykaturę umowy, skleconą na kolanie, i mam do wyboru: wysmażyć knota za 30 tysięcy brutto w cztery tygodnie i wyjechać na zawsze do Honolulu, by tam spalić się ze wstydu, albo postukać się w głowę i to samo zasugerować panu Pacześniakowi. Wybieram drugą opcję. Odpowiadam: „Podpisuję się pod tą publikacją własnym nazwiskiem, więc jakość jest dla mnie najważniejsza. A do tego potrzebny jest czas i skupienie”. Załączam harmonogram z realnymi terminami, ale nikt się już do tego nie odnosi. Ustalenia, które były opcjonalne (dwa języki), stają się nagle warunkiem koniecznym, pomimo naglącego czasu kontakt z panem Pacześniakiem jest dość spowolniony.

Dostaję odpowiedź:

Olu,
projekt zostaje odłożony do realizacji „na spokojnie” w innym terminie,
być może także w innym kształcie.
W tym podejściu wchodziły w rachubę tylko realizacja i rozliczenie przed 31 grudnia 2018, innej perspektywy czasowej nie ma. Finansowej też nie.
Dziękuję za poświęcony czas.
Pozdrawiam,
Jakub

A więc pracowałam za „dziękuję”! Serio? A więc to był tylko taki żart, a nie umowa? Konsultuję się z przyjacielem, który prowadzi duże projekty jako organizator festiwalu. Znajdując się w sytuacji podobnej do Instytutu, czyli jako zamawiający, był zobligowany przez własnego radcę prawnego do wypłaty odszkodowania artyście, z którym umowa nie została podpisana pomimo zaangażowania czasowego w projekt. Skoro tak poradził mu prawnik, nabieram śmiałości, by upomnieć się o „rejection fee”, rekompensatę finansową za poświęcony czas. W cywilizowanym świecie to żadna nowość. W odpowiedzi dostaję pouczenie, że zostałam poinformowana, jakie są warunki, że sama się wycofałam i na koniec deser w postaci nagany: „Ton Twoich ostatnich wiadomości skierowanych do mnie pozostawia wiele do życzenia. Nie zachęca do współpracy na przyszłość”.

Piszę maila do dyrektora Instytutu, ale dostaję tylko odpowiedź radcy prawnego, Jakuba Michalskiego, że przecież niczego nie kupili, więc nic mi się nie należy. „Powstałe w czasie trwania uzgodnień projekty czy koncepcje zostały opracowane z Pani inicjatywy” – czytam. Doprawdy?

Chciałabym podsumować ten tekst prostą zabawą:
O czym to jest?
1. O etyce zawodowej?
2. O cenzurze prewencyjnej i jedynie słusznej linii promocyjnej Polski?
3. O relacji pan – chłop pańszczyźniany?
4. O polskiej tradycji?

Jeśli wybierasz odpowiedź

nr 1: Masz rację! Wygrałaś / wygrałeś! Ale niestety nagroda jest fikcyjna. Żadne umowy nie obowiązują, a na pewno nie dżentelmeńskie, bo przecież do tego potrzeba dżentelmenów, a ja jestem kobietą.

nr 2: Wow! Dużo widzisz, jak się z tym czujesz? Może widzisz za dużo? Może jeszcze możesz o tym mówić, ale jak długo? Na Węgrzech nie jest już tak wesoło.

nr 3: To my! Pracownicy fabryk, można nas doić, bo tak się boimy o to, żeby mieć na spłaty kredytów, że nie zaryzykujemy mówienia o tym, co widzimy, wolimy raczej posłusznie zlać się z tłumem, zalać Weltschmerz wódką, zagryźć śliską rybą, byle się nie wychylać ze strachu przed utratą posady albo ministerialnego wsparcia. Witamy w naszym klubiku pod podłogą.

nr 4. A czym jest nasza tradycja? Z całym szacunkiem dla osób głęboko uduchowionych – naszą tradycją jest ignorancja wysmażona na głębokim tłuszczu Kościoła katolickiego, w posypce mizoginii i bigoterii. Bingo!

Póki co mamy jeszcze złoty róg, ale zaraz może się skończyć na niego dofinansowanie. Trzeba będzie przecież dobudować dzwonnicę do państwowej świątyni opatrzności, żeby dźwięk dzwonów kościelnych niósł się nad łąką pełną białych, heteroseksualnych bocianów. A nie, mamy zimę, a więc jednak bałwanów.

PS Zaprezentowane maile do wglądu redakcji

Kultura nas wyleczy

**
Aleksandra Cieślak (1981) – autorka tekstów, ilustratorka, graficzka. Absolwentka Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Tworzy książki autorskie dla dzieci (Od 1 do 10, Co wypanda, a co nie wypanda, Co by tu wtrąbić, Koala disco, Świńska książeczka, U fryzjera) oraz dla dorosłych (Love Story, Złe Sny). Za wydaną przez wydawnictwo Dwie Siostry Książkę do zrobienia otrzymała wyróżnienie Bologna Ragazzi Award for Art Books. Trzykrotnie nominowana do Astrid Lindgren Memorial Award (2016, 2017, 2018). W swoim dorobku ma również psychodeliczny dramat Tit Anik (wyd. TR, Nowa Dramaturgia 11). Strona internetowa autorki: aleksandracieslak.pl/

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.