Czytaj dalej

Polityka dziewictwa

Dlaczego kobietą można się stać tylko przez penetrację ze strony mężczyzny?

Mogę umrzeć

Jednego z najmocniejszych lekturowych wrażeń dostarczył mi czytany w wieku nastu lat Szklany klosz Sylvii Plath. Konkretnie scena utraty przez bohaterkę dziewictwa. Dobrze zapamiętałam chłodny, ironiczny ton pierwszoosobowej narracji, świadomie powzięty plan, postaranie się o pesarium, obcego faceta wybranego tylko do tego celu, by nie mieć z nim już więcej żadnych kontaktów. Potem nic specjalnego, ból i krew. Dużo krwi, przesączającej się przez kolejne ręczniki. Drogę taksówką do szpitala, konieczność chirurgicznego zatamowania krwotoku. Lekarza mówiącego, że to bardzo rzadki przypadek. Czułam, że ta dziewczyna może umrzeć. Że ja mogę umrzeć. Krew nieprzestająca płynąć z TEGO miejsca napawała mnie grozą.

Nie sądzę, żeby za moje czytelnicze emocje odpowiadał kontrast z kontekstem katolickim. Z okresu dorastania na polskiej prowincji lat 80. i 90. nie pamiętam nakazu zachowania „czystości przedmałżeńskiej” jako dominującej narracji głoszonej przez konkretnych egzekutorów – raczej jako rozmyte tło, choć nieomawiane, jakoś wiadome, ale chyba traktowane niespecjalnie poważnie. Racjonalna kontrola, jakiej Esther poddała deflorację, przykuła moją uwagę raczej w zestawieniu z ważniejszą, bardziej zinternalizowaną narracją romantyczną. Również finał przedsięwzięcia, przypadkowy, enigmatyczny, naturalistyczny, odbiegał od tej podporządkowanej wielkim sensom matrycy.

Przypomniałam to sobie ostatnio, czytając pasjonującą książkę Anny Zawadzkiej Ten pierwszy raz. Konstruowanie heteroseksualności. Wróciłam nawet do Szklanego klosza i znów pochłonęłam go jednym tchem, stwierdzając przy okazji, że nie zapamiętałam innych drastycznych, acz oszczędnych epizodów: obserwowanego przez bohaterkę porodu, prawie gwałtu, który grozi jej na randce, i elektrowstrząsów. W głowie utkwiła mi głównie utrata dziewictwa i (już słabiej) próba samobójcza. Zawadzka wyjaśnia mi między innymi tę wybiórczość pamięci.

Dziewictwo jako polityczny konstrukt

Autorka, pozostając wrażliwa na „kobiece rozterki”, traktuje dziewictwo i jego utratę jako konstrukt służący politycznym celom, przede wszystkim reprodukcji relacji władzy. Z tym wydarzeniem łączy się wiele narzuconych znaczeń i olbrzymia presja. To rzekomo punkt zwrotny, mający wpływ na całe przyszłe życie. Nic dziwnego, że takie wrażenie zrobiła na mnie historia Esther, która próbuje tego mechanizmu uniknąć i w ogóle zbagatelizować kwestię „cnoty”, a którą własne ciało zdradza, wystawia na biologiczne ryzyko i zmusza do szukania ratunku u eksperta.

Zawadzka ujawnia centralną pozycję tematu w kulturze patriarchalnej. W akcie defloracji – jak twierdzi potoczna frazeologia – dziewczyna „staje się kobietą”. Ma on wytworzyć heteroseksualność i kobiecość jako nieautonomiczną podmiotowość. Dlaczego kobietą można się stać tylko przez penetrację ze strony mężczyzny?

Dlaczego inne zachowania seksualne, auto- i homoerotyzm nie są uważane za utratę dziewictwa? Może samo dziewictwo jest możliwe tylko w uniwersum patriarchalnym i heteroseksualnym?

Dlaczego inne zachowania seksualne, auto- i homoerotyzm nie są uważane za utratę dziewictwa? Może samo dziewictwo jest możliwe tylko w uniwersum patriarchalnym i heteroseksualnym? Te i inne pytania Zawadzka formułuje w oparciu o antropologiczną interpretację wielu tekstów: wywiadów z kobietami, wypowiedzi eksperckich (medycznych, religijnych, prawnych), utworów literackich i filmów, przekazów medialnych, graffiti itd. Z tego wszystkiego wyłania się „normatywny patchwork”, wielość norm o zbliżonej prawomocności, z którymi dziewczyna musi sobie jakoś poradzić. Bo choć mianownik jest wspólny – mężczyzna jednym pchnięciem jednym narządem w jedno miejsce wytwarza heteroseksualną, podległą kobietę – budowane wokół tego kultury mogą się diametralnie różnić. Piętnowana bywa zarówno przedwczesna, jak i zbyt późna inicjacja.

Stuletnia dziewica

O tym drugim dowiedziałam się mniej więcej wtedy, kiedy czytałam powieść Plath. Z piosenki zespołu Big Cyc Dzieci Frankensteina. W moim normatywnym patchworku to bardzo jaskrawa łata:

W święto kobiet raz złapali
stuletnią dziewicę.
W piaskownicy zakopali
aż po same cyce.
Kwiczała, piszczała,
ślepia wyszły na wierzch.
Dzielnicowy ją wykopał
o północy prawie.

Skrzyżowanie punku z Pomarańczową Alternatywą, które właśnie się skomercjalizowało, postanowiło mi zakomunikować, że nadmierna cnotliwość to obciach, przedmiot niewybrednych żartów pewnych siebie byczków. Że muszę się śmiać razem z nimi, bo inaczej będę niefajna.

Ciekawe, że męska wersja przechodzonego dziewictwa może być umieszczona jeśli nie w samym centrum, to blisko centrum narodowego mitu.

Nawet domieszka śmieszności jej nie szkodzi. Myślę o Sienkiewiczowskim Podbipięcie i jego ślubach czystości złożonych na ołtarzu ojczyzny. To postać zarazem komiczna (taki wielki, penisa pewnie też ma wielkiego, a taki niewinny) i wzniosła. Mam nawet wrażenie, jakby Sienkiewicz specjalnie dodawał mu komizmu, żeby udowodnić, że niczego to nie zmieni. Wzniosłość wzmaga jeszcze śmiertelna penetracja bisurmańskimi strzałami na wzór św. Sebastiana, choć w Trylogii rzeźnicko, bez cienia wzniosłości, penetrowani są zazwyczaj (wbijani na pal) wrogowie. Ta kaźń godzi nie tylko w ich życie, ale też w coś cenniejszego – w ich męskość. Pan Longinus umiera spenetrowany, nie spenetrowawszy, i co? I nic. Staje się narodowym świętym. Nikt się z niego nie śmieje.

Zawsze nie tak

O tym moim śmiechu z piosenki Big Cyc, oznaczającym identyfikację z zawstydzającym, Zawadzka też pisze, jako o jednej ze strategii radzenia sobie z normą. Bo trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby uniknąć wstydu nienormatywności. Norma, definiowana przez swoje granice, obrzeża, nigdy przez pozytyw, może się zawsze obrócić przeciwko dziewczynie. To puste miejsce o funkcji kontrolnej. „Ten pierwszy raz” jest więc zawsze nie taki, jak być powinien. Za wczesny, za późny, z niewłaściwym facetem, w niewłaściwym miejscu, okolicznościach, z nie takimi wrażeniami i emocjami, z jeszcze gorszymi skutkami towarzyskimi. Stąd ulga części respondentek Zawadzkiej, kiedy już miały to za sobą i mogły zapomnieć.

Dziewczyny zmuszone do szukania normy, obserwujące same siebie ze względu na normę, starają się, stwierdza antropolożka, w pełni kontrolować wydarzenie, zaaranżować je i przeprowadzić, minimalizując ryzyko.

Najbardziej uderzająca jest chyba strategia jednorazowego użycia mężczyzny.

Ten manewr – który już Esther w Szklanym kloszu wydał się najlepszym rozwiązaniem – pozwala odebrać aktowi znaczenie, które jest mu natarczywie przypisywane, i uniknąć konsekwencji towarzyskich, czyli degradującej anegdoty, jaka mogłaby powstać, w razie gdyby coś poszło nie tak. A wiadomo, że pójdzie nie tak. Bo „tak” to miraż. Książkę kończy rozdział o innych możliwych strategiach oporu, odmowy udziału w heteronormatywnym rynku seksualnym: gender bending, celibacie i lesbianizmie rozumianych jako wybór polityczny.

Odwilż dziewic

Mnie jednak zafrapowała wyłaniająca się z książki Zawadzkiej możliwość opowiedzenia przynajmniej niektórych epizodów z najnowszej historii przez pryzmat narracji o dziewictwie. Ich zagęszczenie nastąpiło na przykład w drugiej połowie lat 50. Zaczynały się długie lata 60. z ich rewolucją seksualną i drugą falą feminizmu. Powieść Plath, wydana w 1963 roku, napisana w 1961 na kanwie wydarzeń z 1953, już z nimi współgrała.

W Polsce była odwilż, która, choć nastąpiła z innych powodów, przypominała trendy w kulturze zachodniej. Zawadzka pisze o jednym z najważniejszych tekstów tego okresu – opowiadaniu Ósmy dzień tygodnia Marka Hłaski z 1956 roku, którego bohaterka, podobnie jak Esther, próbuje przejść przez inicjację seksualną na własnych warunkach. Przez cały czas wisi nad nią groźba gwałtu, jakby dziewictwo przyciągało nieszczęście, było wiadomym dla każdego symptomem, prowokującym napastliwe spojrzenia, słowa i gesty. Wszyscy ordynarnie komentują seksualność Agnieszki, ponieważ się jeszcze nie zaczęła.

Napięcie wokół „tego pierwszego razu” stało się też ważnym elementem ówczesnej powieści dla dziewcząt. Gatunek powstawał w nowoczesnej formie po przedwojennym okresie pensjonarskim i stalinowskiej prohibicji na dziewczęcość. Zanim wykrystalizował się późniejszy typ bohaterki, która jest zbyt wyemancypowana, by uprawiać seks i ryzykować ciążę, pojawiło się wiele powieści o dziewczynach słabo, niemal wcale sobą nie zarządzających i w związku z tym dość przypadkowo tracących dziewictwo lub bezładnie ku temu zmierzających. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że w dydaktycznym bądź co bądź gatunku nie spotykało ich jednoznaczne potępienie.

Zaskakująca jest na przykład historia Uli w Tancerzach Elżbiety Jackiewiczowej (1961). Autorka została ostatnio przypomniana przez Piotra Nesterowicza jako teoretyczka totalitarnego wychowania, uzasadniająca wpajanie dzieciom „nienawiści do wrogów ludu”. Na początku powieści Ula jest porządną dziewczyną, która nie ulega dążącemu do inicjacji Pawłowi, chociaż go kocha i pożąda. Opiera się nie z powodów zasadniczych, a z tchórzostwa. Bohaterowie rozstają się w gniewie i dalszy ciąg fabuły ma doprowadzić do ich ponownego spotkania poza ciasnymi rolami mężczyzny, który wywiera presję, chce zdobyć, i kobiety, która broni „marynowanej cnoty”. Jednym punktem odniesienia jest seksualnie wyzwolona Magda, którą działająca na korzyść mężczyzn ideologia nowoczesności czyni nieco zbyt dostępną, drugim – prowincjonalna Dzidka, też zbyt uległa, ale z powodów tradycjonalistycznych – traktująca utratę dziewictwa jako podpisanie kontraktu małżeńskiego, oddająca się natychmiast prestiżowemu kandydatowi na męża.

Ula zaczyna życie seksualne ze Zbyszkiem, nikim specjalnym, którego jednak pożąda. Pożądanie sprawia, że traci nad sobą władzę. Chyba głównie dlatego Ula zgadza się wreszcie z perswazją Magdy: nie broń się, bo się zakochasz, nie zamierzasz chyba umrzeć jako dziewica, więc dlaczego nie on? Nafaszerowana mitem wielkiego przełomu Ula ze zdumieniem stwierdza, że po fakcie nic się nie zmieniło. To nie do końca prawda – dziewczyna odczuwa ulgę zrzucenia kulturowej presji i odkrywa przyjemność seksualną. Wyznaje też Zbyszkowi, że go lubi. On z mieszaniną zawodu i podziwu nie może nie zauważyć: „ty jesteś mimo wszystko niezdobyta. Nie jesteś moją własnością, moją rzeczą. Jesteś dalej sobą, kimś ode mnie niezależnym… I to mnie doprowadza do wściekłości!”. To, co miało być – jak pisze Zawadzka – wytworzeniem zależnego kobiecego podmiotu, doprowadziło do emancypacji.

Dwa przełomy

Nieźle, jak na doktrynerkę socjalistycznego wychowania, prawda? W ogóle nieźle. Po przełomie politycznym 1989 roku bohaterki powieści dla dziewcząt znów zaczęły tracić dziewictwo, jednak nie chodziło o przekroczenie paradygmatu, lecz o zajście w ciążę, której (szybko dojrzewając do macierzyństwa i ciesząc się jego prestiżem) nie będą chciały przerywać. Również pod tym względem przełom 1989 roku wydaje się mniej ważny, słabszy niż przełom 1956 roku. Wówczas patriarchat drżał i pękał, co wywoływało ostrą reakcję. „Nasz” przełom konserwował już i tak bardzo zakonserwowaną kulturę.

Jedna z najważniejszych fabuł epoki zawiera – oczywiście – wątek dziewictwa. Ale tracąca je dziewczyna jest w najbardziej dosłowny sposób przedmiotem wymiany między mężczyznami.

Okazuje się, że macho Hłasko potrafił oddać perspektywę narracji dziewczynie, a macho naszej epoki jest od tego jak najdalszy.

Na pierwszym planie Psów Pasikowskiego (1992) nowa zbrodnicza władza konstytuuje się na gruzach starej zbrodniczej władzy, a na nieco dalszym rozgrywa się między mężczyznami sprawa dziewictwa/kurewstwa Angeli, dziewczyny z domu dziecka, niczyjej, a więc należącej do każdego. Inteligent (studia prawnicze) Franz traktuje ją jak dziewicę, choć ona mówi, że spała „z tymi wszystkimi facetami”. Dopiero zdruzgotany masakrą kolegów nagle przestaje ją traktować jak dziewicę, ale wtedy ona okazuje się rzeczywiście dziewicą, jakby jego szacunek przywrócił jej czystość. Nie tykał jej, więc stała się nietknięta.

Prostak (mechanik samochodowy) Olo mówi o niej „nikt, kurewka taka”, gdy Franz szarmancko otwiera przed nią drzwi samochodu. Potem traktuje zgodnie z obelgą i robi z niej kurwę. W tej opowieści 40-letni cyniczny ubek jest wrażliwym, naiwnym rycerzem, który poszukuje miłości i chce przywrócić obłąkanemu przemocą i chciwością światu ład moralny, a siedemnastolatka kurwą, chyba że on postanowi inaczej. W finale pierwszy plan zostaje ostentacyjnie zastąpiony przez istotniejszą sprawę czystości Angeli. Olo próbuje się usprawiedliwiać, dowodzić, że nie dopuścił się zdrady politycznej. „Pierdolisz” – słyszy, ale nie o polityczne pierdolenie chodzi. Wszyscy znamy dalszą część dialogu.

Szkoda, że nie wrył nam się w pamięć jakiś inny dialog, innej założycielskiej fabuły. Toczony między kobietami, które kontestują patriarchalny mit dziewictwa. Pewnie zupełnie gdzie indziej byśmy dziś byli. Na opór nigdy jednak nie jest za późno, a książka Zawadzkiej to świetny przewodnik.

Anna Zawadzka, „Ten pierwszy raz. Konstruowanie heteroseksualności”, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 2015

Zakonnice-Odchodza-po-Cichu-Marta-Abramowicz

**Dziennik Opinii nr 258/2016 (1458)

Bio

Eliza Szybowicz

| Krytyczka literacka

Polonistka, współautorka (z Przemysławem Czaplińskim, Maciejem Lecińskim i Błażejem Warkockim) Kalendarium życia literackiego 1976-2000. Publikuje teksty o książkach i filmach na łamach internetowych i papierowych, m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Dwutygodniku” i „Czasie Kultury”. Prowadzi blog poświęcony peerelowskiej powieści dla dziewcząt: nietylkomusierowicz.wordpress.com. Interesuje się współczesnymi przedstawieniami i zastosowaniami PRL-u.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.