Czytaj dalej

Olga Wróbel: Kobiece biografie bez klisz

Czyli jak uciec od stereotypów rodem z „prasy kobiecej”.

Za życia tkwiące na marginesach, w cieniu słynniejszych partnerów lub współpracowników, lekko przygniecione szklanym sufitem z napisem „sztuka kobieca”. Dziś powoli przebijające się do szerszej świadomości za sprawą wytrwałych biografów, biografek, kuratorów i kuratorek: Katarzyna Kobro, Alina Szapocznikow, Stefania Wilczyńska. Do księgarń trafiły właśnie poświęcone im książki.

Na wstępie zaznaczam, że w tym tekście wymienione kobiety nie do końca interesują mnie jako osoby – z biograficznych opowieści nie chcę rekonstruować teraz zagubionej Kobro, zmysłowej Szapocznikow i obowiązkowej Wilczyńskiej. Tematem felietonu są książki i sposoby opowiadania zapomnianych życiorysów bohaterek.

Wróżby ze zdjęcia nastolatki

Katarzyna Kobro (urodzona jako Katia von Kobro) umiarkowanym laikom znana jest zapewne z ikonicznego zdjęcia, na którym stoi obok męża, Władysława Strzemińskiego, w minimalistycznym nakryciu głowy przypominającym pływacki czepek (z nimi stoi także Julian Przyboś, często wycinany z tej fotografii, portret podwójny patrzących w jedną stronę artystów ma zdecydowanie mocniejszą wymowę). Rzeźbiarka, abstrakcyjne formy przestrzenne, awangarda, Łódź, podporządkowanie mężowi, który miał zwyczaj bić ją inwalidzką kulą. Koniec skojarzeń. Problem polega na tym, że po lekturze książki Małgorzaty Czyńskiej Kobro. Skok w przestrzeń artystka nadal całkowicie rozmywa się w tych kliszach. Gdybym miała powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, wskazałabym dwie przyczyny: brak sprofilowania tej biografii i brak ciekawych źródeł.

Małgorzata Czyńska, Kobro. Skok w przestrzeń, Czarne 2015

Mamy tu do czynienia ze skokiem w przestrzeń nieokreślonych oczekiwań „przeciętnych czytelników”. Wydaje się, że zamysłem autorki było maksymalne przybliżenie postaci Katarzyny Kobro i prądów dynamicznej epoki, w której żyła. Wychodzi z tego opowieść lekko naiwna, przypominająca rozpisany na 250 stron artykuł z sobotnich „Wysokich Obcasów”, typ: „ciekawa kobieta i jej życie”.

Nie przepadam za biografiami, których autorzy interpretują zdjęcia, tworzą ekspresyjne opisy na podstawie nikłych przesłanek. „Czternastolatka na zdjęciu jest opalona, potargane włosy wiją się wokół jej twarzy. Marynarska bluzka bynajmniej nie nadaje jej wyglądu grzecznej pensjonarki. Warkocz przerzuciła przez ramię, ujęła się pod boki i patrzy spode łba. Od razu widać – buntowniczka”. Czemu służy taki pasaż? Po co wróżby się ze zdjęcia nastolatki? W późniejszej historii Kobro (opowiadanej przez Czyńską) tego buntu widać mało – oczywiście, wybór artystycznej drogi zamiast rodzenia dzieci w mieszczańskim małżeństwie, związek ze Strzemińskim, wyjazd do Polski, w której Rosjanka z niemieckim „von” przed nazwiskiem zawsze była co najmniej podejrzanym elementem. Życie Kobro i jej twórczość w tej biografii giną. Dowiadujemy się za to trochę o rewolucji w Rosji, o źródłach, z których czerpała rosyjska awangarda, o Bauhausie, o teoretycznych podwalinach grup, do których należała rzeźbiarka. To, co udało się znakomicie Monice Talarczyk-Gubale w książce Wanda Jakubowska. Od nowa – splecenie tła historycznego z mocno zindywidualizowanymi momentami twórczości reżyserki – tutaj zawodzi. Otrzymujemy osobno tło, a osobno Kobro. Dlaczego wybrała rzeźbę? Dlaczego tworzy z takich, a nie innych materiałów? Jaka jest recepcja jej dzieł? Jak wygląda jej twórczość w kontekście innych artystek polskich tego okresu? Trudno powiedzieć, te informacje przepadają w ogólnym obrazie awangardowej sztuki w międzywojennej Polsce, promowanej przez Strzemińskiego.

Brakuje autorskiej refleksji nad twórczością Kobro – czasami autorka przypomina sobie, że jest jeszcze sztuka! Trzeba coś powiedzieć o sztuce, i to o tej, konkretnej!

I nagle dowiadujemy się, że „Giedion-Welcker pisała, że kompozycje Gonzaleza, Kobro i Billa można nazwać bliskimi sobie. Ich heterogeniczne elementy stapiają się w nowej artystycznej jedności. Zaś, jak zauważyła, definitywnie określone, architektoniczne granice rzeźb stopniowo przechodzą w stan, który można określić jako irracjonalny”. Hm.

Po przeczytaniu tej książki mogę powiedzieć o specyfice rzeźb Kobro tyle co do tej pory – niewiele. W biografii, która miała „odzyskać” Kobro i pokazać ją jako indywidualność, a nie żonę charyzmatycznego męża, takie podejście wydaje się nie do końca szczęśliwe. Co więcej, można zaryzykować stwierdzenie, że Strzemiński znów kradnie żonie przedstawienie – jest wprawdzie odmalowany jako kiepski mąż, uciekający od płaczącego, chorowitego dziecka, skupiony na swojej twórczości i budowaniu pozycji, porzucający żonę w nędzy, ale z drugiej strony z narracji Czyńskiej przebija pewien podziw dla jego witalności i siły, demonstrowanych z upodobaniem mimo poważnego kalectwa. Najdziwniejszy w tej książce jest moment, kiedy Kobro dyskretnie umiera, a opowieść toczy się dalej – żyje przecież Strzemiński, jego też trzeba odprowadzić biograficznym spojrzeniem do samego końca.

Skąd taki problem w przestawieniu artystki? Być może bierze się on z doboru źródeł. Żałuję, że autorka nie poświęciła tej kwestii chociażby jednego akapitu. Zamieszczona na końcu bibliografia jest wprawdzie obfita, ale mnie interesują źródła bezpośrednio związane z artystką. Korespondencja – zachowała się czy nie? Osobiste zapiski, wzmianki w pamiętnikach, korespondencja osób trzecich w której pojawia się Kobro? Tego wszystkiego brakuje i jako czytelniczka nie wiem, czy dlatego, że do takich materiałów nie da się zdobyć, czy po prostu nie ma ich w tej książce. Pozostaje tylko legendarny zeszyt Kobro, na którego publikację nie zgadza się rodzina, i książka Niki Strzemińskiej o trudnym związku rodziców (Czyńska z jednej strony dystansuje się do tej relacji jako zbyt osobistej i pełnej przekłamań, z drugiej – obficie ją cytuje). Bazując na skromnym materiale, Czyńska musi dopisywać, zgadywać, interpretować – być może dlatego Skok w przestrzeń wypada słabo, niespójnie.

Czy dało się napisać tę książkę inaczej? Dobrym tropem wydaje się opublikowana w zeszłym roku praca Ślady nieobecności, w której Anna Marchewka mierzy się z lukami w życiorysie Ewy Szelburg-Zarembiny, tworząc opowieść zarówno o autorce, jak i o poszukiwaniu śladów po niej i przyczynach ich zatarcia.

Bez klisz i wytrychów

Marek Beylin jest z wykształcenia historykiem sztuki. To widać w wydanej przez Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie biografii Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow. Autor zgrabnie omija mielizny, które zatopiły okręt Małgorzaty Czyńskiej. Prawdopodobnie ma łatwiejsze zadanie ze względu na bogatą dokumentację życia i twórczości rzeźbiarki (patrz: fascynujące listy do Ryszarda Stanisławskiego, wydane również przez Karakter). Jednak tkwię na niewzruszonej pozycji wymagającej czytelniczki – nie interesuje mnie, z czego lepił autor, oceniam efekt końcowy. W tym wypadku jest on bardzo dobry. Tło historyczno-społeczne zostaje mocno złączone z konkretnymi realizacjami w twórczości Szapocznikow. Doświadczenia z getta i obozu koncentracyjnego, powojenna emigracja do Pragi, lata w Paryżu, duchowej mekce polskiej inteligencji, fascynacja komunizmem i powrót do Polski w 1951 roku – wszystkie wydarzenia składają się na jasny, konsekwentny życiorys odbity w twórczości.

Marek Beylin, Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow, Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej 2015

Przed tą lekturą o Szapocznikow wiedziałam równie mało co o Kobro. Znajomość polskiej rzeźby nigdy nie była moją mocną stroną, co stanowi dobrą pozycję startową do lektury obu biografii. Po prawie 300 stronach książki Beylina mam w głowie klarowny obraz Szapocznikow, przy czym na szczęście nie jest to obraz składający się z klisz na temat jej wyglądu i tego, co sugeruje uśmiech na takim zdjęciu, a co zmarszczenie brwi na innym. Chociaż we wstępie zapowiadałam, że nie interesuje mnie aż tak bardzo persona wyłaniająca się z biografii, w tym przypadku nie umiem oprzeć się fascynacji konsekwentną, obsesyjnie pracowitą rzeźbiarką, jej umiejętnością godzenia świata sztuki ze światem, w którym tę sztukę trzeba promować, i artystycznych poszukiwań ze szczęśliwym życiem rodzinnym.

Co ważniejsze, Beylin wpisuje Szapocznikow w szerokie tło sztuki tamtego okresu, sprawnie niuansując płaszczyzny. Widzimy Szapocznikow jako rzeźbiarkę pośród rzeźbiarzy, artystkę nurtu socrealistycznego zmagającą się z ideologicznymi ograniczeniami, w starciu z kształtującym się rynkiem sztuki w coraz większym stopniu zależnym od prywatnych sponsorów i kolekcjonerów, wreszcie – w subtelnej grze z etykietką „sztuki kobiecej”, jaką prowadziła Szapocznikow „uwodząca społeczeństwo przyzwyczajone do dyskryminowania kobiet” (ale niestarająca się rozsadzać jego ram). Jest cała panorama twórczyń kobiecych tego okresu, malarek, rzeźbiarek, performerek, zaznaczone punkty, w których ich działania zbiegają się ze sztuką Szapocznikow i w których znacząco się różnią. Beylin jest zresztą wzorowo czujny w kwestii zdań-wytrychów, którymi opisywane są często parające się sztuką kobiety. „Drobna kobieta i dwutonowa bryła marmuru”, sztuka kobieca jako sztuka gorsza, tworzona za pomocą zmysłów, instynktu, podrzędna wobec intelektualnej twórczości mężczyzn (szczególnie dostaje się Mieczysławowi Porębskiemu – Beylin pisze: „Szapocznikow jest u niego tak związana z naturą, że całkowicie odjęta intelektowi i światowi społecznemu. Duch czasu i tym razem okazał się silniejszy niż świetne umysły”). Takich klisz u Beylina nie znajdziemy. Brawo.

Beylin potrafi opowiadać nie tylko o samej Szapocznikow, ale także o jej rzeźbach, polemizując czasem z interpretacjami innych krytyków, wskazując przeoczone za życia artystki tropy, przyczyny nieporozumień w odbiorze.

Co więcej, umie w bardzo ciekawy sposób mówić o technologii: odlewach, obróbce, słabej jakości materiałach w PRL-u, korodujących wewnątrz glinianych rzeźb stalowych prętach, o błędach w rzemiośle, które popełniała artystka. W biografii Kobro bardzo tego brakowało. Tutaj czytelnik zostaje nie tylko z wyraźnym obrazem Szapocznikow, ale też z przystępną analizą jej konsekwentnie odkrywanej na nowo twórczości. Biografia w odsłonach zamiast pedantycznego studium życia – tak Beylin nazywa swoją metodę w posłowiu. Nie mam zastrzeżeń.

Znacząca pustka

Pani Stefa Magdaleny Kicińskiej jako jedyna z tego zestawu wydana jest w serii „Reportaż” i to już jest pewien trop. Autorka pisze nie tyle o samej Stefanii Wilczyńskiej, która wraz z Korczakiem prowadziła przez blisko 30 lat Dom Sierot na Krochmalnej i była w równym stopniu co „Stary Doktor” odpowiedzialna za wyjątkowość tego miejsca, co stara się odnaleźć kierowniczkę w rozsianych po świecie wspomnieniach jej wychowanków, w listach, świadectwach, dokumentach. Tutaj nie ma autorskiej inwencji. Nie ma miejsca na interpretację i dopisywanie. Wszystko jest udokumentowane, o Wilczyńskiej mówi Kicińska tylko tyle, na ile pozawalają źródła, do których dotarła. Ciekawym zabiegiem jest podział na „wiadomo” – „nie wiadomo”. Te wyróżniki pojawiają się w tekście wielokrotnie, oddzielając to, co pewne, od tego, co mogłoby pomóc w oświetleniu bohaterki, ale niestety pozostaje tylko w sferze domysłów, jako niepewny kontekst (dlaczego Stefania przerwała zagraniczne studia? Skąd decyzja o podjęciu kursu pedagogicznego?).

Pani-Stefa

Magdalena Kicińska, Pani Stefa, Czarne 2015

Czytelnik musi wykonać wysiłek samodzielnego przetrawienia tego, co znalazła Kicińska, i wyciągnięcia wniosków. Przyznaję, że momentami narracja autorki wypada blado i surowo – szczególnie jeżeli ma się w pamięci świetną, soczystą książkę Joanny Olczak-Ronikier Korczak. Próba biografii (w której Wilczyńska pojawia się także, już jako istotna postać, a nie jedna z pracownic sierocińca).

Ale ta pustka, niezapełniona chaotycznymi opisami, których pełno w biografii Kobro, jest znacząca i skłania do refleksji.

Dlaczego po Wilczyńskiej zostało tak niewiele? Dlaczego przez lata była całkowicie pomijana nie tylko w opowieściach o Krochmalnej, ale także w relacji o marszu sierot na Umschlagchplatz, podczas gdy Korczak (wprawdzie właśnie jako Janusz Korczak, a nie Henryk Goldszmit) stał się legendą, a jego metody wychowawcze wzorem (niedościgłym) postępowania z dziećmi? Kilkukrotnie pada w książce stwierdzenie, że Korczak był dla dzieci jak matka, a Wilczyńska pełniła podwójną rolę: zarówno „męską” jako zarządzająca nieprawdopodobnie skomplikowanym i zawsze zbyt małym budżetem sierocińca, letniska, gospodarstwa na Gocławiu, jak i tradycyjnie niedocenianą, „kobiecą”, związaną z codzienną krzątaniną, doglądaniem kuchni, szwalni, skupioną na potrzebach konkretnych wychowanków. Czy dlatego jej działania pozostały przez tyle lat na marginesie dorobku Korczakowskiego? Władza i autorytet słabo pasują do kobiet, to przekonanie pokutuje do dziś w niektórych dyskursach, zostawmy je lepiej w całości po stronie Korczaka. Natomiast doglądanie dostaw ziemniaków i podliczanie wydatków nie zasługuje na laurkę. Zapisuję po stronie „nie wiadomo”.

Miałam przecież nie interpretować, tylko skupić się na technikach pisarskich. Jednak na tym właśnie polega siła surowej narracji Kicińskiej. Tę książkę trzeba uzupełnić własnymi emocjami – pasaże korespondencji Wilczyńskiej z Fajgą Lifszyc, ulubioną wychowanką mieszkającą w palestyńskim kibucu, budzą je najsilniej. W latach 30. w Polsce narastają nastroje antysemickie, zbliża się druga wojna światowa. Wilczyńska i Korczak są rozczarowani, zmęczeni, uważają swoje życia za puste i jałowe, dorobek – za wątpliwy. Każde z nich indywidualnie uczy się hebrajskiego i planuje trudny ze względu na wiek i zmęczenie, ale jednak możliwy nowy start w powstającym państwie Żydów. Wielokrotnie odkładają ostateczną decyzję, odwiedzają Palestynę na miesiąc, dwa, pół roku, zawsze wracają do Warszawy, nie do końca pewni swojego miejsca w kibucowej społeczności. Nadchodzi rok 1939, w maju Wilczyńska wraca do Polski z kibucu Ein Charod. Dalsza historia jest już doskonale znana.

Długo zastanawiałam się nad oceną tej książki, najbardziej nieoczywistej z prezentowanego zestawu. Ostatecznie uważam, że Kicińska dobrze poradziła sobie z rekonstrukcją tytułowej pani Stefy, nadając tej postaci wielowymiarowość i realność, ale jednocześnie nie ulegając pokusie dopowiadania i interpretowania. Wystarczą emocje zawarte w listach dwóch bliskich sobie kobiet i wciąż żywe wspomnienia wychowanków Wilczyńskiej, do których dotarła autorka.

Jak pisać biografie?

Kończąc ten przegląd biograficznych nowości, pozostaję z pytaniem: jak pisać biografie, szczególnie biografie kobiet, żeby uciec od klisz, stereotypów, schematycznego przedstawiania bohaterek w duchu pogłębionego artykułu z prasy kobiecej? Półki uginają się od mechanicznie odtworzonych życiorysów lub ich fabularyzowanych wersji, ale nadal mało jest biografii koncentrujących się wokół konkretnych zagadnień, rekonstruujących życiorysy w kontekście specyfiki czasów i tego, jak wpływała ona na twórczość i postawy. Brakuje mi biografii niebanalnych, nieoczywistych, książkowych odpowiedników filmu I’m not there Todda Haynesa, analizującego fenomen twórczości Boba Dylana. Blisko tej kategorii plasują się Homobiografie Krzysztofa Tomasika, wspomniane Ślady nieobecności Anny Marchewki czy Wanda Jakubowska. Od nowa Moniki Talarczyk-Gubały, Lustra i symptomy Leny Magnone przepuszczającej Marię Konopnicką przez sito Lacana. Ale to nadal mało. Odwagi, krajowi biografowie! Jest jeszcze tyle do zrobienia!

**Dziennik Opinii nr 175/2015 (959)

Bio

Olga Wróbel

| Kulturoznawczyni, autorka komiksów
Kulturoznawczyni, autorka komiksów, pracownica muzeum. Prowadzi (wraz z Wojciechem Szotem) bloga książkowego Kurzojady.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

To dla mnie ważny temat. Dziękuję za uwagi. Są bardzo inspirujące. Kończę pisać rozprawę na temat cyklu felietonów Marii Grossek-Koryckiej, mało znanej poetki, publicystki i pisarki, ale uznałam je za interesujące ze względu na nią samą i wątki włoskie. To co uderza w pisaniu o kobietach to wciąż odbijanie ich w oczach mężczyzn. Jakby nie istniały, kiedy nie mają tego zwierciadła. Bardzo unikałam takiej optyki, kiedy pisałam na nowo zrekonstruowaną biografię Grossek-Koryckiej. Znamienne jest to, że późniejsi badacze jej twórczości, biografowie etc. przyjęli za dobrą monetę to co powiedział o niej drugi mąż. Nie zajrzeli do archiwaliów, a od razu widać, że coś w tej biografii nie gra. Tak czy owak była taka, jaka chciał jej facet. Felietony "Świat kobiecy" jeśli przez kogoś zauważone, to przez pryzmat edycji, którą także on wydał już po śmierci żony. Są inne. Nie wiem i pewnie się nie dowiem dlaczego, ale dla mnie ważne jest to co ona pisała i co puszczał do druku "Bluszcz". Myślę jednak, że to głębszy problem widzenia kobiet nie jako twórczyń, odrębnych bytów, niekiedy celowo odżegnujących się od relacji damsko-męskich, a właśnie jako kobiet w ich typowych rolach. Może się mylę, ale dla przeciętnego czytelnika to jest ważne: z kim była, jak uwodziła, jaką była matką, kochanką, żoną etc. Czyli typowe role, przygotowane często przez życiowych partnerów. Bardzo to ważny temat. Dobrze byłoby kiedyś móc dużej o tym porozmawiać. Pozdrawiam.