Czytaj dalej

O co chodzi z tymi narodami?

Święto Niepodległości. Fot. KPRM

O hrabiach w zamkach i na blokowiskach, przemytnikach, Cyganach i kobietach, co zawsze mają najgorzej – czyli Europa Środkowa nie tylko z żabiej perspektywy. O książce Ludwiki Włodek pisze Michał Sutowski.

„Nie zostałby tym, kim był, gdyby najpierw nie nakłamał, że był tym, kim nie był” – te słowa fenomenalnie opisują XVIII-wiecznego mitomana, awanturnika i podróżnika Maurycego Beniowskiego, bohatera jednego z rozdziałów Czterech sztandarów, jednego adresu Ludwiki Włodek. Może lepiej jeszcze niż do konkretnej postaci pasują jednak do całego zjawiska, któremu autorka – socjolożka, dziennikarka i też podróżniczka, choć bynajmniej nie mitomanka – poświęca kolejną już książkę. Naród, bo to o niego chodzi, był tematem jej poświęconego Azji Środkowej reportażu Wystarczy przejść przez rzekę – tym razem o burzliwej i skomplikowanej historii opowiadanych narodów i przeżywanych etnosów, wyborów ludzkich i politycznych procesów, życia ze sobą i we wzajemnej nienawiści autorka opowiada w bliższych, bo spiskich okolicznościach przyrody.

Reportaż historyczny-społeczny o ziemi i ludziach pogranicza węgiersko-słowacko-polsko-niemieckiego to jednak tylko „popularyzujący” wehikuł dla czegoś dużo poważniejszego – błyskotliwego manifestu konstruktywizmu historycznego, czegoś na podobieństwo Rekonstrukcji narodów pisanej z żabiej perspektywy, gdzie biografie i rodzinne historie rozmówców autorki są szkieletem dla opowieści o wyobrażaniu sobie, opowiadaniu i zmyślaniu narodów, przykrawaniu społecznej empirii do politycznych narracji, wreszcie o skomplikowanej palecie ludzkich wyborów, jaka z tego wynika.

Spisz, autorce znany nie tylko z własnych badań, lektur i wywiadów, ale też doświadczenia rodzinnego to wymarzone laboratorium weryfikacji głośnej formuły Europy Środkowej z jej „maksimum różnorodności na minimum przestrzeni”. Dla Kundery był to ideał dobrego życia, ale przede wszystkim Kampfbegriff, pojęcie polemiczne wobec bezkresnego i glajchszaltującego Wschodu i rozbijające dyskursywną oczywistość geopolitycznego monolitu w połowie lat 80. Dla Włodek, która skądinąd Kundery z jego koncepcją w ogóle nie przywołuje, byłaby to raczej diagnoza empiryczna – punkt wyjścia do opowieści, w której więcej jest znaków zapytania, demaskacji opowieści fałszywych (choć prezentowanych nie bez sympatii dla ich autorów) i prób skonfrontowania abstrakcyjnych idei z życiową praktyką – niż normatywny wzorzec pt. #taktrzebażyć.

Ta cała różnorodność w optyce autorki ma… różne oblicza. Bywa sucho empiryczna, jak w przywołanej historii osadnictwa, gdzie prawo niemieckie i wołoskie (!), na bazie których kilkaset lat wcześniej tworzono wsie determinowały długie trwanie obyczajów i podziału pracy. Bywa też sentymentalna, jak we wspomnieniu – nieuniknionym w książce o świecie dawnego imperium Habsburgów – że „[h]rabia z hrabiną rozmawiali po francusku, z guwernantkami po niemiecku, a nauczycielką po polsku, ze służbą po węgiersku lub po słowacku”. Są historie tragikomiczne – jak ta o wyzwoleniu węgierskich jaśniepaństwa spod opresji węgierskich bolszewików Beli Kuna, którego dokonuje armia tak pogardzanych przez Węgrów rumuńskich obdartusów.

Przecinanie się wymiaru klasowego i narodowego objawia się w historii Spisza nie tylko na poziomie anegdotycznym – w tej soczewce Europy Środkowej może bardziej jaskrawo niż gdzie indziej widać, w jak wielkim stopniu i jak długo świadomości narodowa była sprawą dość wąskich elit wykształcenia. I tak np. spiska Lewocza stała się w połowie XIX wieku rozsadnikiem słowackiej idei narodowej dlatego, że około dwudziestu (!) uczniów słynnego językoznawcy i kodyfikatora nowoczesnego języka słowackiego Ľudovíta Štúra przeniosło się do tamtejszego gimnazjum w proteście przeciwko zwolnieniu z pracy ich nauczyciela ze szkoły w Preszburgu (dzisiejszej Bratysławie). To z tego powodu właśnie w Lewoczy prowadzili swą trendsetterską (a mówiąc po dawnemu i bardziej esencjalistycznie, „budzicielską”) działalność narodową.

Hańba: Nacjonalizm czy neofaszyzm nagle nie zniknie

Jednocześnie Spisz to miejsce, do którego nowoczesna polityka tożsamości masowych dociera bardzo późno, bo i społeczna baza temu nie sprzyja. I tak np. mimo formalnego zniesienia pańszczyzny w 1848 roku, jej praktyczne pozostałości (tzw. żelarstwo, czyli odrabianie dniówek na rzecz właściciela ziemi w zamian za prawo mieszkania na jego gruntach czy korzystania z pastwisk) zniosła dopiero ustawa Sejmu II RP w roku 1931. Kobiety w ówczesnym układzie sprowadzone były do roli potrójnej siły roboczej, obok pracy w polu donoszącej kolejne ciąże i – jeśli same przeżyły kolejny połóg – wychowującej te dzieci, którym również udało się przeżyć.

Całe to napięcie – między hierarchicznymi stosunkami społecznymi, a ambicjami „budzicieli” świadomości narodowej (później też urzędników państwowych) gorzko podsumowuje jeden z rozmówców autorki, zrównując międzypaństwowe spory o Spisz z grą dwóch szlachciców w karty, w której stawką są ziemie i wsie zamieszkałe przez chłopów – o opinie w tej sprawie nigdy nie pytanych.

Kształtowane przez dekady i stulecia tożsamości – podobnie jak, w większej skali, w Europie Środkowo-Wschodniej Snydera – okazują się wyraźnie asymetryczne także na poziomie całych wspólnot narodowych. I tak np. Słowacy wobec Węgrów, a potem Czechów znajdują się w pozycji podobnej do Ukraińców wobec Polaków; między innymi stąd – a nie z przypisanego mentalności narodowej heroizmu czy konformizmu – rodzą się owe piętrowe zależności, w których, jak pisze Włodek, „często te mniejsze lub słabsze narody wolały negocjować z większym suwerenem kosztem swojego bezpośredniego ciemiężyciela, wystarczy w tym kontekście przywołać złożone stosunku polsko-ukraińsko-rosyjskie czy później polsko-ukraińsko-niemieckie”.

Żeby nie było wątpliwości, tego rodzaju gry bywały obustronne, a strona silniejsza (np. w Polska w latach 30.) nieraz potrafiła grać na destabilizację sąsiada wspierając zamieszkującą jego kraj mniejszość – w maju 1938 roku delegację amerykańskich Słowaków powitano hucznie w Gdyni owacjami i hasłami „Niech żyje niepodległa i wolna Słowacja!”, notabene wbrew stanowisku samych gości, okazujących lojalność wobec Republiki Czechosłowackiej. Techniki propagandowe w kontekście plebiscytów na Śląsku i Warmii, za które w polskiej historiografii potępia się Republikę Weimarską, były na szeroką skalę stosowane również przez państwo polskie tuż przed – ostatecznie odwołanym – plebiscytem w sprawie przynależności państwowej Spiszu w roku 1920. Strona polska organizowała dla mieszkańców wycieczki do Warszawy, Kalwarii Zebrzydowskiej, a nawet nad Bałtyk (!), patriotyczne spektakle, a także rozdawnictwo nafty i soli – gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że strona czechosłowacka stosowała metody podobne, a przekonywanie Spiszaków do ich polskości, względnie (czecho)słowackości po obydwu stronach dokonywało się za pomocą argumentów nie tylko „tożsamościowych”.

Warto przy tym dodać, że przy wszystkich wadach habsburskiego imperium, polityka państw narodowych powstałych na jego gruzach rzadko liczyła się z zastaną na spornych obszarach złożonością etniczną, językową czy religijną. Ludwika Włodek pokazuje całe spektrum postępowania – od zwykłej niefrasobliwości urzędniczej przez sankcjonowaną prawem podłość ludzką aż po instytucjonalne represje wg zasady odpowiedzialności zbiorowej i domniemania winy całych narodów (jak w przypadku dekretów Beneša zastosowanych wobec czechosłowackich Niemców i Węgrów). Szereg przykładów – od demokratycznej Czechosłowacji przez II RP aż PRL i Czechosłowację komunistyczną – inaczej niż tylko z wyższościowym potępieniem każe spoglądać na oportunistyczne zachowania lokalnych społeczności, którym zdarzało się witać kwiatami jedne wojska okupacyjne po drugich.

Pańszczyzna. Niedokończona sprawa

Cztery sztandary, jeden adres to także niesamowity, bo bardzo empatyczny przegląd ludzkich strategii radzenia sobie z gwałtowną zmianą, kryzysem czy po prostu groźbą degradacji i szansą na awans. Czytamy o pielęgnowaniu przez arystokratów dawnych form (rytuał parzenia kawy) rodem ze świata kosmopolitycznych Austro-Węgier „który zaraz potem miał przestać istnieć i który w momencie spisywania relacji już dawno żył tylko we wspomnieniach”; dowiemy się też o potomkini tych samych arystokratów, która dożywając swych dni na koszyckim blokowisku wciąż rozdaje wizytówki z wytłoczonym herbem rodziny, a w ramach protestu przeciw słowackiej postsocjalistycznej szarzyźnie… ogląda węgierską telewizję.

Dowiemy się również o strategiach nie zachowawczych, lecz przeciwnie – adaptacyjnych, związanych z wyjazdem do dużego miasta, uznaniem tożsamości (kultury, języka, polityki…) społeczeństwa większościowego, na którego terytorium się znalazło w wyniku podjętych gdzieś daleko decyzji. Wreszcie, gdzieś pomiędzy adaptacją (asymilacją?) a emigracją wewnętrzną sytuują się strategie antysystemowe – i nie chodzi o jakiś podziemny separatyzm, lecz otwieranie granic za sprawą szlaków przemytniczych, omijających straże graniczne i na powrót integrujących lokalną przestrzeń Schlögelowskimi „ruchami pełzającymi” na przekór logice suwerennych państw.

Sawka: Romowie a miasto. Odpowiedzialność zespołowa.

Przykładem najbardziej chyba bolesnym – integracji ze społeczeństwem większościowym nieudanej niemal w żadnym sensie – jest społeczność romska, która na Spiszu często i nie z własnej woli zastępowała Żydów i Niemców w ich opuszczonych domostwach, ale także w roli otoczonych pogardą pariasów. Włodek bardzo stara się ich opisać ze zrozumieniem, ale – inaczej niż w pozostałych przypadkach – bezpośredni kontakt jest w stanie nawiązać jedynie z wykształconą, do tego zamieszkałą w Polsce członkinią społeczności, poza tym rozmawia raczej z mniej lub bardziej życzliwymi ich rzecznikami.

Odnoszę zresztą wrażenie, że właśnie w opisie romskich wsi i miasteczek na Spiszu autorka dochodzi do granic możliwości opisu według własnej metody – zawsze pełnej empatii, nie oceniającej pochopnie cudzego doświadczenia, traktującej podmiotowo każdego bohatera i bohaterkę. Takiej, w której nie tyle „rozbija się namiot wśród krajowców”, ile zatrzymuje samochód i słucha, co naprawdę mają do powiedzenia. Opisowi wrażeń z tych miejsc („slums, jakiego nigdy w życiu nie widziałam w Europie. Lepianki, baraki zrobione z blachy, folii i plastiku, jakieś sterty starych szmat, zdezelowanych taczek, rowerów i pościąganych Bóg wie skąd gratów”) towarzyszą – w zamyśle życzliwe – „opisy obyczajów” czy etosu pracy słowackich Romów, zrozumiałe dzięki zwięźle, acz wyraziście opisanemu kontekstowi historii ich zorganizowanego poniżenia. To wszystko składa się jednak na ogólny obraz nędzy i rozpaczy, na którym jedynym światełkiem w tunelu wydaje się być emancypacja jednostek poprzez kapitał kulturowy (formalne wykształcenie, ale też np. twórczość artystyczną). I choć można sobie wyobrazić instrumenty polityki, które by temu sprzyjały, trudno uciec od mało poprawnej politycznie myśli, że jej równoległym celem byłoby „rozrzedzenie” i osłabienie spoistości romskich wspólnot, względnie zredukowanie ich kultury do wymiaru folklorystycznego.

Znikający Romowie

Niestałość, zmienność, jeśli nie przypadkowość historycznych konstrukcji narodu i jego tradycji – to leitmotiv obecny we wszystkich rozdziałach Czterech sztandarów…: dotyczą one tak trwałości granic, jak i ciągłości tożsamościowej, a przede wszystkim motywacji ludzkich wyborów życiowych. Autorka sama określająca się jako „gorliwa wyznawczyni konstruktywistycznych teorii narodu i nacjonalizmu” nie dobiera jednak faktów pod tezę, zresztą materiał, a więc historia Spisza, ale i Polski, Węgier, Słowacji i Czechosłowacji dostarczają jej mnóstwo naturalnych argumentów.

I tak, jeśli chodzi o przynależność polityczną, to największą świetność Spisz przeżywał w ciągu 360 lat tzw. zastawu spiskiego, kiedy szereg przywilejów przyznano w warunkach „dwuwładzy” ze strony Budy i Krakowa. Z kolei ciągłość tożsamości i tradycji narodowej zakrawa na żart w regionie, gdzie np. w jednej z wielkich bitew narodowowyzwoleńczych Węgrów (w 1848 roku na przełęczy Branisko zwanej węgierską Somosierrą) wojskami dowodził Brytyjczyk, a walczyli głównie… Słowacy. Wreszcie, o wyborach tożsamościowych tamtejszej ludności wiele mówi tzw. Zwei-Kinder System, w ramach którego co zamożniejsze słowackie rodziny synów starały się wysłać na studia do Pesztu (co zazwyczaj skutkowało dalszym awansem społecznym, ale i madziaryzacją), córki zaś wydawały za lokalnych Słowaków.

Przypadkowość, przygodność, zmienność narodowych afiliacji – stałe wątki książki Włodek – to właśnie to, z czym usilnie starają się walczyć historycy orientacji nacjonalistycznej, podobnie jak działacze na rzecz polskości czy słowackości Spisza. Starają się oni sprowadzać nieswoje tożsamości do „fałszywej świadomości”, niezgodnej z „prawdziwymi korzeniami”, a narzuconej siłą, manipulacją bądź przekupstwem od możliwości lepszej pracy po stypendia i granty przez stronę przeciwną. I choć także wobec ich postaw autorka wykazuje wiele zrozumienia, najbardziej wymowne opisy działaczy narodowych wypadają raczej złośliwie: „oto najbardziej słowacki z Polaków”, mówi cytowany Spiszak o działaczu słowackim; polskiemu budzicielowi uczuć narodowych zaś wedle jego własnych słów „genetycznie mu się usta nie składają do słowackich zgłosek” (choć jego ojciec i dziadek byli Słowakami). Spór między autorką, a tymi akurat jej rozmówcami ma jednak charakter fundamentalny – o ile dla Włodek konstruowana jest sama tożsamość jako bycie (narodowe, równolegle z innymi aspektami), o tyle dla rzeczników polskiego/słowackiego Spisza konstruowaniu podlega jedynie świadomość – mniej lub bardziej adekwatna względem esencjalnie rozumianych korzeni, w tym sensie mniej lub bardziej „prawdziwa”. Ukazane przez autorkę książki „maksimum różnorodności na minimum przestrzeni” nie zostawiają dużych wątpliwości, z którą z tych koncepcji tożsamości łatwiej da się nie tylko na Spiszu żyć.

Ja po lekturze całej tej książki jednego tylko nie potrafię zrozumieć. Skąd Ludwika Włodek czerpie swój optymizm? Świadoma, jak trudno jest uzgodnić narodowe narracje, sugeruje, tylko półżartem, że historia obyczajów i kultury prędzej ludzi połączy niż narracje państwowo-heroiczne; za przykład podaje polską książkę o Spiszu, w której Słowacy za dobry („prawdziwy”) uznali jedynie „rozdział o kuchni”. Pyszna anegdota, ale przecież masowa konsumpcja wyrobów kuchni śródziemnomorskiej nie przeszkadza polskim narodowcom przybyszów z Bliskiego Wschodu nienawidzić.

Bo sos w kebabie był za słony

Kiedy czytam słowa: „wydaje się, że tej wspólnoty interesów już nic nie może zniszczyć. Spisz, jeśli ma kwitnąć, musi być przede wszystkim europejski. Dopiero w dalszej kolejności polski, słowacki, rusiński czy jakikolwiek inny” – bardzo chciałbym się pod nimi podpisać. Tyle że historia, także ta błyskotliwie i drobiazgowo zarazem opisana przez Ludwikę Włodek na wiarę w żadne „nic już nie może zniszczyć” nie pozwala. Bo Węgry też kwitły w monarchii Habsburgów, bo Czechosłowacja przyniosła Słowakom cywilizacyjny awans, bo Polska w UE doznała największej fali modernizacji od lat 70., a może w ogóle w całej swej historii…

Cztery sztandary, jeden adres to cholernie prawdziwa książka o tym, kim jesteśmy i kim być nie powinniśmy (nawet jeśli w życiu – jak np. niżej podpisany – nie byliśmy na Spiszu). Tak jak niegdyś opowiadaniom Olgi Tokarczuk czy powieściom Pawła Huelle jej idei brakuje jednak politycznego aktora; twórcy literatury „małych ojczyzn” mieli jeszcze to szczęście, że europejskie wiatry historii zdawały się wiać w z grubsza korzystnym kierunku. Na nasze nieszczęście dziś wieją w przeciwnym – i jeśli nie powstrzymamy ich politycznie, książka Ludwiki Włodek dołączy kiedyś do Świata wczorajszego oraz innych pięknych i wstrząsających pomników „świadomości bezradnej”.

Ludwika Włodek, Cztery sztandary, jeden adres. Historie ze Spisza, Wydawnictwo Literackie 2017

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

„Spisz, jeśli ma kwitnąć, musi być przede wszystkim europejski”
Dlaczego europejski? A co z imigrantami z innych kontynentów? Precz z eurocentryzmem i ksenofobią!