Czytaj dalej

Kroniki opętanej

Zawinęli mnie jak zwykle w dywan i zawieźli na plebanię. Oni już tak mają, że gdy „przychodzi Zły”, rzucają mną jak kłodą, zwijają w naleśnik i wożą jak mebel. Fragment książki Artura Nowaka „Kroniki opętanej”.

Zawinęli mnie jak zwykle w dywan i zawieźli na plebanię. Oni już tak mają, że gdy „przychodzi Zły”, rzucają mną jak kłodą, zwijają w naleśnik i wożą jak mebel. Oczywiście nikomu nigdy nie przyszło do głowy, żeby wezwać lekarza. Babcia mówi, że „Chrystus to najlepszy psycholog”. Wuj zaś jest lekarzem i skoro orzekł, że opętał mnie diabeł, zamiast na terapię i leczenie trzeba iść na front walki duchowej. Psycholog może zaszkodzić, a tabletki mogą namieszać mi w głowie. Szkoda na to czasu. Z diabłem nie ma żartów.

– Dajcie mi ją tu – słyszę głos księdza Marka.

Kładą mnie na ziemię, a potem rozwijają dywan. Jesteśmy w salce katechetycznej przy plebanii. Z żabiej perspektywy wykładziny na betonowej podłodze widzę krzesła, okna i ściany, na których wiszą święte obrazy: Chrystus, Maryja, Jan Paweł II. Poza Synem Bożym i świętymi jest ich czterech. Ksiądz i trzech pomocników egzorcysty. Otoczyli mnie i przez chwilę się we mnie wpatrują.

Jeden z nich jest sporo młodszy. Rudowłosy, chudy i piegowaty, poza tym trochę nieśmiały. Chyba dopiero się uczy. Nie wydaje się jeszcze taki pewny siebie jak tamci. Kiedy dociskają mnie kolanami do podłogi, żebym nie rzuciła się na nich z pięściami, jest wyraźnie skonsternowany. Patrzę na niego ze współczuciem. Od razu widać, że nie ma wprawy, pewności siebie. Boi się podejść bliżej, trzyma się na dystans.

Czuję, że mam nadludzkie siły. Gdybym mogła dopaść jego szyi, nie miałby szans. Sama nie wiem, czy sobie to wmawiam, czy rzeczywiście wstąpiła we mnie aż taka moc.

– Kropidło, woda egzorcyzmowana – komenderuje ksiądz.

Rudzik posłusznie wykonuje rozkazy.

– Zatkaj jej nos.

Rudzik zatyka mi nozdrza, ściskając je subtelnie kciukiem i palcem wskazującym. Robi to niepewnie, jest delikatny. Wierzgam nogami i wrzeszczę, że boli. Ksiądz wbija mi palce na wysokości policzków. Próbuje otworzyć żuchwę, zablokować ją krzyżem i nalać wody święconej. Dwaj pozostali trzymają mnie za boki.

Młody jest wystraszony. Kiedy patrzy, jak kręcę głową, obijając się o podłogę, i charczę jak opętana, wydobywając z siebie jakieś przedziwne dźwięki, uginają się pod nim nogi. Najchętniej dałby stąd dyla. Nie może zrozumieć, że nie panuję nad swoim zachowaniem, nie mam wpływu na to, co mówię. Skręcając gwałtownie głowę, robię sobie krzywdę. Siniaki zaczną boleć później. Teraz czuję ciepło na czole i wilgoć. Chyba właśnie rozcięłam sobie łuk brwiowy. Zbyt gwałtownie stawiałam opór. Ale oni są zdenerwowani i niecierpliwi. Ruszając głową, chronię nos i nie pozwalam im dostać się do ust. Mają ze mną problem.

Jeden z mężczyzn krępujących mnie po bokach, ten, któremu dawno wyszły włosy, każe młodemu trzymać mnie teraz za ramię. Sam zabiera się za mój nos. Ściska go z całej siły, raptem czuję, że za chwilę znów poleci mi krew, jestem pewna, że mam uszkodzoną chrząstkę.

Diabeł jest wszędzie, a zwłaszcza w waginie, czyli czas zdelegalizować egzorcyzmy

Wszyscy mają spojrzenie psychopatów, taki wytrzeszcz, jakby rzeczywiście zobaczyli we mnie diabła. Ksiądz Marek wygląda najgorzej. Jego źrenice, za każdym razem, kiedy na mnie spogląda, świecą się, jakby fosforyzowały. Zza uszu ściekają mu strużki potu. W końcu mnie ujarzmił. Krzyżem podważa górną część mojej szczęki i odciąga ją od dolnej. Czuję, jak drewno ślizga się po podniebieniu, pobudza odruch wymiotny. To jednak zaledwie początek. Mam zatkany nos i mogę oddychać jedynie przez usta. Prosto do mojego gardła ksiądz nalewa święconą wodę. Zamiast wdychać powietrze, krztuszę się strumieniem wypełniającym mi usta. Zagryzam krzyż, który ksiądz wpycha na siłę i osadza głęboko między zębami tak, że rani moje dziąsła. Wystarczy jednak, że podważy mi szczękę, i znów ma dostęp do mojego gardła.

Próbuję krzyczeć: „Zostawcie mnie, dajcie mi już spokój!”. Jednak nie mogę wydobyć z siebie dającego się zrozumieć słowa. Pozostaje mi tylko płakać i kręcić głową.

Pomocnicy księdza trzymają mnie za ręce, jeden z nich, ten łysy, leży na moim brzuchu. Czuję jego członek, chyba ma wzwód. Wbija się we mnie, niby chce po prostu nade mną zapanować, w rzeczywistości jednak, jestem tego pewna, sprawia mu to satysfakcję. Łysy uwalił swoje wielkie łapska na moim czole, dociska mnie i tarmosi, jakbym była ciastem na pizzę.

Rudzik jest przestraszony. Dla niego to pierwszyzna. Trzyma mnie niepewnie za rękę. Moment nieuwagi i moja prawa ręka na chwilę się wyswobadza. Wystarczy kilka sekund, bym wbiła paznokcie w twarz księdza Marka. Ciągnę ręką w dół, zbierając w paznokciach kawałki jego skóry.

– Kurwa, Jacek, jak trzymasz! – wrzeszczy na Rudzika ksiądz, zakrywając policzek dłonią.

Śmieję się z tego. Kapłan, mistrz ceremonii, przeklął, ale to ich nie powstrzyma. Znajduje pełne zrozumienie i solidarność w oczach oprawców. Puściły mu nerwy, w końcu go okaleczyłam. To musi boleć.

Ten, który leży na moim brzuchu, zaraz złamie mi żebra. Wbija się bardziej swoim cielskiem w moje trzewia. Dyskretnie porusza tułowiem, ledwie pulsuje. Czuję, jak przyspiesza.

– Idziemy do piwnicy. Tam są lepsze warunki – komenderuje ksiądz.

– Nie! Zostawcie mnie! – wrzeszczę z całych sił.

Mój głos jest inny, po prostu mam zdartą krtań. Od wrzasków boli mnie gardło. Zresztą nie wiem, czy da się zrozumieć moje słowa, skoro żuchwę unieruchamia krzyż.

Jeden z oprawców, najstarszy pomagier, znów rozwija dywan. Ma długą brodę, strasznie śmierdzi mu z ust.

Łysy bierze mnie za nogi, a Brodacz za ręce. Nie mam już sił.

– Proszę, dajcie mi spokój – mówię ciszej, licząc, że zlitują się nade mną. – Nie męczcie mnie już. Dłużej nie dam rady. Proszę…

To na nic. Robią swoje.

– Pod twoją obronę… – zaczyna ksiądz.

Modlą się, składając mnie ledwo żywą na dywan jak grabarze trumnę do grobu.

– Nie! – Chyba znów wstąpił we mnie diabeł. Mam ten męski, złowrogi głos. Kibicuję mu, chcę, żeby mnie uratował, żeby z nimi wygrał. – Zostawcie mnie, skurwysyny!

Rudzik jest przerażony. Mam taką siłę, że rzuciło nim o ścianę, opiera się o nią dłońmi, jakby salka, w której się znajdujemy, przeturlała się na bok o dziewięćdziesiąt stopni. Innych odrzuciło na boki.

– Naszymi prośbami racz… – kontynuują.

– Przestańcie, przestańcie już! – wrzeszczę na nich. – Nie mogę tego słuchać!

Ich kolana spadają na mnie całym ciężarem. Ksiądz Marek zarzuca poły dywanu na mój bezwładny tułów. Muszę wyglądać strasznie. Boli mnie głowa, krew zalewa mi oczy, czuję, że popuściłam mocz. Jest mi to obojętne. Czuję nawet z tego powodu ulgę.

Dlaczego Polacy widzą w Bogu jełopa, a w salcesonie zbawienie?

Zwijają mnie na dwa razy. Jestem bezbronna. Potem pomagierzy księdza przerzucają mnie sobie przez ramię. Kluczymy po korytarzach, po drodze wchodzimy po schodach, a potem z nich schodzimy. Mój tułów ślizga się po fakturze dywanu jak łyżwy na lodzie. Boję się, że zaraz wyślizgnę się z tego kokonu i roztrzaskam sobie głowę o posadzkę. Zmieniają się zapachy, choć ja przede wszystkim wdycham zatęchły kurz. W salkach katechetycznych czuć potem i skarpetami. Potem przemierzamy korytarz plebani. Tam czuję obiad i płyn do mycia naczyń. Słyszę kuchenny gwar, odsuwające się krzesła, sztućce uderzające o porcelanę i strumień wody, który rozbija się o zlew. Na chwilę przystajemy. Mężczyźni dyszą. Jeden z nich, jak się domyślam i słyszę, majstruje kluczem przy drzwiach, przekręca zamek. Powiew stęchlizny i zimna uświadamia mi, że zaraz zejdziemy do piwnic. Ksiądz Marek uwielbia mnie tam zabierać.

Fragment pochodzi z książki Artura Nowaka Kroniki opętanej, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Bio

Artur Nowak

| współautor książki „Żeby nie było zgorszenia”
Adwokat, wcześniej orzekał w sądzie. Specjalizuje się w sprawach karnych, wielokrotnie w swojej praktyce reprezentował pokrzywdzonych i sprawców w postępowaniach dotyczących czynów pedofilskich. Współautor książki „Żeby nie było zgorszenia”

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.