Czytaj dalej

Konarzewska: Zmierzch. Podaj dalej

książki

„Klucze”, „punkty”, „matura”, „oceny” to narzędzia mordu na książkach. To one sprawiają, że w szkole się czytać nie opłaca. Jak nie przeczytasz, wypadniesz lepiej. Czytanie szkodzi. Tekst Marty Konarzewskiej.

To było krótkie jak mgnienie. Kilka lat temu, gdy pracowałam jeszcze w szkole publicznej. W tej dziwnej szaro-szkolnej porze „za pięć ósma” zbiegałam po schodach. Miałam mieć właśnie polski z pewną klasą, co to się o niej w „pokoju” (nauczycielskim) mówiło, że sportowa. Czy jakaś tam inna, informatyczno-techniczna. Czyli każdy z pokoju mi współczuł, bo „gdzie oni tam do polskiego”. Oni do piłki (czy tam myszki). A one to w ogóle – do niczego.

Zbiegam więc na dół, między szatnię a ukrytą w korytarzu pracownię. Po drodze mijam z tej klasy dziewczynę. Stoi oparta o kant ściany, nieruchomo, i tylko zaplata sobie na palcu pasmo włosów. Odplata, a potem znów zaplata, mechanicznie. I jest w niej to specyficzne odrętwienie, spokój, jakby sen. Czyta. Ma w ręku bardzo grubą książkę. Słyszy moje kroki, słyszy zza rogu typową reakcję reszty grupy, poruszenie, że, kurde, już lekcja. Dociera do niej we fragmentach świat realny, więc podnosi głowę i mówi „dzień dobry”, jak zwykle. I ja jej „dzień dobry” odpowiadam. A potem palec znów w ruch i jeszcze chwilę czyta.

Takich zdarzeń w szkole niby tysiące. Książek też niby tysiące, wszak większość chociaż przegląda lektury lub chociaż je przynosi, żeby na ławce leżały, bo dobrze leżą. Ale to nie była lektura „lektury”, a podniesione oczy dziewczyny nie miały w sobie znajomej irytacji, lęku „ojeja, zaraz kartkówka, nie skończyłam” ani znudzenia. To było spojrzenie, co nie zdążyło się jeszcze ogarnąć, wciąż było gdzieś indziej i tylko na pamięć mi rzekło „dzień dobry”. A potem wróciło, gdzie jego miejsce, w tekst.

I jakbym mogła, tobym odpowiedziała: „A sobie tak stój, w ogóle nie wchodź na ten polski, gdzie ja cię właśnie oduczam czytania. Ty sobie czytaj”. Ale nie mogłam. Zamknęła więc książkę i weszła do klasy. Rzut oka na okładkę. Cóż, to był Zmierzch.

Wiem, co powinnam pomyśleć: no tak, Kordian w plecy, a tu proszę, co czytają w klasie techniczno-spożywczej, szmirę, wiadomo. Tak sobie powinnam pomyśleć – pani od polskiego. Ale nie myślę, bo ja od tej chwili kocham Zmierzch. Za doświadczenie zaczytania i oczu niegrzeczną nieobecność, na dzień dobry wyrwanych z pragnienia.

A potem dziewczyna wychodzi na przerwę bardzo szybko i znów to czyta, a za tydzień czytają to już wszystkie koleżanki. „Czytaj dalej” – to się sprawdza, podaj dalej, czytaj. Za dwa tygodnie czytają już coś innego. Lepszego. Larssona. Bo pokochały czytanie zamiast lektury „lektury”. I co z tego, że przez Zmierzch? Wystarczyło się nauczyć, zapragnąć. Pożądanie się chętnie naśladuje.

I nie o to mi chodzi, że ma oto nastąpić zmierzch Kordiana w szkole. Zmierzch Kordiana nic nie ma do Zmierzchu. Za to ma bardzo wiele do „kluczy”, „punktów”, „matury”, „oceny” i innych narzędzi mordu na książkach. Oraz do tego, że w szkole się czytać nie opłaca.
Jak nie przeczytasz, wypadniesz lepiej, bo jeśli przeczytasz – to jeszcze nadczytasz. Coś od siebie doczytasz. Czytanie szkodzi.

Przykład? Proszę. Matura. Analiza fragmentu tekstu. Werter. Charakterystyka bohatera. Co trzeba robić? Oczywiście – nie czytasz Goethego! Piszesz bezpiecznie na pamięć, że z Wertera romantyk i młody człowiek. No bo co? Ryzykujesz tu, owszem, że tytuł ironiczny, ale jeżeli pamiętasz (z tytułu) Odę do młodości, to wiesz, że młodość plus romantyzm równa się miłość. No i bingo. Bo oto w „kluczu”, proszę bardzo: 1a: Werter – młody człowiek. I parę punktów dalej: romantyk.

 

Czyli już dwa punkty mamy. I co? Trzeba było czytać? No nie. Nie wolno. Bo za to wszystko, co  można wymyślić, jeśli się czytało, punktów nie ma. Że Lotta nie istnieje? Że Werter jest narcyzem? To nie ten mit! Nadinterpretacja. Własne emocje? Refleksja o prawie do śmierci? To nie godzina wychowawcza! Ani religia. (Przykładów nie zmyślam, pamiętam z wypracowań).

Podobnie przy Wokulskim nie wolno się zastanawiać, dlaczego praca go brudzi. I po co Izabeli w kontakcie z nim rękawiczki? I czy to jej wina, że tak się brzydzi, czy może arystokracji, co tak nią handluje, jak klaczą, serwisem i kamienicą. Izabela lalką salonową jest już od lat, tak jak Gombrowicz wielkim prozaikiem, a Konopnicka – naszą szkapą narodową. Nic nie poradzą. Ani my, bo tu do gadania nic nie mamy. Bo o czym tu gadać. Więc nikt nie gada. Żeby nie było złudzeń. Także na polskim.

Poza tym mówiłam: to jest klasa sportowo-techniczna. Nie żaden humanizm. Nie poeci i nie aktorki, nie artystycznie predysponowane dzieciaki, jak to się mówi. Poziom podstawowy. 1a. Młody człowiek ze szkapą młodemu człowiekowi na poziomie podstawowym wystarczy.

Jasne? Jasne. Irytujące? No pewnie. Lecz „szkoła” od kiedy pamiętam rozwijająca (i rozwinięta) była z rzadka i raczej przypadkiem, a zmierzch lektury „lektur” prędko nie nastąpi. Zatem na razie nie ma rady. Trzeba czytać za rogiem. Jak zawsze. I niestety (albo stety – wciąż nie potrafię się zdecydować) „lektury” się, owszem, ze szkołą kojarzą, lecz książki – raczej nigdy.

 

Czytaj dalej>> wywiady, diagnozy, informacje, statystyki, recenzje.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.