Kinga Dunin czyta

Normalsi i nienormalsi z roczników 50.

O reportażu "Skucha" Jacka Hugo-Badera i albumie "Wyjątkowy rocznik 1954".

***

Jacek Hugo-Bader, Skucha, Agora, Wyd. Czarne 2016

Ta książka od głupiego, mało poetyckiego słoika, niestety, musi się zacząć. Żeby to jeszcze światowy, zakręcany twist był, ale gdzie tam – zwyczajny, archaiczny wek litrowy z gumą i sprężyną na szklanym wieczku.

Rafał Ziemkiewicz napisał kiedyś, że w działaniach opozycyjnych w PRL brali udział ludzie… nie pamiętam dokładnie, jak ich określił, ale sens był jasny – świry. Ziemkiewicz, jak wiadomo, nigdy nie był i nie jest świrem, po prostu zawsze dbał o własną dupę. A ludzie z roczników 50., którzy angażowali się w działalność opozycyjną i nielegalną, niektórzy wcześniej, niektórzy dopiero po upadku Solidarności? Byli odważni, ideowi, poświęcili najlepsze lata życia, żeby… No właśnie, po co? I co dzisiaj się z nimi dzieje? I czy nie jest jednak tak, że nonkonformizm to cecha kłopotliwa, w pewnych warunkach może prowadzić do bohaterstwa, a w innych oznaczać społeczne nieprzystosowanie. Solidarność miała 10 mln członków, jej podziemne struktury w 1986 – 14 tys. Nic dziwnego, że czuli się wówczas opuszczeni przez naród, chociaż jednocześnie wierzyli, że cały naród ich popiera. (Teraz ta wiara zdaje się wręcz powszechnie obowiązywać.) Wojna z komuną wydawała się beznadziejna i przegrana, więc może jednak trzeba było być trochę świrem, żeby ją kontynuować. Jednym to się opłaciło, innym mniej. I nie oni ją wygrali, chociaż – przynajmniej niektórzy z nich – tak sądzą.

Czytam reportaż Hugo-Badera Skucha – o ludziach z Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego Solidarności wydających pismo „Wola” – i także nad tym się zastanawiam: jaki udział w ich losach miało to, że byli mniej niż inni przywiązani do normalnego życia. Jak mówi bohater reportażu, jedni robili to dla idei, inni dla ryzyka, awanturnictwa, z ciekawości, z nudów, dla przygody, żeby był drajw. (Pamiętajmy jednak, że to reportaż, autorska kreacja, a nie autoryzowane wywiady.)

Poświęcali się dla sprawa, żyli w poczuciu zagrożenia, ale też pili wódkę, dyskutowali, przyjaźnili się, romansowali. To warunki, w których przeżywa się bardzo silne emocje, można się od nich uzależnić i potem trudno jest je czymś zastąpić. Może dlatego ich późniejsze losy też bywają pogmatwane, przekonania gorące, a podziały nie do zasypania. Konspiracja, partyzantka, wojna, podziemie, walka – już same te słowa budzą emocje, chociaż, kiedy w takich kategoriach opowiada się dziś o wydarzeniach lat 80., to brzmi to trochę śmiesznie, chyba, że w kimś obudzą się stare sentymenty.

Zacznijmy może od tego, że MKK szefowali złodziej, agent i transseksualistka, jak ze sporą dozą autoironii określa to „złodziej”, czyli Maciej Zalewski. Bardzo zdolny polonista, w latach 80. dwukrotnie aresztowany, po 1989 jeden z założycieli Porozumienia Centrum, zafascynowany braćmi Kaczyńskimi. Pracuje w kancelarii prezydenta Wałęsy. To on jest pomysłodawcą powołania spółki Telegraf, która zapewniła środki finansowe na powstanie i rozwój PC.

To są prawdziwe podwaliny PiS, bo nie ma polityki bez pieniędzy, a pierwszy milion trzeba… jakoś skołować.

Telegraf miał stworzyć gazetę i telewizję, w końcu handlował skarpetkami i papierosami, zasilany przez państwowe banki. Ostatecznie jednak aferalne okazały się związki Telegrafu ze spółką Art-B (to największa afera początku lat 90., oscylator finansowy). Maciej Zalewski został oskarżony o to, że ostrzegł właścicieli Art-B o grożącym aresztowaniu, co pozwoliło im uciec z kraju, a Telegrafowi nie spłacać zaciągniętej w Art-B pożyczki. Skazany został za to na kilka lat więzienia, chociaż jego kariera zachwiała się wcześniej, kiedy spowodował po pijanemu wypadek i wdał się w awanturę z policją.

To, co Zalewski mógłby powiedzieć o finansowych początkach dziś rządzącej formacji, na pewno by nas zainteresowało, ale tego raczej się nie dowiemy.

Agent to Michał Boni. Po 1989 – wiadomo, w polityce. KL-D, UW, PO. Bywał ministrem i pełnił rozmaite inne ważne funkcje, obecnie w Europarlamencie. W książce mówi o sobie: „…zajmuję się cyfryzacją, futurologią, ochroną prywatności danych osobowych, jestem jednym z lepszych ministrów pracy, ekspertem, i to międzynarodowym od ubezpieczeń i rynku pracy, negocjatorem (…) Do tego jestem bardzo dobrym administratorem na kryzysy, świetnym szefem grupy strategicznej, najlepszym w regionie ministrem od cyfryzacji. (…) Mam swój udział w tym, jaki jest ten kraj, A to kraj sukcesu.”

Trzecia żona, po drodze liczne kochanki, pensja z Brukseli – tylko pozazdrościć. Jest tylko jeden problem – w 1985 zaszantażowany (obyczajówka), podpisał zobowiązanie do współpracy z SB. I chyba naprawdę jej nie podjął, ale kolegom się nie przyznał. Zaprzeczał również wtedy, kiedy znalazł się na liście Macierewicza, jednak potem, za namową Tuska, wyznał wszystko publicznie. Niedawno w Warszawie odważył się pójść z żoną na spacer, a nawet, uwaga!, przejechał się tramwajem. I nic się nie stało.

To z pewnością największa kariera w gronie MKK.

I wreszcie Ewa Hołuszko, która jeszcze jako Marek Hołuszko „Hardy” była założycielką i pierwszą szefową MKK. Trudna decyzja o korekcie płci wyrzuciła ją całkowicie na margines. Odrzucona przez rodzinę utrzymywała się z prac poniżej swoich kompetencji, obecnie żyje z renty specjalnej załatwionej przez kolegów.

Wolność, o którą walczono, nie obejmowała transseksualistów.

To tylko trójka z kilkunastu bohaterów reportażu. Nie wszyscy występują pod własnym imieniem i nazwiskiem. Jedna z postaci została sklejona z trzech realnie istniejących. Przypomnijmy więc znowu, że reportaż to taki gatunek literacki i takiej, ostentacyjnej czasem literackości, jest w Skusze całkiem sporo.

Czym zajmowali się nasi bohaterowie w latach 80.? Co oni właściwie robili? To kłopotliwe pytanie. Wydawali i kolportowali pismo. Potrzebni są więc redaktorzy, autorzy, maszyny, papier, farba, drukarze, kolporterzy, lokale, samochody, kontakty itd. itd. Dość skomplikowana gra terenowa, pochłaniająca mnóstwo energii. A tak naprawdę, o czym pisze zresztą autor, który też w tym uczestniczył, chodziło o trwanie. O to, żeby Solidarność nadal istniała i choćby potencjalnie pozostawała politycznym aktorem. Wiele można się ze Skuchy dowiedzieć, ale jednej informacji nigdzie nie znajdziemy – o czym właściwie pisano w „Woli”? Może dla jej odbiorców to też było nieistotne.

Jednak to trwanie, związana z nim legenda oraz emocje, zadecydowało o mentalnym krajobrazie polityki polskiej aż do dzisiaj. Stąd wywodzi się klasa polityczna III RP oraz ci, który III RP serdecznie nienawidzą, czyli ideologiczna oprawa naszego życia politycznego. Podziały, które zaczęły się od rozmów okrągłostołowych i kwestii związanych z lustracją, wciąż trudno zredefiniować. To wciąż rezerwuar odruchów, do których odwołuje się np. KOD. Jeśli nawet żyjemy w logice kulturowej wojny, to toczy się ona na polu, którego granice określiła historia. Tkwimy wciąż w tej samej narracji. Także ten reportaż, jego autor, nadal jest w niej zanurzony. A czemu „skucha”? Bo wielu bohaterów uznało, że coś poszło nie tak.

„Nie umiem, Michale (Boni – przyp. KD), wytłumaczyć w prostych słowach mojej mamie, dlaczego jej sąsiad przez płot, jakiś emerytowany notabl komunistyczny (…) żyje jak pączek w maśle, co parę lat zmienia auto na nowe, a mama klepie biedę ze swojej nauczycielskiej, minimalnej emerytury, więc do osiemdziesiątego roku życia musi pracować, ciągle dorabiać. Coś ze sprawiedliwością nawaliło. My nawaliliśmy!”

I już mogłoby się wydawać, że zaraz poleci opowieść „byliśmy głupi”, ale nie, potem jest pytanie o to, czemu nie ukarano komunistów. I odpowiedź Boniego, że demokracja, Europa, praworządność… bla, bla. A przecież liberał, polityk tak długo rządzącej formacji, mógłby powiedzieć prawdę dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”. Drogi Jacku, to jest kapitalizm, taki, jaki zrobiliśmy. I za płotem mógłby mieszkać nie były komuch, tylko były solidaruch, albo po prostu ktoś, kto umiał sobie poradzić na wolnym rynku, a twoja mama i tak musiałaby dorabiać do emerytury.

Niektórzy z dawnych konspiratorów poradzili sobie, więc nie narzekają, inni „skusili”, więc winią byłych komunistów, byłych solidarnościowców, którzy zdradzili ideały, dorwali się do kasy i władzy, albo Żydów. Może z raz pada w książce słowo „kapitalizm”, ani razu nazwisko, symboliczne, Balcerowicza. Bo to wciąż świat zupełnie innych symboli i starych opowieści. Kilku bohaterów odmówiło rozmowy albo wręcz wyrzuciło autora za drzwi, dowiadując się o jego afiliacji z GW.

W planie indywidualnym to losy konkretnych ludzi, których drogi życiowe w wolnej Polsce rozeszły się. Zadecydowała o nich historia, przypadek, a może również to konkretne przeżycie i psychologiczne uwarunkowania, które sprawiły, że w czasie stanu wojennego zdecydowali się na nielegalną działalność. Wielu z nich miało trudne dzieciństwo, naznaczone traumą rodziców. (Oczywiście w tym pokoleniu wszyscy mieliśmy rodziców naznaczonych wojenną traumą, ale nie zawsze musiało oznaczać to np. alkoholizm albo przemoc.) Swoje dzieci też zdarza im się krzywdzić.

Po 1989 próbowali sił w polityce albo w interesach. Emigrowali i wracali, albo nie. Niektórzy są pieniaczami uwikłanymi w długoletnie procesy. Wylewają żale w internecie albo w listach do władz. Narzekają, że koledzy im nie pomogli, ale czasem korzystają z dawnych znajomości. A bardzo kiedyś radykalny Tomasz Dangel założył hospicjum dla dzieci i często się modli.

Kobiety skończyły chyba gorzej niż mężczyźni – z depresją albo alkoholizmem, osamotnione. Chociaż mogą też ćwiczyć tai chi i udzielać porad związanych z reinkarnacją. Mężczyźni w pewnym momencie przestali pić i znaleźli sobie nowe żony.

Może to być obraz przerysowany. Im bardziej burzliwe życie, tym lepiej nadaje się na reportaż i lepiej taką historię zapamiętujemy. Niektórzy po prostu żyją zwyczajnie, normalnie i w miarę szczęśliwie.

***

Wyjątkowy rocznik 1954, koncepcja, projekt i redakcja Rzeczyobrazkowe.pl, GW Foksal 2013

Wyrastaliśmy w świecie inaczej urządzonym. Jeszcze w PRL-u rozpoczęliśmy pracę zawodową. A potem trzeba było poradzić sobie w nowych realiach. Nie każdemu się udało. Ale patrząc na moich kolegów z czasów młodości, twierdzę, że wygraliśmy. Choć czasem płacąc wysoką cenę. Krystyna Czubówna.

To gadżet, który dostałam na urodziny, nieduża książeczka, zrobiona specjalnie w tym celu, prezentowym. Zdjęcia, krótkie hasła – wspomnienia, które, zdaniem redaktorów, powinno się mieć, jeśli urodziło się w latach 50. A więc trzepak, gra w pikuty, szkolne tarcze, Czesław Niemen w Opolu, czwartkowa Kobra i dr Kildare, dżinsy, „Przekrój”, Lucjan Kydryński… Kończy się to na Fiacie 126p. A coś bardziej politycznego? Dwa hasła. Jedno to „Janek Wiśniewski padł” i zdjęcie Gomułki, drugie „Chcesz cukierka, idź do Gierka”, tam wspomina się o strajkach, ale o Solidarności już nic nie ma, żadnych powielaczy, demonstracji ani przykrych rzeczy w rodzaju ZOMO. Są uroki studenckiego życia, ale nie Marzec 68. I testy: czy to jeszcze pamiętasz? Wszystkie oblałam. Która z gwiazd lat 70. nie wystąpiła w telewizyjnym „Studio 2”? The Manhattan Transfer, Afric Simone, ABBA, Boney M.? Nie pamiętam nawet „Studia 2”, więc googluję. To program, który emitowano w latach 1974-1983. Jego pomysłodawcą i szefem był Mariusz Walter.

Gdzieś działa się historia, a obok zawsze toczyło się normalne życie i występowała ABBA.

**Dziennik Opinii nr 149/2016 (1299)

Festiwal-Kuronia-Pakiet-Ksiazek

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.