Kinga Dunin czyta

Cmok-Mock. Po to czytać?

Przemysław Czapliński, „Poruszona mapa”, Marek Krajewski, „Mock”

Lektura książki Poruszona mapa. Wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku skłoniła mnie do podjęcia, kolejny zresztą raz, próby lektury kryminalnej powieści Marka Krajewskiego, tej najnowszej. I tym razem udało mi się przeczytać to rzetelnie od początku do końca, może dlatego, że ktoś mi podpowiedział, czego można tam jeszcze szukać. O tym, że jest tam konserwatywny populizm, mizoginia, homofobia, pogarda klasowa i rasizm, wyczerpująco napisali Eliza Szybowicz i Błażej Warkocki (Mock w mieście potworów, „Krytyka Polityczna” Nr 20-21).

Poza tym ludzie zmieniają się, rozwijają, a uprzedzenia nie są dobrym przewodnikiem. Ostatecznie odpadłam przy Festung Breslau, ale może pisarz się zmienił, albo ja. No i te wszystkie cmokania (och, cmok-mock, niby banalny anagram, a zadziałało!), zachwyty, nagrody skądś się muszą brać.

Mock to początek nowego cyklu i powrót do źródeł, czyli samych początków kariery detektywa, może więc lepiej go zrozumiemy? Dajmy szansę nowemu. Może, starając się sprostać swojej sławie, autor dopracował fabułę? Najpierw jednak mapa, na której postaram się usytuować Mocka.

Przemysław Czapliński, Poruszona mapa, Wydawnictwo Literackie 2016

Gdzie leży Polska? – pytamy od chwili, gdy aneksja Krymu i dziwna wojna na Ukrainie skróciły dystans dzielący Rosję od Ukrainy.

Pośrodku Polska, po prawej stronie Rosja bez przeciwległej granicy, a po lewej podobnie przedstawione Niemcy. Nad tymi trzema krainami falujące morze, a za morzem – Ameryka! Taką mapę świata narysowałam w dzieciństwie, czerpiąc wiedzę zapewne z rodzinnych opowieści, przedszkola, może trochę z radia (także radia Wolna Europa), bo nie było telewizji. Dzisiaj dzieciaki pewno wiedzą więcej, rodzą się z tabletami w łapkach, oglądają japońskie kreskówki, wyjeżdżają z rodzicami za granicę, na pewno jednak naszą mentalną mapę świata nieświadomie zaczynamy kształtować bardzo wcześnie, zanim poznamy prawdziwe mapy z ich liniami granic.

Mapa wyobrażona jest płynna, zmienna, zbudowana z opowieści, skojarzeń, stereotypów, emocji, obserwacji. No i z literatury.

Książka znanego krytyka i historyka literatury zabiera nas w podróż po wyobrażonej geografii Polaków. Przewodnikami w tej podróży są polscy pisarze i (w mniejszym stopniu) pisarki. Oczywiście pojawia się pytanie: czy mogą oni być traktowani jako reprezentacja naszej świadomości zbiorowej? Kiedyś podobne pytanie zadali mi socjolodzy, którym próbowałam wyjaśnić, co dla socjologii może wynikać z czytania literatury. Czy próbka wybrana do czytania jest reprezentatywna? – dociekali. Nie jest. Ani dla literatury, ani dla czytelnictwa. W tym wypadku także nie jest, bo po prostu nie da się tego zrobić. Czapliński wybiera jedne książki, a pomija inne, które ja bym może dołączyła. Jedne z nich są ważne, omawiane i dyskutowane, mniej lub bardziej czytane. inne pochodzą z marginesu – nie zainteresowały krytyki ani czytelników. Pojawiają się powieści obce (szwedzkie kryminały należące do kategorii, którą kiedyś nazwałam „literaturą w Polsce” – czyli to, co tłumaczymy, czytamy, ale nie zostało napisane przez Polaków). Poza powieściami autor używa reportaży, danych statystycznych, cytatów z publicystyki. Okazjonalnie pojawia się dramat i film. Niektóre dzieła omawiane są szczegółowo, a inne tylko fragmentarycznie.

Jego interpretacje są fascynujące, chociaż można się też z nimi spierać. Cechą krytyki uprawianej przez Czaplińskiego jest to, że często jego eseje – bo są to zwykle świetnie napisane eseje – bywają ciekawsze i inteligentniejsze od dzieł, które analizuje. I za to go lubię! Uważam krytykę literacką za jeden z gatunków literackich, więc tym lepiej! (To, co pisze Czapliński, jest też socjologią i filozofią kultury). Na pytanie o „reprezentatywność” można zaś odpowiedzieć tak: są to pozycje napisane przez ludzi wychowanych w polskiej kulturze, ukierunkowanych przez swoje zakorzenienie (pisarz z Nowej Zelandii tak by nie pisał) i jeśli nawet ich pomysły niekoniecznie znajdują szeroką reprezentację w świadomości społecznej, to pokazują granice naszych możliwości interpretacji rzeczywistości, a przez to również granice, w jakich możliwa jest modyfikacja naszych przekonań.

Skoro jest to literatura, to ma też ona swojego narratora, a narrator, mimo zasłaniania się literaturoznawczym dyskursem, ma swoje pomysły, którymi sztukuje wywód w miejscach, gdzie literatury nie starczyło; ma swoje poglądy i emocje, a także retoryczne środki perswazyjne. Narrator zawsze mówi do nas z jakiegoś miejsca – światopoglądowego, historycznego, politycznego. Poruszoną mapę można więc czytać także jako aktualny esej polityczny. W tej pracy widać to nawet bardziej niż w poprzednich i może dlatego tak dobrze ją się czyta, wciąga!

Czaplińskiego interesują dwie linie – pozioma i pionowa. Pierwsza związana jest z naszym położeniem między Rosją a Niemcami. (Zamienię mało używaną wolność na lepsze położenie geograficzne – to Sławomir Mrożek). Dążenie, by dołączyć do Zachodu, zaowocowało rozbudowaniem bardzo rozmaitych narracji o Niemcach, wprowadziło do naszej świadomości problem wypędzeń i sytuacji ludności cywilnej, niemieckiej historii polskich ziem odzyskanych. Z kolei Rosja potrzebna jest nam do samookreślenia, bycia nie-Rosją, wyparcia z naszej tożsamości Wschodu, czyli brudu, prowincjonalizmu. Wciąż w naszym myśleniu o Rosji wiele stereotypów czy protekcjonalizmu, który każe rozliczać ją z realizacji standardów demokratycznych. Ale są też inne opowieści i za najciekawszą i najbardziej obiecującą uznany zostaje Lód Dukaja, zmieniający polskocentryczną perspektywę.

Natomiast oś pionowa łączy nas z krajami nordyckimi i Środkową Europą. Szwecja to lepsza nowoczesność, ale taka, o której bez kompleksów możemy dyskutować. A Europa Środkowa właściwie nie istnieje, jest mitem, który zapoczątkował znany esej Milana Kundery, mający legitymizować nasze pragnienie dołączenia do świata zachodniego. Nasze wyobrażenia o Czechach i Węgrach reprezentują właściwie tylko reportaże Szczygła i Vargi. Reszta tzw. Europy Środkowo-Wschodniej w zasadzie jest gdzieś bardzo daleko. Jednocześnie obserwujemy dziś przeorientowywanie się właśnie w tym kierunku. Zdaniem autora, które wydaje się mieć poważniejsze podstawy niż tylko omawiane książki, brakuje nam jednak narracji, opowieści, które rzeczywiście spajałaby ten obszar. Jest trochę nostalgicznych mieszczańskich mitów, prowincjonalizm, podziw dla wyluzowanych Czechów, ale brakuje naprawdę łączących nas historii. Tu najbardziej brakowało mi Ksiąg Jakubowych Tokarczuk, które przecież nie są jedynie powieścią historyczną (której akcja toczy się właśnie w Europie Środkowej, wspólnej przestrzeni rozmaitych kultur), ale także przypowieścią o tym, jak wyłamanie się z fundamentalistycznych, dzielących norm prowadzi do asymilacji w większych zbiorowościach.

Zdaniem autora dzisiaj z tym obszarem łączy nas przede wszystkim „solidarność w braku solidarności” i może podobieństwo narodowych egoizmów. To dużo za mało i nie to, co nam jest potrzebne, aby, uwalniając się chociaż w pewnym stopniu od wiecznych problemów wynikających z położenia miedzy Rosją a Niemcami, rozbudować kulturową przestrzeń na osi północ–południe.

Ta diagnoza wydaje mi się trafna. Mimo esejów filozofujących na temat istnienia (albo i nie) Europy Środkowej, rozmaitych gestów, nagród, promowania, brakuje właśnie narracji, opowieści, które by ten obszar jakoś oswajały, choćby tak, jak udało nam się oswoić polsko-niemiecką historię Ziem Zachodnich i Pomorza. Może już nawet mało kto pamięta, że do 1989 roku obowiązywała jednowymiarowa opowieść o „prastarych ziemiach piastowskich”.

Inna sprawa, czy geograficzno-historyczna wyobraźnia Polaków rzeczywiście ogranicza się do najbliższych sąsiadów. Czapliński sporo pisze o emigrantach, którzy w zasadzie już nie są emigrantami, ale pomija Wielką Brytanię, a o wyjeżdżających właśnie do tego kraju napisano naprawdę sporo. Są to też zupełnie realne związki, wynikające z częstych podróży w obie strony. Jest to też kraj – symbol emigracji zarobkowej i właśnie – w związku z Brexitem – porusza się na naszej mentalnej mapie. I wreszcie – nasza wyobraźnia skolonizowana jest kulturą anglosaską.

Więcej wiemy o Nowym Jorku niż o Bukareszcie i to zapewne też wpływa na nasze mapy.

W konstelacji rozmaitych związków i relacji z Innymi „Ameryka”, jak sądzę, istnieje dużo realniej niż Europa Środkowa. Oczywiście, pytanie o nasze relacje z krajami postkomunistycznymi dziś, kiedy domagamy się jakiejś mitycznej suwerenności, a Unia może skurczyć się do rozmiarów karolińskich, jest bardzo istotne. Dużo ważniejsze niż pytanie o „Amerykę”.

Jak każda politycznie zaangażowana książka ta również zawiera część postulatywną, pożądaną wizję rozwoju. Jest nią zaakceptowanie płynności granic – tej realnej w globalizującym się świecie i tej mentalnej, dzięki której nasza geografia wyobrażona rozszerza się, przestaje być uwikłana w stereotypy, widzi Polskę jako część większej konstelacji.

Czapliński wielokrotnie podkreśla, że w przeciwieństwie do zideologizowanych dyskursów literatura komplikuje, podważa, szuka dziury w całym.

To prawda, literatura, nawet ta niższych lotów czy irytująca, jest częścią większej całości, literatury polskiej i w Polsce. Jest ciekawsza od publicznych dyskursów spetryfikowanych w rytualnych sporach. Jeśli nawet sama niczego nie podważa, to można jej do tego użyć i poszukać dziury w całym. Dlatego wolę czytać niż zajmować się polityką.

***

Marek Krajewski, Mock, Znak 2016

Dobrze pamiętał ten dzień, kiedy został ogłoszony wyrok śmierci. Skazańcem był jeden z najpotężniejszych satrapów świata, a sąd kapturowy składał się z pięciu mężczyzn ukrytych w półmroku.

Dlatego właśnie przeczytałam Mocka.

Jest rok 1913, młody Mock, syn biednego szewca z Wałbrzycha, bardzo chce zrobić karierę w policji. Podejmuje, wbrew rozkazom, na własną rękę śledztwo, żeby się wykazać. Fabuła kryminalna, niestety, jest dosyć absurdalna, niewiarygodna i czasami na bakier z logiką (po to, żeby się dowiedzieć, że zamordowani chłopcy nie uczęszczali do szkoły, z którą ich wiązano, Mock musiał porwać i torturować jej dyrektora. A przecież ich kolegów powiadomiono, że zostali przeniesieni). Są też oczywiście dziwki, pederaści, nieetyczne metody i przemoc. Perwersyjną przyjemność wynikającą z obcowania z takimi treściami, można jednak ukryć. Chodzi przecież – w ostatecznym rozrachunku – o sprawiedliwość; dobro zwycięża. I o coś jeszcze chodzi.

Spróbujmy wpasować tę powieść w naszą mapę polsko-niemieckich narracji, zgodnie z tropami podsuniętymi przez Czaplińskiego.

Niemiecki Wrocław nie jest już od dawna tematem stabuizowanym w Polsce, przypomnijmy chociażby E.E. Olgi Tokarczuk. Co jest zatem takiego pociągającego w Breslau Krajewskiego? Zawsze wychwalaną zaletą jego prozy jest drobiazgowe oddanie atmosfery przedwojennego Wrocławia. Ale cóż to znaczy? Tak, że jest tam dużo niemieckich nazw ulic, nazwiska, opisy budynków. Czy jednak te dekoracje wystarczą do stworzenia atmosfery? Co tam wisi w powietrzu i tak fascynuje czytelników?

Wróćmy do Mocka. Mieszczański Wrocław ma oczywiście swoje mieszczańskie brudy wypchnięte poza podszyte hipokryzją granice szacowności. Prostytucja, bieda łączona z patologią, pederastia… Czarny kryminał zawsze się w tej ciemnej stronie świata nurza. Ale są jeszcze dwie ciemne siły, które w różny sposób mu zagrażają: Związek Wszechniemiecki i masoneria. W istocie nieważne jest, kto i dlaczego zabił, tylko do czego zbrodnia ta może zostać politycznie użyta. Służy ona do walki między protofaszystami a masonami. Protofaszyści są grubi, prymitywni, nienawidzą Żydów, piją piwo i jedzą kiełbasy. Są gotowi posunąć się do terroru, żeby przejąc władzę. Masoni są wyrafinowani, dysponują talmudyczną wiedzą. Oddają się tajemniczym rytuałom, podczas których np. wtajemniczający nosi skórzane majtki ze złotymi guzami na rozporku i przypina sobie ptasie skrzydła. Kręci się też koło nich antropozof steinerowski. Oni nie muszą walczyć o władzę, bo już sprawują ją zakulisowo, korzystając z pozycji, wpływów i pieniędzy.

Faszyści po prostu nas brzydzą, do masonów mamy bardziej złożony stosunek: mieszają się tu podziw, lęk, zawiść, poczucie obcości, podejrzliwość.

Wydaje się, że nie przypadkiem autor wybiera jako ich reprezentanta demonicznego Żyda. Mock natomiast chroni cesarstwo, czyli Niemcy bez faszyzmu i żydomasonerii, takie, które już bez przeszkód możemy podziwiać.

Cała powieść przesiąknięta jest seksualnością Mocka, i nie chodzi o to, że jest on jurnym samcem alfa, tylko o pożądanie, wszechobejmujące perwersyjne pragnienie. W zasadzie polski czytelnik powinien identyfikować się z niższością – polskim plebsem, zmuszonymi do prostytucji dziewczynami, ale nie – z niemiecką wyższością Mocka wiąże go pakt sadomasochistyczny. I taki właśnie rodzaj fascynacji Niemcami, perwersyjnej przyjemności, którą w tej relacji wyższości-niższości odczuwamy, również wpisałabym w mapę naszych narracji.

Po co zatem czytać Krajewskiego? Właśnie z powodów socjologicznych, żeby zobaczyć jakie emocje są tak powszechnie akceptowane i nawet w liberalnym mainstreamie nie wzbudziły poważniejszych wątpliwości ani nie doczekały się pogłębionej krytyki.

PUBLICYSTYKA-Wladysław-Broniewski

 **Dziennik Opinii nr 263/2016 (1463)

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka

Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej “Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek “Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności”, “Zadyma”, “Kochaj i rób”.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.