Czytaj dalej

Jeśli księgarnie kameralne znikną, coś ważnego się skończy [rozmowa]

księgarnie-kameralne

Istnienie małych księgarń gwarantuje (uwaga, śmieszne słowo) biblioróżnorodność. Rozmowa z Anką Karczewską, założycielką Kolektywu Księgarń Kameralnych.

Magda Majewska: Wojciech Maziarski ogłosił w „Gazecie Wyborczej”, że jako czytelnik, autor i wydawca do niczego małych księgarń nie potrzebuje, a wprowadzenie jednolitej ceny książek dobije czytelnictwo książek. Co myślisz o jego argumentacji?

Anna Karczewska: Pan Wojciech nie potrzebuje małych księgarń i nikt mu tego prawa nie odbiera. Może kupować – a jako wydawca również sprzedawać – książki w supermarketach lub umieszczać je w sklepach internetowych. Jako autor być może dobrze się czuje ze swoją książką między plastikowymi konewkami a marchewką. I ma do tego pełne prawo. Jednak jest jeszcze grupa ludzi, którzy szanują książki i cenią sobie kameralne księgarnie. I są to zarówno księgarze, jak i wydawcy, pisarze, dziennikarze, czytelnicy i inne osoby zainteresowane losami książki w Polsce.

Istnienie małych księgarń gwarantuje (uwaga, śmieszne słowo) biblioróżnorodność, czyli to, że na rynku będą dostępne nie tylko bestsellery i książki sprzedające się w dziesiątkach, czy setkach tysięcy egzemplarzy, ale też pozycje mniej mainstreamowe. W małych księgarniach swoje miejsce na półkach mają debiutanci, poeci, propozycje niewielkich, niszowych wydawnictw czy książki, które ukazały się dawniej niż kilka miesięcy temu. To tutaj mogą odbywać się spotkania autorskie tych twórców, których wydawnictwo nie wspiera ogromnym budżetem promocyjnym. To w małych księgarniach mogą się oni spotkać ze swoimi czytelnikami.

Wprowadzenie jednolitej ceny książki nie dobije czytelnictwa. Nie ma ku temu żadnych przesłanek. Czytelnictwo w Polsce sięgnęło zastraszająco niskiego poziomu w momencie, kiedy książki można kupić w dniu premiery w cenie o 35% niższej niż ta na okładce, a w supermarketach roi się od książek po 10 zł. O  czym to świadczy?

Biblioróżnorodność, której wagę tak podkreślasz, zapewniają przecież księgarnie internetowe, które w dodatku dla wielu osób są łatwiej dostępne.

Nie do końca, bo one też zamawiają książki od dystrybutorów, a często od jednego, wybranego dystrybutora. W ofercie tych największych nierzadko nie ma niszowych i specjalistycznych wydawnictw. Poza tym księgarnie internetowe są dla ludzi, którzy wiedzą, co chcą kupić. Księgarnie stacjonarne są miejscami, gdzie możemy poszukiwać. Nie każdy wie, czego szuka. Czasem chcemy czegoś, nawet o tym nie wiedząc. Literatura zawsze była odkrywaniem i błądzeniem. Klik w internecie i paczka pod drzwi znacznie ograniczają nam możliwość przeżycia przygody. Na stronie głównej księgarni internetowej nie znajdziemy wydawnictw niszowych, debiutantów czy literatury naukowej. Żeby je znaleźć, trzeba znać tytuł, autora lub chociaż wydawcę. Kończy się to tak, że księgarnie stacjonarne stają się show roomami dla internetu. Ktoś przychodzi do lokalu, robi zdjęcia i wychodzi. W sieci kupi sobie taniej.

Klik w internecie i paczka pod drzwi znacznie ograniczają nam możliwość przeżycia przygody.

Dobra księgarnia stacjonarna to księgarnia autorska: księgarz sam wybiera to, co znajduje się na półkach. O każdej z książek może opowiedzieć, każdą zna. Mali wydawcy i małe księgarnie są dla siebie najlepszymi partnerami. Tak jest na całym świecie i tak powinno być w Polsce. Tylko że księgarnie kameralne nie przetrwają kolejnych 10 lat w takich warunkach, jakie panują teraz na rynku. Potem upadną mali wydawcy.

A co powiesz na głosy, że ustawa w tym kształcie wcale nie poprawi kondycji małych księgarń i wydawców, bo póki nie mówimy również o stałej cenie hurtowej, wielcy gracze nadal będą mogli wymuszać dogodne dla siebie rabaty? A czytelnicy i tak stracą, bo nawet jeśli ceny książek rzeczywiście by spadły, to kupujący i tak zapłacą więcej niż płacą teraz po rabatach.

Zgadzam się, że ustawa nie załatwia wszystkich problemów rynku książki, ale to jest „Ustawa o jednolitej cenie książki”, a nie ustawa o książce. Zgadzam się, że potrzeba regulacji stosunków między dystrybutorami a wydawcami, bo tam bardzo źle się dzieje. Gdyby duzi gracze zachowywali się wobec siebie i pozostałych ogniw łańcucha (także czytelników) fair, nie potrzebowalibyśmy tej ustawy. Niestety jest, jak jest, i państwo musi ingerować.

Czy ceny książek spadną? [głos wydawcy]

Liczę na to, że ta ustawa nie będzie jedynym działaniem w tym zakresie. Mówi się o obniżeniu VAT na książki, o ulgach podatkowych dla kupujących książki. Natomiast mówienie o tym, że czytelnicy stracą, uważam za duże uogólnienie. Co stracą? 80 proc. Polaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki albo góra dwie. Oczywiście są osoby, które kupują kilkanaście czy kilkadziesiąt książek miesięcznie, ale to jest promil społeczeństwa. Zadajmy sobie pytanie, co stracą czytelnicy, jeśli ustawa nie wejdzie w życie…

Jako założycielka Kolektywu Księgarń Kameralnych uczestniczyłaś 2 marca w spotkaniu w Ministerstwie Kultury, na którym dyskutowano o projekcie ustawy? Masz jakieś uwagi do jego obecnego kształtu?

Nie czuję się na tyle kompetentna, żeby oceniać pracę i koncepcje ludzi, którzy zajmują się rynkiem książki od lat. Mogę mieć nadzieję, że Polska Izba Książki, która przygotowała projekt ustawy, zachowuje się moralnie i fair wobec wszystkich podmiotów rynku wydawniczego i przygotowała tę ustawę tak, aby nikomu nie szkodzić. Księgarze z Kolektywu nie byli włączeni w konsultacje aż do ostatniego etapu prac dwa miesiące temu.

Moją troską jest to, że jest to tylko ustawa o stałej cenie książki i nie reguluje niczego poza końcową ceną. Uważam, że przydałaby się kompleksowa ustawa o książce. Do naprawienia są jeszcze: okresy w których żaden inny sprzedawca poza uprzywilejowanym nie może sprzedawać nowości, bandyckie terminy płatności i to, że poszczególne podmioty zachowują się wobec siebie nieuczciwie, traktując się nawzajem jak pożyczkodawców.

Ustawa o książce: argumenty kontra tupet

Cieszy mnie to, że na spotkaniu w ministerstwie byli przedstawiciele różnych grup interesów i że byli zgodni co do zasadności regulacji rynku. Szkoda, że ci, którzy są przeciwko ustawie, nie mieli szansy albo ochoty się wypowiedzieć się na spotkaniu. Wiem, że jest grupa wydawców, którzy są przeciwko ustawie. Widzę potrzebę otwartych konsultacji społecznych i dużej akcji informacyjnej. Na tym etapie ludzie, którzy krzyczą (bo niestety krzyczą) przeciwko ustawie, czasem nie rozumieją, o co w ogóle chodzi. Na prowadzonym przeze mnie fanpejdżu Książki Kupuję Kameralnie jakaś pani napisała w komentarzach, że książki nie mogą mieć jednakowej ceny, bo są grubsze albo cieńsze i trzeba zapłacić różne kwoty za prawa autorskie. To pokazuje, jak niska jest świadomość ustawy i jej założeń wśród ludzi.

Jesteś inicjatorką Kolektywu Księgarń Kameralnych, propagatorką ich roli jako instytucji kultury. Czym jest księgarnia kameralna? Ta nazwa to taki twój autorski odpowiednik anglosaskiego indie bookstore, księgarnia niezależna?

Pięć lat temu, kiedy zabrałam się za temat księgarń, nie znalazłam żadnego funkcjonującego przymiotnika określającego miejsca, którymi chciałam się zająć. Małe? Nie, bo część z nich jest spora i mogłaby poczuć się urażona. Niezależne? Od czego niezależne? Wszystkie księgarnie są zależne od rynku książki, od wydawców, dystrybutorów i, co najważniejsze, od swoich gości. Niesieciowe? Też nie do końca, bo np. Bookoff ma w Warszawie trzy księgarnie i w zasadzie to już jest sieć.

Słowo „kameralny” dotyczy relacji między kupującym a księgarzem, a nie wielkości lokalu. Księgarnię kameralną definiuje też jej oferta. Nie musi tu być wszystkiego, a na pewno nie musi być „hitów” i „bestsellerów”. Ważne, żeby pozycje, które stoją na półkach, były wybrane przez księgarza lub księgarkę z namysłem i wizją. Takie miejsca powinny też pełnić rolę instytucji kultury i miejsc spotkań dla lokalnych społeczności książkolubów. Sercem każdej księgarni jest księgarz lub księgarka, czyli osoba kochająca książki, czytająca je i potrafiąca doradzać gościom w wyborach literackich.

Czerniga: Czy małe księgarnie czeka koniec?

A w jakim celu powstał kolektyw i kto w nim działa?

Kolektyw powstał z potrzeby współdziałania. Kiedy w listopadzie 2015 roku zaczęłam wędrować po warszawskich księgarniach, okazało się, że pracują w nich wspaniali ludzie, którzy działają z pasją i chcą coś zmienić. W Warszawskim Kolektywie Księgarń Kameralnych działają księgarze i księgarki z 20 stołecznych księgarń. Spotykamy średnio raz w miesiącu, żeby rozmawiać, planować i dyskutować na tematy dla nas ważne, takie jak promocja czytelnictwa, sytuacja rynku książki czy po prostu na temat literatury. Zależy nam na tym, aby wzajemnie się wspierać, przekazywać sobie klientów i organizować fajne wydarzenia dla naszych gości.

Mamy już na koncie Warszawski Weekend Księgarń Kameralnych, Warszawski Weekend Książki Niedorosłej, a za miesiąc zapraszamy na kolejną, tym razem ogólnopolską odsłonę Weekendu Księgarń Kameralnych. Idea się niesie. Na targach książki w Warszawie zgłosiła się do mnie Aldona Mackiewicz z Torunia z pytaniem, czy może przeszczepić ideę kolektywu do swojego miasta. Oczywiście zgodziłam się. Teraz w ramach Weekendu Księgarń Kameralnych współpracuję z 70 księgarniami z całej Polski.

Jak to się stało, że zajęłaś się tym tematem? Sama nie jesteś przecież księgarką.

Moja pierwszą stałą pracą była praca w księgarni. Przez całe studia przesiadywałam wśród książek, poznałam tam masę ludzi, z którymi do tej pory utrzymuję kontakt. Poza tym mój tata ma wydawnictwo, tata mojego partnera jest książkofilem. U nas w domu książek jest  bardzo dużo (i wszystkie kupione w księgarni!), więc trochę nie miałam wyboru. No i wiem, że to zabrzmi czerstwo, ale gdzieś tam inspiracją była też piosenka i wiersz Gałczyńskiego Małe kina. Poczułam, że jak księgarnie kameralne znikną, to coś ważnego się skończy, jakiś ważny rozdział zostanie zamknięty, a ja bardzo tego nie chciałam. Połączyłam swoją pasję książkową z  naturalną skłonnością do robienia rewolucji i z tego wziął się najpierw blog Rezerwaty Książek i fanpejdż Książki Kupuję Kameralnie, a potem Kolektyw.

Byłaś osobiście w każdej księgarni zrzeszonej w Kolektywie?

Nie! To mój najgorszy sekret! Nie pojechałam jeszcze na Ursynów i do Wilanowa do Badetów i WilaBuki. To dla mnie większa wyprawa niż do Łodzi (śmiech). Ale pojadę, jak tylko znajdę pół dnia wolnego. To jeśli chodzi o Warszawę. W Polsce byłam w wielu księgarniach, ale oczywiście nie we wszystkich. Mam ich na mapie 140, a koszty wizyty np. w Szczecinie czy Cieszynie są na razie dla mnie za duże, żeby pojechać tam sobie ot tak. Ale znam księgarzy z tych miejsc: rozmawiam z nimi mailowo, na Facebooku i telefonicznie. Moim marzeniem jest odwiedzić wszystkie księgarnie kameralne w Polsce. W Europie. A co tam! Na całym świecie (śmiech).

W Warszawie wyraźnie widać rozkwit księgarni dziecięcych – czasem malutkich, ale oferujących znakomitą literaturę i kompetentną poradę, jak księgarnia Bullerbyn na Chmielnej, o której ostatnio pisałaś na blogu, czasem większych, w których regularnie odbywają się także zajęcia dla dzieci, jak księgarnia Wydawnictwa Dwie Siostry. To ogólnopolski trend?

Wydawnictwa wydające literaturę dla dzieci mają się nieźle, bo ludzie wiedzą już, że dzieciom trzeba czytać. Nawet ci dorośli, którzy sami nie mają nawyku czytania, wiedzą, jak ważne jest głośne czytanie maluchom. Ogromna w tym zasługa programu Cała Polska Czyta Dzieciom Fundacji ABC XXI. To budzi nadzieję na przyszłość. A że popyt rodzi podaż to faktycznie w Polsce jest wiele bardzo fajnych księgarni i księgarnio-kawiarni z ofertą dla niedorosłych: w Sopocie znakomita Ambelucja, Kle Kle Kids w Gorzowie, Księgarnia z Bajki w Poznaniu, Kulturka w Szczecinie, Księgarnia pod Szesnastką w Krakowie, Chmurdalia we Wrocławiu, zupełnie nowe Psotki i Śmieszki z Łodzi i Trzy Kropki (otwierają się w nasz Weekend Księgarń Kameralnych) w Białymstoku. W Warszawie jeszcze Tarabuk w Teatrze Lalka, Badety Ursynów i Wilanów, WilaBuki i nowo otwarta księgarnia Wytwórni przy Chmielnej.

Gorąco wierzę w to, że to właśnie w tych księgarniach odrodzi się czytelnictwo w Polsce. Ciężko zarazić dziecko miłością do książek przy koszu w supermarkecie czy w punkcie odbioru Bonito.pl, ale w kameralnej księgarni, gdzie organizowane są warsztaty, spotkania z autorami, czytanki dla najmłodszych, maluchy w naturalny sposób przyjmują książki do swojego świata i uczą się nimi otaczać.

Ciężko zarazić dziecko miłością do książek przy koszu w supermarkecie czy w punkcie odbioru Bonito.pl.

Czy wśród księgarń dla dorosłych też można wyróżnić jakieś typy? Są np. księgarnie koncentrujące się tylko na architekturze czy to byłaby zbyt wąska nisza?

Na Zachodzie trend specjalizowania się księgarń jest już bardzo widoczny. Powstają księgarnie gejowskie, anarchistyczne, księgarnie z poezją, fantasy, kryminałami, księgarnie tylko z dramatami, księgarnie feministyczne etc. Specjalizacja jest zrozumiała, bo jeśli w Polsce dziennie wychodzi 70 tytułów, a w Europie jeszcze więcej, to zwyczajnie nie da się zrobić księgarni, w której jest wszystko. Sprofilowanie księgarni jest dobrym pomysłem na zdobycie wiernej grupy gości i na to, żeby faktycznie ogarniać wszystko, co się na wybranym froncie ukazuje.

W Polsce też już widać ten trend: mamy księgarnie kulinarne, artystyczne, teatralne, z judaikami, anglojęzyczne, rosyjskie, specjalizujące się w literaturze non-fiction etc. Ja marzę o księgarni, która będzie specjalizowała się w literaturze pięknej, w której będzie można kupić powieści klasyków, nawet takie, które wyszły (o zgrozo!) kilka lat temu. Półka z Faulknerem, z Italo Cavino, z Sándorem Márai, Hermanem Hesse. Jak tylko wygram w totka, to proszę się takiej księgarni spodziewać w Warszawie.

Domyślam się, że to trudne, ale możesz opowiedzieć o jednej wybranej księgarni z waszego kolektywu? O tym, co jest w niej takiego specjalnego?

To tak, jakby spytać, które swoje dziecko lubisz najbardziej! Na Rezerwatach Książek piszę o księgarniach, które odwiedziłam. Piszę, co mi serce dyktuje, i nikomu nie próbuję kadzić, ale przyznam się, że dwa czy trzy razy księgarnia mi się nie spodobała i miałam kłopot: nie pisać w ogóle czy napisać źle. Wybrałam to pierwsze, bo lubię dawać drugą szansę.

W Warszawie każda księgarnia ma dla mnie twarz pracującego tam księgarza albo księgarki. Ze wszystkimi się przyjaźnię, każdy z nich jest bardzo JAKIŚ, tak jak ich miejsca pracy. Tu nie mogę wybrać ulubieńca!

A jeśli chodzi o resztę kraju, ostatnio zakochałam się w Czerwonym Atramencie z Płocka. To zupełnie nowe oblicze księgarstwa. Krzysztof otworzył w niewielkim Płocku księgarnię, w której nie ma bestsellerów, nie ma żadnych hitów ani produkowanych taśmowo kryminałów i romansów. Na półkach są tylko książki, w które on i reszta załogi wierzą. Wszystko jest poukładane wydawnictwami, a nie w ramach trącącego myszką podziału na „polskie” i „obce” czy fiction i non-fiction. Organizują bardzo dużo spotkań, koncertów, warsztatów, bo mieli już dość gadania, że w Płocku się nic nie dzieje. We wrześniu 2016 roku zrobili 30 wydarzeń. Robi wrażenie? A już zupełnym wariactwem jest to, że w niewielkim mieście mają kawiarnię z kawami speciality – nie ma ekspresu, nie da się wypić latte i odmawiają ludziom cukru! Szanuję takich ludzi najbardziej na świecie, bo jeśli chcesz coś robić, to powinieneś to robić najlepiej, jak umiesz, i nie oglądać się na nic. Ostatnio mój znajomy użył ładnego porównania: artyście nikt nie mówi, jak ma malować, a on nie ogląda się na to, co ludzie chcą sobie powiesić nad kominkiem. Tak samo powinien działać każdy, kto chce coś zmienić. Krzysztof tak właśnie robi i dlatego postawiłabym go za wzór innym księgarzom.

A nie obawiasz się, że tego rodzaju księgarnie mogą onieśmielać? Że jak ktoś nie wie, co to jest chemex, to poczuje się tam nie na miejscu? Czy księgarnie kameralne mają swoje sposoby na przełamywanie barier?

Jak człowiek czegoś nie wie, to zawsze może się dowiedzieć. Kluczem do sukcesu jest to, żeby za barem / kontuarem / ladą / kasą czy po prostu za progiem czekał na nas ktoś, kto nas poprowadzi i ośmieli. Przywita uśmiechem, zaprosi i zagada. Księgarze, których znam, nie przeoczą żadnego gościa, bo na niego czekają. Każda wchodząca osoba to radość dla księgarza.

Nie chodzi o to, że osoby pracujące w księgarni nigdy nie mają złego dnia albo są zawsze uśmiechnięte. One po prostu są ludźmi takimi samymi jak ich gość. A dwoje ludzi (gorąco w to wierzę) zawsze się dogada. Ula, jedna z moich ulubionych księgarek, była dla mnie jak ksiądz albo barman – chodziłam do niej, żeby się wyżalić, albo pochwalić, albo po prostu chwilę pogadać o książkach. Pokazywała mi piękne albumy, parzyła kawę i częstowała mandarynkami. Nie próbowałam tego robić ze sklepem internetowym, ale mam przeczucie, że to może nie być to samo.

Ula, jedna z moich ulubionych księgarek, była dla mnie jak ksiądz albo barman.

Mówiłyśmy o ustawie o jednolitej cenie książki, czyli o tym, jak na sytuację księgarń stacjonarnych może wpłynąć państwo. A jak mogą im pomóc samorządy?

Samorządy mogą pomagać i dwa nawet pomagają: Warszawa i Kraków wspierają organizacyjnie i finansowo swoje księgarnie. W Krakowie w zeszłym roku na działania w księgarniach niezależnych przeznaczono 200 tysięcy złotych, Warszawa wsparła Warszawski Weekend Księgarń Kameralnych, umożliwiając de facto jego realizację. W tym roku również mamy obiecane środki z miasta.

W idealnej sytuacji samorządy powinny po pierwsze udostępniać księgarniom lokale na preferencyjnych warunkach, a po drugie wspierać je promocyjnie i zapraszać do udziału w wydarzeniach organizowanych dla lokalnych społeczności. Jak to wygląda w praktyce? No, nie najlepiej. Księgarnie są totalnie niezauważone. Nie ma ich na stronach informujących o tym, co ma do zaoferowania miasto, książki na nagrody i prezenty, jeżeli w ogóle są kupowane, to w internecie. Nawet podczas festiwali literackich odsyła się ludzi do Empiku. Ale wierzę, że powoli to się będzie zmieniało. Grunt to pokazywać dobre praktyki.

Majewska: To nie jest tylko sklep z książkami

Ktoś może zapytać, dlaczego akurat księgarnie powinny być przez miasto traktowane w sposób uprzywilejowany?

Bo księgarnia to nie punkt handlowy, tylko instytucja kultury, a instytucje kultury powinny być traktowane w sposób uprzywilejowany. W mieście, poza bankami i aptekami, powinny istnieć również teatry, kina, galerie i księgarnie. Wiadomo, że nie są one równie dochodowe jak innego typu działalność, ale na pewno są mieszkańcom potrzebne i wszyscy powinni mieć do nich dostęp. W Warszawie mamy teraz taką sytuację, że w większości dzielnic nie ma księgarni. Poznikały te osiedlowe, a nowoczesne, połączone z kawiarniami,  powstają głównie w Śródmieściu. Na Żoliborzu, na Ochocie, na Bemowie nie ma ani jednej księgarni. Poza tym ja na razie nie widzę oznak uprzywilejowania księgarń przez miasto: czynsze są nadal wysokie, szukający lokali na nowe księgarnie dostają propozycje w bardzo niekorzystnych lokalizacjach, albo takie które wymagają ogromnych środków na remont. W Warszawie w ciągu ostatniego roku powstały trzy księgarnie. To nadal za mało.

Opowiedz jeszcze o Weekendzie Księgarń Kameralnych. Czego możemy się spodziewać?

Weekend Księgarń Kameralnych tym razem rozlewa się z Warszawy na całą Polskę. Do udziału w tegorocznej edycji zgłosiło się 70 księgarń z 20 miast (pełną listę można znaleźć na naszej stronie). Miały być dwa dni, ale plan zaczął pękać w szwach i weekend potrwa w końcu od czwartku do niedzieli.

W ramach naszego święta odbędą się koncerty, warsztaty, spotkania literackie, panele, animacje i zabawy dla dzieci, spacery miejskie i imprezy taneczne. Księgarnie mają pełną dowolność w planowaniu swoich wydarzeń, ja czasem tylko komuś podsyłam kontakt do kogoś, żeby ułatwić przepływ informacji. Na dziś mamy potwierdzone spotkania z udziałem m.in Marcina Świetlickiego, Magdaleny Kicińskiej, Kuby Wojtaszczyka, Agaty Napiórskiej, Natalii Firdorczuk-Cieślak, Ryszarda Krynickiego, Ani Dziewit-Meller, Łukasza Stachniaka, Daniela de Latoura, Romana Kurkiewicza i Mariusza Szczygła.

No i w ramach tegorocznego, ogólnopolskiego Weekendu otwierają się dwie nowe księgarnie! Takie rzeczy cieszą mnie najbardziej. I to, że wśród współpracujących lokali mamy takie, które działają w naprawdę niewielkich miejscowościach: Brzegu Dolnym, Choszcznie, Wrześni, Pułtusku, Wągrowcu etc. Mam nadzieję, że to im dołączenie do nas pomoże najbardziej i że dzięki promocji naszego wydarzenia lokalne społeczności zainteresują się swoimi księgarniami.

Wszystkie wydarzenia w ramach WKK2017 są darmowe, ale na niektóre będziemy musieli robić zapisy ze względu na niewielkie rozmiary niektórych lokali.

Jak to finansujecie? Macie wsparcie władz miast, w których działają poszczególne księgarnie?

Z tego, co wiem, tylko Warszawa i Kraków dokładają się do organizacji Weekendu u siebie. W stolicy nasz budżet to w 80 proc. środki z miasta, reszta to spotkania organizowane dzięki współpracy z wydawcami albo dzięki zaangażowaniu właścicieli księgarń. Warszawski Kolektyw zbiera też środki w ramach crowdfundingu. W Krakowie księgarnie dostają granty z miasta na organizację wydarzeń. Reszta niestety musi sobie radzić sama, nawiązując współpracę z lokalnymi wydawcami, autorami i sponsorami. Udało nam się za to zdobyć wsparcie od Instytutu Książki na ogólnopolskie materiały promocyjne i stronę internetową.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się wcześniej skomunikować ze sobą i będziemy mieli też lepszą pozycję, aby wystąpić o dotację na organizację całości wydarzenia. Wiem, że wiele księgarń zamierza też ubiegać się o dofinansowanie w ramach programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Partnerstwo dla książki”. Koordynacją i promocją wydarzenia zajmuję się wolontarystycznie ja w ramach swojej Agencji Kultura. Pomagają nam blogerzy, dziennikarze, mamy też patronów medialnych, którzy obniżają dla nas swoje standardowe stawki reklamowe. Kocham ten projekt, bo naprawdę wyzwala w ludziach dobro!

***

Ogólnopolski Weekend Księgarń Kameralnych odbędzie się w dniach 21-23 kwietnia (czyli zakończy się w Międzynarodowy Dzień Książki). Weźmie w nim udział 70 księgarń z 20 miast, w których odbędzie się ok. 150 wydarzeń: spotkania autorskie, panele na temat czytelnictwa, warsztaty dla dzieci i dorosłych, koncerty, wystawy, zabawy dla najmłodszych i spacery miejskie. Do Warszawy mają przyjechać księgarze i księgarki z kultowych księgarń niezależnych z Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec.

Organizację warszawskiej części Weekendu można wspomóc na portalu pomagam.pl

Bio

Magda Majewska

| Redaktorka Krytyki Politycznej, animatorka kultury

W Krytyce Politycznej od 2010 roku, do 2013 odpowiedzialna za promocję Wydawnictwa Krytyki Politycznej, od lipca 2013 redaktorka Krytyki Politycznej. Absolwentka politologii UW, Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej i Księgarstwa UW oraz Studiów Podyplomowych „Literatura i książka dla młodzieży wobec wyzwań nowoczesności” na UW. Zajmowała się promocją i PR-em w dziedzinie kultury (m.in. promocją TR Warszawa w latach 2006-2010) oraz animacją projektów społeczno-kulturalnych. Redaktorka książek i tłumaczka z języka niemieckiego. Inicjatorka akcji społecznej „Warszawa Czyta”, współprowadzi Mokotowski Dyskusyjny Klub Dyskusyjny. Feministka, weganka, rowerzystka. Mama Mirona.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Sorry, Aniu z Zielonogo Wzgórza, ale "Klik w internecie i paczka pod drzwi znacznie ograniczają nam możliwość przeżycia przygody." nie jest racjonalnym argumentem za istnieniem deficytowych, małych miejsc z książkami. Nie twierdzę, że internet (bo nie ma się co oszukiwać, że księgarnie stacjonarne - te duże też - w końcu Empik się zwija) połknął wszystko i że to sama bajka, ale też gadanie o tym, że przez Internet się nie przeżywa przygody jest trochę, jak na humanistkę, narrowminded. Dzięki temu że nie tracę czasu na łażenie po księgarniu i pytaniu o kierunek mojego rozwoju intelektualnego panią księgarkę - mam więcej czasu na przygodę właśnie? Zejdźcie się z rozumem, humaniści, bo ani literatura nigdy nie zginie, ani czytelnictwo nie spadnie - chyba że po wprowadzeniu neuro do życia codziennego - wtedy w ogóle przedefiniuje się ludzkość. Ale do tego to jeszcze chwila. Po prostu dostosujcie się do realiów i pokochajcie internet - tam w tym internecie jest wiele nieodkrytych możliwości, ba, a może nawet przygód.

Bardzo dziękuję za tę "Anię z Zielonego Wzgórza"! To dla mnie wielki komplement 🙂

Zgadzam się. Zwłaszcza, że książek, które kupuję dotychczas nie znalazłem nigdzie oprócz właśnie w internecie (bodajże bonito). Małe księgarnie mają zazwyczaj mniejszy wybór i wysokie ceny, a ponadto nie sądzę, że pani księgarka będzie wiedziała więcej ode mnie. Biznes rządzi się swoimi bezlitosnymi prawami, a internet istnieje już od dobrych dwudziestu lat.

Zamiast ustawy o książce jest potrzebne dofinansowanie bibliotek i jeszcze raz dofinansowanie bibliotek, a potem dofinansowanie bibliotek.
Biblioteki mogę skutecznie pełnić (i często de facto pełnią) wszystkie funkcje o których jest napisane w artykule, ale przede wszystkim są niezbędne w kraju gdzie mediana płacy wynosi mniej niż 2500 zł i wielu ludzi po prostu nie stać na zakup książki.

Następna, której przeszkadza książka sprzedawana w supermarkecie. Czy taka książka jest w czymś gorsza od tej z hipsterskiej księgarni? Książka ma pewną funkcję, i najlepiej gdyby była dostępna wszędzie i za darmo. Robienie z książki towaru luksusowego, tylko po to by wytłumaczyć niepotrzebną ustawę służącą drenowaniu kieszeni społeczeństwa, jest śmieszne.

A z czego będą żyli pisarze, jak książka będzie za darmo? Kto im ją zredaguje? Kto oceni, czy w ogóle powinni pisać? Niewidzialna ręka rynku?

To ja wasze wydawnictwa kupuję od dziesięciu lat, a wy w nagrodę wycinacie moje komentarze? I za co? Za napisanie, że książka to towar pierwszej potrzeby, który powinien być rozdawany za darmo na stacji benzynowej?

Stała cena na pewno nie pomoże czytelnikom, a to oni powinni być w tym wszystkim najważniejsi.