Czytaj dalej

Jak pracowałem w kurniku

Czytałem, że kury dysponują ponad dwudziestoma wokalizacjami, ale nie sądziłem, że przyjdzie mi je poznawać w tak przykrych okolicznościach.

Robotę zaczęliśmy w kurniku częściowo już opróżnionym, trzeba więc było zagnać kury bliżej wyjścia, żeby mniej się nachodzić. Na takiej wielkiej powierzchni miało to trochę sensu. Kury jednak nie wydawały się przekonane do tego pomysłu, bo mimo naszych pokrzykiwań, klaskania, walenia w blachy, a nawet kopniaków nie chciały się ruszać. Zbite w kupę, przytulone jedna do drugiej, pozostały prawie całkowicie obojętne na nasze pokrzykiwanie i inne próby płoszenia.

 

Pomimo długich przygotowań i rozmyślań nad tym, co powinienem zabrać, nie pomyślałem o kluczowej rzeczy. Rękawicach roboczych. Wszyscy je mieli, poza mną i najstarszym mężczyzną, z rękami tak spracowanymi, że najwyraźniej nie potrzebował już rękawic, choć jako doświadczony łapacz głównie tym się zajmował. Gdy zapytałem kolegów z kurnika o jakieś wolne rękawice; powiedzieli, że każdy przynosi swoje. Pozostało mi więc łapać kury gołymi rękami. Nie uśmiechało mi się to, ale nie mogłem teraz zrezygnować tylko dlatego, że wolałbym nie dotykać tych biednych kur. Ostatecznie różnica polegała wyłącznie na moim komforcie, kurom było raczej wszystko jedno. Dziwnie było trzymać w gołych rękach ich ciepłe nogi i czuć pomarszczoną skórę.

Po niezbyt udanej próbie przegonienia kur bliżej wyjścia zaczęliśmy je łapać. Nie zrozumiałem, że łapać będą tylko dwie, trzy osoby, a reszta ma nosić skrzynki lub pakować je na ciężarówkę, więc z początku zabrałem się za łapanie. Należało złapać za nogę pierwszą kurę, potem drugą, a do drugiej ręki jeszcze trzecią. Kury były raczej ospałe, apatyczne i niezbyt ruchliwe, więc jeśli robiło się to delikatnie, prawie nie protestowały. Dopiero gdy podnosiło się je za nogi do góry, zaczynały bić skrzydłami. Czasami tak mocno, że aż mnie bolały ręce. Inne, wisząc głową w dół, podejmowały dramatyczne próby podziobania oprawcy. Próbowałem łapać je tak, żeby mnie nie dosięgły dziobem ani skrzydłami, ale z mizernymi efektami. Nie było czasu, żeby patrzeć, jak się łapie, bo już złapanie trzech kur za nogi naraz wymagało nie lada wysiłku. Zrozumiałem, dlaczego faceci na ganku śmiali się ze mnie. W żaden sposób nie dałoby się złapać pięciu kur w jedną rękę.

Zazwyczaj wyobrażamy sobie kury wielkości kurczaków z rożna. Brojlery tuczy się zazwyczaj do około trzech kilogramów, ale niektóre w tym kurniku ważyły znacznie więcej. Przypominały rozmiarami raczej indyki z nadwagą albo prosiaczki. Niektóre mogły dobić nawet do pięciu kilogramów. Mógłbym zrzucić ich ciężar na karb mojego zmęczenia, ale i na oko były wielkie. Nigdy wcześniej nie widziałem takich wielkich kurczaków. Może te z grilla to jakaś inna odmiana?

Ledwie zdążyłem złapać kilka sztuk, a facet, który nas tu przywiózł, zwrócił mi uwagę, że mam nosić, a nie łapać. Polegało to na tym, że od łapaczy drobiu przejmowałem złapane i wiszące za nogi kurczaki i zanosiłem je do skrzynek czekających przed kurnikiem przy aucie, skąd następnie były pakowane do ciężarówki. Noszenie nie okazało się dużo lepsze od łapania, coś jak zamiana dżumy na kiłę. Zarówno łapanie, jak i noszenie żywych kurczaków, które próbują się wyrwać, biją skrzydłami, dziobią i pieją, to jakiś koszmar. Jedyny plus, że nie musiałem ciągle się schylać.

Sezon na delfiny

czytaj także

Sezon na delfiny

Peter Singer

Czytałem, że kury dysponują ponad dwudziestoma wokalizacjami, ale nie sądziłem, że przyjdzie mi je poznawać w tak przykrych okolicznościach. Choć hałasowały podobnie, to jednak różnie. Wyrażały w ten sposób co najmniej kilka kurzych emocji: strach, przerażenie, stres, agresję, sprzeciw, chęć ucieczki. Nie, żebym wiedział, które dźwięki co oznaczały, ale słyszałem, że biedne darły się jak prowadzone na rzeź. I słusznie, bo choć nie były prowadzone, tylko niesione za nogi, to jednak tam właśnie miały dziś trafić. Niektóre kwiliły jak dzieci i przypomniały mi się słowa koleżanki, że to tak, jakby wejść do przedszkola i zacząć wynosić dzieci za nogi i pakować do skrzynek. Kurze łapki bardzo zresztą przypominają ludzkie dłonie, tylko są trochę mniejsze i bardziej pomarszczone. Jak dłonie miniaturowej staruszki. Już Darwin pisał, że od innych zwierząt różnimy się właściwie tylko poziomem rozwoju, a nie jego jakością. Mózgi zwierząt też są zbudowane podobnie do naszych i mamy takie same emocje, tylko zwierzęta nie zawsze potrafią wyrażać je tak, żeby człowiek zrozumiał. Choć czasem potrafią. Od razu przecież widać, gdy pies jest szczęśliwy. A jeśli nie wiemy, jak poznać szczęśliwą kurę, to pewnie tylko dlatego, że spędzamy z nimi za mało czasu. No i rzadko się spotyka szczęśliwą kurę.

Ponieważ kury kwiliły jak niemowlaki, wyobrażałem sobie przez chwilę, że naprawdę nimi są i że wyłapuję za nogi bobasy, a następnie zanoszę je do skrzynek. Trochę poprawiło mi to humor, bo uważam, że jest już za dużo ludzi na świecie. Ponoć ludzina smakuje podobnie jak kurczak. Przy skrzynkach czekali koledzy i upychali ptaki, żeby dziewięć zmieściło się w jednej, po czym wrzucali je na pakę ciężarówki.

Prawo do mięsa (i innych tradycyjnych wartości)

Niestety, nie policzyłem, ile skrzynek mieściło się w ciężarówce, ale na miejscu nie mogłem myśleć o niczym innym niż cierpienie. Na początku podsłuchałem rozmowę, z której wynikało, że musimy załadować trzy tysiące kur. To by się zgadzało, bo gdy później przyglądałem się tirom wożącym drób, przeważnie mieściło się w nich sto sześćdziesiąt osiem skrzynek. Ponieważ do każdej skrzynki upychaliśmy po dziewięć kur, jedna ciężarówka mogła ich zabrać ponad półtora tysiąca. Wiem na pewno, że przeniosłem kilkaset kur, na szczęście część dowiozłem do skrzynek wózkiem.

Mimo wszystko stosunek ludzi do zwierząt nie był aż tak zły, jak się spodziewałem. Oczywiście z początku, gdy próbowaliśmy zagonić kury bliżej wyjścia, dostały trochę kopniaków, ale muszę przyznać, że większość osób starała się przeganiać kury bez ich dotykania, i dopiero gdy nie chciały się ruszać, obrywały. Co więcej, raz czy dwa zwrócono mi uwagę, żebym bardziej uważał i nie rzucał kurami, bo się poobijają. Co prawda w tym komentarzu chodziło o jakość mięsa, a nie dobrostan zwierzęcia, ale kurze pewnie wszystko jedno, z jakiego powodu się o nią dba. Oczywiście nie chciałem rzucać żadną kurą. Starałem się być możliwie delikatny, choć przy takim tempie pracy nie dało się uniknąć brutalności. Od czasu do czasu ktoś się potknął o nie do końca martwą kurę, których kilkadziesiąt leżało w różnych częściach kurnika. Później, gdy zaczęliśmy wozić kury taczkami, wjechałem na taką biedaczkę. Po prostu jej nie zauważyłem. Innym razem źle oceniłem odległość i znowu przejechałem kurę. Mam nadzieję, że wtedy już nie żyła.

9 dobrych i rozsądnych powodów, żeby przejść na weganizm

O dziwo, część z przejechany taczkami kur nagle zaczynała się ruszać. Może niektóre tylko udawały martwe? Przecież kury potrafią być podstępne i wykazują zdolności makiaweliczne, czyli z pewnością ogarną, jak udawać trupa. Inne wiły się na ściółce, jakby chciały się ruszyć, ale nie mogły. Pewnie miały połamane nogi albo inne, może ciągnące się od dawna, problemy ortopedyczne. Przecież trudno im utrzymać tłusty i umięśniony korpus na rachitycznych nóżkach. Na wejściu do pierwszego kurnika co chwila, chodząc tam z powrotem, mijałem leżącą kurę, która cały czas kołysała się w przód i w tył. Czy kury mogą nabawić się choroby sierocej?

Choć nie chciałem krzywdzić zwierząt, wiedziałem, że to robię. Wiedziałem też, że gdybym ja tego nie robił, zrobiłby to ktoś inny. Choć może nie? Najwyraźniej trudno znaleźć chętnych do tej pracy, i to za grosze, skoro przyjmuje się nawet ludzi pijanych w trzy dupy oraz członków zespołu Krytyki Politycznej. Około czwartej rano na stacji benzynowej odbyła się zresztą rozmowa na ten temat. Zarządca w ogrodniczkach stwierdził, że jest nas za mało. Geniusz. Na co nasz kierowca odpowiedział, że nie ma skąd wziąć ludzi, bo po prostu nie ma, i co zrobisz? Nasza drużyna była zbieraniną wioskowych pijaczków w wieku różnym oraz jednego nastolatka, która najwyraźniej bardzo potrzebował zarobić tę stówę. Ciekawe, czy poszedł na rano do szkoły.

Przy tej pracy po prostu nie da się nie krzywdzić zwierząt. Po paru godzinach sam czułem się jak skrzywdzone zwierzę. Sterany, poobijany, pływający w kaloszach pełnych kurzych odchodów, marzyłem już tylko, żeby to się skończyło.

Kapela: Wierzę, że świat może i powinien być wegański

Gdy wróciłem przed siódmą do domu wrocławskiej przyjaciółki, wziąłem szybki prysznic, otworzyłem kolejne piwo i usiadłem na balkonie. Dawno nie byłem tak zmęczony. Nagle wróciły do mnie wszystkie emocje, które w sobie tłumiłem podczas łapania kurczaków. Skulony na krześle, wybuchnąłem płaczem.

Jeszcze przez parę dni widząc dziecko w wieku do lat trzech, wyobrażałem sobie, że łapię je za nogę i wrzucam do skrzynki.

***

Fragment książki Jasia Kapeli Polskie Mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.