Czytaj dalej

Jagielski: Kolacja w Aleppo [fragment „Wszystkich wojen Lary”]

„Mam zamiar trafić stąd prosto do nieba”.

W baraku panował półmrok, ale dojrzała drewnianą ławkę pod ścianą i siedzącą na niej kobietę. Wyglądała na Czeczenkę. Miała na głowie kwiecistą chustę zawiązaną tak, jak zwykły to robić kaukaskie wieśniaczki.

– Do syna?  – zapytała kobieta po rosyjsku.
– Ano, do syna  – westchnęła Lara.
– Wpuszczą?
– Chyba wpuszczą, dzwonił, że czeka.
– No to masz szczęście. Mój nie chce mnie widzieć. Czekam tu już dziewiąty dzień, a on codziennie dzwoni, żeby mnie nie przepuszczali.

W drzwiach stanął ciemnoskóry Arab, skinął na Larę i pokazał ręką, że dalej ma iść sama, prosto przed siebie.

– Idź, idź, zanim się i twój nie rozmyśli  – rzuciła kobieta.

Dźwigając ciężkie bagaże, Lara powlokła się w stronę syryjskiej granicy, coraz bliższej i wyraźniejszej. Widziała już nie tylko ogrodzenie z drucianej siatki, ale i stojących za nim ludzi. I ciężką żelazną bramę, przez którą wiodła droga do Syrii. Dzielił ją od niej tylko jeden, ostatni posterunek, na którym mundurowi sprawdzali podróżne dokumenty. Podała swój paszport, a żołnierz powoli przewracał stronice. Podniósł wzrok i o coś zapytał. Nie zrozumiała. Powtórzył, teraz już zniecierpliwiony.

– Sziszani, Sziszani  – wymamrotała bezwiednie.

Znów coś warknął, wymachując jej przed nosem paszportem.

– No visa  – wycedził przez zęby i rzucił paszport na ziemię. Podniosła i usłużnie podała jeszcze raz. Znów cisnął książeczkę na ziemię i pokazał Larze, że ma odejść, że nie przepuści jej przez bramę do Syrii.

Padła przed nim na kolana, błagała, szlochała, próbowała chwycić go za rękę. Lament przeszedł w skowyt, jęk rozpaczy.

– Pomocy!  – błagała.  – Czy ktoś tu mówi po czeczeńsku? Albo po rosyjsku? Niech mi ktoś pomoże!

Zrobiło się zamieszanie, zbiegli się żołnierze. Po chwili jeden z nich podszedł do niej z telefonem komórkowym.

– Czego ci trzeba, kobieto?  – zapytał w telefonie ktoś po rosyjsku z arabskim akcentem.
– Do syna! Do syna jadę, a nie chcą mnie przepuścić. Nazywa się Abu Mohammed! Sziszani!  – zawołała w słuchawkę.
– Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

Kazał jej przekazać słuchawkę dowódcy posterunku. Rozmawiali chwilę, a potem oficer machnął ręką, by ruszała dalej.

Zbliżając się do żelaznej bramy, czuła, że przekroczy coś znacznie ważniejszego i groźniejszego niż linia rozdzielająca terytoria odrębnych państw. Wkraczała w świat, którego nie pragnęła ani którego nie była ciekawa. Gdyby to od niej zależało, wolałaby nie wiedzieć, że w ogóle istnieje. Spoglądała z lękiem na ludzi wczepionych rękami w drucianą siatkę po drugiej stronie. Wyglądali jak w klatce, groźni, nieokrzesani, jak dzikie zwierzęta. Przerażała ją myśl, że jeśli przekroczy bramę, znajdzie się pośród nich.

Przeszła bramę i stanęła po syryjskiej stronie, wypatrując w tłumie Szamila. Miał tu być, czekać na nią. Coś się stało? Nie przyjechał? Szukała go, przesuwała wzrok po twarzach mężczyzn. Wszyscy wydali się jej jednacy, zszarzali od kurzu, zarośnięci, obdarci. Czy to możliwe, żeby nie poznała własnego syna? Serce zaczęło jej bić, jakby się chciało wyrwać z piersi.

Nie wypatrzyła go. To on ją zobaczył, w chwili gdy stanęła w otwartej bramie. Widział, jak się rozgląda, próbuje go odnaleźć wzrokiem, ugina się pod ciężarem bagażu. Nie zauważyła go nawet wtedy, gdy już szedł ku niej, rozpychając się w tłumie. Dopiero gdy stanął tuż obok i położył rękę na jej ramieniu, spojrzała na niego zaskoczona i przestraszona. Nie mogła uwierzyć, że nie zauważyła, jak się zbliża, że nie wyczuła jego obecności.

Objął ją mocno, a Lara wybuchła płaczem.

– Już dobrze.  – Pogładził ją po policzku.  – Pojedziemy do domu, odpoczniesz.

Poszła za nim ciężkim krokiem, patrząc pod nogi, bo bała się, że się potknie i przewróci. Kiedy podnosiła wzrok, widziała przed sobą ramiona Szamila. Miał na sobie żołnierską kamizelkę narzuconą na niebieską długą koszulę z bawełny wyłożoną na workowate spodnie. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby się tak ubierał. Nie widziała go też z bronią, a teraz niósł karabin maszynowy przerzucony przez ramię jak sportowa torba.

Ludzie rozstępowali się przed nim jak przed kimś ważnym, komu należy się pierwszeństwo i szacunek. Zatrzymał się przed ogromnym samochodem, z którego wyskoczyli mu na spotkanie inni partyzanci z karabinami. Partyzantów było sześciu, wszyscy młodzi, zarośnięci, długowłosi. Na ich widok tłum gapiów, który zebrał się wokół samochodu, odstąpił na kilka kroków.

– A oto i moi bracia  – powiedział Szamil.  – Z Czeczenii, sami swoi, jak w domu.

Usiadł z kierowcą na przodzie, a ją umieścił na tylnym siedzeniu, wielkim, obitym miękką skórą i wygodnym jak kanapa w pałacu. Cały samochód, wielki jak dom, aż lśnił wspaniałością i bogactwem.

– To twój samochód?  – zapytała.
– Mój?  – odparł rozbawiony.  – Jedyne, co tu do mnie należy, to ta koszula, co ją mam na plecach. A samochód dostałem od emira. Dał mi go, jak się dowiedział, że przyjeżdżasz. Opancerzony, na specjalne życzenie, ściągnęli mu go aż z Iranu. Tylko mnie daje go dotknąć. Nikomu innemu nie ufa, a mnie wierzy, że mu pod siedzenie bomby nie podłożę.

Powiedział, że pozna osobiście emira, bo zapowiedział się z wizytą. A może go już poznała? Albo przynajmniej widziała? Pochodzi przecież z doliny i wychował się w sąsiedniej wsi, w Birkiani.

– Z Birkiani?  – zapytała zdziwiona.  – Jak się nazywa?
– Nosi imię Abu Omar  – powiedział.  – A wszystkich nas nazywają tutaj Sziszani.
– Abu Omar?  – powtórzyła.
– Tutaj znają go wszyscy. Zasłużył się na wojnie jak mało kto. Ważna figura, a ja przy nim, bo jestem jego adiutantem i tłumaczem. Emir potrafi mówić tylko po gruzińsku, rosyjski, a nawet czeczeński słabo zna. Jutro go zobaczysz, bo ma przyjść wieczorem w gości.

Zatrzeszczał radiotelefon. Szamil podniósł słuchawkę i powiedział po czeczeńsku: jedziemy.

– To do tych z drugiego samochodu  – wyjaśnił.  – Tak tu się jeździ, zawsze w dwa samochody, dla bezpieczeństwa. Jednemu coś się stanie, to drugi pomoże.

Jechali szybko, gwałtownie, jakby się z kimś ścigali. Skwar, zaduch i wszelkie dźwięki zostały za szczelnie zasuniętą szybą. Pędzili na łeb, na szyję, przez szarą, brudną, kamienistą pustynię. Potem skręcili na asfaltową drogę i pognali jeszcze prędzej, wymijając arby zaprzężone w wielbłądy i osły i wielkie ciężarówki wyładowane piramidami bagaży.

Żółte niebo było zasnute ciężkim smolistym dymem. Lara próbowała ustalić, skąd pochodzi, ale dostrzegła tylko, że palą się śmieci piętrzące się wzdłuż drogi. Widziała przez okno stojących na poboczu mężczyzn w powłóczystych tunikach. Chusty i turbany zawiązane na ich głowach sprawiały, że wyglądali jak postacie bez twarzy.

– Pali się coś?  – zapytała Szamila.
– Cały czas coś się pali  – przytaknął.  – Nocą przylatują samoloty i zrzucają bomby.

Dopiero gdy wjechali między pierwsze zabudowania, zobaczyła spustoszenia, jakie spowodowała wojna. Zburzone budynki, zwalone gruzem na wąskie zaułki, w których przed wojną kupcy rozkładali stragany, zwisające dachy, połupane pociskami, spękane mury, sczerniałe od pożarów puste dziury okien, zmiażdżone i spalone samochody. I ludzi, którzy najwyraźniej nadal żyli w ruinach, pogorzeliskach i norach, jakie pozostały po ich miasteczku. Było ich całe mrowie. Dlaczego nie uciekli, gdy spadły pierwsze bomby? Na co liczyli? Błąkali się teraz pośród szkieletów dawnych domów, odgruzowywali niegdysiejsze uliczki i bramy, grzebali wśród ruin, przeganiając stada wałęsających się kóz i watahy zdziczałych bezpańskich psów. W chmurze szarobiałego kurzu, która zawisła nad pobojowiskiem, wyglądali jak potępione duchy skazane na wieczną tułaczkę i nie mające nigdy zaznać spokoju.

– Strasznie tutaj  – wyszeptała, patrząc przez okno.
– Co ty mówisz? A ja dopiero tutaj wiem, po co żyję  – powiedział z przedniego siedzenia Szamil.
– Istne piekło na ziemi…  – dodała, jakby nie usłyszała.
– A ja stąd mam zamiar trafić prosto do nieba.

Wyjaśnił, że miasto, do którego wjeżdżają, nazywa się Aleppo, ale zatrzymają się na dalekich przedmieściach, bo dalej stoją wojska Assada i toczą się uliczne walki. Powiedział, że to jedno z najstarszych i najsławniejszych miast w całym arabskim świecie. I że znajdował się w nim największy na caluteńkim świecie kryty dachem bazar, ale teraz został zburzony razem z całym starym miastem, karawanserajami, łaźniami i meczetami przez wojska tego tyrana z Damaszku, bezbożnika Assada, dla którego nie ma żadnej świętości poza władzą.

Jechali dobrą godzinę  – wąwozami ruin, to znów przez dzielnice nie dotknięte wojną, zamożne i ruchliwe. Wreszcie zatrzymali się przed wysokim murem otaczającym dwupiętrowy dom. Jeszcze w samochodzie Szamil zapowiedział przez radiotelefon, że będzie na miejscu za minutę, i ledwie zwolnili przed bramą, wartownik otworzył ją na oścież i zamknął, jak tylko wjechali do środka.

Dom był wspaniały. Jak pałac jakiegoś sułtana. Na środku wielkiego wyłożonego kamienną mozaiką dziedzińca, pełnego daktylowych palm, szemrała woda w niewielkiej sadzawce. Można było cieszyć oczy jej widokiem z ocienionych krużganków, z których wchodziło się do wyłożonych białym marmurem pomieszczeń na parterze i piętrze.

Rozglądała się wkoło, oszołomiona wykwintem i przepychem, nie wiedząc, na czym zatrzymać wzrok.

– Jak w rajskim ogrodzie, prawda? W okolicy stoi takich wiele. Bogaci ludzie tu kiedyś mieszkali  – rzucił Szamil.  – Ten należy do mojego przyjaciela, mudżahedina. Oddał życie dżihadowi i walczy już od dwudziestu lat. Przeważnie w Afganistanie. Kupił ten dom, kiedy ożenił się z tutejszą kobietą. Gdy mu powiedziałem, że matka do mnie przyjeżdża, kazał mi cię tu przywieźć, a sam zabrał dzieci i żonę na wieś, do jej rodziny. Mamy dom dla siebie na cały tydzień. Będziesz miała gdzie odpocząć.
– Ledwie żyję  – westchnęła z ulgą.  – Trzeci dzień w drodze…
– To i chinkali pewnie nie dasz rady na wieczór naszykować…
– Może jutro?… Nóg nie czuję…
– Trudno…  – powiedział.  – Chociaż trochę szkoda. Niepotrzebnie powiedziałem przyjaciołom, że przyjeżdżasz i na kolację będą gruzińskie kołduny. Nakupiłem nawet specjalnie baraniego mięsa…

Był rozczarowany i nie potrafił tego ukryć. „Jak dziecko”  – pomyślała Lara.

– A dużo ich będzie?  – zapytała.
– Szesnastu. Wszyscy z Czeczenii. Przyjdą po modlitwie, jak zapadnie noc.
– Narobię ci tych chinkali, zdążę, tylko ciasta muszę nagnieść  – powiedziała.  – Zrobię wszystko, na co będziesz miał ochotę.

Zaraz się rozchmurzył.

– Niedługo powinny przyjść siostry, to pomogą ci z ciastem.
– Siostry?
– Dziewczyny. One też tu przyjeżdżają na dżihad, nie tylko mężczyźni  – wyjaśnił.  – Sama się przekonasz.

Zaprowadził ją schodami na piętro do pokoju, który miał być jej sypialnią. Rozłożyła rzeczy, odświeżyła się, chwilę odpoczęła, a kiedy zeszła na dół, w kuchni krzątały się trzy dziewczyny. Spłoszyły się na jej widok, jakby przyłapała je na czymś, czego robić nie powinny. W jednakowych czarnych hidżabach i szarawych tunikach wyglądały jak uczennice w szkolnych mundurkach. Dwie trzymały się razem, jak siostry. Trzecia odezwała się do Lary po czeczeńsku.

– To pani jest matką Abu Mohammeda?

Powiedziała, by wołać na nią Aisza i nie gniewać się, jak nie odpowie, bo to nowe imię, przybrała je dopiero tutaj, w Aleppo, i jeszcze do niego nie przywykła. W Holandii, w Europie, dokąd wyjechali z Kaukazu z rodzicami, nazywała się Fatima.

– Co to za dziwna moda? Wszyscy tu zmieniacie imiona na nowe?  – zdziwiła się Lara.
– Prawie wszyscy. Jedni dla bezpieczeństwa, żeby po ich powrocie do domu nikt się nie dowiedział, gdzie byli i co robili. A inni, jak ja, żeby mieć nowe imię na nowe życie. Bo tu się dla nas nowe życie zaczyna, stajemy się innymi ludźmi.
– I po coś tutaj przyjechała? Nowego życia szukać? Na wojnie? Dziewczyna?
– Dżihad to nie tylko wojna. Służyć można rozmaicie, choćby i w kuchni.
– A one?  – Lara spojrzała na dwie dziewczyny pod ścianą.  – Też nasze?
– Francuzki  – zaprzeczyła Aisza.  – To znaczy Arabki, ale z Paryża.

Zabrały się do pracy. Lara z Aiszą zagniotły ciasto na chinkali, a kiedy było gotowe, lepiły z niego duże pierogi w kształcie sakiewki. Arabskie Francuzki przygotowywały warzywa, owoce i sery.

– One też na wojnę przyjechały?
– Do mężów.
– Nasi kobiet na wojny nie zabierają.  – Lara skinęła głową ze zrozumieniem.  – A może właśnie powinni. Wtedy by poczuli, jak to jest umierać ze strachu o innych.
– Nasi mężowie też żon ze sobą na wojnę nie przywożą. To myśmy ich tu poznajdowały.

Opowiedziała Larze, jak w internecie poznała swojego przyszłego męża. Kończyła liceum i myślała, żeby zostać pielęgniarką, ale nie taką ze szpitala, tylko z pogotowia ratunkowego, odbierającą śmierci ofiary. Spędzała wiele czasu przy komputerze, czytając o nieszczęśliwych wypadkach, drogowych kraksach, katastrofach lotniczych. Nawet nie zauważyła, jak ta ścieżka zaprowadziła ją w świat wojny, przed witryny poświęcone bitwom, mudżahedinom, Palestynie, Irakowi, Afganistanowi, dżihadowi. Na którejś z nich znalazła artykuł o kilkunastoletnim Czeczenie z dobrej, bogatej rodziny z Ammanu, który rzucił studia medyczne, żeby zaciągnąć się na syryjską wojnę i jako prosty mudżahedin (jego ojciec był w Jordanii pułkownikiem w królewskiej armii) walczyć w obronie syryjskich muzułmanów ciemiężonych przez tyrana z Damaszku. Swoją część rodzinnego majątku sprzedał i za zdobyte w ten sposób pieniądze kupił lekarstwa dla syryjskich szpitali. Artykuł opatrzony był fotografią Czeczena. Chłopak wyglądał jak książę z bajki. Wysoki, o szlachetnej, dobrej twarzy i smutnych oczach. Próbowała znaleźć więcej informacji na jego temat, aż w końcu dowiedziała się, gdzie szukać nowin o mudżahedinach z Syrii i jak można się z nimi skontaktować. Napisała, a on odpowiedział. Tak się zaczęła ich znajomość. Nie sądziła, że w taki sposób można się w kimś zakochać. Kiedy w którymś z listów zapytał, czyby do niego nie przyjechała i nie została żoną mudżahedina, nie wahała się ani chwili. Rodzicom, żeby ich uspokoić, powiedziała, że wyjeżdża z koleżanką do jej rodziny w Ammanie, że chce tam poznać muzułmańską wiarę i wyszkolić się na lekarza. I że za nic nie muszą płacić. Po jakimś czasie napisała im, że wyszła za mąż. Gniewali się, zwłaszcza ojciec, ale udobruchała ich fotografią męża i wieściami, że jest lekarzem i Czeczenem, chociaż po czeczeńsku nie zna już ani słowa.

– Nie chciałam ich okłamywać, ale wszystkiego też nie powiedziałam. No bo jest Czeczenem i lekarzem. A że jest jeszcze mudżahedinem, tego nie wiedzą  – powiedziała Aisza.  – Przyjdzie tu dzisiaj wieczorem.
– One też tak swoich mężów poznały?

Skinęła głową.

– I one, i wszystkie inne, które przyjeżdżają na dżihad z Europy.

Lara nie poznała męża Aiszy. Razem z Szamilem i pozostałymi kolegami zasiedli do kolacji w jadalni. Kobietom nie wolno było z nimi przebywać. Dziewczęta tylko nakryły, a na koniec wnios­ły wielką tacę z parującymi chinkali, pachnącymi baranim rosołem i świeżością. Lara uśmiechnęła się, zadowolona z siebie, słysząc przez drzwi okrzyki zachwytu.

Posiedziała jeszcze chwilę, wsłuchując się w odgłosy biesiady przerywającej post. Zdawało się jej, że słyszy głośny śmiech Szamila. Uzmysłowiła sobie, że nie pamięta, kiedy tak się śmiał, w głos. „Bawią się… dobrze mu”  – pomyślała, ale prędko odgoniła tę myśl.

Opadło ją zmęczenie. Postanowiła, że się położy, nie będzie dłużej czekać na syna. Ale sen nie przychodził. Z oddali dochodziły głuche wybuchy. W pokoju panował całkowity mrok. Dom był zbudowany tak, by żadne z okien nie wychodziło na zewnątrz, na ulicę. Chronił w ten sposób przebywające w środku kobiety przed spojrzeniami, nawet tymi przypadkowymi, obcych mężczyzn. W sypialni Lary w ogóle nie było okien, tylko drugie drzwi, które prowadziły na górny krużganek. Nie widziało się stamtąd horyzontu, jedynie niebo nad pobliskim miastem. Pchnęła drzwi i zobaczyła, jak mrok rozjaśniają jasne, białe rozbłyski eksplozji. Cofnęła się do środka i wtedy rozległ się wybuch znacznie głośniejszy i bliższy niż poprzednie. Zamarła, a po chwili wybuchło coś jeszcze bliżej i tak potężnie, że Lara poczuła, jak zadrżała pod nią ziemia. Przestraszona zeszła na dół, w ciemnościach, po omacku. Z salonu wciąż dobiegały dźwięki rozmowy i śmiech, a w kuchni paliło się światło. Przy stole, na którym z Aiszą lepiły chinkali, dziewczyny w hidżabach wpatrywały się w ekran przenośnego komputera.

– Nie śpicie, dziewczynki? Kino sobie zrobiłyście?  – zagaiła.

Zmieszały się, chciały wyłączyć komputer, ale zaprotestowała.

– A oglądajcie sobie, oglądajcie. Co mi tam do tego? Zeszłam tylko, bo wybuch mnie przestraszył. Co to było?
– Atak rakietowy, codziennie tak mamy  – odparła Aisza.  – Wojska Assada to tchórze. Atakują tylko nocą, zachodzą ludzi we śnie.

Lara zerknęła na ekran komputera.

– Co oglądacie?
– Harry’ego Pottera, Insygnia Śmierci, ostatnia część. Już to sto razy widziałam, ale czekam na męża i czas prędzej schodzi  – powiedziała Aisza.  – Trudno tu o jakiś nowy film. Prawdę powiedziawszy, nie ma co robić…

Następne dni upływały podobnie, spokojnie, miarowo, jakby tak już miało zostać na zawsze.

Pierwszego dnia przeraziła się, gdy ze snu wyrwało ją przed świtem wołanie muezinów na modlitwę. Ale potem przywykła. Po wczesnej pobudce modlili się, a ona schodziła do kuchni przyszykować śniadanie, które jedli razem przed wschodem słońca. W miesiącu postu następny posiłek wolno było zjeść dopiero po zmierzchu.

Do południa siadywali w cieniu krużganków, rozmawiając, snując wspomnienia albo po prostu przyglądając się sadzawce. Szamil opowiadał jej o swoim życiu w Europie i o tym, jak trafił do Syrii. Zaczęło się od znajomości pozawieranych w meczecie. Wiele rozmawiano tam o cierpieniach i krzywdach, jakie spotykają muzułmanów na całym świecie. O Palestynie, Kaszmirze, Bośni, Czeczenii, Afganistanie, Iraku. Oglądali też fotografie i filmy z tamtejszych wojen. Potem wybuchła wojna w Syrii i znów polała się krew wiernych, całe morze krwi, a świat palcem nie kiwnął, by położyć kres zbrodniom.

Najpierw zbierali w meczetach pieniądze i dary dla Syryjczyków. Pierwszy raz pojechał do Syrii właśnie z darami. Posłał go imam z meczetu, do którego chodził się modlić. Wybrał go spośród innych, bo mówił po arabsku i po turecku, a trzeba było jechać przez Turcję do położonego przy granicy obozu uchodźców.

To, co zobaczył na miejscu, zniszczone wojną życie ludzi, ich cierpienie i obojętność, z jaką odnosił się do nich świat, wydało mu się jeszcze gorsze niż wszystko, co wcześniej widział w telewizji. Już wtedy, po powrocie, zaczął przemyśliwać, czy nie przystać do syryjskich partyzantów. Zdecydował się na to, kiedy Rustam Gełajew napisał mu z Kairu, że rzuca studia i jedzie na wojnę. Postanowił, że się do niego przyłączy. Mieli się odnaleźć w Syrii. Nie zdążył nawet wyjechać z Europy, kiedy dowiedział się, że Rustam nie żyje, zginął w Aleppo zaraz na początku wielkiej bitwy o miasto. Jeszcze tego samego lata pojechał do Syrii i on. Z trzema kolegami Czeczenami. Imam w meczecie dał im nazwiska, adresy i numery telefonów ludzi, którzy mieli im pomóc. Czekali na nich w Gaziantepie tak jak teraz posłańcy Szamila na nią, Larę. Przekazywani z rąk do rąk trafili do partyzanc­kiego obozowiska, gdzie przez sto dni pod okiem zaprawionych w irackiej wojnie emirów uczyli się obchodzić z bronią, strzelać, walczyć wręcz. Studiowali taktykę wojenną, ćwiczyli wytrzymałość i siłę. W obozie poznał innych Czeczenów. Trzymali się razem, a po zakończeniu kursu przyłączyli się do oddziału, w którym walczyli już inni Czeczeni. Z Kaukazu, ale także z Bliskiego Wschodu i Europy. Utworzyli własne wojsko, a dowodził nim właśnie Abu Omar. Rok później Szamil został jego adiutantem i tłumaczem. Czeczeni uchodzili za najlepszych wśród partyzantów i dowództwo powstania przydzielało im najważniejsze i najtrudniejsze zadania. Po kilku miesiącach wrócił do Europy. Tą samą drogą, którą wędrował do Syrii. Nikt go nie zatrzymywał, nikt o nic nie pytał. Mając w kieszeni europejski paszport, nie musiał przejmować się wizami i przejściami granicznymi. Przed wyjazdem zwolnił się z pracy w firmie wysyłkowej, więc gdy wrócił z wojny, żyli z żoną z zasiłków. Po kilku miesiącach pojechał znowu. To wtedy poznał emira. Teraz jest w Syrii czwarty raz i czuje się tu jak u siebie w domu.

– Twój dom jest tam, gdzie twoi bliscy, gdzie dzieci, gdzie żona  – zaprotestowała.
– Wiedziałem, że tego nie zrozumiesz.

Spodziewała się, że jej uwaga go wzburzy, że podniesie głos, jak zwykle, gdy rozmawiali o tych sprawach, ale on odpowiedział spokojnie, a nawet uśmiechnął się dobrotliwie.

– Nie spierajmy się o to, szkoda tego czasu, kiedy tu jesteś.

Przyglądała mu się i temu życiu, jakie wiódł w Aleppo, i aż za dobrze wiedziała, że za najbliższych sobie ludzi uważa teraz tych młodych, z którymi przebywał niemal bez przerwy. Nie to, że ona, matka, a także jego dzieci i żona przestali się dla niego liczyć, ale teraz doszli inni, ci bracia i siostry, o których mógł opowiadać bez końca. Z nimi trzeba było dzielić się posiadaną dotąd na wyłączność i zazdrośnie strzeżoną rolą najbliższych jego sercu.

***
Tekst jest fragmentem Wszystkich wojen Lary, nowej książki reporterskiej Wojciecha Jagielskiego.

Wojciech Jagielski,Wszystkie wojny Lary, wyd. Znak, 2015

Czytaj także:

Lara, matka dżihadystów [rozmowa z Wojciechem Jagielskim]

**Dziennik Opinii nr 312/2015 (1096)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.