Czytaj dalej

Eksperymenty na biednych

Od 2003 do 2010 roku Abdul Latif Jameel Poverty Action Lab, ośrodek badawczy na MIT nazywany często po prostu J-PAL, przeprowadził ponad dwieście eksperymentów.

W lutym 2010 roku Esther Duflo, wówczas trzydziestosiedmioletnia profesor ekonomii rozwoju na MIT, wystąpiła na konferencji TED w Long Beach w Kalifornii. Na TED występują ludzie, którzy uważają, że mają ważne idee do przekazania światu, i próbują je zawrzeć w króciutkim – często dowcipnym lub kontrowersyjnym – wystąpieniu (niektóre z nich są później oglądane w internecie przez miliony ludzi).

„Jestem niska, jestem Francuzką, mam dość mocny francuski akcent” – zaczęła Duflo. Potem pokazała zebranym zdjęcie Port-au-Prince, stolicy Haiti, zburzonej przez niedawne trzęsienie ziemi. „Coś podobnego do trzęsienia ziemi w Haiti wydarza się co osiem dni” – przekonywała. Duflo miała na myśli to, że co osiem dni na świecie 25 tysięcy dzieci umiera na choroby, którym można zapobiec. Potem pokazała zebranym slajd, na którym zestawiła wielkość pomocy wysyłanej przez Zachód do Afryki z poziomem PKB kontynentu w tym samym czasie. Pomoc rosła szybko, PKB – bardzo powoli. Bez pomocy – mówiła Duflo – Afryka mogłaby być w gorszej sytuacji, albo w lepszej, albo wreszcie w takiej samej. „Nie wiemy – wzruszyła ramionami. – Nie jesteśmy lepsi od średniowiecznych lekarzy z ich pijawkami”.

Kilka dni później zwierzyła się reporterowi magazynu „New Yorker”, który przygotowywał jej portret, że to wystąpienie na TED wydawało się jej „nieco tanie”. „Jest centrolewicową francuską intelektualistką, która wierzy w redystrybucję i akceptuje optymistyczny pogląd (co, być może, wyprzedza wiedzę dostępną na podstawie dzisiejszych danych), że jutro może okazać się lepsze od dzisiaj” – opisywał ją „New Yorker”.

W 2003 roku Duflo wraz ze współpracownikami (wśród których najbardziej znany jest Abhijit Banerjee) założyła Abdul Latif Jameel Poverty Action Lab, ośrodek badawczy na MIT zajmujący się opracowywaniem eksperymentalnie sprawdzonych metod walki z ubóstwem. Duflo stała się twarzą ruchu, który inni ekonomiści ochrzcili niezbyt ciepłym słowem randomistas (od angielskiego random, czyli losowy; po polsku można to przełożyć jako „losowcy”, ale słowo sugeruje również pokrewieństwo z sektą albo ruchem rewolucyjnym). Sama Duflo dostąpiła wszystkich możliwych zaszczytów – poza Noblem – o jakich może marzyć ekonomista: medal Johna Batesa Clarka, przyznawany co dwa lata najlepszemu ekonomiście w USA poniżej czterdziestki (wielu nagrodzonych nim dostało później też Nobla) oraz stypendium fundacji MacArthura nazywane nagrodą dla geniuszy i przyznawane najwybitniejszym młodym naukowcom z różnych dziedzin.

Była najmłodszą osobą w historii, którą poproszono o wygłoszenie wykładu w Collège de France, a magazyn „Foreign Policy” wpisał ją na listę „100 najważniejszych myślicieli na świecie”.

Po wykładzie na TED zaproszono ją na kolację, w której uczestniczyli miliarderzy zajmujący się filantropią: Bill Gates, były szef Microsoftu i założyciel najbogatszej fundacji charytatywnej na świecie, Vinod Khosla, dawny szef firmy Sun Microsystems, oraz założyciel Facebooka, Mark Zuckerberg. „Musimy cię finansować” – miał jej powiedzieć Gates po kolacji.

Od 2003 do 2010 roku ośrodek Duflo (nazywany często po prostu J-PAL) przeprowadził ponad dwieście eksperymentów. Metoda stała się błyskawicznie bardzo popularna. Na konferencji NEUDC 2015, która odbyła się w listopadzie 2015 roku na amerykańskim Brown University, wygłoszono ponad sto pięćdziesiąt referatów, z których niemal każdy zawierał opis jakiegoś doświadczenia terenowego [1]. Było ich tak wiele, że omawiający je ekonomista Banku Światowego musiał wprowadzić podział na kategorie, a każdemu badaniu poświęcił tylko jedno zdanie. Sprawdzano eksperymentalnie wszystko, od postaw i zachowań związanych ze zdrowiem, pracą i płodnością po korupcję oraz działanie transportu.

Ekonomiści ustalili między innymi: że nagradzanie uczniów w Indiach za wyniki przynosi znacznie gorsze rezultaty niż nagradzanie ich za sam wysiłek włożony w naukę, a poza tym to drugie pozwala osiągnąć porównywalne rezultaty dwa razy taniej; że dzieci pracowników chińskich przedsiębiorstw państwowych mają gorsze wyniki w nauce niż dzieci pracowników z sektora prywatnego (co zdaniem autora miało świadczyć o niższej konkurencyjności zatrudnienia w sektorze państwowym); że ci Chińczycy, którzy w czasach rewolucji kulturalnej zostali wysłani do pracy na roli, inwestują więcej w edukację dzieci od tych, którzy nie mieli takiego doświadczenia; że w RPA udało się dramatycznie zwiększyć popularność obrzezania mężczyzn (które zmniejsza szanse na zarażenie się HIV) za pomocą wypłaty równowartości 10 dolarów po zabiegu oraz kampanii odwołującej się do męskości („Czy ty też będziesz prawdziwym mężczyzną?” – brzmiało hasło reklamowe); że dostęp do kredytu na przednówku zwiększa plony, bo pozwala kupić więcej ziarna na siew (w Zambii); że gwałtowny wzrost zamożności u sąsiadów rodziny znacząco zmniejsza jej zadowolenie z życia i obniża konsumpcję (w Kenii); że płacenie pacjentom za postępy w leczeniu (w Tanzanii) poprawia wyniki terapii nie dlatego, że ludzie przychodzą do lekarza częściej, tylko dlatego, że ich wizyty przypadają w bardziej odpowiednich z medycznego punktu widzenia terminach; że rozdanie lamp na baterie słoneczne uczniom siódmej klasy poprawia ich wyniki w matematyce (w Kenii), ale także wyniki ich kolegów, którzy lamp nie dostali; że mężczyźni, którzy ukrywają dochody przed żonami, radzą sobie gorzej w biznesie, ale te kobiety, które ukrywają swoje zarobki przed mężami – radzą sobie lepiej (w Ugandzie); że wpłacanie pracownikom pieniędzy na konto (w Indiach) sprawia, że oszczędzają znacznie więcej niż wtedy, kiedy dostają je w gotówce; i tak dalej.

Wiele z tych eksperymentów przyniosło bardzo ciekawe i niebanalne wyniki. W 2015 roku Christopher Blattman z Harwardu i Jeannie Annan z organizacji pozarządowej International Rescue Committee (Międzynarodowy Komitet Ratunkowy) opublikowali wyniki eksperymentu, który pokazywał skuteczność programu rehabilitacji dawnych żołnierzy, weteranów wojny domowej w Liberii. Program zawierał między innymi szkolenie rolnicze, dotację finansową i doradztwo, w tym wsparcie psychologiczne i zawodowe. Wcześniej ci młodzi mężczyźni nie mieli zbyt dobrych perspektyw życiowych: zdobywali pieniądze na życie, okupując plantacje kauczuku (w ten sposób wymuszali pieniądze od ich właścicieli), albo zajmowali się nielegalnym wydobyciem diamentów. Po czternastu miesiącach od zakończenia programu integracyjnego większość z nich pracowała legalnie jako rolnicy i zarabiała więcej niż przed jego rozpoczęciem. Co więcej, uczestnicy programu byli stosunkowo mniej zainteresowani zatrudnieniem się w charakterze najemników w konflikcie zbrojnym, który w czasie trwania projektu wybuchł w sąsiednim Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Mimo że udział w programie nie zwiększał znacząco ich dochodów (o 40 centów dziennie), to jednak wystarczyło, by bardzo wyraźnie wpłynął na ich życiowe decyzje.

Co ciekawe, mniej więcej jedna trzecia uczestników kursu dostała pomoc – w postaci materiałów i narzędzi do prowadzenia gospodarstwa o wartości mniej więcej 125 dolarów – dopiero po jego zakończeniu (inni dostali ją na początku). Obiecano im za to, że jeśli będą pracować legalnie i uczestniczyć w programie, dostaną to wsparcie w gotówce. Perspektywa otrzymania gotówki okazała się tak kusząca, że właśnie ci eksżołnierze zachowywali się najlepiej i najrzadziej wchodzili w konflikt z prawem.

*

W 2015 roku Aspen Network of Development Entrepreneurs (można to niezręcznie przetłumaczyć jako Sieć z Aspen dla Przedsiębiorców Zajmujących się Rozwojem) zorganizowała konferencję poświęconą ocenie wyników badań terenowych i ostrzegała, że wiele organizacji koncentruje się na nich tak bardzo, że zapomina, po co naprawdę pracuje. Podobnych przedsięwzięć jest bardzo wiele: sama Innovations for Poverty Action (Innowacje w Walce z Biedą) przeprowadziła ponad dwieście badań terenowych.

Naukowcy prowadzą także próby porównywania wyników różnych doświadczeń. W 2005 roku J-PAL opublikował porównanie wyników różnych eksperymentów, które dostarczały odpowiedzi na pytanie, ile może kosztować dodatkowy rok edukacji dziecka w szkole w kraju rozwijającym się. Problem jest trudniejszy, niż może się wydawać mieszkańcowi tak zamożnego kraju, jak Polska. W biednych krajach dzieci nie tylko mają do szkoły daleko, ale też często do niej w ogóle nie przychodzą, podobnie jak i nauczyciele – ci często nie stawiają się w pracy, a jeśli nawet przyjdą, to nie uczą.

W przypadku odrobaczania w Kenii koszt dodatkowego roku edukacji dla dziecka wynosił 3,50 dolara. W przypadku meksykańskiego programu PROGRESA – w którym rząd wypłacał ubogim rodzicom nagrody za to, że ich dzieci chodziły do szkoły – wynosił 6 tysięcy dolarów rocznie. Było oczywiste, że niektóre programy dają zbliżone wyniki przy bardzo różnych kosztach. Na przykład organizacja pozarządowa, która prowadziła programy odrobaczania w Kenii, chciała także kupować małym Kenijczykom mundurki szkolne. Posiadanie mundurka sprawiało, że chętniej przychodzili do szkoły – ale w przeliczeniu na rok edukacji taka interwencja kosztowała aż 100 dolarów na osobę.

Sprawdzone w eksperymentach interwencje – przekonują Abhijit Banerjee oraz Esther Duflo – bardzo często przynoszą zaskakujące rezultaty. Współpracująca z nimi organizacja pozarządowa Seva Mandir z indyjskiego stanu Radżastan zwróciła się do nich w 2005 roku z prośbą o pomoc w poprawieniu wyników nauczania w prowadzonych przez nią szkołach.

Pierwotnie Seva Mandir chciała powiązać płace nauczycieli z wynikami uczniów w testach. Banerjee i Duflo przytoczyli im jednak wyniki wcześniejszych eksperymentów, z których wynikało, że jest to ryzykowne: nauczyciele przygotowują bowiem wtedy uczniów „pod testy” albo próbują manipulować wynikami (nie cofając się nawet przed ich fałszowaniem). Wówczas postanowili zaprojektować system nagród dla nauczycieli za to, że przychodzą do pracy – co wcale nie było oczywiste, bo absencja nauczycieli w szkołach (powszechny problem w biednych krajach) przekraczała 40 procent czasu ich pracy. Ponieważ wiele placówek Seva Mandir leżało w bardzo odległych miejscach (na przykład w górach), trudno było kontrolować pracę nauczycieli.

Badacze z MIT zaproponowali nowatorskie rozwiązanie: wykorzystać aparat cyfrowy połączony z internetem. Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, nauczyciele robili sobie z uczniami zdjęcia w klasie. Ich wypłata była związana z liczbą ich obecności i to w sposób liniowy: im częściej byli w pracy, tym więcej zarabiali. Rezultaty były uderzające: absencja nauczycieli spadła o połowę (z ponad 40 do 20 procent), a wyniki uczniów się poprawiły [2].

Duflo i Banerjee widzą w takiej współpracy z partnerami jedną z największych zalet eksperymentalnego podejścia: dzięki pomocy organizacji pozarządowej można było znaleźć rozwiązanie ważnego problemu w polityce społecznej – i to takiego, którego nie dało się rozwiązać w inny sposób [3].

Jedynym ograniczeniem metody eksperymentalnej jest, ich zdaniem, kreatywność badacza. Samą metodę nazywali też w sposób, który sugeruje przełom: „podejściem eksperymentalnym”, „nową ekonomią rozwoju”, a wreszcie po prostu „nową ekonomią” [4].

Ten entuzjazm pozostaje całkowicie odporny na wszystkie problemy i wątpliwości.

Banerjee i Duflo przyznają, że pomaganie biednym jest bardzo trudne i metody sprawdzone w jednym kontekście mogą zupełnie nie sprawdzać się w innym, choćby wydawał się on bardzo podobny. W tym samym Radżastanie próbowano nakłonić pielęgniarki w szpitalach publicznych do częstszego przychodzenia do pracy, używając do tego takich samych metod – cyfrowego aparatu i zdjęć – które wcześniej przetestowano w szkołach. Okazało się, że urządzenia były niszczone, a przełożeni pielęgniarek znacznie częściej niż wcześniej uznawali ich nieobecność za usprawiedliwioną. Same pielęgniarki zaś nie przychodziły do pracy częściej niż przed wdrożeniem programu. Banerjee i Duflo potrafili to skomentować w ten sposób, że „pielęgniarki przekonały się, jak mało ich szefów obchodzi, czy przychodzą one do pracy”. Takie problemy nie podważają wiary dwojga ekonomistów w uniwersalną skuteczność propagowanej przez nich metody badawczej.

*

„Skłonność do sprowadzania obrazu biednych do zestawu klisz była z nami tak długo, jak długo istnieje bieda: biedni jawią się – zarówno w teorii społecznej, jak i w literaturze – na zmianę: jako leniwi i przedsiębiorczy, szlachetni albo złodziejscy, gniewni lub pasywni, bezradni albo samowystarczalni” – piszą Banerjee i Duflo we wstępie do książki Poor Economics („Ekonomia biednych” lub „Biedna ekonomia”), w której wykładają nie tylko zalety swojej metody, ale także szerszy pogląd na racjonalność świata ubogich [5].

Biedni z Azji czy Afryki są tacy sami, jak bogaci mieszkańcy zachodniego świata – mają dokładnie takie same pragnienia i potrzeby. Są też równie racjonalni (albo nieracjonalni) w podejmowaniu decyzji życiowych. Więcej: Duflo i Banerjee przekonują, że biedni znacznie więcej myślą o pieniądzach – po prostu dlatego, że mają ich niewiele, długo zastanawiają się nad wydaniem każdego grosza.

Równocześnie jednak ci sami naukowcy opisują wiele zachowań najbiedniejszych, które laikowi, człowiekowi z innego świata, wydają się nieracjonalne. Jednego z przykładów dostarczyło doświadczenie przeprowadzone w Kenii z udziałem miejscowych rolników. Chłopi doskonale wiedzieli, że jeśli będą używali nawozów, ich plony zwiększą się na tyle, że w sumie zarobią znacznie więcej (dodatkowy zysk będzie wyższy od kosztów nawozu). Mimo to farmerzy nie kupowali nawozu zaraz po zbiorach, kiedy mieli dość pieniędzy. Kiedy zaś nadchodził czas siewów, pieniędzy już nie było, bo rozchodziły się na różne życiowe potrzeby – w tym rozrywki i zwykłą konsumpcję.

Duflo i Banerjee pokazują, że pozornie nieracjonalne decyzje biednych mają bardzo skomplikowane podłoże.

Potrzeba natychmiastowej gratyfikacji jest uniwersalna i mają ją zarówno biedni, jak i bogaci – ale życie tych pierwszych jest na tyle trudne i niepewne, że trudno zmusić się do oszczędzania z myślą o odległym zysku. Życie w biedzie skraca perspektywę czasową, w której ludzie planują swoje działania. Trudno jest na przykład wydawać pieniądze na kupno nawozów, jeżeli całe otoczenie biznesowe – a w szczególności ceny zbytu – pozostaje bardzo niestabilne. Kenijscy farmerzy doskonale zapamiętali nieudany program pomocowy, w którym eksperci z Europy zachęcali ich do sadzenia specjalnych odmian fasoli i kukurydzy na eksport. Program działał znakomicie przez rok, ale potem Unia Europejska wprowadziła nowe normy sanitarne, których biedni kenijscy chłopi nie mieli szans spełnić (przede wszystkim dlatego, że ich wdrożenie było za drogie). W efekcie ogromne zbiory fasoli i kukurydzy zgniły na polach. W innym programie oferowano farmerom kupony, za które mogli kupić nawozy zaraz po zbiorach. Trwał on jednak tylko rok: potem eksperci spakowali się i wrócili do domu, a farmerzy ponownie zaczęli uprawiać pola bez nawozów.

Banerjee i Duflo podsuwają pomysły na różne programy, które pozwalają zmniejszyć negatywne skutki tej krótkowzroczności (czy też nieracjonalności). Można na przykład uruchamiać programy oszczędnościowe, które umożliwiają wycofanie pieniędzy dopiero wtedy, kiedy na koncie zbierze się odpowiednio duża kwota.

Zjawisko pułapki biedy wynika więc, ich zdaniem, nie tylko z obiektywnych okoliczności (jak sądzi chociażby Sachs). Biedni nie oszczędzają i nie inwestują nie tylko dlatego, że to dla nich trudniejsze niż dla bogatych. Istnieje cień prawdy w mieszczańskim przesądzie, który mówi, że biedacy często mają problem z samokontrolą – czyli wydają te niewielkie pieniądze, które posiadają, w sposób niesprzyjający maksymalizacji zysków w przyszłości. Wielu ludzi nie jest w stanie oszczędzać nawet wtedy, kiedy ma możliwości. „Część problemu wywodzi się z ludzkiej psychologii – piszą Banerjee i Duflo. – Większość z nas ma wspomnienia, w których próbuje wytłumaczyć gniewnemu rodzicowi, że siedzieliśmy obok pudełka z ciasteczkami i ciasteczka jakoś zniknęły. Wiedzieliśmy, że zjedzenie ciasteczek oznacza problem, ale pokusa była zbyt silna”.

Interesujące, że dwoje bardzo świadomych kontekstu autorów jednoznacznie porównuje w tym miejscu biedaków do dzieci, które nie tylko nie potrafią kontrolować swoich popędów, ale także wymagają opieki dorosłych: zagranicznych ekspertów lub urzędników należących do miejscowej klasy średniej. Z badań przeprowadzonych w slamsach w Hyderabadzie w Indiach wynikało, że mieszkańcy bardzo chętnie zmniejszyliby swoje wydatki na dobra konsumpcyjne – herbatę, słodycze, alkohol i tytoń – które pochłaniały dużą część ich dochodów. Brakowało im jednak samodyscypliny. Zdawali sobie zresztą z tego sprawę: Banerjee i Duflo opisują nawet przypadek kobiety, która płaciła innym, aby zmuszali ją do oszczędzania.

Różnica między biednymi i bogatymi nie polega jednak na tym, że ci drudzy mają wrodzoną lepszą samokontrolę: przeciwnie, wszyscy mają takie same potrzeby, ale bogaci mogą je zaspokoić, wydając mniejszą część swoich dochodów (a resztę zainwestować, aby mieć jeszcze wyższe dochody w przyszłości). Biedni są w stanie oszczędzać rzadziej i z reguły tylko wtedy, kiedy wierzą, że mają szansę na lepsze życie w przyszłości. Banerjee i Duflo piszą:

Odrobina nadziei i trochę bezpieczeństwa oraz wygody może stanowić potężną motywację. My mamy bezpieczne życie, uporządkowane według celów, do których możemy aspirować z dużą pewnością sukcesu (ta nowa kanapa, pięćdziesięciocalowy płaski telewizor, ten drugi samochód) oraz z pomocą instytucji zaprojektowanych w taki sposób, aby pomóc nam to osiągnąć (konta oszczędnościowe, programy emerytalne, pożyczki hipoteczne). W naszej sytuacji łatwo jest zakładać, jak robiono to w czasach wiktoriańskich, że motywacja i dyscyplina są wrodzone. W rezultacie zawsze martwimy się, że jesteśmy zbyt dobrotliwi dla rozrzutnych biednych. Tymczasem my uważamy, że w większości wypadków problem jest dokładnie odwrotny: trudno być zmotywowanym, kiedy wszystko, czego chcesz, wygląda na niemożliwie odległe [6] .

Optymalna pomoc dla biednych powinna polegać więc na stworzeniu takiego systemu zachęt, który brałby pod uwagę cechy ludzkiej psychiki. Biedni, jak dzieci, powinni być otoczeni staranną opieką, tak aby podejmowali decyzje, które wydają się im własne, ale w rzeczywistości zostały starannie zaprojektowane przez naukowców na podstawie danych eksperymentalnych. W zamyśle autorów nie oznacza to braku zaufania do biednych i cynicznej manipulacji: przeciwnie, chodzi o stworzenie im warunków, w których będą mogli podejmować korzystne dla siebie decyzje.

Fragment książki Adama Leszczyńskiego Eksperymenty na biednych, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Przypisy

[1] The Northeast Universities Development Consortium Conference organizowana jest corocznie od 1967 roku przez konsorcjum amerykańskich uniwersytetów, w tym tak ważne uczelnie jak MIT, Harward, Cornell i Yale.

[2] E. Duflo, R. Hanna, S. P. Ryan, Incentives Work: Getting Teachers to Come to School, „The American Economic Review” 2012, Vol. 102, No. 4, s. 1241–1278.

[3] A. V. Banerjee, E. Duflo, The Experimental Approach to Development Economics, „Annual Review of Economics” 2009, Vol. 1, s. 151–178.

[4] D. Karlan, J. Appel, More than Good Intentions: How a New Economics is Helping to Solve Global Poverty, Dutton Press, New York 2011.

[5] A. Banerjee, E. Duflo, Poor Economics. A Radical Rethinking of the Way to Fight Global Poverty, PublicAffairs, New York 2011.

[6] A. Banerjee, E. Duflo, tamże.

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter

Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: “Naznaczeni. Afryka i AIDS” (2003) oraz “Zbawcy mórz” (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki “Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych” 1943–1980 (2013) i “Eksperymenty na biednych” (2016).

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.