Czytaj dalej

Dlaczego nam to zrobicie?

glebokie_poludnie_kadr

Kiedy ku zdziwieniu medialnego mainstreamu Donald Trump wygrał wybory prezydenckie, oczy wielu rozczarowanych obserwatorów zwróciły się ku archetypicznemu źródłu wszelkiego skrajnie prawicowego zła – amerykańskiemu Południu.

Podobnie jak kilkanaście lat temu Thomas Frank pochylał się nad leżącym w sercu Stanów Kansas, tak teraz rozczarowani intelektualiści pytają: co z tą Georgią, Alabamą, Luizjaną czy Missisipi? Niektórzy swoje pretensje wyrażają gniewem i pogardą (która tylko pogarsza sprawę), inni starają się podejść do zjawiska z empatią i zrozumieniem, żeby wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Co prawda najprostsza arytmetyka wyborcza sugerowałaby raczej, że zwycięstwo Trumpowi zapewniło kilka stanów Midwestu, które cztery lata wcześniej wybrały Obamę, a do których Hillary Clinton nie kwapiła się wybrać w trakcie swojej kampanii, ale nie oszukujmy się – to z konserwatywnego Południa miłość do nowego prezydenta płynie najmocniejszym nurtem.

Krytyka Polityczna ma swój udział w tym wielkim „zwrocie ku Południu” – wydaliśmy Obcego we własnym kraju Arlie Russel Hochschild, Dawid Krawczyk opisał w cyklu reportaży swoje przygody w Atlancie i okolicach. Zainteresowanym Stanami doby Make America Great Again polecam również film Angry, White and American Gary’ego Younga, czarnoskórego dziennikarza, który z godnym podziwu spokojem jeździ po kraju i rozmawia z najpaskudniejszymi rasistami, w tym z samym Richardem Spencerem.

glebokie_poludnieWydawnictwo Czarne podeszło do sprawy amerykańskiego Południa z nieco innej strony – zamiast skupiać się na osławionym regionie po wyborach i analizować post factum, oferuje polskim czytelnikom Głębokie Południe Paula Theroux, książkę napisaną kilka lat temu, w czasach „środkowego” Obamy, kiedy kandydatura Trumpa była pojawiającym się raz na jakiś czas dowcipem, niczym nieróżniącym się od straszno-śmiesznych dywagacji poprzedzających każde wybory od ponad dwóch dekad.

Nie należy jednak czytać Głębokiego Południa, zamieniając w głowie pytanie „dlaczego nam to zrobiliście?” na „dlaczego nam to zrobicie?”. W książce Paula Theroux na próżno szukać wielkich ambicji socjologicznych czy publicystycznych. Choć nie mógł uciec od bardzo politycznych tematów, takich jak dostęp do broni, ubóstwo, rasizm, jego podróż jest bardzo prywatna.

Autor, który zjeździł niemal cały świat, po siedemdziesiątce zdaje sobie sprawę z tego, że niektórych części swojej ojczyzny nie zna wcale – a właściwie zna tylko i wyłącznie z powieści. Mając więc w pamięci setki przeczytanych książek, jedzie na Południe. Szczegółowo opisuje kolejne wsie i miasteczka, targi broni palnej, motele i bary. Rozmawia ze spotkanymi ludźmi, którzy – nawet jeśli początkowo podejrzliwi – z czasem się przed nim otwierają. Niektóre miejsca odwiedza czterokrotnie – podtytuł książki brzmi Cztery pory roku na głuchej prowincji. Mógłby z tego być wzorcowy reportaż, gdyby nie nieustające wrażenie, że Theroux jest myślami gdzie indziej.

Czy lepiej być czarnym i bogatym, czy biednym i białym?

Wedle noty okładkowej „opowieść ma też bohaterów drugoplanowych, znanych i mniej znanych kronikarzy Południa”. Cały problem polega na tym, że ci bohaterowie zbyt często zajmują pierwszy plan. Z każdym przeczytanym rozdziałem coraz mocniej zdawałem sobie sprawę, że mimo swoich deklaracji Theroux nie przyjechał na Południe, by poznać prawdę o mieszkających tam ludziach, by na własne oczy przekonać się o amerykańskiej biedzie i rasizmie, by spełnić swój „patriotyczny obowiązek”. Pisarz włóczy się po Południu, bo uwielbia Faulknera, ale całe życie coś go w tej prozie uwiera.

Autor, który zjeździł niemal cały świat, po siedemdziesiątce zdaje sobie sprawę z tego, że niektórych części swojej ojczyzny nie zna wcale – a właściwie zna tylko i wyłącznie z powieści.

Metoda konfrontowania rzeczywistości z fikcją wydaje się całkiem rozsądna – „przeczytałem coś, teraz jadę sprawdzić, czy tak jest naprawdę”. Trzeba co prawda przymknąć oko na dzielące Theroux od Faulknera kilkadziesiąt lat, a w przypadku paru innych pisarzy jeszcze więcej, ale to żaden problem, w końcu powszechnie wiadomo, że czas na Południu stanął w miejscu (tu obowiązkowo cytat z Requiem dla zakonnicy: „Przeszłość nie umarła. Nie jest nawet przeszłością”). A jednak metoda nie działa, bo autor książki to najgorszy z możliwych rodzaj intelektualisty, który przeczytał zdecydowanie za dużo i bez litości rzuca aluzjami i cytatami w niekoniecznie odpowiednich momentach.

Zdaję sobie sprawę z tego, jak absurdalnie mogą brzmieć moje zarzuty – któż z nas nie ceni imponującej erudycji? – ale Theroux doprawdy cierpi na niezdrową obsesję literatury. Oprócz „głównego bohatera”, czyli Williama Faulknera, pojawiają się między innymi Erskine Caldwell, Thomas Wolfe czy Mark Twain, ale na pisarzach amerykańskiego Południa się nie kończy. Autor znajdzie też okazję, by przypomnieć T.S Eliota czy Dickensa, w pewnym momencie pojawia się nawet Czechow i carska Rosja. Pisząc o Randallu, który niemal całkowicie stracił wzrok, nie może się powstrzymać przed przywołaniem Borgesa – to akurat da się jeszcze zrozumieć, w końcu Randall to jeden z niewielu spotkanych przez Theroux na Południu intelektualistów, ale czy wchodząc do położonego na wzgórzu domku ubogiej farmerki, autor naprawdę musi cytować Ulisessa?

Co to się odTRUMPowuje?

Według Theroux po Stanach podróżuje się łatwo. Niestety, jego relacji z tej podróży wcale nie czyta się tak łatwo – jest po prostu nudna. Przy lekturze książek takich jak Głębokie Południe niespodziewanie okazuje się, jak istotne bywają podziały gatunkowe. Z inną energią siada się do esejów poświęconych literaturze, z inną do reportaży o dotkniętych ubóstwem, opustoszałych miasteczkach. Proszę nie zrozumieć mnie źle – nie domagam się poverty porn i cieszę się, że pisarzowi w dużym stopniu udało się uniknąć niepotrzebnego szokowania (choć wzdrygnąłem się, gdy przeczytałem słowa „przykra woń biedy”). Po prostu oczekuję od autora poważnego potraktowania tematu i – przede wszystkim – rozmówców. Czytając książkę Theroux odniosłem jednak wrażenie, że mieszkańcy Południa są dla niego co najwyżej równie ważni jak bohaterowie przeczytanych powieści.

Żałuję, że kilka nieźle zapowiadających się wątków nie zostało porządnie rozwiniętych. Chociażby o zwalczających się nawzajem organizacjach charytatywnych z Greensboro w Alabamie chętnie przeczytałbym znacznie więcej, ale niestety – kiedy Theroux wreszcie znajduje naprawdę ciekawy temat, zadaje zaledwie kilka pytań i jedzie dalej, w końcu ma do objechania całe Południe (i to cztery razy). W pewnym momencie krytykuje zresztą autorów reportaży, którzy wchodzą do domów obcych ludzi, wprawiając ich w zakłopotanie, zadają kilka pytań, a potem żegnają się i tyle. Krytykuje, a potem robi dokładnie to samo – nie jest to hipokryzja, raczej świadomość własnych ograniczeń, ale nieumiejętność ich pokonania rozczarowuje.

Dlaczego biedni z Luizjany głosują na miliardera?

Cztery „reportażowe” pory roku przeplatane są esejami – z ciekawością przeczytałem pierwszy z nich (o zakazanym „słowie na n”), natomiast komiczne wydało mi się ostatnie interludium, czyli Fantastyczność literatury Południa. Theroux przez kilka stron rozprawia się z nieścisłościami w książkach Faulknera, Caldwella, Flannery O’Connor, Carson McCullers, Trumana Capote’a, Harper Lee czy Charlesa Portisa. Bez szczególnej złośliwości wytyka im zmyślenia, czym być może niebezpiecznie zbliża się do odebrania starszym kolegom po piórze prawa do dobrowolnego kształtowania fikcji we własnych powieściach, ale nie robi tego w sposób cenzorski, po prostu jest świadomy społecznego oddziaływania literatury w połowie XX wieku. Nie na tym polega zresztą główny problem z tym esejem. Kiedy Theroux rozprawia się już z „fantastami”, zauważa: „Wszyscy ci pisarze to pisarze biali. W odróżnieniu od nich czarni pisarze z Południa nie muszą uciekać do fantazjowania, ponieważ prawda stojąca za ich dziełami jest tak niesamowita, że wydaje się aż groteskowa”. Tu można byłoby się spodziewać drugiej połowy eseju, poświęconej przykładom literatury afroamerykańskiej, ale nic z tego. Theroux wymienia nazwiska pisarzy jednym tchem i tyle. Załatwione. Autentyczność i wielkość czarnej literatury jest widocznie tak oczywista, że nie ma potrzeby poświęcić jej więcej miejsca. Samo nasuwa się złośliwe pytanie, czy Theroux rzeczywiście przeczytał te dzieła, których autorzy „nie muszą uciekać do fantazjowania”, czy sam trochę nawymyślał.

Lęk przed czarną planetą

czytaj także

Dobrnąwszy do końca książki, ze zdumieniem zdałem sobie sprawę z pewnego paradoksu. To prawda, czasem drażniło mnie niezbyt dogłębne wyczerpanie tematu, a czasem dłużyzny, miałem dość niepotrzebnych dygresji i nie mogłem wybaczyć Theroux, że niekiedy wydaje się traktować mieszkańców Południa bardziej jak kontrargumenty w swoim wewnętrznym, czytelniczym sporze z prozą Faulknera niż jak ludzi z krwi i kości. Ale między wierszami tej nużącej książki w niezrozumiały dla mnie sposób przemycono sporo poruszających historii, ludzkich dramatów i przygnębiających obrazów opustoszałych miasteczek. Niezliczone anegdoty i pozornie zbyt prędko porzucone wątki tworzą razem spójny portret społeczeństwa Południa, pokazują prawdę o współczesnych peryferiach USA, a przynajmniej coś, co sprawia tej prawdy wrażenie.

Najzwyklejsze „polecam z czystym sumieniem” nie przeszłoby mi przez gardło. Polecam, ale ostrzegam: podróż po amerykańskim Południu z Paulem Theroux jako przewodnikiem może być pouczająca, ale nie należy do najprzyjemniejszych.

*
Paul Theroux, Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji, przeł. Michał Szczubiałka, Czarne 2017

Bio

Krzysztof Juruś

| Publicysta Krytyki Politycznej
Student V roku prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tłumaczy z języka angielskiego, pisze o polityce (głównie brytyjskiej), książkach i teatrze.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.