Czytaj dalej

Czerniga: Czy małe księgarnie czeka koniec?

Do władz centralnych księgarze mają tylko jedną prośbę – o Ustawę o Książce.

Agata Diduszko-Zyglewska: Prowadzi pan w Kamiennej Górze księgarnię, która może niedługo zostać jedyną na obszarze trzech powiatów. Jak doszło do takiej sytuacji?

Rafał Czerniga: Powodów jest wiele. W sumie winny jest wolny rynek. Za komuny księgarnie podlegały ministerstwu kultury, a nie handlu, książki były uznane za dobro kultury. Podobnie jest obecnie chyba we wszystkich krajach skandynawskich oraz w państwach starej Unii. W Polsce stwierdzono, że książka to zwykły towar i wolny rynek wszystko załatwi, a załatwił jedynie niezależne księgarnie oraz wydawnictwa, które książkę traktowały jak dobro kultury i wydawały nie tylko literaturę lekką i popularną, ale również pozycje poważniejsze. W pierwszej kolejności zniknęła cała sieć dystrybucji w niezależnych księgarniach, a sieciówki zamiast książek dla koneserów wolą artykuły papiernicze i biurowe, więc stare wydawnictwa również zaczęły znikać. Los księgarń przypieczętowała polityka placówek edukacyjnych.

Obecnie na rynku książki nie obowiązują żadne zasady, często stosowane są nieuczciwe praktyki, a silni gracze narzucają wszystkim swoje warunki. Przez co książka jest droga, małe punkty dystrybucji padają, a w większości miejsc z książkami nie znajdziemy na półkach bogatej oferty np. poezji, historii, filozofii, psychologii, książek specjalistycznych czy akademickich.

Twierdzi pan, że los księgarń przypieczętowała polityka placówek edukacyjnych. O co chodzi?

Ekonomiczną podstawą działalności księgarń ogólnoasortymentowych, proszę ich nie mylić z komercyjnymi sklepami z książkami czy księgarniami specjalistycznymi, jest sprzedaż podręczników. W Polsce od czasów ministra Giertycha wydawnictwa zaczęły omijać księgarnie i kierować swoją ofertę bezpośrednio do szkół. W wielu miejscach nauczyciel stał się decydentem oraz dystrybutorem podręczników. Gdy pani w szkole mówi, że trzeba przynieść pieniądze na podręcznik, to dla dobra dziecka nikt z nią nie dyskutuje. Nazywając rzecz po imieniu, nauczyciele handlują sezonowo na terenie szkoły, a księgarnie padają. Wprawdzie ministerstwo i kuratoria wydały wiele oświadczeń, że taki handel jest nielegalny, ale nikt z tym nic nie robi. Nawet w TV pan poseł Napieralski, zapytany we wrześniu o ceny podręczników w księgarni, otwarcie przyznał, że ich nie zna, bo do tej pory kupował w szkole, i nikt na tę wypowiedź nie zwrócił uwagi.

Dwa lata temu wyliczyłem, że na terenie powiatu szara strefa handlu podręcznikami w szkołach ma wartość co najmniej 500 tysięcy zł. Napisałem pisma do władz samorządów, do Urzędu Skarbowego oraz Prokuratury. Zrobiono „śledztwa” polegające na zapytaniu dyrektorów szkół czy to prawda, a skoro zaprzeczyli, to sprawy zamknięto. Dopiero kiedy w tym roku, Fundacja Europejska Inicjatywa Obywatelska (w ramach akcji „Czysta szkoła”) złożyła do prokuratur w całym kraju zgłoszenia o przyjmowaniu łapówek przez szkoły, w zamian za nakazanie rodzicom kupna droższych podręczników, to prokuratura na poważnie zaczęła przyglądać się trzem szkołom w regionie pod kątem tego, czym  kierują się, wybierając podręczniki, które rodzice muszą kupić.

Wolny rynek i brak jakichkolwiek zasad oraz kontroli sprawiają, że handel podręcznikami może przynieść księgarni spore straty. Co roku w księgarniach setki drogich książek można po prostu wywalić, bo wyszły ich nowsze wersje – wydawnictwa starych nie przyjmą z powrotem, a uczniowie ich nie kupią. Najświeższy przykład to niemiecki do szkół średnich. Od lutego uczniowie zaczęli pytać się o kolejną część podręcznika. Księgarnia zamówiła książki. W marcu ukazała się książka z nową okładką. Treść bez zmian, ale inna okładka i zamiana kolejności dwóch stron. Nauczycielka powiedziała, że ma być właśnie ta nowa wersja i żadna inna. Uczniowie, którzy już kupili, chcą wymienić swoje książki na nowe, a my nawet tego, co już mamy, nie mamy komu oddać.

Podobne problemy są na początku roku szkolnego. Ludzie kupują podręczniki według wykazów podanych przez szkołę. Później okazuje się, że w wykazie był błąd albo dzieci będzie uczyła inna nauczycielka, która ma podpisaną umowę z innym wydawnictwem. Ktoś myśli, że nauczycielka dostosuje się do trzech klas uczniów, którzy kupili już książki? Nic podobnego. Większość rodziców próbuje oddać te stare do księgarni i nic ich nie obchodzi, że my nie mamy co z nimi zrobić, a zawiniła szkoła. Nikt nie złoży skargi. Jak to powiedziała jedna mama „ja chcę odzyskać pieniądze a nie robić dziecku problemy”. W sprawie błędów na wykazach wiele osób było w tym roku u powiatowego rzecznika praw konsumentów, ale ani jeden rodzic nie zgodził się złożyć oficjalnej skargi, gdy usłyszał, że za błędy na wykazie odpowiada szkoła, a nie księgarnia. Tak czy inaczej klientów pewnie straciliśmy i w przyszłym roku kupią u nauczyciela.

Rozumiem, że naturalnym i regularnym klientem księgarni są biblioteki i inne instytucje samorządowe…

Same samorządy jeszcze coś u nas kupują – szczególnie kalendarze oraz książki na prezenty i nagrody. Ale w okolicy prawie nic nie sprzedajemy do szkół, przedszkoli czy bibliotek. A ofertę mamy dobrą, i sprzedajemy książki do „obcych” bibliotek w wielu miastach Polski oraz w kilku za granicą. Niestety nie obsługujemy ani jednej biblioteki z miasta czy gminy Kamienna Góra. W czasie organizowania różnych akcji promujących czytelnictwo często odwiedzam bibliotekę. Miałem okazję widzieć przyjęcie towaru. Okazało się, że książki, które u nas leżą z rabatem 50–70%, biblioteka kupuje z rabatem 20–30%, a więc dużo drożej od naszej ceny półkowej. W dawnych czasach, każda szkoła, biblioteka czy filia, miała w księgarni swoje półki. Bibliotekarki często przychodziły, polowały wśród regałów, a zdobycz odkładały na swoją półkę. Kilka razy do roku ktoś przychodził i je wykupywał. Wszystko zależy od kierowniczki. Zdarzyło się wręcz, że pewna pani bibliotekarka, popłakała się w księgarni, mówiąc, że nowa szefowa zabroniła jej kupować w księgarni i kazała zadowolić się ofertą, którą obwoźny sprzedawca mieścił na samochodzie.

Czy otrzymuje pan wsparcie ze strony władz samorządowych lub centralnych? Alarmująco niski poziom czytelnictwa w Polsce to problem, o którym ostatnio mówi się coraz więcej. Czy to przekłada się na jakieś oferty ze strony władz, które ułatwiłyby życie księgarzowi?

Samorządy coś pomagają, ale to raczej pomoc symboliczna i niewiele w tym własnej inicjatywy. Z prywatną firmą zazwyczaj wystarczy raz porozmawiać i przekonać kogoś do sprawy, w samorządach trzeba się sporo nachodzić, zanosić pisma i spełniać różne wymagania.

W zeszłym roku Gmina przekazała na Światowy Dzień Książki trochę bajek dla dzieci, a Burmistrz dał się porwać ZbójRycerzom podczas baśniowej Gry Miejskiej. Pani Starosta poszła do przedszkola czytać dzieciom bajki i pojawiła się na akcji głośnego czytania pod chmurką. Urząd Miasta pożyczył nam też nagłośnienie na imprezę plenerową z okazji pierwszego dnia wakacji oraz na tegoroczne Dni Książki.

Z okazji tegorocznego ŚDK udało mi się po raz pierwszy zdobyć od samorządów wsparcie gotówkowe – a konkursy, spotkania i inne wydarzenia mamy praktycznie co tydzień przez cały rok – łącznie gmina i powiat dały 600 zł, co starczyło na pokrycie 2% kosztów.

Obiecano nam również pomoc w promocji, jednak w samorządowym miesięczniku „Życie Aglomeracji Wałbrzyskiej” zapowiedzi kulturalne dla Kamiennej Góry kończyły się na 21 kwietnia. Nikt nie potrafił wyjaśnić dlaczego w tabelce wydarzeń zabrakło 23 kwietnia i Dnia Książki. Tekstu z zapowiedzią ŚDK też nie było – przegrał z relacją z jesiennej inwestycji w jednym z parków. O planach organizacji ŚDK poinformowałem i zapraszałem do współpracy samorządy i inne instytucje już pod koniec stycznia. Zresztą od razu po zeszłorocznych obchodach zapowiadałem, że za rok będą kolejne i później na bieżąco dosyłałem informacje o rozbudowie harmonogramu.

Ogólnie władze samorządowe pomagają, jak się człowiek sporo za tym nachodzi – i nic na słowo. Każdą obietnicę najlepiej brać na piśmie albo bardzo pilnować jej wypełnienia.

Po zakończeniu tegorocznych obchodów ŚDK, chyba najczęstszym pytaniem, jakie mi zadawali zarówno mieszkańcy, jak również zaproszeni goście, było „Dlaczego nikt z władz miasta nie pojawił się na imprezie plenerowej ani nie przywitał gości?”. Niestety nie potrafiłem odpowiedzieć.

Czy wyobraża pan sobie jak władze samorządowe mogłyby pomagać takim księgarniom jak pańska?

Przede wszystkim samorządy mogłyby zadbać o to, aby instytucje im podległe dokonywały zakupów w miejscowych księgarniach. Aby na różne szkolne i przedszkolne okazje dzieciom kupowano książki, a nie słodycze czy maskotki. Takie duże wydarzenia jak Kamiennogórskie Spotkania z Literaturą powinien organizować samorząd, a nie mała księgarnia. My co najwyżej powinniśmy się martwić o swój kiermasz. A jeśli już nie organizują, to mogliby pomóc organizacyjnie, żebym mógł np. poprosić o przygotowanie imprezy plenerowej raz , a nie chodzić do urzędu kilkanaście razy w miesiącu.

Do władz centralnych prośbę miałbym tylko jedną – o Ustawę o Książce. W jednych raportach rządowych możemy przeczytać, że do największych problemów polskiej gospodarki zalicza się niska innowacyjność i kreatywność społeczna – w innych, że te dwie rzeczy zależą w głównej mierze od poziomu czytelnictwa. Może ktoś kiedyś połączy te fakty i wyjdzie mu, że rosnący poziom czytelnictwa, wysoka innowacyjność i kreatywność społeczna zdarzają się właśnie w krajach, które mają swoje Ustawy o Książce.

Kto kupuje książki w pańskiej księgarni? Czy przyjeżdżają do pana klienci z innych miasteczek? Ile książek sprzedaje pan dziennie?

Sprzedaż niestety nie jest duża, bardzo często w księgarni jest więcej personelu niż klientów. Do tego wszystko zależy od sezonu. Najgorzej jest na wiosnę, przed Wielkanocą ludzie kupują niewiele książek, najwięcej oczywiście w grudniu.

Klientów mamy w każdym wieku, biedniejszych i bogatszych, z miast i małych wiosek. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że mamy klientów z całej Polski. Niektórzy regularnie przyjeżdżają po 20–30km, a są też tacy z bardzo daleka, którzy planując wizytę u rodziny albo wakacje, planują też odwiedziny w naszej księgarni.

Czy według pana mieszkańcy Kamiennej Góry potrzebują klasycznej księgarni? Może „sklep z książkami” to anachroniczna formuła? W miastach powstaje wiele kawiarni z książkami – chodzi o to, żeby skojarzyć wyprawę po książkę z innymi przyjemnościami; żeby móc usiąść i poczytać na miejscu. Myślał pan o takiej formule albo o innych sposobach na ożywienie codzienności księgarni?

To drażliwy temat. Księgarnia to nie sklep z książkami. Księgarnia nawet według definicji słownikowej to instytucja kulturalna pełniąca w społeczeństwie swoją misję. Sklep z książkami to różne sieciówki, markety, sklepy papierniczo-księgarskie. Czyli miejsca, gdzie książek jest zdecydowanie mniej, gdzie nie sprowadza się tytułów ryzykownych z ekonomicznego punktu widzenia, gdzie zamiast gromadzić ofertę z różnych dziedzin, książki prezentuje się okładkami, w piramidach, lub jeden tytuł na całą półkę. A resztę miejsca wypełnia się innym asortymentem, najczęściej nie mającym nic wspólnego z kulturą.

Podobnie ma się sprawa z kluboksięgarniami. Ile mają książek na półkach? Kilka tysięcy. Nie stawiają na bogatą ofertę, ale na sposób jej prezentowania. Do tego często mają np. sceny dla teatrzyków czy występów muzycznych, małe sale kinowe, czy leżące miejsca do czytania. To cenne instytucje kulturalne, ale raczej bliżej im do domów kultury niż do księgarni. My również staramy się coś organizować, zachęcamy do czytania i wychodźmy z książkami do ludzi (szczególnie do dzieci), ale nie mamy warunków lokalowych do urządzania spotkań. Dlatego staramy się z akcjami wychodzić poza księgarnię. Na rynek, do muzeum, do szkół, przedszkoli i bibliotek. W czasie bardzo udanej pierwszej kamiennogórskiej gry miejskiej, przygoda zaczynała się właśnie w Księgarni.

Klienci przyjeżdżają do nas naprawdę wiele kilometrów, z miast gdzie mają kilka księgarń czy sklepów z książkami, i wiele razy słyszałem od tych ludzi: „U nas takich księgarni już nie ma”. Myślę więc, że jesteśmy potrzebni. Nie wyobrażam sobie zaskoczenia ludzi, gdyby nagle zniknęła ostatnia w okolicy księgarnia i zamiast 30 tysięcy tytułów, klienci mieliby do wyboru kilkanaście w Lidlu czy w Biedronce, plus Internet. Na szczęście ciągle są osoby którym takie ilości nie wystarczają, które muszą się przejść pomiędzy regałami uginającymi się od książek. Klienci którzy muszą książkę, dotknąć, przejrzeć czy nawet powąchać – więc, chociaż obecnie niespecjalnie przekłada się to na wielkość sprzedaży, myślę, że na pewno jesteśmy potrzebni.

Dlaczego pańskim zdaniem w Polsce tak mało osób czyta? Czy to problem ekonomiczny: ludzi po prostu nie stać na książki, a państwo oszczędza na bibliotekach? A może przyczyna tej sytuacji leży zupełnie gdzie indziej? 

Ludzie przestali masowo czytać książki, bo pojawiła się rozrywka łatwiejsza i tańsza. Dawniej przy dwóch programach w TV książka była głównym oknem na świat. Później programów pojawiły się dziesiątki a do tego coraz popularniejszy internet. Jednocześnie nie zrobiono nic w obronie książki, rzucono ją na pastwę wolnego rynku i pozwolono na bezsensowny wzrost cen. Dla wielu osób książka jest za droga, do tego widzą różne dziwne promocje i przeceny. W sieciówkach przekraczają one nawet 30% ceny okładkowej w dniu premiery! Giganci rządzący rynkiem, żądają od wydawnictw wyznaczenia takiej ceny detalicznej, aby mogły im dać 60–65% marży, tylko po to aby później od samego początku, nawet największe bestsellery móc sprzedawać w „promocji”. Nawet osoby które stać na książki, ograniczają zakupy albo wstrzymują się z nimi, bo później może być taniej. Dlatego wszędzie tam, gdzie obowiązują Ustawy o Książce, cena nowości jest zamrożona. A skoro nie można tam dawać dużego upustu od premiery, to książki są tańsze już od samego początku.

Do tego czytelnictwem ktoś musi człowieka zarazić. Najczęściej odbywa się to w domu rodzinnym, dawniej również w szkołach. Obecnie w szkołach ogranicza się czytanie. Dzieci najczęściej zmusza się do czytania lektur nudnych, a samo „przerabianie książki” na lekcjach ogranicza się do minimum. Dzieciom proponuje się czytanie fragmentów albo obejrzenie adaptacji filmowej lektury (!). Dlatego dzieci najczęściej ze szkół wynoszą opinię, że książki są nudne i czyta się je za karę.

Podam jeszcze dwa przykłady „promocji czytelnictwa” w placówkach oświatowych. Na Mikołaja w przedszkolu dawano paczuszki. Dzieci dostały tyle czekolady, że niektóre nią wymiotowały po drodze do domu, za to w paczuszkach nie było ani jednej książeczki. W podstawówce zorganizowano międzyszkolny konkurs oratorski na temat „Czy warto czytać książki?”. W nagrodę najlepsi dostali maskotki i oczywiście ani jednej książeczki. Takie przykłady można niestety mnożyć. Rodzice tłumaczą się cenami, kryzysem, brakiem czasu, ale jakie wytłumaczenia mają szkoły i przedszkola? Rozdziały zamiast całej lektury, film zamiast książki, czekolada zamiast bajki, maskotka w nagrodę za argumentowanie, że warto czytać książki?

Jeśli chodzi o promocję czytelnictwa, to mamy w kalendarzu całą masę różnych świąt związanych z książkami. Dni urodzin i śmierci autorów, daty wydań ważnych dzieł, dzień książki, dzień poezji, dzień książki dla dzieci, dzień bibliotek, dzień przytulania bibliotekarzy, tydzień głośnego czytania, tydzień bibliotek, urodziny książkowego misia, itd. Nie ma w Polsce ani jednej organizacji, która by aktywnie takie święta promowała i zachęcała do ich obchodzenia.

Gdy cokolwiek organizuję, najtrudniejszym do przełknięcia kosztem jest sama promocja wydarzenia. Gdy mam drukować plakaty, od razu przeliczam to sobie na książeczki dla dzieci. A wystarczyłoby, żeby jakaś organizacja wzięła na siebie systemowo przypominanie wszystkim o takich akcjach. Tymczasem ani jedno wydawnictwo czy organizacja nawet nie zaznaczyły tych świąt w swoich kalendarzach. Nawet w kalendarzu wypuszczonym przez Fundację ABC XXI „Cała Polska Czyta Dzieciom, nie zaznaczono dni ważnych dla książki.

Z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich zorganizował pan Kamiennogórskie Spotkania z Literaturą obfitujące w atrakcje czytelnicze: wystawy, warsztaty, kiermasze, lekcje biblioteczne, spotkania z autorami. W pańskiej księgarni dzieci mogły kupować książeczki po złotówce. Jak to wszystko się udało?

Wielkość i ilość wydarzenia mnie również zaskoczyła [śmiech]. Po zeszłorocznym sukcesie planowałem, że w tym roku odbędzie się coś większego, ale nie myślałem, że aż tak… Gościliśmy 30 autorów oraz przedstawicieli dwóch wydawnictw. Odbyło się prawie 30 różnych spotkań w których udział wzięło ponad 1500 osób (może i 2000), głównie dzieci. W niektórych mediach Kamienną Górę nazwano Ogólnopolską Stolicą Książki. Udało się to głównie dzięki wsparciu sponsorów oraz dzięki samym pisarzom. Praktycznie gdzie nie napisałem, wszędzie odpowiedź była podobna: „Z chęcią pomożemy, na jaki adres wysłać paczkę”.

Z wydawnictw dostawaliśmy książki, puzzle, malowanki, zakładki, plany lekcji i inne drobne gadżety. Dzięki temu możliwe było zorganizowanie kilku fajnych konkursów oraz akcji „Moja Pierwsza Książeczka” gdzie prawie 500 dzieci mogło sobie książeczkę wybrać i kupić za symboliczną złotówkę. Franklin też z pustymi rękoma do dzieci nie chodził. Każda placówka która chciała coś u siebie zrobić, mogła zgłosić się do nas po nagrody. Niektóre konkursy ciągle trwają. Podobnie jak wizyty Franklina w przedszkolach na terenie całego powiatu – dzięki kostiumowi, który nam wypożyczyło jedno z wydawnictw.

Właściciele hotelu przenocowali pisarzy, restaurator ich nakarmił, firma transportowa zabrała na wycieczkę po okolicy, ludzie z projektu Arado godzinę wcześniej przyszli do pracy i za darmo wpuścili pisarzy na zwiedzanie, a kwiaciarnia dostarczyła nam 150 róż. Z uwagi na ilość gości w większości miejsc coś musieliśmy zapłacić, ale dawano nam duże rabaty.

Przyjazd samych autorów traktuję jak nagrodę dla księgarni za całoroczną pracę na rzecz czytelnictwa oraz promowanie polskich pisarzy. Większość już wcześniej poznała nas w Internecie. Obserwowali nasze działania, a gdy padło zaproszenie do wspólnego świętowania Dnia Książki, zgłosiło się więcej osób, niż mogliśmy przypuszczać.

Czy taka cykliczna impreza może trwale wpłynąć na zwiększenie liczby czytelników wśród Polaków?

Zdecydowanie tak. Przynajmniej u nas takie efekty widać. To że o książce się mówi, organizuje wydarzenia, pisze gazetach, pokazuje w telewizji, sprawia, że książka staje się modna. Ludzie częściej po nią sięgają, a już na pewno dużo częściej kupują książki dzieciom. Do tego przy różnych okazjach, na które trzeba kupić prezent, książka jest częściej wybierana właśnie dlatego, że wokół niej dużo się dzieje. Dorośli kierując się modą, może czasami tylko książkę kupią i wstawią na półkę, ale najważniejsze, że dzieci częściej dostają książeczki i później same częściej się ich domagają i chcą je czytać. Może to przycichnie w okresie dojrzewania, ale ślad pozostanie i taka osoba prędzej czy później po książki znowu sięgnie. Dlatego za najważniejsze w tych wszystkich akcjach uważam właśnie uzależnianie dzieci od książek. Bo książki uzależniają, a młode umysły są na to najbardziej podatne.

Od 60 lat kamiennogórzanie przyprowadzają do tej księgarni swoje dzieci, później te dzieci przyprowadzają swoje dzieci. Nie chcemy, aby to się skończyło. Jeśli za 20 lat mamy w księgarni obsługiwać również młode pokolenie, to musimy o dzieci zawalczyć już teraz, bo na szkoły czy większość rodziców nie ma co liczyć.

Bio

Agata Diduszko-Zyglewska

| Publicystka Krytyki Politycznej
Dziennikarka, animatorka kultury, aktywistka miejska; współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”; absolwentka Instytutu Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.
Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!