Czytaj dalej

Chcę być człowiekiem, a nie tylko maszyną do pracy

Marek Szymaniak

Bogdan: Koledzy nie chcieli przechodzić do zewnętrznej firmy ochroniarskiej i się zwolnili. Ja niestety zostałem. Żałuję do dziś.

Bogdan pracował w firmie budowlanej, która stawiała kolejne obiekty dla dużej śląskiej uczelni. Na co dzień zajmował się magazynem, ale jak trzeba było, to i ściany malował. Był zaufanym człowiekiem szefa. Aż nadszedł rok 2005.

Bogdan: – Pewnego dnia szef wziął mnie na rozmowę i powiedział uczciwie: „Firma upada. Szukaj nowej roboty. Jesteś solidny, uczciwy. Nie palisz, nie pijesz. Mogę pomóc ci załatwić pracę portiera na uczelni. Co ty na to?”.

Bogdan wahał się z odpowiedzią. Bał się, bo gdzie on z budowy na uniwersytet? Ale szef mówił, że tylko tak może podziękować mu za dobrą pracę. „Przejdziesz przez ten bałagan suchą stopą” – przekonywał. Bogdan się zgodził.

Kilka tygodni później pracował już na uniwersyteckiej portierni. Wydawał klucze, wpisywał nazwiska do listy obecności, gościom wskazywał drogę. Zarabiał wprawdzie kilkaset złotych mniej niż w budowlance, ale praca była spokojniejsza. Miał stałą umowę o pracę, płatne urlopy, wczasy pod gruszą i perspektywę dodatku za staż.

– Budżetówka – wspomina Bogdan i się uśmiecha. – Za pracę w niedzielę lepsza stawka. Tak samo za nocki. A najlepsze, że mieliśmy dodatek nawet za pracę po południu. Nigdy wcześniej i nigdy później się z tym nie spotkałem.

Najbardziej jednak Bogdanowi podobało się to, że do pracy chodził spacerkiem. – Na piechotę 10 minut. Czego można chcieć więcej?

Kapitalizm jest obrzydliwy i doprowadza mnie do płaczu

Odpowiedź na to pytanie przyniosło życie. A właściwie władze uczelni, które szukając oszczędności, zdecydowały się na przekazanie pracowników portierni do firmy zewnętrznej. Łącznie ponad 100 osób.

– O tej decyzji dowiedzieliśmy się ze strony internetowej. Później ogłoszenie pojawiło się w gablocie, obok przetargu na krzesła. Nikt nawet nie raczył nam powiedzieć tego w oczy. Nikt z nami nawet nie porozmawiał. Po prostu zawieszono kartkę, że od tego i tego dnia pracownicy portierni przechodzą do firmy iks, która wygrała konkurs – opowiada Bogdan. – A przecież mogli najpierw zapytać nas, jak możemy znaleźć oszczędności.

Mogliśmy rozmawiać o obcięciu dodatków. Może o dodatkowych obowiązkach, na przykład pomaganiu w sprzątaniu. Proponowaliśmy to, ale było za późno. Klamka zapadła – dodaje Bogdan.

Kiedy pracownicy byli bliscy buntu, uczelnia zorganizowała spotkanie. Zaproszono kilkunastu z ponad setki portierów. Wielu z nich myślało, że władze jednak się ugięły i będą negocjacje, a tymczasem po prostu zaprezentowano im firmę, która miała ich przejąć.

– Nie zapomnę do końca życia, jak jej przedstawiciel w kółko powtarzał, że u nich wypłaty są terminowe i cokolwiek by się działo, dziesiątego pieniądze są zawsze na koncie. Nie wiem do dziś, czym chciał nam zaimponować, bo dla nas to była norma. To już wtedy zwiastowało kłopoty. Kilka osób miało szczęście i tego dnia pożegnało się z uczelnią. Nie chcieli przechodzić do zewnętrznej firmy ochroniarskiej. Ja niestety zostałem. Żałuję do dziś – opowiada Bogdan.

Pierwszego dnia pracy nowi przełożeni wprowadzili wojskowy sznyt. Bogdan dostał mundur z pagonami. Teraz był już nie portierem, tylko ochroniarzem. Miał chodzić na patrole, pisać raporty i zdawać meldunki.

– Obiecano nam, że przez rok nikt z nas na zmianie nie straci, ale szybko okazało się, że nadgodzin prawie nie ma, a dodatki, czyli nagrody jubileuszowe czy wczasy pod gruszą, trzeba wymuszać na firmie groźbami protestu.

Potem było tylko gorzej. Po roku nadgodzin było już więcej, ale w 2007 roku firma żądała, aby obok umowy o pracę na dodatkowe godziny podpisywać umowy-zlecenia, bo tak jest taniej. Wszyscy musieli się podporządkować. Kto nie chciał, przenoszono go do pracy w innej miejscowości, oddalonej na przykład o 100 kilometrów.

– Taki los spotkał moją koleżankę, która odmówiła podpisania drugiej umowy. Karnie przeniesiono ją do innego miasta. Na szczęście złożyła sprawę do sądu i wygrała – dodaje Bogdan.

Piętnastogodzinny tydzień pracy? Czemu nie!

czytaj także

Kolejny przetarg na ochronę uczelni w 2009 roku wygrała inna firma. Pracownicy znów mogli albo trafić na bruk, albo przejść do nowego pracodawcy. Ten jednak postawił nieformalny warunek. Każdy z nich w trzy miesiące miał „załatwić sobie” orzeczenie o niepełnosprawności. Wtedy dostanie robotę. Jeśli tego nie zrobi, to zostanie zwolniony.

– Szef zasugerował, że zdrowych nie potrzebują. Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. Powiedziałem, że to oszustwo i że nie mogę się na to zgodzić. Machnęli na mnie ręką i powiedzieli, że w takim razie nie dostanę pracy – wspomina Bogdan i wyjaśnia, że niemal wszystkie agencje ochrony lub ich spółki córki mają status zakładów pracy chronionej. Dzięki temu do kosztów zatrudnienia „niepełnosprawnych” ochroniarzy dopłaca Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON). – Jeśli firma ochroniarska zatrudni pracownika z orzeczeniem o niepełnosprawności, to jego pensję w całości lub części pokrywają podatnicy. W ten sposób agencje mogą obniżać ceny w nieskończoność i płacić pracownikom trzy–cztery złote za godzinę pracy, bo im i tak się opłaci. Zysk tych firm wypracowywany jest ze środków publicznych – opowiada Bogdan i podsuwa mi artykuł z „Dziennika Polskiego”.

„Najwięcej niepełnosprawnych w Polsce zatrudniają agencje  ochrony. Na koniec zeszłego [2015] roku było to około 100 tys. ludzi, czyli więcej, niż pracuje w całej policji. W efekcie co trzeci ochroniarz jest inwalidą; w innych branżach niepełnosprawni to kilka procent załogi. Skąd ten wynik? Agencje ochrony są od lat głównym biorcą dotacji do zatrudnienia inwalidów z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.

W 2015 r. państwo dotowało w sumie 62,5 tys. pełnych etatów ochroniarskich – i to tylko w firmach zatrudniających ponad 25 niepełnosprawnych. Kosztowało to prawie 864 mln zł. W latach 2011–2015 PFRON przeznaczył na ten cel ponad 4,5 mld zł”.

Klient słyszy twój uśmiech! Jak wyzyskuje call center

– To stwarza pole do machinacji, na których oparty jest cały ten biznes, a tacy jak ja są jego ofiarami – zauważa Bogdan.

PFRON płaci tym więcej, im większa niepełnosprawność. Dlatego trudno znaleźć ogłoszenie o pracę, w którym poszukują ochroniarza bez orzeczenia.

– Czasem najbardziej poszukiwani są ci z najcięższymi schorzeniami – mówi Bogdan i pokazuje ogłoszenie, które niedawno znalazł w internecie.

„Zatrudnimy osoby niepełnosprawne na stanowiska: Pracownik ochrony. Warunek konieczny: niepełnosprawność z tzw. schorzeniem specjalnym (01–U, 02–P, 04–O, 06–E)”.

– Dla zwykłego człowieka to tylko cyferki. Dopiero jak sprawdzimy, co znaczą te skróty, to się okaże, że chodzi o upośledzonych umysłowo, chorych psychicznie, cierpiących na choroby narządu wzroku i epileptyków z powracającymi napadami padaczkowymi. Im bardziej schorowany człowiek, tym lepszy dla firmy – opowiada Bogdan i dodaje, że rozumie, że takie osoby chcą pracować, ale akurat w tej branży mogą niechcący stworzyć zagrożenie dla siebie czy innych osób.

Bogdan mówi, że kiedy nie zgodził się na „znalezienie sobie choroby” i odszedł z uczelni, to dopiero wtedy trafił do „prawdziwej ochrony”. Do tej pory miał do czynienia tylko z portiernią.

– Kiedy odszedłem, dostałem pracę ochroniarza na budowie, gdzie pilnowałem koparek, a czasem tylko gruzu. Warunki pracy w takich miejscach uwłaczają człowieczeństwu – opowiada, a na jego twarzy pojawia się grymas.

Bangladesz: Droga tania praca

czytaj także

Bangladesz: Droga tania praca

Sadika Akhter, Ruchira Tabassum Naved

Zwykle nie ma tam toalety, więc potrzeby załatwia się w krzakach. Nie ma też bieżącej wody, więc nie można się umyć, a dyżury trwają nawet po 24 godziny. Jeśli strzeżony obiekt jest na odludziu, a tak zdarza się często, bo pilnuje się na przykład maszyn budujących drogi, to po butelkę wody trzeba iść kilkaset metrów. Dla chorych taki spacer w upale to prawdziwa mordęga.

– Kiedyś szef przywiózł mnie na taką budowę, oprowadził i już się zbierał, ale zapytałem, gdzie toaleta. Wskazał mi ręką krzaki i odjechał. Nawet nie musiał się tłumaczyć. Nie czuł potrzeby, bo wiedział, że dla niego jestem pracownikiem drugiej kategorii, a takich zawsze może mieć na pęczki.

Innym razem szef przyjechał zimową nocą na kontrolę.

– Kazał robić patrole co 40 minut. Byłem cały przemarznięty i przemoczony, bo śniegu leżało po kolana. Kiedy przyjechał, to nie zapytał, czy w budzie mam ogrzewanie, tylko przyczepił się, że nie mam krawata. Środek nocy, zima, teren opuszczonego zakładu, a jemu przeszkadzało to, że nie mam firmowego krawata. Zabrakło mi słów.

O pomstę do nieba wołają też stróżówki, które zwykle są po prostu starymi kioskami z oknami pozabijanymi deskami czy przerdzewiałymi przyczepami kempingowymi. Ale zdarza się, że i tego nie ma, bo firmie taniej jest postawić stary samochód pod drzewem.

– Na to wszystko nakleja się logo firmy ochroniarskiej. Wygląda to komicznie, ale w rzeczywistości jest tragiczne, bo obok stoi miska, na kamieniu leży mydełko. Jakby jacyś bezdomni tam koczowali, a to ochroniarze. Ale póki tym, którzy wynajmują taką „ochronę”, to nie przeszkadza, nic się nie zmieni – uważa Bogdan i wspomina, że raz nawet zapytał klienta, który odwiedził swój teren, co o tym sądzi. „Skoro wasz pracodawca tak was traktuje, to wasza sprawa” – usłyszał.

Od 2013 roku Bogdan był ochroniarzem i portierem w biurowcu. W kilkupiętrowym, szklanym budynku mieściła się spółka akcyjna. Do zadań Bogdana należała już nie tylko ochrona obiektu, czyli obserwowanie kamer monitoringu, patrole, wydawanie przepustek i sprawdzanie, czy okna są pozamykane, ale również odbieranie telefonów czy paczek od kurierów. Pełnił jednocześnie kilka funkcji. Tak było taniej, bo nie musiano zatrudniać recepcjonistki. – W czasie zmiany odbierałem około 60 telefonów. Jeśli każdy trwa minutę, a zwykle trwa dłużej, to na kamery nie patrzę przez godzinę. A przecież jeszcze udzielałem informacji gościom czy odbierałem przesyłki – mówi Bogdan i dodaje, że tak zorganizowana ochrona w większości miejsc, gdzie pracował, to czysta fikcja. – Zatrudnia się często osoby schorowane, raczej niemłode, które nie potrafią wejść na drugie piętro bez zadyszki. Dla nich czwarte piętro to Himalaje. Czy taki ochroniarz będzie gonił za złodziejem, wyniesie rannego w razie pożaru? – pyta Bogdan i wspomina, że kiedyś w przypływie frustracji wprosił się na rozmowę do dyrektora finansowego spółki. Szczerze powiedział mu, że to wszystko fikcja. Że ochronę stanowi armia emerytów i niepełnosprawnych. Że w razie pożaru nikt za 3,75 złotego za godzinę na rękę nie będzie ryzykował zdrowia i ratował innych. Nie będzie też walczył ze złodziejem, jeśli dojdzie do włamania. Zdradził także, że w jego firmie nigdy nie było prawdziwych szkoleń, a jedyną radę, jaką przez lata dostał od szefa, to aby w razie zagrożenia, na przykład napadu, schował się pod biurko i pod żadnym pozorem nie wychodził. A jeśli pod biurkiem będzie niebezpiecznie, to aby uciekł do toalety i tam czekał do przyjazdu policji. – Opowiedziałem mu też rozmowę z moim szefem. Zapytałem go kiedyś, czy mam patrolować miejsca, które są nieobjęte okiem kamery. Odpowiedział: „Po co? Przecież tam jest ciemno”. Niestety moja opowieść nic nie dała.

Polskie wizy, ukraińscy pracownicy i czeski Rohlik

Dyrektor wzruszył ramionami i mruknął, że on to wszystko wie. Jemu ochrona jest potrzebna tylko do obniżenia ceny polisy ubezpieczeniowej, a poza tym on w branży działa 20 lat i nigdy nie miał żadnego włamania. Wtedy zrozumiałem. Jedni udają, że chronią, drudzy, że płacą, a trzeci, że im na tej ochronie zależy.

To nie koniec patologii. Bogdan na własnej skórze poznał również działający przez lata system zawierania wielu umów z agencją ochrony lub jej spółką córką na fikcyjne usługi dodatkowe, czyli na przykład zamiatanie chodnika za 50 złotych miesięcznie. Oczywiście nikt wspomnianego zamiatania nie wymagał.

Chodziło o to, aby zgłosić do ZUS-u pierwszą z umów na jak najniższą kwotę, bo to od niej płacone były składki. Składek z drugiej, o wiele wyższej umowy pracownik musiał się zrzec. W ten sposób agencje ograbiały ochroniarzy z przyszłych emerytur i przerzucały koszt ich utrzymania na starość na podatników.

– W każdej firmie ochroniarskiej, w której pracowałem, to był standard. A jeśli któryś zgłosił to do urzędu skarbowego czy Państwowej Inspekcji Pracy, to mógł trafić na czarną listę – opowiada Bogdan i wyjaśnia, że w internecie istnieje strona stworzona przez firmę Hetman z bazą danych „złych pracowników”, przed którymi trzeba ostrzec inne agencje.

Zmierzono jakość pracy w UE. Polska zajęła czwarte miejsce od końca

Mowa o stronie www.ochrona-pracownicy.pl. Możemy na niej przeczytać, że jej mottem przewodnim jest hasło „Chroń się, Pracodawco” i ma ona ostrzegać pracodawców przed zatrudnieniem pracowników, którzy dopuścili się wykroczeń i nie powinni pracować w tej branży. Jej twórcy wśród owych wykroczeń – co zrozumiałe – wymieniają między innymi kradzież, pracę pod wpływem alkoholu czy niszczenie mienia pracodawcy.

Jednak na listę złych pracowników powinni według nich trafiać też „pieniacze”, którzy „lubią pisać skargi do instytucji i urzędów kontrolnych lub procesować się przed sądami z mało istotnych przyczyn”. Zapytałem firmę Hetman, dlaczego ich zdaniem pracownicy nie powinni reagować na przykład na łamanie prawa i móc dochodzić swoich praw przed sądem. Nie dostałem żadnej odpowiedzi.

Pracodawcy, którzy chcą sprawdzić, czy w „bazie złych pracowników” są interesujące ich osoby, muszą zapłacić 18 złotych za roczny dostęp. Jeśli chcą zaś sprawdzać i dopisywać do bazy nowe osoby, to za 12 miesięcy zapłacą 32 złote. Obie stawki plus VAT.

Bogdan w ostatniej pracy ochroniarza zarabiał około 700 zł miesięcznie. – To jałmużna, a nie wypłata. Jak się dostaje tak mało, to żyje się biednie. Ogranicza się swoje potrzeby. Nikt nawet nie myśli, aby kupić telewizor czy meble. Myśli się, jak przeżyć. Jak przetrwać. Co dziś zjeść. Co zrobić, aby w domu było ciepło zimą. O tym się myśli, bo że się nie zapłaci jakichś rachunków na czas, że kilka dni w miesiącu będzie się głodnym albo że piąty rok będzie chodziło się w tej samej kurtce, to się wie.

Bogdan przyznaje, że mógłby zarobić więcej, ale to oznacza nadgodziny. Setki nadgodzin.

– Kiedyś próbowałem, ale wtedy już nic mi się nie chciało. Niczym się nie interesowałem. Zbyt długa praca otępia. Człowiek staje się więźniem pracy. Marzy tylko o tym, żeby się wyspać. Dlatego unikam nadgodzin. Pracuję tyle, ile etatowcy. Czasem, jak muszę zarobić więcej, to wychodzi 200, 220 godzin – mówi i dodaje: – Jest we mnie potrzeba, żeby pozostać człowiekiem. Mieć czas na książki i chodzić po górach. Być człowiekiem, a nie tylko maszyną do pracy. Nawet kosztem biedy.

***

Fragment książki Marka Szymanika Urobieni. Reportaże o pracy, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.