Czytaj dalej

„Przytulna kawalerka” w dawnej służbówce

Upiór w bloku

O „Upiorze w bloku. Kryminałkach mieszkaniowych” Marty Rysy.

Jeśli macie w swoich bańkach informacyjnych jakichś studentów, co wrzesień walle waszych mediów społecznościowych opływają pewnie w anegdoty o wynajmie mieszkań. O zgniłych ścianach, szafach śmierdzących trupem i kranach, które z biegiem czasu wyewoluowały w fontannę. O kłamiących w żywe oczy agentach nieruchomości, właścicielkach, które okazują się voyerystycznymi dewotkami, i umowach, których nie powstydziłby się diabeł z Fausta. Marta Rysa zebrała te wszystkie anegdotki w jedną książkę, która ukazała się niedawno nakładem Krytyki Politycznej.

Upiór w bloku

Upiór w bloku. Kryminałki mieszkaniowe to absolutne the best of. Niby wszyscy to w jakichś odstępach czasu przeżywamy (z wyłączeniem bogatych z domu i tych, co już wzięli kredyt), ale o ile nie zabierzemy się do lektury tuż przed przeczesywaniem ofert na Gumtree, możemy się nią delektować z satysfakcjonującym uczuciem Schadenfreude.

Osobiście mam tylko jedno takie mocne wspomnienie: to było mieszkanie, w którym drzwi wejściowe z dworu (pardon, pola) były drzwiami do łazienki z wywietrznikami, w ścianie wybuchła rura z gównem, a woda w zlewie kopała prądem. Po wielkiej dziurze w ziemi (pardon, dziedzińcu) biegały szczury ze śmietnika Telepizzy, które zarządca tępił, wlewając do dziury truciznę. Nie mogłam się stamtąd wyprowadzić, bo w umowie małym druczkiem zabroniono takiej możliwości. Ot, magiczna krakowska kamieniczka znanego, ustawionego w Krakowie prawnika.

No, a Marta Rysa takich historii ma trzydzieści pięć.

Wydawca określa anegdotki zebrane w książce mianem „reportaży”, choć ciężko uwierzyć, by to wszystko przydarzyło się jednej osobie. No ale raz, że polska szkoła reportażu, jak wiemy, rządzi się swoimi prawami, i pokonfabulować nie zaszkodzi, a dwa – że obecna sytuacja na warszawskim rynku mieszkaniowym właściwie czyni to wszystko bardzo prawdopodobnym.

Ja bym to nazwała raczej zbiorem statusów z facebooka – krótkich, dowcipnych, z nieprzewidywalną puentą. Sprawny język, błyskotliwy humor, duża doza autoironii. Między wierszami – przywary polskiego społeczeństwa, nad którymi kochamy się pastwić. Mamy takie opowiastki w swoim feedzie i bardzo je lubimy. Dokładamy sobie trudu, żeby zamiast lajka dać serduszko. To książka, którą można przeczytać w pociągu, w którym nie ma zasięgu (pozdro dla kumatych) i nie da się scrollować. Ja skończyłam jeszcze przed Włoszczową.

Szkoda tylko, że autorka ograniczyła się do Warszawy. Jeśli trafiłaby do Krakowa, do zestawu wymienionych na początku problemów dołączyłoby jeszcze obowiązkowe awanti o krzyż na ścianie, „zabytkowe flizy” i „przytulna kawalerka” urządzona w dawnej służbówce. Aha, i „tradycyjne ogrzewanie”, czyli piec na węgiel lub „co tam pani pod ręką znajdzie”.

Zapraszamy do Krakowa z nadzieją na drugi tom.

Tekst ukazał się na stronie Ha!artu.

Bio

Kaja Puto

| Reportażystka, felietonistka
Wiceprezeska zarządu Korporacji Ha!art. Z wykształcenia kulturoznawczyni i filozofka, studiowała w Krakowie, Berlinie i Tbilisi. Zajmuje się Europą Środkowo-Wschodnią, Kaukazem Południowym i tematyką migracyjną. Publikuje m.in. w Krytyce Politycznej, „Nowej Europie Wschodniej” i „Polityce”. W Ha!arcie huczy, redaguje, tłumaczy z niemieckiego i ogarnia fundraising.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.