Czytaj dalej

Butler: Heteroseksualność jest kultywowana przez zakazy

ksiazka-butler

Gdy zakaz wymierzony w homoseksualność jest zjawiskiem kulturowo wszechobecnym, „utrata” homoseksualnej miłości wytwarza się za sprawą zakazu powtarzanego i zrytualizowanego w całej kulturze.

Przyjmijmy, że płeć kulturową przynajmniej częściowo zyskuje się za sprawą odrzucenia homoseksualnych przywiązań; dziewczynka staje się dziewczynką, gdy podporządkowuje się zakazowi uznania matki za obiekt pragnienia i wprowadza ów zabroniony obiekt w obręb „ja” jako jego część czy nawet melancholijnie się z nim utożsamia. Tym samym utożsamienie obejmuje sobą zarówno zakaz, jak i pragnienie, a więc ucieleśnia nieopłakaną utratę homoseksualnego obsadzenia obiektu. Jeśli ktoś jest dziewczyną w tej mierze, w jakiej nie pragnie dziewczyny, wówczas pragnienie dziewczyny podważy bycie dziewczyną; w ramach tego wzorca samo pragnienie homoseksualne wzbudza popłoch.

Heteroseksualność jest kultywowana przez zakazy, a jednym z obieranych przez nie obiektów jest przywiązanie homoseksualne, co wymusza utratę owych przywiązań (1). Jeśli dziewczynka ma dokonać miłosnego przeniesienia z ojca na obiekt zastępczy, musi, zgodnie z Freudowską logiką, wpierw wyrzec się miłości do matki, dokonując wyrzeczenia w taki sposób, że zarówno cel, jak i obiekt zostają wykluczone. Nie wolno jej przenosić homoseksualnej miłości na zastępczą figurę żeńską, lecz musi wyrzec się samego przywiązania homoseksualnego. Tylko pod tym warunkiem heteroseksualny cel zostaje ustanowiony jako to, co niektórzy nazywają orientacją seksualną. Tylko pod warunkiem takiego wykluczenia homoseksualności ojciec lub jego substytut mogą stać się obiektami pragnienia, matka zaś niepokojącym siedliskiem utożsamienia.

Stawanie się „mężczyzną” wymaga w ramach powyższej logiki, by wstępnym warunkiem heteroseksualizacji pragnienia seksualnego oraz jego fundamentalnej ambiwalencji było odrzucenie kobiecości. Jeśli mężczyzna staje się heteroseksualny, gdy odrzuca kobiecość, gdzie ma przetrwać owo odrzucenie, jeśli nie w utożsamieniu, któremu jego heteroseksualny los stara się zaprzeczyć? Pragnienie kobiecości jest w istocie naznaczone tym odrzuceniem: mężczyzna pragnie kobiety, którą nigdy nie będzie. Prędzej umrze, niż się nią stanie – dlatego jej pragnie. Kobieta jest odrzuconym utożsamieniem (odmową, którą mężczyzna podtrzymuje w formie utożsamienia, a zarazem obiektu swojego pragnienia). Jednym z celów jego pragnienia, który napawa go największym lękiem, będzie wypracowanie różnicy między nim a nią; jego zadaniem stanie się odkrycie i wprowadzenie dowodów tej różnicy. Jego wybrakowanie [wanting] nawiedzać będzie lęk przed tym, czego mu brakuje, dlatego jego pragnienie również będzie zawsze pewnym rodzajem strachu. Dlatego, że to, co się odrzuca, a zatem traci, jest zachowywane jako odrzucone utożsamienie, pragnienie starać się będzie przezwyciężyć utożsamienie, którego nigdy nie można zrealizować w pełni.

Stawanie się „mężczyzną” wymaga w ramach powyższej logiki, by wstępnym warunkiem heteroseksualizacji pragnienia seksualnego oraz jego fundamentalnej ambiwalencji było odrzucenie kobiecości.

Istotnie, mężczyzna nie utożsami się z kobietą i nie będzie pragnął innego mężczyzny. Ta odmowa pragnienia, to wymuszone przez zakaz poświecenie sprawi, że homoseksualność zostanie wcielona pod postacią utożsamienia z męskością. Jednak taką formę męskości będzie nawiedzać miłość, której nie jest ona w stanie opłakać. Zanim wskażę, dlaczego może tak być, chciałabym usytuować ten rodzaj pisania, który dotychczas proponowałam, jako rodzaj kulturowej interwencji w teorię psychoanalityczną, nienależącą do pola psychoanalitycznego ani do psychoanalizy, lecz mimo to stara się wytworzyć intelektualny związek między tymi przedsięwzięciami.

Dotychczas proponowałam coś w rodzaju egzegezy logiki, która pojawia się w niektórych psychoanalitycznych tekstach, lecz którą wspomniane, jak również inne teksty niekiedy podważają. Nie miałam zamiaru formułować twierdzeń empirycznych ani dokonywać przeglądu bieżącej literatury psychoanalitycznej odnoszącej się do kwestii płci kulturowej, seksualności czy melancholii. Moim celem jest jedynie wskazanie na to, co uważam za pewną twórczą zbieżność między myślą Freuda o nieopłakanej i niedającej się opłakać utracie a położeniem osób żyjących w kulturze, w której opłakiwanie homoseksualnego przywiązania przychodzi z tak wielką trudnością.

Problematyka ta staje się tym bardziej dotkliwa, gdy rozważymy spustoszenia, jakich dokonała epidemia AIDS, i gdy podejmiemy się próby znalezienia publicznego języka i publicznych okazji, w których opłakanie tych, jak się wydaje, niezliczonych śmierci jest możliwe. Mówiąc ogólniej, ów problem daje się odczuć w niepewności, z jaką postrzega się homoseksualną miłość i utratę: czy postrzega się ją jako „prawdziwą” miłość, „prawdziwą” utratę, miłość i utratę wartą i nadającą się do opłakiwania, a tym samym zasługującą i nadającą się, by ją przeżywać? Czy może jest to miłość i utrata nawiedzana przez widmo pewnej nierzeczywistości, rzeczy, której nie da się pomyśleć, przez podwójne zaprzeczenie: „Nigdy jej nie kochałam, nigdy jej nie straciłam” wypowiedziane przez kobietę, „nigdy go nie kochałem, nigdy go nie straciłem” wypowiedziane przez mężczyznę? Czy to „nigdy, przenigdy” nie wspiera znaturalizowanej powierzchni heteroseksualnego życia, a także wszechobecnej melancholii, jaka się z nim wiąże? Czy nie mamy do czynienia z zaprzeczeniem utraty, która formuje seksualność, w tym seksualność gejowską?

Jonas Gardell: Nic nie stało się samo

Jeśli zgodzimy się na to, że zakaz homoseksualności operuje w na wskroś heteroseksualnej kulturze jako jedna z operacji, które ją określają, wówczas utrata homoseksualnych obiektów i celów (nie tylko konkretnej osoby tej samej płci, lecz dowolnej osoby tej samej płci) od samego początku wydawałaby się wykluczona. Słowo „wykluczona” ma sugerować, że jest to utrata wyprzedzająca, żałoba nad możliwościami, których się nie przeżyło. Jeśli taka miłość jest z gruntu wykluczona, to nie może się wydarzyć, a jeśli do niej dochodzi, to z pewnością się nie wydarza. I jeśli się wydarza, to tylko pod oficjalnym znakiem zakazu i zaprzeczenia (2).

Kiedy szereg kulturowo rozpowszechnionych zakazów wymusza pewnego rodzaju doświadczenie utraty, możemy oczekiwać kulturowo rozpowszechnionej formy melancholii, która jest oznaką nieopłakanego i niedającego się opłakać homoseksualnego obsadzenia obiektu. A tam, gdzie nie ma miejsca na publiczne uznanie, publiczny dyskurs pozwalający nazwać i opłakać taką utratę, tam melancholia przybiera takie rozmiary kulturowe, z jakimi mamy do czynienia obecnie. Oczywiście nie jest żadnym zaskoczeniem, że im bardziej przesadne i wyczulone jest męskie utożsamienie, tym bardziej trudne i nieopłakane okazuje się homoseksualne obsadzenie obiektu. W tym sensie „męskość” i „kobiecość” można uznać za formy stworzone i skonsolidowane za sprawą utożsamień, które częściowo składają się z zaprzeczonego bólu po utracie.

Będziemy mieli swoich bohaterów [Dunin rozmawia z Tomasikiem]

Jeśli zgodzimy się na to, że heteroseksualność naturalizuje sama siebie przez obstawanie przy radykalnej odmienności, jaka ma charakteryzować homoseksualność, wówczas heteroseksualna tożsamość zostaje okupiona melancholijną inkorporacją miłości, której stara się zaprzeczyć: mężczyzna upierający się przy spójności swojej heteroseksualności będzie utrzymywał, że nigdy nie kochał innego mężczyzny, dlatego też nigdy go nie utracił. Taka miłość i przywiązanie zostają poddane podwójnemu zaprzeczeniu: nigdy niedoznanej miłości, nigdy niedoznanej utraty. To „nigdy, przenigdy” niejako funduje heteroseksualny podmiot; jest to tożsamość oparta na odmowie przyznania się do przywiązania, a w związku z tym odmowie żałoby.

Istnieje być może inny, bardziej pouczający sposób opisania tego scenariusza, ponieważ nie chodzi tu wyłącznie o indywidualną niechęć do przyznania się do homoseksualnego przywiązania, a tym samym pogodzenia się z jego utratą. Gdy zakaz wymierzony w homoseksualność jest zjawiskiem kulturowo wszechobecnym, „utrata” homoseksualnej miłości wytwarza się za sprawą zakazu powtarzanego i zrytualizowanego w całej kulturze. Wynika stąd pewna kultura melancholii płci, w której męskość i kobiecość pojawiają się w postaci śladów nieopłakanej i niedającej się opłakać miłości; gdzie męskość i kobiecość w ramach heteroseksualnego wzorca są wzmacniane przez zaprzeczenia, jakich dokonują. W przeciwieństwie do koncepcji seksualności, zgodnie z którymi ma ona „wyrażać” płeć kulturową, sama płeć kulturowa jest tu pojmowana jako złożona właśnie z tego, co pozostaje niewyartykułowane w seksualności.

przeł. Tomasz Kaszubski

*
Fragment książki Judith Butler Psychiczne życie władzy. Teorie ujarzmienia, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

**
Przypisy:

(1)  Seksualność powinna rzekomo oduczać przywiązania do obiektów, zwierząt lub części należących do bytów obu kategorii, jak również różnego rodzaju przywiązań narcystycznych.

(2) Pojęcie „wykluczenia” stało się w Lacanowskiej terminologii odpowiednikiem Freudowskiego pojęcia Verwerfung. W przeciwieństwie do wyparcia, które należy rozumieć jako działanie już uformowanego podmiotu, wykluczenie jest aktem zaprzeczenia, które funduje i stwarza podmiot. Zob. hasło „Wykluczenie” [w:] Jean Laplanche, Jean-Bernard Pontalis, Słownik psychoanalizy, przeł. Ewa Modzelewska i Ewa Wojciechowska, Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1996.  

***
Judith Butler (1956) – amerykańska filozofka, profesorka literatury porównawczej i retoryki University of California w amerykańskim Berkeley, zajmuje się teoriami władzy, seksualności, tożsamości i płci. Jej najbardziej znaną książką jest wydana w 1990 roku Uwikłani w płeć. Feminizm i polityka tożsamości, która dała początek teorii queer (wyd. pol. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.