Czytaj dalej

Burzliwe życie wesołego kapitalisty

Fogelman Lejb, Komar Michał, Warto żyć

Po lekturze wywiadu-rzeki autorstwa Michała Komara wiem, że Lejb Fogelman to fenomenalny erudyta, opowiadacz, jakich mało, ekstremalny arogant i zadowolony z siebie narcyz.

Lejb Fogelman to taki facet, który naprawdę zna tzw. wszystkich i którego naprawdę wszyscy chcieliby znać. Nie raz i nie dwa słyszałem historie, w których mój rozmówca nazywał go „Lonią”, niedwuznacznie sugerując rzekomą poufałość z gwiazdą warszawskiej, i nie tylko, palestry. Ja osobiście go nie znam, ale po lekturze wywiadu-rzeki autorstwa Michała Komara wiem, że to fenomenalny erudyta, opowiadacz, jakich mało, ekstremalny arogant i zadowolony z siebie narcyz. A jako że parędziesiąt długich wywiadów zrobiłem, wiem również, że taka osoba to najlepszy surowiec na błyskotliwą książkę.

Warto żyć to feeria anegdot przetykanych luźnymi uwagami o życiu i świecie – spod żydowskiego poczucia humoru czasem wyziera jednak coś naprawdę przejmującego. Przy okazji też insider Wielkiego Świata sprzedaje nam nieco więcej niż tylko panującą ideologię tegoż – nawet jeśli koloryzuje („Opowiem o tym, co naprawdę zapamiętałem, lecz opowiem tak, jak chcę to pamiętać. A czy wtedy padał deszcz, czy świeciło słońce, nie ma żadnego znaczenia. I tak będzie do końca naszej rozmowy. Moja i tylko moja prawda”).

Bo nawet jeśli pierwszego dnia pomarcowej emigracji do Stanów upalony jointem nie spotkał przy pisuarze Jimiego Hendriksa, który następnie postawił mu sernik, to przecież w Nowym Jorku roku 1968 – ówczesnej Osi Świata, jak sam mówi – mógł go spotkać… Podobnie Mick Jagger mógł postawić mu piwo, Brigitte Bardot mogła wcinać obok niego krewetki w żydowskiej knajpie dla wtajemniczonych na Lazurowym Wybrzeżu, sędziwy Wiaczesław Mołotow przeglądać prasę w tej samej moskiewskiej bibliotece, a sam nasz bohater – uwodzić swą przyszłą żonę (przypadkiem córkę pierwowzoru „robotnika” z pomnika Wiery Muchiny…), pijąc szklanicę spirytusu zaprawionego mózgiem (!) Lenina. Nie mówiąc o takich banałach, jak opieprzanie Sartre’a za wygadywanie maoistycznych bzdur, wakacje u radykałów z włoskiej Lotta Continua, sprowadzanie na grzbiecie jaka chorego kuzyna spod Mount Everestu, pobicie się w barze z Alice’em Cooperem czy balowanie w okrągłą rocznicę rewolucji październikowej na domówce u przyjaciela – Włodzimierza Wysockiego, gdzie zresztą Fogelman miał poznać swą wielką miłość.

Na okładce książki widnieje autoironiczny paw, który najlepiej chyba oddaje narracyjną strategię jej bohatera: Lejb Fogelman jest po prostu zajebisty i dobrze mu ze sobą i światem dookoła. A czytelnikowi dobrze z lekturą. Bo ten Fogelmanowy świat to jedna wielka żydowska anegdota, jak ta o ciotce Fradli, która gotowała tak strasznie, że chwilę po przybyciu do rodziny na Brooklynie on sam zatęsknił za komuną. Historia nie obywa się oczywiście bez literackich porównań (w tym wypadku rejentowa Coquenard z Trzech muszkieterów), ale i potężnego ładunku ciepła skrytego za ironią. Komentując nieudaną próbę zeswatania go z córką piekarza i swój dystans do starego świata nowojorskich Żydów, mówi na przykład: „Kochali mnie i chcieli mi zapewnić bezpieczną przyszłość. Tłumaczyli to sobie tak: jeszcze młody, nie zna życia i nie rozumie, że są trzy zawody na świecie, które dają gwarancję spokoju – akuszerka, piekarz i grabarz. Bo człowiek może być nieudacznikiem lub zwycięzcą. Ale trzech rzeczy nigdy nie przeskoczy. Musi się urodzić, musi jeść i musi umrzeć. Kiedy więc nasz nieudacznik Lejbełe się ożeni, to odziedziczy piekarnię i zarobi tyle, żeby swoje dzieci wysłać na studia. A to już zwycięstwo! I wtedy będzie mógł spokojnie umrzeć”.

W takim mniej więcej stylu Fogelman opowiada kawał swojego życia aż do czasów niedługo po transformacji. Historię – prawda to jego tylko czy prawda po prostu – ma faktycznie niebywałą: na początku widzimy go jako żydowskiego emigranta z Polski, wychowanego w powojennej Legnicy, którego polskie korzenie, jak sam mówi, wyrwano w roku 1968, po kilku semestrach studiowania prawa na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie zdążył się między innymi zakolegować z braćmi Kaczyńskimi. Po Marcu przylatuje do Nowego Jorku z dwiema tekturowymi walizkami i „dokumentem podróży” do ortodoksyjnej rodziny swej matki; szybko wsiąka w życie towarzysko-kulturalne Nowego Jorku, szczególnie intensywne w drugiej połowie lat 60. Studiuje, by uniknąć – ze swoim prawem legalnego pobytu – poboru do służby wojskowej w Wietnamie, a po licencjacie jedzie do Paryża na stypendium. Po powrocie do Europy kończy kolejne wydziały, poznaje ludzi z establishmentu politycznego USA, w tym doradców prezydenta Cartera, pisze doktorat z historii rosyjskiego anarchizmu, wreszcie trafia do Harvard Law School, a więc kuźni elity prawniczej świata. Potem robi błyskotliwa karierę w bostońskich kancelariach; po roku 1989 przyjeżdża jako reprezentant jednej z firm prawniczych do Europy Środkowej i przygotowuje kluczowe procesy prywatyzacyjne.

Jakby nam było mało wrażeń, w tzw. międzyczasie bohater kilkadziesiąt razy napomyka o swych erotycznych sukcesach – z taką libertyńską swadą, że aż wiarygodnie (choć metafory w rodzaju „nadgryzionej chałki” pochodzą, powiedzmy delikatnie, sprzed trzeciej fali feminizmu). Spod tej nieprzerwanej apologii życia przebija jednak wiele obserwacji zasługujących na uwagę, a i narcystyczne samochwalstwo mówi nam wiele o świecie, który większość z nas kojarzy raczej z seriali, od oldskulowej Ally McBeal po netfliksowe Suits czy House of Cards.

Majmurek o „House of Cards”: Prezydent z krainy Oz

Pouczająca jest np. opowieść o pierwszej wygranej – choć spisanej przez kolegów na straty – sprawie, w której prawno-konstytucyjna ekwilibrystyka posłużyła Fogelmanowi do ominięcia, wydawałoby się, jednoznacznego prawa stanowego (należna rozwódce połowa wspólnego majątku została pomniejszona o kolekcję obrazów autorstwa jej męża; nasz bohater wykazał bowiem, że stanowią one rodzaj wypowiedzi – w tym wypadku artystycznej, z definicji otwartej i niezakończonej – a więc przymusowe przekazanie ich byłej małżonce naruszyłoby… Pierwszą Poprawkę do Konstytucji USA gwarantującą wolność słowa). Inna historia przypomina sytuację, kiedy dwa bardzo podobne „wrogie przejęcia” firm, procedowane u tego samego sędziego, Fogelman interpretował dokładnie przeciwstawnie – bo tego wymagał interes klientów w obu przypadkach.

Fogelmanowi udaje się przy tym nie wyjść na cynika; urzeka jakoś jego światopoglądowa spójność, w której wierność żydowskiemu Prawu – umowie zawartej między Bogiem a Mojżeszem, po której Jahwe miał „odwrócić się od świata plecami” – jest punktem wyjścia do silnego indywidualizmu, ograniczonego jednakowoż imperatywem powszechnym. On sam deklaruje się jako polityczny „neokonserwatysta” i jest to z pewnością coś więcej niż tylko dług intelektualny spłacany słynnemu pismu „Commentary” czy trybut na rzecz własnego środowiska (nadmieńmy, że obecny pracodawca Fogelmana, kancelaria Greenberg Traurig, reprezentuje m.in. rodzinę Bushów). Można go chyba określić jako przedstawiciela „prawicowego oświecenia”, mocno przywiązanego do paradygmatu racjonalistycznego, skoncentrowanego na podmiotowości (i odpowiedzialności!) moralnej jednostki, podlegającej regułom egzekwowanym także według logiki retrybucji (społecznej „pomsty” za grzechy), dla której wartością jest samokontrola (ciekawy passus o doświadczeniu z LSD), ale zobowiązaniem – pomoc potrzebującym, i to najlepiej „niebezpośrednia”, a więc bez rytuałów wyższościowej dobroczynności wobec obdarowanego.

A skąd ten światopogląd? I skąd bierze się – to może najważniejsze pytanie – cały ten niewątpliwy życiowy sukces i błyskotliwa kariera Fogelmana? Żydowski Bildungsroman, w jaki zamienia się momentami rozmowa z Michałem Komarem, to – wbrew częstemu stereotypowi o pomarcowych emigrantach – dużo więcej niż opowieść o budowaniu tożsamości w reakcji na antysemityzm. Rodzinna pamięć wojny i Zagłady, ale też przedwojennego sztetla przeplata się tutaj z formacją środowiska Klubu Babel i obozów TSKŻ, ale też sporami o Izrael w czasie wojny sześciodniowej, wreszcie doświadczeniami lektur „Exodusu”, a później też Wojny żydowskiej, najpierw Feuchtwangera, później Józefa Flawiusza.

Warto żyć odsłania nam jednak dużo więcej kulisów Fogelmanowego powodzenia, może nawet wbrew intencjom „szarego pisklaka z Pułtuska”, co uwierzył, że w nowojorskim pępku świata może „rozwinąć skrzydła i być, kim tylko zechce”. Zza chwilami karykaturalnie amerykańskiej opowieści o wierze we własne możliwości i USA jako land of opportunity (którym, notabene, w latach 60. i 70. Stany jeszcze były, przynajmniej dla ludzi o białym kolorze skóry) możemy dostrzec bardzo tradycyjne „czynniki sukcesu”.

Po pierwsze zatem dźwignią indywidualnego sukcesu zawsze są sieci wsparcia. Niezliczone anegdoty o tym, kogo i gdzie Fogelman poznał i co dzięki temu załatwił, składają się na obraz imponującej wspólnoty pomocy wzajemnej – networku kolegów z uczelni, ale też mocnych więzi rodzinnych i ponadklasowej solidarności łączącej wspólnotę ocaleńców z Zagłady.

Po drugie nabyty kapitał kulturowy waży niesłychanie – i nie jest to tylko specyfika postfeudalnej Europy Środkowej. Wyobraźnia, erudycja literacka, zmysł estetyczny, zdolność konwersacyjna to sprawy bardzo przydatne w kontaktach towarzyskich, ale przede wszystkim pozwalające, zwłaszcza w połączeniu z siecią wsparcia, góry przenosić, np. studiować za darmo w najbardziej elitarnej uczelni świata. Inteligencja darwinistycznego skądinąd systemu sprawia (a może tylko sprawiała czterdzieści lat temu?), że cudownie zdolny nastolatek ma otwarte drzwi do elity – wiersze i całe powieści w głowie rekompensują na starcie nawet braki w angielskim.

Po trzecie – najbardziej chyba niedoceniany „kapitał emocjonalny”, który pozwala synowi krawca i krawcowej zostać miraculé, cudownym dzieckiem, które z „odzyskanej” na Niemcach Legnicy przefruwa do Harvard Law School. Bo o czym innym, jak nie o tym mniej znanym pojęciu Pierre’a Bourdieu opowiada tak naprawdę historia o Żydowskiej Matce? „Nie ma na świecie takiej siły, która mogłaby załagodzić jej niepokój. Bez tego niepokoju Żydowska Matka traci rozeznanie, czyli przestaje być sobą. Moim zdaniem istota sprawy zawiera się w jednym podstawowym pytaniu (…). Czy geniusz, którego urodziłam i wychowałam, będzie umiał beze mnie unieść ciężar swej genialności?”

Powiedzmy jeszcze, tytułem puenty, że z książki Fogelmana i Komara płynie i taki wniosek: warto opowiadać. Strumień samozadowolenia wielkiego burżuja i kapitalisty czyta się jednym tchem.

***

Fogelman Lejb, Komar Michał, Warto żyć, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2018

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.