Czytaj dalej

„Boli mnie fakt, że zostałem zmuszony do wyjazdu”

marzec-1968

Słuchałem przemówienia Gomułki, rozumiałem każde słowo. Wiesz, co on do mnie wtedy mówił? Żydzi, won, szukajcie sobie nowej ojczyzny – mówi Józek Szpilman, jeden z bohaterów „Księgi wyjścia” Mikołaja Grynberga.

grynberg-ksiega-wyjscia„Postanowiłem zrozumieć, dlaczego tak wielu Żydów wyjechało z Polski po wydarzeniach Marca sześćdziesiątego ósmego i dlaczego tylu zostało. Na przełomie 2016 i 2017 roku odbyłem prawie osiemdziesiąt spotkań z tymi, którzy po wojnie sześciodniowej w Izraelu oraz po Marcu podejmowali decyzje o pozostaniu w Polsce lub jej opuszczeniu” – tak Mikołaj Grynberg wyjaśnia genezę swojej Księgi wyjścia. Publikujemy jedną z rozmów zamieszczonych w książce – z Józkiem Szpilmanem, który mieszka dziś w Kefar Ma’as w Izraelu.

*

Józek Szpilman: Nazywam się Itzhak Shpilman. Urodziłem się w 1943 roku w Uzbekistanie, w okręgu Andiżan, jako Issak Szpilman. A w Polsce nazywałem się Józek Szpilman.

Mikołaj Grynberg: Skąd pochodzili twoi rodzice?

Oboje z Kowla.

W którym roku przyjechaliście do Polski?

W 1948 albo 1949 i zamieszkaliśmy w Bielawie, gdzie urodziła się moja siostra Ada. Ojciec został tam kimś w rodzaju burmistrza, ale w 1952 przenieśliśmy się do Warszawy.

Ojciec był komunistą?

Tak. W Bielawie został dyrektorem spółdzielni spożywczej, a po przeniesieniu do Warszawy dyrektorem zakładów imienia Świerczewskiego na Woli. Mama była przedszkolanką w Bielawie, a w Warszawie pracowała w księgowości.

Gdzie zamieszkaliście?

Dostaliśmy trzypokojowe mieszkanie na Sadybie.

Tam chodziłeś do szkoły?

Do podstawowej tak, a później dostałem się do Technikum Mechanicznego numer 1 na ulicy Śniadeckich 17. Skończyłem to technikum i potem zrobiłem roczny staż w zakładach Świerczewskiego, tam gdzie pracował ojciec. Już prawie pięćdziesiąt lat nie mówiłem tych słów, ale ciągle je pamiętam. Robili tam suwmiarki i mikrometry, a ja się zajmowałem projektowaniem narzędzi rżnących, frezarek do robienia gwintów.

Imponujące słownictwo.

Po roku dostałem się na Politechnikę, na Wydział Mechaniczny Technologiczny, który mieścił się przy ulicy Narbutta. Zdałem wszystkie egzaminy, napisałem pracę.

Masz dyplom Politechniki Warszawskiej?

Nie mam.

Nie dali ci?

Dojdziemy do tego. Złożyłem podanie o wyjazd i zapłaciłem za studia, aby dostać pozwolenie. Sześćdziesiąt tysięcy za studia siostry, siedemdziesiąt tysięcy za studia szwagra i siedemdziesiąt tysięcy za moje.

Skąd miałeś takie pieniądze?

Dostałem trzy czeki w holenderskiej ambasadzie, która reprezentowała wtedy w Polsce państwo Izrael.

Nie słyszałem dotąd, żeby ludzie dostawali takie pieniądze od ambasady.

Ja dostałem. Siostra skończyła sześcioletnie studium budowlane, szwagier skończył pomagisterskie studia na elektronice, a ja na mechanice. W czerwcu zdałem egzaminy, a w październiku już byłem w Izraelu.

Zapłaciłeś za studia, a dyplomu nie dostałeś?

Kazali mi czekać pół roku, a ja się bałem, że wezmą mnie do wojska i nie wyjadę już nigdy, a moje plany zrobienia dyplomu za granicą bardzo się skomplikują.

Przed wyjazdem z Polski byłeś Żydem?

Na studium wojskowym trzeba było wypełnić ankietę. Przychodziło się, oficer zadawał pytania i wpisywał odpowiedzi. Zapytał o narodowość i sam sobie odpowiedział: polska. I wtedy pierwszy raz w życiu powiedziałem: nie, żydowska.

Pierwszy raz, bo nigdy przedtem nikt ci tego pytania nie zadawał, czy pierwszy, bo przedtem podawałeś narodowość – polska?

Dotychczas nikt mnie o to nie pytał. Ojciec zawsze mi mówił: nie zapominaj, kim jesteś. Czułem się Żydem i byłem z tego dumny. Tak też powiedziałem oficerowi.

I co zrobił oficer?

Skreślił polską i wpisał żydowską. Nic więcej.

Miałeś w Polsce problemy z tego powodu?

W szkole żadnych.

A co z religią?

Chodziłem. Taka ciekawostka. Ksiądz mnie bardzo lubił i dużo się tam nauczyłem. Do dzisiaj mi się ta wiedza przydaje. Na emeryturze poszedłem na kurs przewodników turystycznych, który odbywał się na Uniwersytecie Hajfy. Są tam między innymi zajęcia z religii chrześcijańskiej. Znalazłem się jako najlepszy w grupie, bo najlepiej znałem Pismo Święte. I dzisiaj oprowadzam polskie grupy po Izraelu. Taka ironia losu, wyrzucili mnie z Polski, a ja teraz pokazuję im
ich korzenie.

Rozmawiasz z nimi o polskich Żydach, o roku sześćdziesiątym ósmym?

Czasami sprawdzam, czy coś wiedzą, ale wiedzą raczej mało. Poza tym to nie była najpiękniejsza karta w historii Polski. Cieszę się, że mogę mówić po polsku i używać wiedzy, którą posiadam. Jestem też przewodnikiem po Rosji, jeżdżę tam z izraelskimi wycieczkami. Wiesz, że główną postacią religijną w Rosji jest Święty Jerzy? Wiesz który?

Ten od smoka.

A wiesz, że on jest pochowany u nas w Lod, obok lotniska?

Chodziłeś ze wszystkimi na religię i do komunii też przystąpiłeś?

Nie, i nie było z tym żadnych kłopotów. Za to miałem bar micwę, wtedy otrzymałem pierwszy w życiu zegarek.

Zaprosiliście kolegów ze szkoły?

Nie, tylko rodzinę.

Wiedziałeś przedtem cokolwiek o żydowskich zwyczajach, o świętach?

Nie, i też nie było z tym żadnych kłopotów. Kiedyś byłem z tatą w gminie żydowskiej po macę. Wtedy przypadkowo weszliśmy do synagogi.

Jak można przypadkowo wejść do synagogi?

Otworzyłem jakieś drzwi, a tam była synagoga. Wtedy się dowiedziałem od taty, że nie mogę tam wejść bez czapki. Byłem już studentem. Moja siostra była o wiele bardziej zaangażowana w żydowskie życie: jeździła na żydowskie kolonie i chodziła do TSKŻ [Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce – świecka organizacja żydowska powstała w roku 1950 w wyniku połączenia Centralnego Komitetu Żydów Polskich z Żydowskim Towarzystwem Kultury i Sztuki]. Gdy miałem osiemnaście, dziewiętnaście lat, rodzice chcieli, żebym zapoznał żydowskie dziewczyny, i zaczęli też mnie posyłać na te kolonie. Byłem kilka razy w Poroninie, ale nie nawiązałem tam trwałych znajomości. Wracałem do Warszawy, na swoje tory.

To znaczy – wracałeś do nieżydowskiego świata?

Tak. Gdybym znał więcej Żydów z Polski, łatwiej byłobymi niektóre rzeczy udowodnić w Izraelu.

Na przykład?

Dwa dni po przyjeździe do Izraela poszedłem do pracy, do fabryki mechanicznej. Żeby móc tam pracować, trzeba było przejść przez specjalne procedury. Sprawdzają cię dokładnie i wtedy każda osoba, która cię zna w Izraelu, jest na wagę złota. Zatrzymali mnie na bramie i przepytują o wszystko. W którymś momencie pytają: znasz kogoś z Warszawy?

Po jakiemu pytają?

Po polsku, bo ja po hebrajsku nie mówiłem. To ja mówię: o ile pamiętam, na moim roku nie było Żydów. On mówi: zaczekaj pan chwilę. Dzwoni gdzieś i po piętnastu minutach przychodzi chłopak, który studiował przez pięć lat na mechanice precyzyjnej. Matematykę i fizykę mieliśmy razem. Patrzy na mnie i mówi, że mnie zna. Ja jego też pamiętałem. Wystarczyło. Wpuścili mnie. Musiałem jeszcze udowodnić, że mimo braku dyplomu jestem wykształconym inżynierem. Poszedłem na politechnikę w Hajfie do dziekana Wydziału Mechanicznego, żeby mu pokazać indeks.

Udało ci się przewieźć indeks?

Wiele dokumentów zreprodukowałem i powysyłałem przez znajomych w różne miejsca na świecie. Chciałem być pewny, że któraś kopia przejedzie polską granicę. Do Izraela udało mi się wywieźć indeks ze wszystkimi niezbędnymi stopniami, pieczątkami i podpisami. Profesor Kurt Levi przejrzał to i napisał pismo, w którym zaświadczał, że mam ukończone studia i że można mnie przyjąć do pracy na stanowisko inżyniera.

Dzisiaj masz już dyplom?

Mam. Politechniki w Hajfie. Tytuł mojej pracy to Organizacja i kontrola produkcji przy zastosowaniu techniki komputerowej w zakładzie mechanicznym.

Wróćmy jeszcze do Polski. Kilka razy byłeś na koloniach żydowskich, ale nie wiedziałeś, że do synagogi wchodzi się w nakryciu głowy, i byłeś narodowości żydowskiej.

I nie miałem z tym żadnych problemów. To nie wynikało ze złej woli, tylko z braku wiedzy.

Bikont: Na każdym kroku pilnie wykluczano Żydów z polskiej społeczności

Czy w czerwcu 1967 roku coś się zaczęło zmieniać?

Przed wojną sześciodniową ojciec odwiedził swoje siostry w Izraelu. One znalazły się tam jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Dlatego ta część rodziny ocalała od Zagłady. Nie widzieli się od ponad trzydziestu lat. Tam poznał ich rodziny: ten jest oficerem, tamten pułkownikiem… Wybucha wojna. Ja jestem w mundurze na studium wojskowym i wiadomości czerpię tylko od wojskowych propagandystów. Zebrali nas na apelu i ogłosili, że wojska syryjskie zdobyły Hajfę, a wojska egipskie zajęły Synaj. Zacząłem się martwić o moich kuzynów i wujków. Postanowiłem się dowiedzieć, czym jest ten dziwoląg, który się nazywa Izrael. Zacząłem dużo czytać o historii Żydów i o powstaniu państwa Izrael. Przeczytałem Wojnę żydowską Feuchtwangera i Altneuland Theodora Herzla. Próbowałem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W Polskim Radiu każda wiadomość zaczynała się od syjonistów. Polska idzie z Rosją za Naserem, a Żydzi przejawiają inne sympatie – imperialistyczne. Chodziłem do biblioteki i sprawdzałem te wszystkie nowe słowa, przy okazji bardzo się edukując. Wtedy w nagrodę za pięćdziesiąt lat pracy ojciec dostał telewizor. To był jedyny telewizor na naszym osiedlu. Niestety mówili tam cały czas tylko o syjonistach i filozofach z Egiptu.

J.T. Gross: Postawcie pomniki wywiezionym z miasteczek Żydom zamiast Kaczyńskiemu

Co rodzice na to wszystko?

Była pełna dezinformacja. Dotychczas w modzie były socjalizm, komunizm, partia robotnicza i proletariusze wszystkich krajów, a teraz Żydzi stali się zdrajcami i piątą kolumną. Słuchałem przemówienia Gomułki, rozumiałem każde słowo. Wiesz, co on do mnie wtedy mówił? Żydzi, won, szukajcie sobie nowej ojczyzny.

Powiedział, że nie można mieć dwóch ojczyzn.

O, dokładnie to powiedział. Poczułem, że mi zabierają ojczyznę. Że mnie wyrzucają z domu.

Byłeś wtedy Polakiem?

Myślałem, że jestem Polakiem z jakimś żydowskim tłem.

A co się okazało?

Dotychczas w modzie były socjalizm, komunizm, partia robotnicza i proletariusze wszystkich krajów, a teraz Żydzi stali się zdrajcami i piątą kolumną.

„Nie należysz do nas! Szukaj sobie innej ojczyzny!” Wtedy zaczęła powstawać w mojej głowie myśl o jednoczeniu się z rodziną i o wyjeździe. Poszedłem na Politechnikę, żeby otrzymać zatwierdzenie mojego projektu dyplomowego. Kierownik katedry powiedział mi: panie Szpilman, oni nie dadzą panu skończyć. Zacząć tak, ale skończyć nie. Dlatego zdałem szybko wszystkie egzaminy, wziąłem indeks i zacząłem się zwijać.

Wyjechaliście wszyscy razem?

Ojciec ciężko zachorował, więc czekałem, aż wyjdzie ze szpitala. Wszystkie papiery załatwiałem razem ze szwagrem. Najpierw wyjechała siostra z mężem, a potem my. Tata wyszedł ze szpitala w sierpniu 1969, a w październiku byliśmy już w Izraelu.

Kto podejmował decyzję o wyjeździe?

Ja. Zostałem nietytułowaną głową rodziny.

Ktoś z tobą dyskutował?

Nikt.

Miałeś stuprocentowe przekonanie?

Bez najmniejszego nawet wahania.

Myślałeś kiedyś, co by się stało, gdybyś nie wyjechał?

Może by mi dali obronić dyplom, ale pracy bym nie znalazł. Miałem już podpisaną umowę o pracę w Instytucie Maszyn Matematycznych na ulicy Śniadeckich, ale odmówili przyjęcia mnie. Mimo dopełnienia wszystkich formalności nie chcieli mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę rozpocząć pracy. Poszedłem do zakładu ojca, chciałem zostać szeregowym inżynierem, nie chcieli nawet ze mną rozmawiać.

Tata jeszcze wtedy pracował?

Był już na emeryturze.

Kto zajmował się pakowaniem domu?

Ojciec dał mi namiary na faceta, który się tym zajmował.

Tym, czyli czym?

Budowaniem skrzyń, w które pakuje się dobytek. Część rzeczy sprzedaliśmy, część została spakowana.

Co zabraliście?

Widzisz te chińskie talerze, to jeszcze mojej mamy. Nie dali nam wywieźć pianina. Zabrali wszystkie dokumenty rodzinne.

Muszę się pozbyć książek [fragment książki Marcina Wichy]

Poszedłeś na cło załatwić wszystkie zgody?

Tym zajmował się ten facet od skrzyni.

Kto was odprowadzał na pociąg?

Przyszły dwie koleżanki. Danusia, sąsiadka z Sadyby – moja pierwsza młodzieńcza miłość, i Teresa – moja ostatnia miłość w Polsce.

Żadnych kolegów?

Miałem kolegę, Michała Trockiego – dzisiaj jest profesorem – z nim żegnałem się, spacerując po mieście.

Ktoś jeszcze?

Tadziu Romanowicz.

Namawiał cię, żebyś został?

Nie.

Czułeś wsparcie z czyjejś strony?

Nie. Żadnego za ani żadnego przeciw. To wszystko spadło jak grom z jasnego nieba.

Goldkorn: Nie jestem ofiarą Szoa

Utrzymujesz kontakt ze znajomymi z Polski?

Któregoś dnia jadę z wycieczką z Polski i jeden facet ciągle mi zadaje pytania, które są bez związku z tą wycieczką. Wysiadamy z autobusu w Jerozolimie, a on mówi: studiowaliśmy razem na Politechnice.

Pamiętałeś go?

Nie, ale teraz utrzymujemy bardzo ładną łączność koleżeńską.

Rozmawiacie o tamtych czasach?

Temat często wraca.

I?

Dla Polaków to jest niezrozumiałe.

Co?

Nie rozumieją, że ja naprawdę musiałem wyjechać.

„Józek, przecież nie musiałeś wyjeżdżać”.

Słyszałem takie zdania.

Umiesz im to wytłumaczyć?

Gdyby ich to naprawdę interesowało, pytaliby, a nie pytają, więc nie tłumaczę.

Ciekawe, dlaczego cię nie pytają, co?

Możliwe, że nie jest im wygodnie zadawać takie pytania.

Było ci smutno wyjeżdżać?

Gdyby ich to naprawdę interesowało, pytaliby, a nie pytają, więc nie tłumaczę.

Bardzo. Miałem dziewczynę, z którą spotykałem się sporadycznie prawie przez trzy lata. Bardzo ją lubiłem. Lubiłem z nią rozmawiać, spędzać czas w kinie czy w teatrze. Pomimo że nie spotykaliśmy się często, bardzo sobie ceniłem tę znajomość. To była najbardziej wartościowa dziewczyna, jaką udało mi się zapoznać w latach studiów.

Była Żydówką?

Wręcz odwrotnie.

Co to znaczy?

Była praktykującą katoliczką. Nad jej łóżkiem wisiały krzyż oraz fotografia Jerozolimy, o której ja nie miałem pojęcia. Patrzyłem się na to jak krowa w… w co się krowa patrzy?

W gnat.

W gnat?

Tak, w gnat. Ale wiesz co? To chyba jednak sroka się patrzy w gnat.

W każdym razie nic mi ta Jerozolima nie mówiła.

Ona rozumiała, dlaczego wyjeżdżasz?

Nie pytała, przyjęła do wiadomości. Planowaliśmy, że ułożymy sobie razem życie w Europie. Ale nie byłem pewien, czy ją kiedykolwiek wypuszczą z Polski. To mogło trwać lata. A gdy już byłem w Izraelu, zrozumiałem, że to nie byłoby dobre miejsce dla niej. Że jej tutaj będzie źle, a ja będę nieszczęśliwy, widząc, jak ona cierpi.

Dlaczego byłoby jej tutaj źle?

Żydzi są nietolerancyjni, nigdy nie zaakceptowaliby katoliczki. Dzieci miałyby kłopoty.

Bezsilność przekonanych ignorantów

Zrezygnowałeś z wyjazdu do innego kraju?

Wiedziałem, że rodzina musi się trzymać razem. Nasza rodzina kilka razy się rozdzielała i za każdym razem zostawało nas coraz mniej.

Pisaliście do siebie z tą dziewczyną?

Wysłałem jeden czy dwa listy, może jeszcze jakąś widokówkę.

A ona pisała?

Ja nie pisałem, ona nie pisała. Otrzymałem list od jej ciotki, która widziała we mnie dobrego partnera. Zachęcała mnie do tego związku, ale ja już wiedziałem, że uczuciowo to było bardzo ważne, ale na rozum nie dawało się obronić.

Smutna historia.

Dwa lata się zbierałem po tym rozstaniu. Kochałem ją bardzo, choć nigdy jej tego nie powiedziałem. Ani razu jej nie pocałowałem.

Józek, trzy lata byliście razem i ani razu jej nie pocałowałeś?

Może w rękę. Chodziliśmy na zabawy, na sylwestry, do teatru, do klubu studenckiego. Każdą wolną chwilę byliśmy razem, ale ani razu jej nie pocałowałem. Nie śmiałem. Bałem się. W pewnym sensie z szacunku dla niej. Nie chciałem, by moja odwaga czy śmiałość ją uraziła.

Teraz jeździsz do Polski?

Kilka razy w roku.

Próbowałeś ją odnaleźć?

Tak, ale nic o niej nie wiem.

Nie chcesz wiedzieć?

Trochę szukałem w internecie, ale boję się rozdrapywać stare rany.

A co będzie, jeśli ona przeczyta naszą rozmowę i zobaczy, jaka była ważna dla ciebie?

Może nie przeczyta.

Zostawmy Teresę, wróćmy na dworzec. Wsiadasz z rodzicami do pociągu i…?

Obok mnie siada dziewczyna, z którą studiowałem pięć lat i nie wiedziałem, że jest Żydówką.

I co?

I nic. Pojechała do Stanów, a my zostaliśmy pod Wiedniem w Schönau. W pałacyku opłaconym przez Sochnut [inaczej Agencja Żydowska, organizacja działająca na całym świecie, między innymi na rzecz przyjmowania Żydów chcących osiedlić się w Izraelu]. Czekaliśmy tam na samolot do Izraela. A co było później, już wiesz.

Najszybciej na świecie dostałeś pracę. A jak było z nauką języka?

W dzień pracowałem, a popołudniami chodziłem na ulpan [intensywny kurs języka hebrajskiego]. Po dwóch miesiącach doszedłem do wniosku, że za wolno to się dzieje, nie w moim tempie. Żydowska natura się we mnie obudziła.

Jaka to jest żydowska natura?

Taka z Polski. Żydzi muszą wszystko umieć i wszystko kontrolować.

„Żydzi chcą wszystko kontrolować”. To brzmi jak antysemicki tekst.

Chodzi mi o mój instynkt samozachowawczy. Czułem, że nie mam kontroli nad procesem nauki. Denerwowało mnie, że nie rozumiem, co w radiu mówią o wojnie w Kanale Sueskim, że nie umiem bez pomocy wypisać czeku. Znalazłem książki, zdobyłem literaturę i sam zacząłem się uczyć.

I jak ci szło?

Dosyć szybko nauczyłem się języka potocznego. Przypadek mi pomógł, poznałem dziewczynę. Na początku nie była taka pewna, czy chce być z uchodźcą z Polski, który nie umie nawet podpisać czeku. Po pół roku już umiałem pisać i czytać, a ona została moją żoną.

Mówisz po hebrajsku z akcentem?

Po hebrajsku z polskim, a po polsku z hebrajskim.

A dzisiaj kim jesteś?

Czuję się Żydem, chociaż polska kultura jest mi bardzo bliska. Chopin nie jest dla mnie pierwszym z brzegu nazwiskiem. Ale gdy przyjeżdżam do Polski, to patrzę na wszystko jako Izraelczyk. A w Izraelu denerwuje mnie brak savoir‐vivre’u. Są kompletnie niewychowani i nawet nie czują, jak bardzo są niekulturalni. Gdy zwracam córce uwagę przy stole, to słyszę zawsze ten sam komentarz: polskie wychowanie. Szeroka publika zachowuje się jak prowincjusze bez elementarnych manier.

Nie przyzwyczaiłeś się już przez te prawie pięćdziesiąt lat?

Nie, bo nie chcę się przyzwyczaić.

W Polsce jest kulturalniej?

Znacznie.

Polskie społeczeństwo zdało egzamin w marcu sześćdziesiątego ósmego?

W każdym społeczeństwie większość to są zakute łby. W Polsce i w Izraelu, i w innych krajach.

Józek, to znaczy, że nigdy żadne społeczeństwo nie zda egzaminu?

Zawsze wiele zależy od tego, co zrobi mała grupa zwana inteligencją. W Izraelu, w Polsce, w Stanach czy w Szwecji wszystko teraz idzie skrajnie, w stronę nacjonalizmu.

Nie jesteś optymistą?

A ty jesteś?

Nie, ale miałem nadzieję, że ty mi powiesz coś optymistycznego.

Masz żal do Polaków?

Boli mnie fakt, że zostałem zmuszony do wyjazdu. Muszę ci jeszcze jedną rzecz opowiedzieć. Mój ojciec był w sowieckiej armii i często tam słyszał antysemickie teksty.

Wygłaszane do niego?

Tak. „Żydy, won stąd”, „Żydzie, to nie dla ciebie”. I gdy wtedy zaczęło się to wszystko w Polsce dziać, to nie mogłem przestać myśleć o tym, że w którymś momencie, w najgorszej chwili złości albo rozczarowania, moja partnerka powie…

„Idź stąd, parszywy Żydzie”.

Dokładnie tego się bałem. To był powód, dla którego przestałem do niej pisać. Gdybym miał podać jedną przyczynę wyjazdu, po tym wszystkim, co tam się wydarzyło, to byłby ten właśnie lęk. I dlatego wyjechałem.

Forecki, Zawadzka: Od antysemityzmu do Żydów

czytaj także

Forecki, Zawadzka: Od antysemityzmu do Żydów

Piotr Forecki, Anna Zawadzka

A kiedy poczułeś się Izraelczykiem?

Po jakichś dwóch latach. Usłyszałem izraelski hymn i poczułem się Izraelczykiem. Poza tym spędziłem dwadzieścia dwa dni na Wzgórzach Golan w trakcie wojny Jom Kippur, to również zrobiło ze mnie Izraelczyka.

W jakich wojskach byłeś?

We wszystkich. Polskich Żydów wzięli do artylerii, bo armia izraelska miała zdobyczne rosyjskie armaty z granicy syryjskiej. Wszystkich przeszkolili na artylerzystów. Było tam kilku Izraelczyków, jeden Czech, jeden Amerykanin… Na dziesięciu artylerzystów siedmiu było z Polski. Izraelczycy nie mieli dalekonośnej artylerii, trzeba było być na pierwszej linii frontu, czyli blisko celów. Wozili nas po całym froncie. Sami inżynierowie, wszyscy znali rosyjski, umieli przeczytać, co jest napisane na skrzynkach z amunicją. Opowiem ci śmieszną historię. Jesteśmy na Wzgórzach Golan i po kilku dniach walki skończyła się amunicja.

To jest śmieszna historia?

Tak. Przychodzi dowódca i pyta: kto zna rosyjski? Wszyscy podnieśli rękę, ale wybrał mnie. W nocy skradaliśmy się do syryjskich składów i kradliśmy im amunicję. Przywoziliśmy ją do nas i wysyłaliśmy im ją z powrotem, ale już górą. Raz wysłali innych, to im przynieśli coś podobnego – ale tylko z wyglądu – bo nie umieli przeczytać, co było na nich napisane. A to były pociski oświetlające, które zawisają na górze i świecą, by było coś widać. Dowódca już wydawał komendę „ładuj”, a ja patrzę, że to są te świetlne, i jak zacząłem biegać i krzyczeć, że to nie te, żeby tym nie strzelali.

W ostatni dzień wojny powiedzieli nam, że jest duży problem w Egipcie. Dali nam godzinę, byśmy wszystko spakowali, i zawieźli nas samolotami do Egiptu. Sprzęt zdobyczny był na miejscu, my wzięliśmy tylko niezbędne przyrządy. Tam trzeba było wziąć egipskie armaty i skierować je w drugą stronę. Trzeba było trafić w muchę przechodzącą przez skrzyżowanie. I to za pierwszym razem. Robiliśmy precyzyjne rachunki i znaleźliśmy błędy w rosyjskich tabelach. One nie uwzględniały wilgotności i temperatury powietrza na Bliskim Wschodzie. Przeliczyliśmy wszystko i trafialiśmy już za pierwszym razem.

Do kiedy służyłeś w wojsku?

Tutaj wszyscy są rezerwistami. Do czterdziestego piątego roku życia wszyscy służą według prawa, a do pięćdziesiątego – jak kto chce. Ja służyłem do pięćdziesiątego roku. Dobrowolnie spłacałem dług. Brałem udział w wojnie Jom Kippur oraz w wojnie libańskiej. Mogę ci nawet powiedzieć, jak są zbudowane korty w Bejrucie. Tam stały moje armaty.

Bardzo dużo ci opowiedziałem. Takie rzeczy ode mnie wyciągnąłeś, co nawet nie powiedziałem tym ze służb, którzy mnie przesłuchiwali w rozmaitych sytuacjach. Przed nikim się tak nie zwierzałem.

To źle czy dobrze?

Dzisiaj to już nie ma znaczenia.

Jak nam tak dobrze idzie, to może mi coś jeszcze opowiesz?

W 1989 roku zadzwonili do mnie z organizacji Nativ [po hebrajsku „ścieżka”. Jedna z agencji służb specjalnych Izraela, zajmująca się pomocą Żydom z Europy Środkowo-Wschodniej w emigracji; współorganizowała tak zwaną rosyjską aliję, dzięki której do Izraela przyjechało półtora miliona rosyjskich Żydów]. Wiesz, co to jest?

Nie.

To jest taka organizacja… muszę uważnie teraz słowa dobierać. Jej zadaniem jest ratować Żydów, którzy są zagrożeni albo którym po prostu trzeba pomóc.

Zadzwonili i co powiedzieli?

Zaprosili mnie na rozmowę. Chcemy, żebyś pojechał jako nasz przedstawiciel do Rosji. Czy ja coś zgubiłem w Rosji? – powiedziałem. Nie zgodziłem się. Po miesiącu znowu zadzwonili. Nie zgodziłem się. Rok im zajęło przekonanie mnie. Pojechałem do Rosji jako konsul od kultury, a nieoficjalnie byłem przedstawicielem tej organizacji.

I co tam robiłeś?

Zbudowałem fikcyjną organizację rosyjską, która założyła kanał telewizyjny i gazetę. Zatrudniłem dziennikarzy, którzy tam niby robili ten program. A on przyjeżdżał już gotowy z Izraela.

Jaki był cel?

Poszerzenie wiedzy o Izraelu. Po to, żeby ludzie wiedzieli, że jest taki kraj, który przyjmuje Żydów i pomaga im na starcie.

Alija [(hebr.) – dosłownie: wstąpienie, „powrót do ojczyzny”] rosyjska?

Przez moje ręce przeszło półtora miliona rosyjskich Żydów. Podpisywałem umowy, załatwiałem samoloty z Ałma-Aty, z Władywostoku, z Syberii… Przywiozłem ich wszystkich bezpiecznie do Izraela. Spłaciłem czek, który kiedyś odebrałem w ambasadzie holenderskiej.

**
Mikołaj Grynberg (ur. 1966) – fotograf i pisarz, z wykształcenia psycholog. Autor albumów Dużo kobiet (2009), Auschwitz – co ja tu robię? (2010). Wydał zbiory rozmów Ocaleni z XX wieku (2012) oraz Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne (2014), a także tom opowiadań Rejwach (2016). Księga wyjścia ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Czarne.

*
W tym roku przypada 50. rocznica Marca 1968. Jeszcze w tym tygodniu na naszej stronie m.in. tekst Davida Osta i wywiad Michała Sutowskiego z Andrzejem Paczkowskim o wydarzeniach marcowych.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.