Kraj

Zgromadzenia? Nie liczy się już „kto pierwszy”, tylko „kto”

Ulica powinna być przestrzenią wolną dla wszystkich grup, także tych, którym z rządem nie po drodze.

Jakub Dymek: Ponad siedemdziesiąt organizacji pozarządowych podpisało się pod listem przeciwko planowanym – i wszystko wskazuje, że już niedługo przyjętym – zmianom w ustawie o zgromadzeniach. Dlaczego?

Krzysztof Izdebski: Zanim przejdę do tego pytania, od razu sam odpowiem na inne: a gdzie byliście, kiedy Platforma robiła to samo – to znaczy zmieniała prawo o zgromadzeniach? Ano właśnie, byliśmy – jako przedstawiciele organizacji pozarządowych, prawniczki i prawnicy, społeczeństwo obywatelskie – w tym samym miejscu, co teraz. Protestowaliśmy. Podobny apel do dzisiejszego wystosowaliśmy też w 2012 roku, kiedy Bronisław Komorowski proponował, a potem podpisał, analogiczną ustawę. My więc byliśmy i jesteśmy w tym samym miejscu – gdzie indziej jednak jest dziś rządząca większość, a wtedy jeszcze opozycja, która w 2012 głośno protestowała i powoływała się na te same organizacje pozarządowe, które dziś krytykuje.

Wolność zgromadzeń jest czymś, co powinno być ściśle chronione. Ulica powinna być przestrzenią wolną dla wszystkich grup, także – a może przede wszystkim – tych, którym z rządem nie po drodze. Dziś władza postanowiła tę wolność ograniczyć. Można przywołać ocenę sędziów Sądu Najwyższego, którzy mówią o prawie „stanu wyjątkowego”.

Na czym ta „wyjątkowość” ma polegać?

Projekt daje władzy pierwszeństwo w organizowaniu zgromadzeń. Nietrudno sobie wyobrazić zatem, jakie mogą być tego konsekwencje: praktyczne ograniczenie wolności zgromadzeń nie-władzy, czyli jej przeciwniczkom i przeciwnikom. Projekt przewiduje trzy rodzaje zgromadzeń „uprzywilejowanych”: organizowane przez władze, związki wyznaniowe i wydarzeniom cyklicznym. W tym ostatnim dopatrywać się można ukłonu w stronę środowisk nacjonalistycznych i ich corocznego Marszu Niepodległości, a także innych imprez organizowanych w święta narodowe. Projekt przewiduje, że to wojewoda będzie zaangażowany w decyzję o tym, które zgromadzenia się odbędą – wojewodowie są mianowani przez rząd, a więc ostatecznie rząd, a nie samorządy, decydować będzie, kto i kiedy może demonstrować. To też krok w kierunku ograniczenia swobód obywatelskich.

No więc mamy bulwersujące zapisy na poziomie samego prawa. Ale nie dziwi też, że akurat ta władza się za akurat ten temat wzięła. Demonstracje i zgromadzenia to jest inna formuła kontrolowania władzy, a rząd już wcześniej uderzył w dwie inne: prawo dziennikarzy do poruszania się po Sejmie i w Trybunał Konstytucyjny jako niezależny organ powołany do kontroli konstytucyjności ustaw. Ja nie lubię takich kolonialnych porównań, ale tu się robi powoli bantustan.

Wolność zgromadzeń to wolność wyrażania opinii, a atak na nią oznacza atak na wolność słowa i prawo do zabierania głosu.

Przywołałeś wcześniej już nowelizację Bronisława Komorowskiego. Na czym więc polegają różnice, skoro jedna i druga – jak mówisz – budziły sprzeciw organizacji pozarządowych?

Trybunał Konstytucyjny uchylił część zapisów tamtej ustawy: zakaz równoległych manifestacji, czyli zakaz kontrmanifestacji tak naprawdę, oraz niezwykle krótkie terminy odwołania się od decyzji o niewydaniu zgody na zgromadzenie, które w praktyce uniemożliwiłby odwoływanie się od niekorzystnych decyzji.

Tylko że teraz Trybunał, jako niezależny organ kontroli władzy, został właściwie zniszczony, nie ma więc instancji, do której można by się zwrócić – a rząd może robić, co chce.

„Nowy” Trybunał po 19 grudnia najprawdopodobniej nie przyczepi się do nowej ustawy, a my z nią zostaniemy. Można zwracać się do Strasbourga, ale to przecież trwa kilka lat. Ostatecznie więc zostają głosy potępienia i krytyki z zagranicy, które i tak od dawna słyszymy w sprawie TK właśnie.

Kolosalna różnica między projektem prezydenta Komorowskiego a aktualnym jest taka: wtedy miała decydować kolejność zgłoszenia zgromadzeń, zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Ten pomysł miał swoje wady i ograniczenia, ale można argumentować, że one dotyczyły kwestii bezpieczeństwa i organizacji.

Dziś natomiast nie liczy się już „kto pierwszy”, tylko „kto”.

Jeśli władza chce zorganizować zgromadzenie, a decyzję podejmuje wojewoda, to traci znaczenie fakt, czy ja z moją demonstracją się zgłosiłem na przykład 30 dni wcześniej, prawda? Wyobraźmy sobie zatem, że w kolejnych miesiącach władza organizuje własne demonstracje np. „w obronie polskiego węgla”, które koincydują z planami górniczych strajków – i kto dostanie zgodę?

Można też dodać, że w tle toczy się spór o demonstracje opozycji 13 grudnia, a parlament pospiesza z uchwaleniem prawa w rekordowym trybie.

Zaskakująca poniekąd jest logika, jaka stoi za tym myśleniem… Dużo mądrych ludzi pisze o „chińskiej koncepcji praw człowieka”, która jest „nieco” odmienna od zachodniej. Wygląda teraz na to, że mamy i „polską koncepcję praw człowieka”. Bo oto rząd twierdzi, że poprzez ograniczenie wolności zgromadzeń, on faktycznie realizuje prawa człowieka – a nie je łamie, co staramy się pokazać – bo rząd będzie organizował zgromadzenia niejako „w imieniu narodu”, który go wybrał, więc to tak, jakby naród sam je organizował. Dziękuję bardzo, ale ja wolę sam korzystać z moich wolności. Mamy poważny problem z uzurpacją przez władzę prawa do reprezentowania wszystkich obywateli i głęboką nieufność do obywateli ze strony „reprezentującej wszystkich” władzy zarazem. Atak na organizacje pozarządowe przecież również nie wziął się znikąd, prawda?

Uważam, że tak pospieszne przeprowadzenie tej ustawy nie jest przypadkiem: robi się to już po Marszu Niepodległości, przed demonstracjami górniczymi i na chwilę przed zmianą prezesa Trybunału Konstytucyjnego, który mógłby się postawić.

Ale ten język praworządności i wzywania do zachowania konstytucyjnych standardów, język obrony demokracji liberalnej i jej procedur – sam w sobie chwalebny – do którego się odwołujesz, zdaje się ostatnio przynosić efekty odwrotne od zamierzonych: władza głębiej się okopuje i sięga po narzędzia ostrzejszego sporu.

Być może jako środowiska prawnicze ponieśliśmy pewną klęskę w informowaniu o konstytucyjnych wolnościach i wadze praw człowieka – bo dziś rzeczywiście „prawa człowieka” jako hasło działają tylko częściowo. A może naiwnością było sądzić, że w ogóle się dało – no bo przecież protestowaliśmy i wówczas też część pozostawała na protesty głucha, a część słuchała. Ale czas pytania, „gdzie byliście wtedy?” minął. Powinniśmy zapytać, gdzie kto jest teraz.

Mamy więc tych samych prawicowych publicystów i polityków, którzy wówczas – słusznie – krzyczeli, że ustawa prezydenta Komorowskiego jest niekonstytucyjna, tylko teraz milczą. Mamy sytuację, w której rzeczywiście walka pod hasłami wolności obywatelskich i praw człowieka jest wyszydzana. Bo „prawa człowieka”, to na pewno jest fanaberia jeżdżących na rowerze lewackich wegetarian. Takie reakcje jednak to tylko kolejna zwrotka znanej nam pogardy silnych dla słabych – „prawa człowieka”, haha, co wy tam możecie? Wtedy – to jest w 2012 roku – ci sami ludzie prawicy sami byli słabi, więc identyfikowali się z językiem konstytucji, praw człowieka – wolności słowa i prawa do zgromadzeń. Dziś są jednak silni, więc patrzą na protesty z pogardą.

Kiedy ktoś mnie zapytał, „kiedy będzie można mówić, że w Polsce naprawdę zagrożona jest demokracja”, odpowiedziałem, że „już za późno”. Mamy skandaliczną ustawę antyterrorystczną, która pozwala traktować obcokrajowców jak śmieci, mamy bezkarność władzy, nie mamy kontroli nad procesem stanowienia prawa, a instytucje w ogóle słabe. Czy mamy zatem demokrację? Taką z lekcji historii w IV klasie podstawówki, owszem. Wtedy właśnie uczą, że demokracja to są rządy większości, ale nikt się nie zatrzymuje, żeby powiedzieć, że ograniczonej przez prawo i instytucje. No i tak właśnie jest u nas. Mamy demokrację z IV klasy.

***

Krzysztof Izdebski – dyrektor programowy fundacji ePaństwo, prawnik specjalizujący się w dostępie do informacji publicznej. Członek Obywatelskiego Forum Legislacji. Wcześniej zaangażowany w działania Sieci Obywatelskiej-Watchdog Polska.

 

**Dziennik Opinii nr 342/2016 (1542)

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny

Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie “Dissent”, “Rzeczpospolitej”, “Dzienniku Gazecie Prawnej”, “Tygodniku Powszechnym”, Dwutygodniku, gazecie.pl. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.