Kraj

Zdradzieckie mordeczki wciąż nie mają na kogo głosować

Szykując się na dyktaturę, nie zapominajmy o wyborach.

Namnożyło się nam ostatnio rozważań o (możliwej) dyktaturze – nie tylko wnikliwych, ale i wyraźnie dotykających wrażliwej struny, bo czytanych licznie i komentowanych. Autorzy, tacy jak Adam Leszczyński i Andrzej Leder w Krytyce Politycznej, Bartłomiej Sienkiewicz w „Rzeczpospolitej”, Katarzyna Wężyk przypominająca ważną książkę Gene’a Sharpa w „Gazecie Wyborczej”, Wojciech Przybylski w „Res Publice” czy wreszcie Timothy Snyder w wydanej po polsku książce O tyranii rysują scenariusze rozwoju i taktyki oporu wobec potencjalnej dyktatury.

Leder o protestach: wiadomość zła, dobra i lepsza

Trudno się dziwić takiemu podejściu – i temu, że tak silnie w nas rezonuje. Skok władzy na niezawisłe sądy, nagonka i projekty ustaw w sprawie organizacji pozarządowych, jawne groźby i projekty ustaw o repolonizacji mediów czy spodziewana dominacja Państwowej Komisji Wyborczej przez ludzi PiS skłaniają do wszystkiego, tylko nie optymizmu; za pewne pocieszenie służy nam już tylko masowa mobilizacja młodego pokolenia w ostatnich dniach.

Młodzi protestują [fotorelacja]

Niewiadomych i zmiennych jest tak dużo, że myśleć i pracować trzeba nad kilkoma strategiami naraz: oporu przeciw konkretnym aktom pacyfikacji społeczeństwa, obrony starych i tworzenia nowych struktur (mediów, NGO, narzędzi kampanijnych) zdolnych działać w warunkach wrogości państwa, wreszcie budowy demokratycznych bloków wyborczych, na które większość społeczeństwa zdecyduje się zagłosować. Szczęściem w nieszczęściu, pierwsze dwa elementy są z tym trzecim niesprzeczne – i właśnie na logice wyborczej chciałbym się skupić. Pamiętajmy bowiem, że w horyzoncie 2019 roku wciąż mamy jeszcze – mniej lub bardziej wolne – wybory. I choć od mobilizacji ulicznej do wygłosowania Kaczyńskiego droga jest daleka – fala protestów z ostatnich dni podsuwa nam kilka ważnych tropów o tym, jak jest i co robić.

Pamiętajmy, że w horyzoncie 2019 roku wciąż mamy jeszcze – mniej lub bardziej wolne – wybory.

Politycy są nieporadni

Po pierwsze, frakcja KOD-PO-Nowoczesna-PSL ma spore zasoby organizacyjne i potencjał mobilizacji wielotysięcznych tłumów, ale kierownictwa partyjne i sami politycy w obliczu ofensywy PiS bywają żenująco nieporadni i aroganccy zarazem. Przykładów jest bez liku, od niezdolności zerwania kworum w pierwszym czytaniu ustawy o Sądzie Najwyższym, przez buńczuczne zapowiedzi Ewy Kopacz o „strategii zablokowania” tejże i pomysły zaostrzenia kar dla autorów i beneficjentów łamania konstytucji aż po pomysł referendum w sprawie niezawisłości sędziów. Do tego demonstracje i cały przekaz opozycji były wyraźnie skierowane do starszych pokoleń, w języku nieprzekonującym dla młodych. Z drugiej strony sensowne i efektowne wystąpienia niektórych posłów, a przede wszystkim wielotysięczne tłumy na demonstracjach z politykami partyjnymi nie pozwalają obozu kojarzonego z III RP spisywać na straty; zwłaszcza w – bardzo licznych i głosujących – średnim i starszym pokoleniu niemal równoważy on poparcie dla Kaczyńskiego.

Bez seksizmu i homofobii proszę

Zmiana pokoleniowa

Po drugie, w ramach wcale niemałego obozu „starej opozycji” wyraźnie potrzebna jest zmiana pokoleniowa, a mniej interesowni działacze – vide Frasyniuk, nie będący zawodowym politykiem – dostrzegają tę konieczność. Kamila Gasiuk-Pihowicz i Joanna Scheuring-Wielgus z Borysem Budką i Krzysztofem Brejzą na pewno sami PiS nie pogonią, a lifting personalny nie uczyni z ich ugrupowań nowej partii-koalicji władzy. Kryzysy polityczne to jednak naturalna szkoła liderów i w tej szkole prymusami PO i Nowoczesnej okazali się młodsi – wysunięci naprzód nadaliby swym formacjom nową twarz, świeżość i przebojowość. Skrzydło centrowo-rynkowe opozycji mogłoby za sprawą tej wymiany kadr zyskać dodatkowe kilka punktów – umocniłaby ona starszych wyborców w wierze, że ta opcja ma przyszłość, a młodszych (choć pewnie niewielu) przekonała, że liberałowie to nie tylko styropian.

Millenialsi na protestach

Trzecia – najbardziej zagadkowa kwestia – to dziesiątki tysięcy, głównie młodych ludzi, jacy wyszli na ulice pod hasłami „wolnych sądów” oraz „wolności, równości, demokracji”. Rytualnie oskarżani o bierność „millenialsi” wykazali w ostatnich dniach wielką innowacyjność i pomysłowość, determinację, zdolność łączenia karnawałowego dystansu z powagą i patosem, wreszcie ogromną konsekwencję w stosowaniu pokojowych form protestu. Wyraźnie preferowali opcję „no logo”, bo choć zwolenników partii Razem pod Sejmem nie brakowało, to demonstracje pod jej szyldem były już daleko mniej liczne; różnorodność organizatorów utrudniała też kontrakcję władzy, a zarazem przyciągała ludzi nieidentyfikujących się z żadną konkretną opcją. Nie rozstrzygniemy dziś, czy demonstrujący w swej masie wyszli bronić raczej wolności osobistej i ochrony przez arbitralnością sędziego-nominata władzy czy może ze względu na groźbę „cudów nad urnami” za przyzwoleniem nowego Sądu Najwyższego.

Młodzi tworzą własny ponadpartyjny Front. Bo jak nie teraz, to kiedy?

Tak czy inaczej, na pewno wiemy kilka rzeczy: młodzi przestają kupować narrację PiS, protest przeciw rządowi i za demokracją nie jest już dla nich – drugi raz po Czarnym Proteście – obciachem ani sprawą „leśnych dziadków” ze styropianu, nie czują się też reprezentowani przez partie opozycji liberalnej, boją się za to wykluczenia Polski z Unii Europejskiej. Z drugiej strony musimy pamiętać, że powyższe rozpoznania dotyczą głównie młodych z dużych i średnich ośrodków miejskich, a już większość młodych w Polsce (badania ISP i Kantar Public z początku 2017 roku) deklaruje poglądy prawicowe lub centroprawicowe. Protesty w Warszawie, Poznaniu czy Krakowie imponowały skalą, demonstrowało w nich całe spektrum pokoleniowe, ale dla wielu ludzi z prowincji doświadczonych osobiście patologiami polskich sądów i sfrustrowanych arogancją elity z jej „wyżyciem na prowincji za 10 tysięcy” w polskiej polityce nie nastąpił w ostatnich dniach żaden przełom.

Czy protesty ostatnich dni okażą się Wydarzeniem, które przestawi wajchę i odwróci trend zawłaszczania państwa przez PiS przy stałym poziomie poparcia? Parafrazując Churchilla, to nie koniec ani początek końca, ewentualnie koniec początku. Niewątpliwa zmiana jakościowa polega na tym, że „obóz III RP” nie ma już monopolu na sprawy praworządności i konstytucji – mimo że lewica, od Razem przez Zielonych po Inicjatywę Polską i SLD protestowała już wcześniej, dopiero „zamach lipcowy” spluralizował język i formy protestu na masową skalę. Czy spluralizował się obóz rządzący, za sprawą wahań prezydenta Dudy – liczy na to np. Bartłomiej Sienkiewicz – dopiero czas (i weto lub jego brak) pokaże.

Taka pluralizacja protestu, którego nurty nie okazują sobie wrogości (ewentualnie irytację po płynących ze sceny czerstwych sucharach), lecz raczej życzliwie się wspierają, choćby odwzajemnianą obecnością (w Warszawie przemarsze z jednej demo na drugą, wyjścia senatorów do zgromadzonych) powinna stać się modelem dla reprezentacji politycznej opozycji. To znaczy: kwestia demokracji i Polski w Europie na pierwszym miejscu, acz z różnie rozłożonymi akcentami (socjal, tożsamość, estetyka…) i co najmniej dwie opcje do wyboru przy urnie. Wspólną dla wszystkich platformę (znów, z różnicami w detalach) uzupełni zapewne już wkrótce sprawa wolności i pluralizmu mediów oraz niezależność organizacji pozarządowych.

Model dwóch-trzech (ich liczbę powinna wyznaczać szansa na dwucyfrowy wynik wyborczy) opcji opozycyjnych pozwoli oddać różnorodność – ideologiczną, ale też „estetyczną” – dzisiejszego anty-PiS-u i pozyskać dla opozycji (znacznie liczniejszy) nie-PiS, a więc ludzi jednocześnie niechętnych Kaczyńskiemu i nie akceptujących, umownie Schetyny i Petru, nawet schowanych za Budką i Gasiuk-Pihowicz.

„Zamach lipcowy” spluralizował język i formy protestu na masową skalę.

Wielu protestujących uważa, że takie dywagacje są dziś abstrakcyjne (a w ogóle będą jakieś wybory?) lub przedwczesne. Nie chodzi jednak o to, by na dwa lata przed właściwą kampanią wyborczą namaszczać liderów, wycinać konkurentów i walczyć o czas antenowy dla partyjnych sztandarów na demonstracjach. Musimy natomiast brać pod uwagę prostą prawdę, że mobilizacja w słusznej sprawie nowych grup na ulicach – zwłaszcza, jeśli nie chodzi nam dziś o żaden „Majdan albo dyktaturę” – nie przekłada się automatycznie na spadek poparcia dla PiS, o czym świadczą dość przygnębiające sondaże. Po co więc koniecznie wiązać protesty tu i teraz, z niepewnymi wyborami za dwa lata?

Stawką są wolne wybory

Po pierwsze, to właśnie wolne wybory są może największą stawką w całym sporze o Sąd Najwyższy i partia Razem bardzo słusznie podkreśla właśnie ten wątek, nawet jeśli bardziej nośny jest argument o tym, że każdy z nas może kiedyś trafić na wrocławski komisariat i polityczny nadzór nad sądami nie będzie nam wtedy sprzyjać. Trzeba mówić o tym głośno i bez przerwy – nie tylko, by doraźnie wywierać presję na władzę (raczej na prezydenta niż prezesa), ale by za rok i dwa lata było dla wszystkich po jasnej stronie mocy oczywiste, że akt wyborczy to logiczna kontynuacja zaangażowania ulicznego, a wygłosowanie PiS dopełnia to, co zaczął lipcowy opór. Frekwencja wyborców anty-PiS i nie-PiS będzie zaś kluczowa, biorąc pod uwagę zdolności mobilizacyjne przeciwnika.

Prawa człowieka, demokracja i Europa

Po drugie, całej opozycji powinno zależeć na tym, by to agenda praworządności, praw człowieka, demokracji i Europy – a więc to, o czym krzyczymy dziś na demonstracjach i co wypisujemy na transparentach – definiowała temat kolejnych wyborów, a nie polityka mieszkaniowa, rodzinna, ochrony środowiska czy rynku pracy. To nie znaczy bynajmniej, że postulaty „zielone” czy „socjalne” trzeba wycofać, bynajmniej – to właśnie one, obok radykalnej agendy wolnościowej, pozwolą lewicy różnić się pięknie od reszty opozycji. Rzecz jednak w tym, aby podstawowa oś sporu dotyczyła spraw dla PiS niewygodnych, na korzyść tej opozycji, która w całej różnorodności protestuje dziś na ulicach. Atak PiS na sądy w tak brutalnej, ostentacyjnej formie i dziadowski PR rządu wzmacniający tylko reakcję obywateli otwierają na to szansę.

Poligon polityczny

Po trzecie wreszcie, obecne i przyszłe protesty to poligony dla wszystkich środowisk opozycyjnych, które na żywym organizmie uczą się mobilizacji i organizacji ludzi do obrony interesów i idei. Jeśli w roku 1905 Polacy uczyli się nowoczesnej polityki związkowej i partyjnej, w roku 1981 – polityki ruchu społecznego, to w 2017 na wielką skalę kontynuujemy rozpoczętą w czasie protestów ACTA naukę polityki ery nowych mediów. Prawica tę lekcję odrobiła najwcześniej, liberałom idzie opornie, ale oni mają media stare, kasę i stosowny elektorat; lewica uczy się intensywnie, ale zasoby ma ograniczone, w tle jest wrogie państwo, a celem – pokolenie prawdziwych cyfrowych native’ów, którzy nie pamiętają nawet Windowsa 98, a modem telefoniczny widzieli w muzeum techniki; za sprawą Kaczyńskiego protest już nie jest dla nich obciachem, ale partyjny sztandar często tak.

Postulat dla „zdradzieckich kanalii” i innych ludzi też

Protesty uliczne, organizowanie kampanii informacyjnych, wiece i blokady, listy i petycje – to wszystko ma cele same w sobie. Aktywność obywateli i przyciąganie do sprawy demokracji nowych wywiera presję na rząd i utrudnia mu propagandę, masowość protestu prezentuje inną twarz Polski w świecie i dodaje otuchy przytłoczonym ofensywą przeciwnikom PiS. Jak protestów i oporu nie będzie, wybory z pewnością nie będą wolne (bo całkiem przecież nawet Putin ich nie zlikwidował).

Nie możemy jednak pozwolić, by przez kolejne kadencje rządów prawicy tak wielki protest pozostał ledwie okazją do nostalgicznych wspomnień o „polskim lecie”, rozbłysłym i wygasłym. Żeby lipcowy odruch buntu był Churchillowskim „końcem początku” władzy PiS, musimy jeszcze przekonać młodszych od siebie, że wybory i głosowanie nie dla beki to część walki o demokrację; resztę społeczeństwa, że to właśnie demokracja i praworządność, jako sprawy życia i śmierci a nie abstrakcyjne hasła, są tych wyborów główną stawką. Liberałowie i konserwatyści mają swój spory target, muszą tylko sobie zrobić lifting. My sami musimy zorganizować się tak, by polski nie-PiS miał na kogo głosować.

Krytyka Polityczna apeluje do Prezydenta RP Andrzeja Dudy

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej

Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Dobry tekst, widzę, że znowu pojawia się propozycja pójścia do wyborów w 2-3blokach, ja myślę że to jest optymalne wyjście, ktoś powinien wreszcie na lewicy o tym myśleć. Tak jak wczoraj pisałem, trudno mi sobie wyobrazić jedną wielką listę i iść do wyborów z PO. Dzisiaj Schetyna był w tok.fm, właściwie można było tylko czekać aż z jego ust padną słowa - Polacy wyszli na ulicę dla PO, na wezwanie PO, to PO organizuje te protesty i gdyby nie ona to ludzi na ulicach by nie było. Schetyna i PO nie rozumie, że ludzie wychodzą także przeciwko nim. Ważne by było stworzyć takie dwa bloki, jednocześnie oba powinny ze sobą współpracować w sensie w fundamentalnych sprawach, chodzimy na swoje demonstracje, wspieramy się, gdy dojdziemy do władzę to w kwestiach sądy, trybunał, będziemy współpracować i pewnie w jakimś sensie powinna zostawać zawieszona broń, a przynajmniej schować trzeba ciężkie działa, bo jakieś kuksańce niech będą, trudno by nie było gdy czytam, że osoba z PO miała pretensje, że w Krakowie na manifestacji przemawiali ludzie i mówili o prawach osób LGBT, o Puszczy Białowieskiej, o uchodźcach, pan Lipiec miał pretensje, że przychodzi na manifestacje odnośnie sądów, bronić fundamentalnych spraw, trójpodziału władzy, a tutaj każdy gada o tym co go boli. Niestety to jest właśnie spora część PO... To znowu jest coś w stylu "ja bronię demokracji!!!", tylko że pod tym hasłem jest jedna wielka wydmuszka, bo jak dla mnie prawa mniejszości są powiązane z sądownictwem, no ale dla niektórych z PO jak widać ważniejsze są tylko jakieś symboliczne, puste hasła. Jakoś nikomu nie słyszałem, żeby przeszkadzał Balcerowicz tydzień temu, który raczej nie mówił na temat.
Ważne jest też by pamiętać, że ludzie nie wychodzą tylko "bronić sądów" jak to niektórzy próbują to nazwać. Osobiście mam mieszane odczucia jeśli ktoś mi mówi, że bronię sądów, raczej idę bronić właśnie tego co tutaj padło czyli wolnych wyborów, państwa prawa. Jeśli idzie o sędziów i środowisko sędziowskie, to jestem do niego bardzo sceptycznie nastawiony, swoje doświadczenie negatywne też mam.
Wczoraj byłem na demonstracji, ale jednak potwierdziło się dla mnie tylko to, że najbardziej odpowiada mi "łańcuch światła", czyli bez jakichś przemówień, bez wielu haseł. Niestety w Polsce bardzo kiepsko jest z mówcami (obojętnie czy politycy czy ludzie z tłumu, choć widziałem przemówienie Zandberga z soboty i muszę przyznać, że mi się podobało) i często aż zęby zgrzytają jak się słucha co ludzie mówią. Te manifestacje są dla mnie trudne, ale chodzę by podbić frekwencję, bo na veto nie liczę i nie liczę by władza się przestraszyła, ale im nas więcej tym lepiej.

To dopiero początek, pewnie grudzień/styczeń PiS weźmie się za media, tu dopiero będzie bicie w bębny 🙂 Choć muszę powiedzieć, że w takim Tok FM zaczynają coś rozumieć, że wolność i demokracja bez socjalnej strony są tylko fasadą. Coś się zmienia, ale i tak słabo to widzę, patrząc choćby na ostatnią rozmowę z Kosiniaka i Zandberga w TVN. Bez przychylnych mediów lewicy będzie bardzo ciężko coś ugrać w sensownym przedziale czasu. Lewicy ewidentnie brakuje zaplecza medialnego.

Jak się okazało nie liczyłem na veto, a tutaj są i to nawet dwa 🙂 W sumie bardzo ważna rzecz, bo nie dość że udało się zatrzymać to co chciał zrobić PiS, to jeszcze chyba wszyscy ludzie, którzy brali udział w protestach mogą teraz poczuć, że warto było protestować i warto protestować w przyszłości, a to też na pewno jest bardzo, bardzo ważne.

Jakkolwiek byłbym ostrożny z przedwczesnym optymizmem, bo PiS pewnie obmyślił inną drogę. Na razie na tym wszystkim najlepiej zarobiły media. Na pewno za czasów PiSu nie będzie nudno 🙂

Nie no oczywiście nie ma co też popadać w jakiś hurraoptymizm, ale jednak nie będę ukrywał, że trochę kamień mi z serca dzisiaj spadł. Co prawda przeszła ta jedna ustawa, jednak według mnie te dwie zawetowane były kluczowe. Natomiast co do tego co będzie dalej, to wiadomo że będą kolejne sytuacje, gdzie trzeba się będzie mobilizować, wychodzić na ulicę, ale akurat w tym momencie wydaje mi się, że protesty powinny zostać zawieszone. Ok, dziś jeszcze wieczorne spotkanie i tyle, jeśli ktoś (mam na myśli np. KOD, partie polityczne) będzie chciał nadal tym grać i ciągnąć protesty w tym tygodniu, to będzie trzeba jasno to określić, że jest to typowa gra polityczna. Teraz trzeba się szykować na jesień i wtedy pełna mobilizacji przy kolejnych protestach, a okazji pewnie będziemy mieć sporo.
Odnośnie jeszcze tego weta, często czytam, że to żadne zwycięstwo, bo nie ma tego 1weta, że nie ma co się cieszyć, że to że tamto. Nie wiem, ja brałem udział w protestach i dziś czuję, że naprawdę warto było i że warto protestować. Ludzie z tzw. opozycji są naprawdę dziwni... Zamiast się podnosić na duchu, cieszyć, że coś udało się wywalczyć, to deprecjonują to co się stało i to robią to ci co na demonstracje chodzili, naprawdę mnie to zastanawia. Teraz właśnie trzeba nakręcić to tak żeby ludzie zrozumieli, że te protesty faktycznie coś dały. Czy tak było naprawdę czy nie, nie ma większego znaczenia. Według mnie pewnie nie było to decydujące, ale jakąś tam presję na prezydencie wywarło i to trzeba dziś podkreślać, że wspólnie daliśmy radę i że możemy wpływać na to co dzieje się w Polsce.

Bardzo dobry tekst. Bardzo dobre rozpoznanie problemu i wnioski.

sztukapływania

Tak, szczególnie ze wskazaniem liderów przyszłej opozycji/rządu: Kamila Gasiuk-Pihowicz i Joanna Scheuring-Wielgus z Borysem Budką i Krzysztofem Brejzą. Brakuje tam jeszcze posła Szczyrby i będzie kompletny cyrk hahaha, ale powodzenia! hahaha

Ale tak będzie, jak nie będą gadać głupot i będą te osoby miały zaplecze medialne, to przeforsują ich na liderów.

Jestem relatywnie młody, już 30+, byłem na niektórych protestach, także po nocy, miałem okazję rozmawiać z młodszymi od siebie.
Większość, jeśli nie wszyscy, nie potrafią zidentyfikować się z żadną z partii (mimo że część głosowała na takie czy inne "mniejsze zło" lub świadomie "marnowała głos" na partie które nie weszły do parlamentu).
Jedno co mnie uderzyło to potrzeba szeroko pojętej wolności. Nie tylko wolnych sądów, choć to była ta o jedna wolność za daleko, ale też wolnego wyboru w sprawach światopoglądowych, państwa które nie jest tworzone jedynie pod "białego katolika", ale takiego w którym może się czuć równie dobrze każdy obywatel, które nie wyklucza, które szanuje każde sumienie, nie tylko to jedno które ma swoją klauzulę.

Co do osi sporu o podstawowe prawa człowieka, o demokrację to pełna zgoda. Niech sobie teraz PiS wprowadza opłaty paliwowe, niech zmienia co chce, ale w ramach obowiązujących reguł, bez łamania konstytucji.

Nie zapominajmy też jaką mamy ordynację, wspierającą duże ugrupowania. Nawet jeśli PiS i Kukiz będą miały tyle samo głosów co rozbity na kilka list nie-PiS, to PiS z 30% będzie miał więcej mandatów (zupełnie jak się to stało w ostatnich wyborach). Rozwiązaniem jest jedna koalicyjna lista, ale z rozsądnym sprawiedliwym podziałem miejsc na listach wyborczych, najlepiej (choć to pewnie niemożliwe) z informacją do jakiej partii należy dany kandydat. Swoją drogą to by lepiej pokazało kto ma jakie faktyczne poparcie, bo ludzie przestaliby głosować na mniejsze zło (tak jak mi się zdarzyło w 2011 roku głosować na PO, choć sercem byłem za Palikotem). Pytanie tylko, czy jest możliwe pogodzenie ambicji kilku partii i tysięcy kandydatów? Czy jest możliwy sprawiedliwy podział miejsc na listach? Czy jest możliwe wytłumaczenie wyborcom, że na miejscach 1., 6., 8. i 13. jest ktoś z PO, na miejscach 2., 7., 9. i 14. z N., na miejscu 3. i 12. z InicjatywyPL, na miejscu 4. i 11. z PSL, na miejscu 5. i 10. z SLD ?

Palikot był w PO takim właśnie lewym skrzydłem, po jego odejściu PO w ogólnym przekazie wzmocniło się. Koalicji nie będzie, bo trudno pogodzić odmienne diagnozy i działania. Taki Kukiz jest zlepkiem różnych środowisk zbudowanych wokół "jakieś ideologii" i co się z nimi dzieje? Połowa kadencji a już 10 posłów nie ma.

To i tak nie ma sensu, bo taki zlepek by się szybko rozpadł. Poza tym wyobraź sobie, że taki zlepek ma przeprowadzić trudną reformę, np. sądownictwa... To będzie dopiero katastrofa, którą dziś łatwo przewidzieć nawet nie będąc z PiSu. Wystarczy spojrzeć na to co robiło i robi środowisko PO itp. Oczywiście słaby polski rząd będzie chwalony za granicą, co poniektórym w PL wystarczy do dalszego go popierania. Miejmy nadzieje, że brak sympatii do tego czy owego polityka nie przysłoni chłodnego ogolnego rachunku zysków i strat z ich rządzenia.

Idea takiej koalicji jest taka, że jest ona tworzona tylko na czas wyborów jako anty-PiS. Po wyborach niech się podzielą w parlamencie i zobaczą kogo rzeczywiście ludzie wybrali i jaką z tego da się ulepić koalicję. O ile ludzie będą potrafili głosować na kandydata a nie na listę i wybiorą kogoś kogo poglądy są im najbliższe, to pewnie PO na tym straci. Przecież sporo ludzi głosowało na PO choć bliżej im do lewicy tylko po to by nie wygrał PiS. A koalicje po wyborach to norma.
Akurat reformę sądownictwa potrafię sobie wyobrazić zrobioną wspólnie przez wszystkie siły demokratyczne. Jeśli celem nie jest upolitycznienie, to nie jest kwestia polityczna, a techniczna. Gorzej z podatkami, z socjalem, z kwestiami światopoglądowymi - tutaj są większe różnice.

Zamiast bajdurzyć i wróżyć z fusów (co ostatnio wszystkim wychodzi najlepiej, kiedy malują obraz Polski po reformie sądownictwa) polecam zastanowić się nad istotą sprawy, czyli losami tej reformy. Od niej nie uciekniemy, a w obecnej sytuacji stronami, które będą ustalać jej nowe zapisy będzie Kaczyński i Duda. Prezydent jako obrońca tych tłumów, które tak kolorowo opisał autor, zaś Kaczyński jako reprezentant twardego elektoratu PiS. Poza tym liczba protestujących nie przekłada się na poparcie partii... Nie zapominajcie o tym marzyciele, bo cały czas tracicie kontakt z bazą! 🙂

Prezydent mnie zaskoczył, spodziewałem się odesłania do tego udawanego TK. W obecnych realiach trzeba się z tej decyzji cieszyć (lepsze 2 weta od 1 czy żadnego), ale tak jak piszesz spodziewać się kolejnej próby przejęcia sądów. Może nie tak chamskiej i nie tak mocnej, ale będzie.

No cóż, Pan Adrian zachował się przyzwoicie (choć przyzwoite zachowanie w jego i jego obozu politycznego wypadku brzmi jak oksymoron). Prawda to? Czy może to ustawka - próbowali ,,na rympała" ale akurat ,,lokator zaczął japę piłować" więc Pan Adrian pomógł im się z twarzą wycofać. Korzyść jest dla PiSu jedna - ,,Pan Adrian" będzie teraz robić za ,,bezstronnego sędziego" gdy będą to przepychać bardziej elegancko.
Cassus ,,czarnego protestu" jest tu pouczający - skoro nie wyszło z otwartą przyłbicą to zrobią to inaczej. Sam PiS jasno to deklaruje. Być może teraz min. Radziwiłł pracuje nad zestawem rozporządzeń, których wejście w życie załatwi ,,to" pozaustawowo. Może nawet wykorzystać szpargały oblata Królikowskiego z PO, który właśnie się tym parał jako wiceminister Sprawiedliwości.
Tak i tutaj czuję, że nastosowniejszą kwestią będzie ta wypowiedziana przez Mr. Wolfe'a z Pulp Fiction po skończonej robocie...

Dobra zarówno diagnoza i propozycja. Rzeczywiście opozycja powinna się jak najszybciej skonsolidować i zblokować - najlepiej w dwóch frakcjach. Dla uproszczenia nazwijmy je: III (po liftingu) i V RP. III RP potrzebuje zmiany pokoleniowej (do wymienionych postaci z takim potencjałem dodać należy Kosiniak-Kamysza). V RP potrzebuje szerzej zaistnieć. Razem, Zieloni, Inicjatywa Polska i Biedroń (najszybciej wybierać będziemy samorząd) powinni być wspólnie jej filarami.
W najgorszym położeniu jest SLD. Dla III RP jest nieatrakcyjny, bo nie ma potencjału zmiany pokoleniowej. A dla V RP jest skompromitowane udziałem (po uszy) w III RP. Te kilka procent najprawdopodobniej trzeba spisać na straty.

Czytając powyższy tekst i przeglądając pobieżnie komentarze pod nim mam po raz kolejny smutną refleksję, że jedynym antidotum na jakiejkolwiek zmianę ma być socjotechnika, roszady personalne i mobilizacja do głosowani "przeciw". Kiedy w końcu zaproponujemy rozwiązanie pozytywne oparte na poważnej debacie o przyszłości w odniesieniu do ludzi młodych i ich przyszłych dzieci? Kiedy zaproponujemy im ,rozwiązania które będą wykraczały poza statystyczne strategie wyborcze? Kiedy zaczniemy poważny, długotrwały dialog przy użycia języka i "mediów" jakim posługują się młodzi ludzie. Dialog oparty na spójnej wizji przyszłości a zarazem dopuszczający otwartość na dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość a co za tym idzie różne oczekiwania ludzi? Kiedy wyrwiemy się z tego dychotomicznego podziału MY-ONI i zaczniemy budować realną trzecia alternatywę odwołująca się do wartości: solidarności społecznej, obywatelskości, wolności, godności? Kiedy zaczniemy na nowo definiować te pojęcia w języku współcześnie zrozumiałym i adekwatnych do obecnego świata? Kiedy zaczniemy publicznie zadawać fundamentalne pytania przyznając, że na niektóre z nich nie znamy odpowiedzi bo trzeba je wspólnie wypracować? To nie jest strategia na wygranie najbliższych wyborów ale (jak mi się zdaje) to jedyna realna alternatywa dla prawdziwej a nie pozornej zmiany. Oczywiście można powyższe pytania skrytykować jako idealistyczne i oderwane od rzeczywistości ale właśnie tego mnie (a wierzę że nie jestem sam) potrzeba: idealizmy, któremu można dać się porwać i wyjściu poza schemat.