Kraj

Platforma podlizuje się karykaturze prawicowego wyborcy

Platformie Obywatelskiej nie chodzi o to, żeby wygrać wybory, tylko o to, żeby być bezkonkurencyjnie największą siłą opozycji. Ich wrogiem nie jest wcale PiS, lecz raczej każdy, kto mógłby zagrozić jej dominującej roli po opozycyjnej stronie barykady.

Dawid Krawczyk, Michał Sutowski: Jesteśmy na finiszu samorządowej kampanii wyborczej, albo przynajmniej jej zasadniczej części, przed dogrywkami w drugiej turze. Zaskoczyło cię cokolwiek w ostatnich miesiącach?

Adam Ostolski: To jest bolesne pytanie.

Dlaczego?

Bo zaskoczyły mnie dwie rzeczy, które wskazują jeden, niepokojący kierunek. Zaskoczył mnie Patryk Jaki tym, jak zręcznie ukrywa swoje słabe punkty. I zaskoczył mnie Krzysztof Żuk tym, że poważył się zakazać Marszu Równości w Lublinie – nie sądziłem, że w 2018 roku to jest jeszcze w ogóle wyobrażalne.

Jaki: Mam ofertę dla wszystkich elektoratów

Co udało się ukryć Patrykowi Jakiemu?

On zdaje sobie sprawę, że jego najsłabszym punktem jest skojarzenie nie tylko z obozem rządzącym, ale ideologicznie zacietrzewionym sektorem tego obozu rządzącego. Dlatego ostentacyjnie próbuje pokazywać, że jest kimś dokładnie innym – niezacietrzewiony, konserwatywny, ale strawny dla mieszczaństwa kandydat. Nie traci przy tym kontaktu z tym swoim rysem ludowym. Ta sprawność nie tylko mnie zaskoczyła, ale również bardzo mnie martwi, bo nie wierzę w przemianę Patryka Jakiego. Nie wierzę, że będzie tolerancyjnym, otwartym politykiem, któremu nie będzie przeszkadzać ani in vitro ani parady równości. Swoją drogą nie wierzę też w ten wizerunek chłopaka z blokowiska, zawsze poza establishmentem, zawsze poza układami.

Wizerunek normalsa, fajnego ojca rodziny i umiarkowanego polityka konserwatywnego był jednak dość konsekwentnie promowany. Aż do środy, kiedy PiS wyemitował propagandowy spot, straszący wyborców najazdem gwałcicieli i terrorystów, których w razie zwycięstwa ugości w „swoich” samorządach Platforma. Skąd taki nagły zwrot akcji? Przecież to sabotaż całej sympatycznej kampanii wizerunkowej Jakiego…

Zdecydowanie. Wprawdzie klasyczna dramaturgia kampanii jest taka, że na początku trzeba mocno zaznaczyć swoją tożsamość, w środku wykorzystywać każdą sposobność, by poszerzać swoje oddziaływanie, ale w samej końcówce delikatnie przypomnieć wiernym wyborcom, że się jednak tożsamości nie zgubiło. Nie sądzę jednak, by to był właśnie ten przypadek.

Deklaracja łódzka czy norymberska [Galopujący Major o antyuchodźczym spocie PiS-u]

Bo nie można aż tak się miotać od ściany do ściany?

Wygląda to raczej na nerwowy ruch, próbę wyrazistej odpowiedzi na kompromitujące premiera taśmy. Tak jakby PiS uwierzył we własną bajkę, że to antyuchodźcza retoryka przyniosła im sukces w wyborach parlamentarnych. Jednak rzeczywisty efekt tego spotu może być niekorzystny dla PiS-u, mobilizując przede wszystkim jego przeciwników. Tak naprawdę najwięcej zależy tu od tego, jak na ten przekaz odpowie Platforma Obywatelska.

To znaczy?

Platforma ma dwie możliwości. Może odpowiedzieć pryncypialnie, mówiąc: „Przyjmowanie uchodźców, pomoc ludziom uciekającym przed wojną i torturami, to nasz ludzki i chrześcijański obowiązek. A szczucie na nich jest niedopuszczalne”. Ale może też odpowiedzieć inaczej: „Ten spot to kłamstwo, przecież to właśnie Platforma zapewniała Polsce bezpieczeństwo, a pod rządami PiS-u imigracja do Polski wzrosła trzykrotnie, w tym imigracja z krajów muzułmańskich”. Ta druga narracja, utrwalająca kreowane przez partię rządzącą skojarzenie imigracji z brakiem bezpieczeństwa, będzie jednak grać na korzyść PiS-u, ponieważ dla wyborców zgadzających się na taką definicję problemu PiS zawsze będzie bardziej wiarygodny.

A na co PO się w tej sytuacji zdecyduje?

Pierwsze reakcje polityków PO nie dają jednoznacznej odpowiedzi w kwestii tego, w którym kierunku pójdzie ich przekaz, pojawiają się obie narracje. Mogę powiedzieć tylko tyle, że na największej partii opozycyjnej spoczywa dziś wielka odpowiedzialność – nie tylko za własny wynik w wyborach, lecz także za to, jaka Polska będzie się z tej kampanii wykuwać.

Lublin: zakazany marsz się odbędzie

Skoro mowa o Platformie i jej strategii, to wróćmy do drugiego z twoich zaskoczeń – czy zakaz marszu w Lublinie rzeczywiście był czymś niespodziewanym? Złośliwi mówili, że Platforma Obywatelska zrobiła to, co zawsze, pokazała swoją prawdziwą, konserwatywną twarz.

Ostatni zakaz marszu, który ja pamiętam, to była jesień 2005 roku: marsz w Poznaniu, z którego pochodzi słynne zdjęcie policjanta ciągnącego za włosy dziewczynę po chodniku. To wydarzenie zmieniło stosunek większości do praw LGBT na dużo bardziej pozytywny, ze szczególnym naciskiem na prawo do demonstrowania w miejscach publicznych. Potem się zmieniały rządy, ale nikt nie próbował już powtórzyć takiego ruchu. Muszę więc przyznać, że jak widzę coś takiego w 2018 roku, to trochę odpadam. Tym gorzej, jeśli to byłaby próba podlizywania się konserwatywnym wyborcom, bo w mojej ocenie zupełnie nietrafiona.

Trzy partie popierające pana Żuka zostały w ten sposób upokorzone, bo pan prezydent pokazał, że podejmie taką decyzję, jaką będzie chciał i nie musi się z niej tłumaczyć.

Pierwszy tęczowy marsz na ulicach Lublina

Żeby oddać sprawiedliwość trzeba odnotować, że politycy Platformy pojawiali się w ostatnich latach na paradach równości.

To prawda, na paradach można było spotkać Jacka Jaśkowiaka, Pawła Adamowicza, Rafała Trzaskowskiego. Wciąż jednak uważam, że Żuk jest reprezentatywny dla tego środowiska, ale nie z powodu niechęci wobec praw osób LGBT. Jego gest idealnie wpisuje się w długą historię tego, jak mieszczańska centroprawica, jaką próbuje być w Polsce Platforma, wyobraża sobie zjednywanie wyborców sympatyzujących z PiS. Zawsze te umizgi i podlizywania adresowane są do jakiejś karykatury konserwatywnego wyborcy.

Jak ta karykatura wygląda?

Homofob, ksenofob, motywowany lękiem przed imigracją. Myślę, że jak sam ktoś nie popiera PiS-u, to trudno mu sobie wyobrazić, że ktoś inny mógłby racjonalnie to robić, więc tworzy sobie w głowie taki groteskowy obraz: „Dlaczego można popierać PiS? Bo jest się homofobem”. Jak popatrzymy na kampanię PiS, widać dużo więcej zręczności. Starają się realnie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ktoś mógłby popierać Platformę.

Nic nie mówisz o Rafale Trzaskowskim. Niczym cię nie zaskoczył?

Nieszczególnie. Mam wrażenie, że ani Platforma Obywatelska, ani warszawski Ratusz nie zainwestowały zbyt wiele determinacji w tę kampanię. Wygląda na to, że kandydat został rzucony przez swoją partię na tak ważny przecież odcinek bez odpowiedniego wsparcia, licującego z rangą wyzwania, przed którym stoi.

Trzaskowski: Żona słoik, ojciec słoik – jak mógłbym mieć coś przeciw słoikom?

Może po prostu wszyscy myśleli, że wygrana jest już w kieszeni? To nie byłby precedens.

Mój znajomy, który analizuje scenę polityczną od wielu lat, powiedział mi, że stratedzy Platformy chcieli, żeby Komorowski wygrał w 2015 roku – ale tylko nieznacznie, żeby za bardzo się nie rozbestwił i nie zbudował własnej pozycji. Tak samo ocenia inwestycję w Trzaskowskiego. Moim zdaniem w polityce nie wolno stawiać sobie takiego celu. Jeśli partia stawia sobie za cel, żeby jej kandydat wygrał „troszeczkę”, to de facto nie chce, żeby wygrał.

Jaki zyskuje też na tym, że stara się zaprezentować jako kandydat walczący z establishmentem, którego uosobieniem ma być według niego Trzaskowski.

Myślę, że Jaki jest taki, jak PiS. Łączy pewien rys mieszczański z rysem ludowym. To jest nie tylko opakowanie polityka, ale też koalicja interesów, które ten rząd reprezentuje: zadbamy o polskie firmy, polskich przedsiębiorców, ale też polski lud.

To w takim razie wychodzi PiS-owi coś niesłychanego. Czy pierwsze 25 lat transformacji to nie była nieustanna walka klasy średniej o odróżnienie się od klasy ludowej?

Myślę, że to wcale nie takie rzadkie i nie tylko PiS-owi się udało. Spójrzcie na Palikota w 2011 roku. Bardzo dobrze wyraził taki ludowy antyklerykalizm obleczony w prostacką estetykę, z gniewem mieszczaństwa na to, że pewne cywilizacyjne oczekiwania były przez Platformę niezaspokojone.

Istotą problemu jest rozpoznanie rzeczywistych, a nie karykaturalnych potrzeb i emocji różnych grup, które się chce reprezentować. Wtedy można zobaczyć, czy one się dadzą jakoś połączyć w jednym projekcie politycznym. Duża część polskiej polityki i to tej bardzo profesjonalnej jest robiona na poziomie stereotypów o wyborcach – a tych faktycznie nigdy nie da się ze sobą pogodzić w spójną opowieść. W praktyce wygląda to tak: zleca się badanie polityczne, na których pyta się ludzi, co myślą i potem się zakłada, że myślą to, co powiedzieli na fokusie.

A co powinno się założyć? Że ludzie sami nie wiedzą, co myślą?

Nie o to chodzi. Kiedyś obserwowałem badanie fokusowe z grupą wyborców, bardzo mieszczańskich. Pada pytanie: „jakie są problemy w Polsce?”. Wymienili KRUS. A jak zapytaliśmy, jakie mają problemy w swoim życiu, to KRUS się tam nigdzie nie pojawił. Duża część profesjonalnej polityki zatrzymuje się na tym pierwszym etapie. To są poglądy, ale raczej takie, które w konwersacji o polityce należy wyrazić. One rzadko trafiają w bebechy – w to, czego ludziom brakuje, w to, o czym naprawdę marzą.

Skąd w takim razie płynie rozpoznanie społeczeństwa przez PiS i Jakiego?

Nie jestem przekonany, czy Jaki rzeczywiście dokopał się do tych głębokich potrzeb i marzeń. Ale jest dużo lepiej przygotowany niż jego konkurent.

„Polska jest jedna”, czyli te spotkania, na które PiS wyjechał w Polskę, to jest realna szansa na rozpoznanie potrzeb elektoratu, czy tylko PR-owy ruch?

Jedno i drugie. Wiemy od czasu kampanii Aleksandra Kwaśniewskiego z 1995 roku, że bez objechania tych miejsc, gdzie nikt inny nie przyjedzie, albo nikogo innego od dłuższego czasu nie było, nie da się wygrać kampanii. Wyjście poza swoje naturalne otoczenie zawsze daje nową wiedzę o świecie, nowe pomysły.

Jutro należy do nich

Pamiętamy też z czasów tej kampanii z 1995 jak Kwaśniewski mówił ze sceny: „Salony mnie nie chcą, Kościół mówi: »każdy, tylko nie ja«, ale wy chcecie mnie wybrać”. Bardzo antyestablishmentowe, przynajmniej na poziomie retoryki. Ktoś próbuje wygrywać dzisiaj tę melodię?

Antyestablishmentowść to jest albo obiektywna pozycja kogoś, kto jest poza establishmentem i chce obalić system lub się do niego dostać, albo retoryczny kostium. Nas oczywiście bardziej we współczesnym świecie będzie interesować retoryka: u Trumpa, Macrona, Sandersa, Corbyna, ale też u Nigela Farage’a. Świetne przykłady antyestablishmentowej retoryki. Czy to rzeczywiście są postacie spoza establishmentu? Przy Macronie miałbym chyba najwięcej wątpliwości.

Z drugiej strony Macron zamieszał w establishmencie i nawet Trump trochę też. Oni te zmurszałe, osłabione struktury partyjne popychają w inną stronę, tworząc miejsce na nowe struktury w starej formule, nawet jeśli to wciąż ma być Partia Republikańska.

A na polskim gruncie?

U nas te napięcia między establishmentem i jego samozwańczymi przeciwnikami nakłada się na podział między prawicę liberalną i populistyczną, który to uporczywie zdominował nasze życie polityczne.

Populizm w opozycji to jest jasne: my reprezentujemy lud przeciwko tym, którzy rządzą i problemów ludu nie rozumieją. Ernesto Laclau pisze o paradoksie populizmu u władzy: jak już się zdobędzie władzę z takim przesłaniem, to jak ją później utrzymać? Zakładając oczywiście, że funkcjonujemy w granicach demokratycznego porządku? Jak pokazać, że nadal się jest antyestablishmentem? Już ma się władzę, spółki publiczne, reklamy tych spółek we własnych mediach, a tu trzeba dalej motywować bazę i poparcie, a przecież nie zaspokoi się wszystkich roszczeń, które wyniosły taką populistyczną siłę do władzy. Wtedy trzeba pokazać, że establishment tak naprawdę jest w opozycji. Opozycja jest establishmentem, który przeszkadza.

Mówisz teraz o mechanizmach antyestablishmentowej retoryki PiS-u?

Akurat moim zdaniem PiS robi to bardziej z odruchu niż konieczności. Oni bardzo dużo obietnic spełnili. Zaskakująco dużo. Najciekawszy w Polsce jest ten moment, w którym opozycja pomaga rządowi, uwiarygadnia ten przekaz. Utraciwszy władzę zachowuje się jak establishment, którego spotkała zupełnie niezasłużona, niepojęta krzywda.

Młodym nie jest wszystko jedno. Tylko nie chcą krzyczeć „Precz z Kaczorem dyktatorem!”

Antyestablishmentowość może być ożywczym fenomenem. I to nie tylko ta, która się nam podoba. Ona może robić miejsce na procesy, które są ważne w demokratycznym społeczeństwie. Ale nie w przypadku takiego klinczu z markowanym antyestablishmentem władzy i opozycją czującą się świetnie w roli skrzywdzonej elity.

Chcesz powiedzieć, że liberalna opozycja odpuściła walkę o władzę?

Trudno się oprzeć wrażeniu, że Platformie Obywatelskiej nie chodzi o to, żeby wygrać wybory, tylko o to, żeby być bezkonkurencyjnie największą siłą opozycji. Ich wrogiem nie jest wcale PiS, lecz raczej każdy, kto mógłby zagrozić jej dominującej roli po opozycyjnej stronie barykady.

Ale władza w państwie to przecież bardzo konkretne zasoby: pieniądze, synekury, prestiż. Może partia naprawdę chciałaby to wszytko odzyskać, a tylko opozycyjni intelektualiści i media czują się najlepiej w roli skrzywdzonych niezasłużenie elit? Te tysiące miejsc pracy, które wiążą się z władzą nie tak łatwo chyba przehandlować za dobre samopoczucie.

Pamiętajmy jednak, że zblatowanie mediów ze światem polityki, zwłaszcza tygodników – niegdyś zaszczytnie nazywanych „tygodnikami opinii” – jest bardzo głębokie, a myślenie obydwu skrzydeł opozycji, czyli partii i otoczenia intelektualnego, podobne. Zresztą od głębokich intencji ważniejsze są praktyczne posunięcia: analizując zachowania Grzegorza Schetyny widzimy, że gra on przede wszystkim o status najważniejszego zawodnika wśród opozycji.

A może w takim razie on nie wierzy, że może wygrać wybory? Może rozumie, że te 30 kilka procent głosów dla PO z przystawkami to sufit możliwości i że po prostu PiS pokonać się nie da?

Sięgnijmy nieco wstecz. Bardzo dużo w tej materii wyjaśnia moment założycielski PO, ale nie ten „pierwszy”, kiedy formacja powstawała w 2001 roku, lecz ten „drugi”, kiedy narodziła się jako jedna z dwóch głównych sił polskiej polityki. To było wówczas, kiedy ludzie ze sztabu Donalda Tuska zaszantażowali i nastraszyli Włodzimierza Cimoszewicza, prowokując go do wycofania się z wyścigu o fotel prezydenta w 2005 roku. Być może historycy dotrą kiedyś do źródeł i opiszą szczegółowo kulisy tamtej operacji, dziś wiemy jednak, że była to akcja dobrze przemyślana: chwilę po wycofaniu się kandydata SLD na okładce „Newsweeka” widzimy ilustrację podziału na Polskę liberalną i Polskę solidarną.

I jak to się ma do Grzegorza Schetyny w roku 2018?

Jeszcze miesiąc wcześniej SLD ciągle walczył o status głównej siły politycznej, która stanie naprzeciwko głównego kandydata prawicy, o którą to rolę rywalizowali Donald Tusk z Lechem Kaczyńskim. Po wycofaniu się Cimoszewicza zaczął kształtować się zupełnie inny spór polityczny, a różne zastane konflikty i podziały społeczne zaczęły wlewać się w ramę podziału: PiS kontra Platforma.

Schetyna do Sierakowskiego: Celem PO jest odsunięcie PiS od władzy

I nagle się okazuje, że nawet liberalne medium głosi narrację zdefiniowaną przez PiS. Bardziej korzystną dla partii Kaczyńskich.

A jednak odnajdują się w niej obydwie formacje. I teraz zapytajmy: czy Schetyna pamięta, jak małą rolę od 2005 roku odgrywa w polityce polskiej Sojusz Lewicy Demokratycznej? Czy wyobraża sobie, że PO mogłaby sama zająć takie podrzędne miejsce? Oni dobrze pamiętają, że w 2005 lepiej było być Tuskiem i nawet przegrać wybory, ale już w następnej odsłonie pokonać PiS – niż pozwolić, żeby dalej trwał podział postkomunistyczny. Bo w tym starym podziale PO byłaby skazana na bycie mniejszym koalicjantem wielkiej partii prawicowej, czytaj PiS, a w najlepszym razie mogłaby – jako słabszy partner – lawirować między PiS a SLD.

Ale SLD już nie ma tej pozycji, co kiedyś.

Nie w tym rzecz. Tamten manewr sprawił, że wprawdzie przez 2 lata rządziło PiS, ale otworzył drogę PO do stania się jedną z dwóch głównych sił w polskiej polityce, na miejscu pierwszym lub drugim przez kolejną dekadę. I teraz: jeśli w ich partyjnym kodzie kulturowym to faktycznie zostało zapamiętane, to ludzie Platformy po prostu nie wyobrażają sobie, żeby musieli się poważnie liczyć z jakimś Czarzastym czy Biedroniem, nie mówiąc o byciu młodszym koalicjantem któregoś z nich.

To znaczy: lepiej być wiecznie drugim niż ryzykować uzależnienie od kogoś trzeciego. Ale to, co jeszcze nas odróżnia od sytuacji z 2005 roku, to ambicje PiS. Takie kalkulacje – „bądźmy sobie tą wieczną opozycją” – można czynić tylko wówczas, jeśli się nie wierzy, że Kaczyński wyprowadzi nas z UE i zrobi tu autorytaryzm. Sądzisz, że liderzy PO się tego nie boją? 

Za pierwszej kadencji PO 16 razy zmieniała ustawę o policji, a w ramach przygotowań państwa do Euro 2012 zezwolono m.in. strzelać bez ostrzeżenia do kobiet w widocznej ciąży. Polska była najczęściej podsłuchiwanym przez służby społeczeństwem w Unii Europejskiej. Prowadzono słynną „akcję widelec”, żeby pokazać, jak państwo ściga chuliganów.

Nie twierdzę, że „PiS-PO-jedno-zło”. Platforma potrafiła jednak czasem cofnąć się pod wpływem krytyki, podczas gdy PiS zawsze idzie w zaparte. Niemniej nie sądzę, żeby praktyki autorytarne, które tak bardzo bolą nas czy redaktor Ewę Siedlecką, były odruchowo niestrawne dla PO. Pokazuje to zresztą, nawet w ostatnich miesiącach, niemal jednomyślne poparcie przez parlamentarną opozycję styczniowej nowelizacji ustawy o IPN, uderzającej w wolność słowa i badań naukowych, następnie lipcowej nowelizacji ustawy antynarkotykowej, urągającej fundamentalnej dla państwa prawa zasadzie nullum crimen sine lege, czy wspomniany już przypadek decyzji prezydenta Żuka w sprawie Parady Równości w Lublinie. Brakuje im antyautorytarnego odruchu.

Ale tu nie chodzi o odruchy ani o wiarę lub niewiarę w europejskie standardy tylko o strach, że „oni nas wsadzą do więzienia”. W 2005 roku można było sobie przeczekiwać dwa, a choćby i cztery lata rządów PiS, bo nikt na serio nie wierzył, że Kaczyński kogoś posadzi – a jeśli już, to postkomucha jakiegoś. I teraz też by trzeba przyjąć założenie, że PiS na pewno nas nie pozamyka, nie zrobi tu żadnej Berezy 2.0 i nie wyprowadzi Polski z UE.

Wchodzimy na grząski grunt spekulacji. Nie wiem, może niektórzy politycy PO mają jakieś domy za granicą, więc gdyby zaczęli ich wsadzać naprawdę, to zawsze mają dokąd wyjechać? W każdym razie dziś zachowują się tak, jakby nie wierzyli, że coś takiego może nastąpić.

Wróćmy zatem w mniej spekulacyjne rejony. Mówiłeś, że polityka wymierzona w establishment może być tylko instrumentalną retoryką, ale też może wnosić ożywczy powiew, robić ferment. Czy widać gdzieś przykłady tej drugiej sytuacji?

Ja sam jestem częścią kampanii warszawskiej, więc nie mogę udawać bezstronnego komentatora. Startuję z listy Jana Śpiewaka i go popieram. To zaznaczywszy powiem, że widzę w Janie Śpiewaku potencjał obywatelskiego populizmu w dobrym znaczeniu tego słowa. Widzę dobrą mieszankę gniewu na elity władzy i statusu, chęci zmiany, ale też gotowości do boksowania się nie tylko w imieniu skrzywdzonych przez system, ale także w imię wprowadzenia lepszych standardów polityki.

Śpiewak: W drugiej turze zagłosuję na siebie

A zatem nie chodzi po prostu o to, by „pogonić złodziei”?

Pogonić złodziei też – i to jest rys populistyczny, ale poza tym stworzyć reguły i zbudować takie instytucje, żeby następni nie mogli znowu kraść – to jest rys obywatelski. Mnie ta kombinacja bardzo przekonuje. Zaznaczę jednak, że jest jeszcze inny model krytyki establishmentu, który Jan Śpiewak kiedyś prezentował, a który mnie już nie przekonuje: chodzi o głoszenie, że źródłem wszelkiego zła są partie polityczne. My wiemy dobrze, jak niesprawny i dysfunkcjonalny potrafi być polski system partyjny, ile patologii możemy w nim znaleźć. Na podobnej zasadzie wady ma system sądownictwa, a ludzie są wkurzeni na jego funkcjonowanie, często z prawdziwych powodów.

Ale…

Ale na realne problemy sądownictwa odpowiedzią nie będzie: „pogonić sędziów” czy podporządkować ich telefonowi z Ministerstwa Sprawiedliwości, lecz zmiana sposobu organizacji pracy tych sędziów i poddanie ich realnej społecznej odpowiedzialności. PiS tego wszystkiego nie robi i nie zrobi. I teraz to samo dotyczy partii: są dysfunkcjonalne, zwłaszcza te duże i bogate, ale nie chodzi o to, że to partie same w sobie są źródłem zła. One potrzebują reformy i odświeżenia, żeby były bardziej odpowiedzialne społecznie, ale antypartyjny populizm, który pojawia się dziś w różnych miastach to fałszywa ścieżka, która nie przyniesie więcej demokracji.

Politycy chętnie przejmują hasła ruchów miejskich, ale ich nie realizują

Z drugiej strony można powiedzieć, że to właśnie antypartyjne ruchy miejskie narzuciły tematy w kampanii samorządowej. Niedawna „debata warszawska” wyglądała, jakby to one pisały pytania i już tylko Korwin został jako śmieszny dziadulo, który nie wierzy w smog i chce zwalczać tramwaje.

Jeśli mowa o Warszawie, to najwięcej jednak zmieniło referendum odwoławcze z jesieni 2013 roku, wymierzone w prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz. Wówczas napisałem dla „Krytyki Politycznej”, że takie referendum poprawiło słuch władzy. Wymierzone w establishment działania polityka, który je zorganizował – Piotra Guziała, skądinąd zwolennika samochodozy – paradoksalnie doprowadziły do tego, że Ratusz zaczął np. wprowadzać strefy spowolnionego ruchu czy poprawiać warunki dla rowerzystów.  Paradoksalnie też, referendum uratowało panią prezydent.

Ostolski: Referendum poprawia słuch władzy

Chyba tylko jej nie zniszczyło.

Nie, to było coś więcej. Dzięki wstrząsowi, jaki wiązał się z głosowaniem, władze zaczęły dużo uważniej wsłuchiwać się w głos obywateli. Dzięki temu Hanna Gronkiewicz-Waltz wygrała później bez większych perypetii drugą turę – na pewno poszłoby jej dużo gorzej, gdyby wszystkie błędy wytknięto jej dopiero w kampanii 2014 roku. Jeśli zaś chodzi o ruchy miejskie, to powiem, że cztery lata temu odegrały one dużo ważniejszą rolę w rozbijaniu zmurszałych układów władzy w miastach, niż czynią to teraz.

W tych wyborach wygląda jednak na to, że nie ma bezpośredniego przełożenia języka walki z establishmentem na sukces w sondażach. Wyniki Śpiewaka są grubo poniżej oczekiwań, Ikonowicz, który jest kwintesencją antyestablishmentu, ma około procenta. Jakie czynniki poza osobowością lidera czy błędami w kampanii sprawiają, że język walki z establishmentem u Jakiego działa, a u innych nie działa?

Jeśli chodzi o kampanię w Warszawie, to polaryzacja ogólnopolska gra w niej dużo większą rolę niż w innych miastach, większą, niż się spodziewałem, wreszcie – większą niż musi odgrywać. W warunkach takiej polaryzacji pretendenci do pierwszej dwójki, a więc politycy spoza duopolu Trzaskowski-Jaki, są wypychani na margines i mają mniejsze szanse zawalczyć o drugą turę. Siłę zaś zachowują ci, których zasoby poparcia nie wynikają z czynników koniunkturalnych ani z samej polaryzacji, za to mają zorganizowane elektoraty o ustalonej tożsamości.

Czytaj: Andrzej Rozenek.

Tak, choć widać, że nawet jego elektorat nie jest już taki duży.

Czyli polaryzacja determinuje warszawskie wybory. To źle?

Nie sądzę, żeby polaryzacja służyła miastu, i to nie tylko dlatego, że popieram innego kandydata niż Trzaskowski bądź Jaki. Jeśli wybory wygra Trzaskowski, to w Ratuszu władzę dalej będą sprawować urzędnicy. On sam nie będzie miał siły narzucić radykalnie nowej polityki, a już na pewno nie w pierwszej kadencji.

A to źle?

Po referendum z 2013 roku wielu z tych ludzi aktywnie poprawia jakość życia warszawiaków, nie boją się zwężać dróg, budują więcej tras rowerowych, a ostatnio też drzewa nie są traktowane jak najbardziej morderczy aktorzy w przestrzeni miasta. Jeśli chodzi o nowego prezydenta, to te akurat sprawy się nie popsują, a niektóre być może poprawią – sądzę, że prezydent Trzaskowski pojawi się już oficjalnie na Paradzie Równości. Z drugiej strony wszystko to, co nie jest oczywiste dla PO i związanych z nią urzędników, a jednak jest ważne dla miasta – jak przyjrzenie się prywatyzacji SPEC czy plany samowystarczalności energetycznej Warszawy – raczej nie ma szans się przebić.

Bo?

Jeżeli w tych wyborach nie pojawi się siła rzędu choćby 5 procent głosów, która przyniesie te głosy kandydatowi w drugiej turze, ale pod warunkiem dokonania określonych zmian programowych – wówczas zabraknie presji modernizacyjnej na nowe władze miasta. Sam Trzaskowski ze swoim zapleczem nie będzie w stanie jej wywrzeć, bo nie ma do tego ani wystarczających zasobów kadrowych, ani odpowiedniej determinacji.

A może wygrać Patryk Jaki?

To nie jest niemożliwe, choć trochę strach o tym myśleć. Niewątpliwie polaryzacja służy właśnie Jakiemu, w całej Polsce zresztą służy tym, którzy mają mniej skrupułów i więcej umiejętności posługiwania się językiem biegunowego konfliktu. Wreszcie służy tym, dla których to jest naturalna rama opowiadania o świecie – na pewno nie jest to liberalne centrum, umiarkowana centroprawica czy centrolewica. Krótko mówiąc: polaryzacja sprzyja kandydatowi silnie polaryzującemu. A jeśli Jaki wygra – nie widzę żadnych plusów, tzn. jak to miałoby poprawić życie mieszkańców Warszawy.

Czyli osłabienie kandydatów „trzecich” – nawet jeśli dodaje trochę głosów Trzaskowskiemu w pierwszej turze – na dłuższą metę może posłużyć Jakiemu?

Problem jest poważniejszy. Polaryzacja odbiera PO ożywczy impuls krytyki z zewnątrz – taki, jaki przyniosło referendum w 2013 roku. Impuls, który pozwala otworzyć oczy, nastawić uszu i posłuchać, a przede wszystkim zacząć się liczyć z siłą, która jest zewnętrzna wobec ich partyjnych układanek.

Poza Warszawą też jest Polska

I to „wsłuchiwanie się” będzie skuteczniejsze niż hasło „wszystkie ręce na pokład”, „obrońmy Warszawę przed PiS”?

Tak, bo ci, co chcą „obronić Warszawę przed PiS”, i tak swych głosów nie odmówią. Pytanie kluczowe brzmi więc, czy można sięgnąć po tych, co się jeszcze wahają? Dlatego uważam, że sukcesem było pozyskanie przez Jana Śpiewaka Macieja Gnatowskiego, czyli Wujka Samo Zło. On nie jest może ikoną uczestnika marszów KOD, a jeszcze kilka miesięcy temu popierał Jakiego, ale przekonał się, że Janek ma lepszą ofertę – że można lepiej wyrazić swój gniew niż głosując na PiS. Tak, potrzebujemy takich osób, które będą w stanie trafić do „ludzi spod bloku”.

Z tego, co mówisz, wynikałoby, że na korzyść Patryka Jakiego działają naraz dwie siły: polaryzacja konfliktu i jego retoryka wymierzona w establishment. Za pozostałymi w najlepszym razie stoi jedna z nich: Trzaskowski jako człowiek establishmentu ma tylko polaryzację, a reszta – krytykę establishmentu.

Polaryzacja posłużyłaby Trzaskowskiemu tylko wtedy, gdyby między pierwszą a drugą turą zdołał pokazać, że przyciąga także i tych ludzi, którzy w pierwszym odruchu go nie popierali. Jeśli jednak będzie ich mało, tzn. nikt spoza pierwszej dwójki kandydatów nie uzyska dobrego wyniku, to nie będzie kogo przyciągać, zaś ekipie samego Trzaskowskiego zabraknie energii do poszukiwania nowych wyborców. Oczywiście, niedługo przekonamy się – może tych „rąk na pokładzie” broniących Warszawę przed PiS wystarczy. Jeśli jednak nie, to nie będzie wina tych, którzy chcą przełamać polaryzację, lecz tych, którzy ją podkręcają.

***

Adam Ostolski – socjolog, publicysta i tłumacz, w latach 2013–2016 przewodnicząc Partii Zieloni. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Socjologii UW. Członek zespołu „Krytyki Politycznej”.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.
Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.