Kraj

Uwaga, do feminizmu dołączają mężczyźni (Hura! Ratunku!)

Co mają wspólnego premier Indii, były zawodnik NFL Chris Kluwe i sławny komik Aziz Ansari?

Nie to, że wchodzą razem do baru, chociaż akurat Ansari pewnie znalazłby puentę do tego żartu. Wszyscy trzej wypowiedzieli się w tym roku na rzecz feminizmu, dołączając do bezprecedensowo wielkiej fali mężczyzn aktywnie zabierających głos w sprawach zwyczajowo zwanych „kobiecymi”. Ale przemoc wobec kobiet i ich dyskryminacja to „kwestie kobiece” tylko dlatego, że są wyrządzane kobietom – głównie przez mężczyzn, więc może od zawsze było lepiej nazywać je „kwestiami męskimi”.

Przyłączenie się facetów oznacza dużą zmianę, jedną z wielu w tym niezwykłym dla feminizmu roku, w którym zaszły przekształcenia zarówno w debacie publicznej, jak i niektórych istotnych prawach. Pojawiły się także zupełnie nowe głosy i grupy. Zawsze istnieli mężczyźni uznający powagę kwestii kobiecych i ci nieliczni, którzy zabierali głos; ale nigdy dotąd nie osiągali takiej liczebności i efektów jak dzisiaj. A są nam potrzebni. Uznajmy więc ten rok za przełomowy dla feminizmu.

Przywołajmy przemówienie indyjskiego premiera, Narendry Modiego, wygłoszone z okazji tamtejszego Dnia Niepodległości. Zazwyczaj jest to okazja do wyliczania swoich osiągnięć i dumnej autopromocji. Zamiast tego Modi stanowczo mówił o horrendalnym problemie gwałtów w Indiach. „Bracia i siostry, gdy słyszymy o przypadkach gwałtu, spuszczamy głowy ze wstydu” – powiedział w hindi. „Rodzice dziesięcio- lub dwunastoletnich córek, zawsze zachowujecie czujność, od czasu do czasu pytacie, gdzie wychodzisz, kiedy wrócisz… Zadajecie córkom setki pytań, ale czy odważylibyście się zapytać swojego syna, dokąd idzie, dlaczego wychodzi i kim są jego znajomi? Przecież gwałciciel to także czyjś syn. On także ma rodziców”.

To były nadzwyczajne słowa, oznaka wyłonienia się nowego dyskursu w tym kraju, gdzie wielu wreszcie zaczyna obarczać winą sprawców, a nie ofiary; wielu zaczyna akceptować, jak ujęli to studenci występujący przeciwko napaściom seksualnym, że „gwałciciele są powodem gwałtu”. Inaczej mówiąc, premier przyznaje, że tego występku nie powoduje żadna z tych codziennych czynności, które wypomina się kobietom przy okazji męskiego ataku. Już to samo w sobie ukazuje ogromny przeskok, szczególnie gdy takie stwierdzenia pochodzą z męskich ust.

Również administracja Obamy rozpoczęła ostatnio kampanię pod hasłem „It’s On Us” [„To nasza sprawa”], mającą nakłonić osoby postronne, w szczególności mężczyzn, by podejmowały się ochrony potencjalnych ofiar napaści na tle seksualnym. Choć łatwo skrytykować ten slogan jako niewrażliwy na niuanse sytuacji, i tak jest on kamieniem milowym, częścią reakcji, przede wszystkim na gwałty wśród studentów, coraz silniejszej w tym kraju.

Oto znaczenie przywołanych faktów: wiatr zmian dotarł na szczyty. Najpotężniejsze siły w kraju zaczęły wzywać mężczyzn, aby poczuwali się do odpowiedzialności nie tylko za własne postępowanie, ale także za czyny innych mężczyzn. Aby to od nich rozpoczynała się zmiana.

Gdy X nie równa się Y

Feminizm potrzebuje mężczyzn. Mężczyźni nienawidzący kobiet i gardzący nimi zmienią się, o ile to możliwe, tylko w kulturze, w której wyrządzanie lub mówienie kobietom przykrości będzie osłabiało (a nie wzmacniało) pozycję mężczyzny w męskim gronie.

Istnieje nieskończenie wiele rodzajów mężczyzn; około trzech i pół miliarda z nich żyje teraz na Ziemi: członkowie Ku Klux Klanu i aktywiści walczący o prawa człowieka, drag queens i myśliwi. Na potrzeby feminizmu chciałabym wskazać trzy duże luźne kategorie. Mamy sojuszników, wspomnianych powyżej (i poniżej). Są także zaciekli mizogini – nienawistnicy w słowie i czynie. Można spotkać ich w wielu miejscach w Internecie, gdzie świetnie się czują (i zdają się mieć mnóstwo wolnego czasu): na przykład na forach Men’s Rights, gdzie bezustannie podsycają płomienie swego resentymentu, oraz na Twitterze, gdzie zasypują obelgami i pogróżkami prawie każdą kobietę mającą własne zdanie.

Weźmy niedawne groźby nie tylko zamordowania Anity Sarkeesian, która odważyła się wypowiedzieć o seksizmie w grach komputerowych, ale także przeprowadzenia masakry kobiet w trakcie jej przemówienia, planowanego na Utah State University. Środowisko graczy groziło śmiercią nie tylko Sarkeesian. Nie zapominajmy także o tych wszystkich, którzy publikują mizoginistyczne teorie spiskowe pod hashtagiem #Gamergate. Niedawno zaatakował ich w żywiołowej tyradzie zapalony gracz, były futbolista Chris Kluwe, otwarty zwolennik praw LGBT i feminista. W jednym z jej łagodniejszych fragmentów powiedział swoim grającym kolegom: „Niestety, wy wszyscy #Gamergaterzy bronicie tego dziecinnego plugastwa, więc pozostaje tylko wysnuć logiczny wniosek: popieracie mizoginistycznych kretynów w całej ich ograniczoności. Popieracie nękanie kobiet w branży gier wideo (i nie tylko). Popieracie idiotyczny stereotyp „gracza” jako zapoconej, mieszkającej w piwnicy bestii, który stara się zwalczyć tak wielu ludzi”.

Ktoś odpowiedział Kluwe na Twitterze: „Pierdol się, głupia pizdo. Gamergate nie hejtuje kobiet”. Posłużę się wariacją na temat prawa Helen Lewis („wszystkie komentarze na temat feminizmu uzasadniają feminizm”): hordy mężczyzn atakujących kobiety i każdy, kto próbuje wykazać, że kobiety nie są atakowane, a feminizm nie ma żadnego odniesienia w rzeczywistości, są najwyraźniej nieświadomi, że udowadniają coś wręcz przeciwnego.

Ostatnio zdarza się mnóstwo gróźb gwałtu i śmierci. W wypadku Sarkeesian Utah State University nie wziął zagrożenia masakrą na poważnie (pomimo że broń mogła być legalnie wniesiona do sali wykładowej), ponieważ kobieta otrzymuje pogróżki bez przerwy. W związku z tym zmuszona była do odwołania własnego wykładu.

Istnieją więc sojusznicy i przeciwnicy. Jest także masa mężczyzn, którzy mogą mieć dobre zamiary, ale przystępują do rozmowy o feminizmie z niepodpartymi niczym przekonaniami, na których prostowaniu ktoś – z mojego doświadczenia wynika, że zazwyczaj kobieta – spędzi potem naprawdę dużo czasu. Może to z ich powodu Elizabeth Sims założyła stronę The Womansplainer – „dla mężczyzn, którzy mają lepsze zajęcia niż dokształcanie się na temat feminizmu”.

W innych wypadkach próbują skierować uwagę skupioną na nieszczęściach kobiet w stronę nieszczęść mężczyzn. Czytając w Internecie komentarze mężczyzn na temat gwałtów na uczelniach, można by pomyśleć, że nieprzytomne, ale podstępne kobiety regularnie nadziewają się na niewinnych przechodniów, tylko po to, by wpędzić ich w kłopoty. „Forbes” opublikował niedawno (a potem starał się usunąć) wypociny byłego przewodniczącego jednego z bractw studenckich na MIT zatytułowane „Pijani goście płci żeńskiej największym zagrożeniem dla bractw”.

Czasami mężczyźni upierają się, że z elementarnej „uczciwości” wynika przyznanie, iż doznają ze strony kobiet tyle samo cierpienia, co kobiety od nich, a nawet więcej. Równie dobrze można dowodzić, że rasizm dotyka białych tak samo jak czarnych lub że w naszym świecie nie istnieją stopnie przywileju czy opresji.

Owszem, kobiety dopuszczają się przemocy w rodzinie, ale jej konsekwencje znacząco różnią się zarówno w liczbie, jak i natężeniu. Jak napisałam w „Men Explain Things To Me”, przemoc w rodzinie jest „najczęstszym powodem uszczerbku na zdrowiu amerykańskich kobiet; spośród dwóch milionów poszkodowanych rocznie ponad pół miliona wymaga pomocy medycznej, a 145 tys. musi pozostać w szpitalu, jak podają Centra Zwalczania i Zapobiegania Chorobom. Oszczędzę wam danych o potrzebnych zabiegach dentystycznych. W Stanach Zjednoczonych partnerzy są także najczęstszym powodem śmierci ciężarnych kobiet”. Ciężarne nie są jednak głównym powodem śmierci swoich partnerów. Po prostu nie ma porównania.

Nie wszyscy mężczyźni to rozumieją, ale niektórzy tak. Na przykład pod koniec lata oglądałam stand-up Aziza Ansariego skupiony na molestowaniu seksualnym. „Obleśni goście są wszędzie” – stwierdził, opowiadając o kobiecie, która przez godzinę musiała ukrywać się w sklepie zoologicznym, by nieznajomy przestał za nią chodzić. Ansari zauważył, że mężczyźni nigdy nie muszą się konfrontować z kobietami obnażającymi genitalia i masturbującymi się na ich widok w miejscach publicznych lub napastującymi ich w inny. równie groteskowy sposób. „Kobiety po prostu, do cholery, tak nie robią!” – wykrzyknął. (Przemianę w feministę przypisuje swojej dziewczynie). Komicy Nato Green, W. Kamau Bell i Louis C.K. to inni komicy feminiści zabierający teraz głos. Jon Stewart również miał niezłe feministyczne momenty. To świetnie, że mężczyźni nie tylko dołączają do debaty, ale także dodają jej humoru.

Oburzenie z powodu wiadomości, że Jian Ghomeshi, popularny kanadyjski spiker radiowy, brutalnie napadł na trzy kobiety, to interesujący przypadek ilustrujący tę debatę. Ludzie obojga płci opowiedzieli się po każdej ze stron, chociaż wypowiedzi tych, którzy stanęli w obronie Ghomeshiego, opierały się na powtarzającym się stereotypie kobiety kłamiącej dla zemsty. Kolejne pięć kobiet, które zdecydowały się zeznawać o równie przerażających doświadczeniach, zapewne zrujnowało tę argumentację.

Idee są niezbędne do obserwacji i czasem naprawiania rzeczywistości. Widziałam w ostatnim roku, jak kilku porządnych mężczyzn zadało sobie trud przemyślenia swoich dotychczasowych przekonań i dojścia do nowych wniosków.

Obsesja fałszywych oskarżeń o gwałt – podręczny przegląd

Ale oczywiście stare idee jeszcze nie umarły. Niemal za każdym razem, kiedy w mojej obecności (lub w artykule czytanym online) zostaje poruszony temat gwałtu, zjawia się jakiś mężczyzna, by przypomnieć o „problemie fałszywych oskarżeń o gwałt”. Poważnie: na pewno ktoś od razu z tym wystrzeli. Sprawa wygląda na męską obsesję. Często używa się jej jako wygodnego sposobu na przeniesienie zainteresowania z licznych ofiar wśród kobiet na wyjątkowo nieliczne ofiary wśród mężczyzn. Dlatego też sporządziłam na podobną okoliczność poniższy podręczny przegląd, mając nadzieję, że już nigdy więcej nie będę musiała wracać do tej kwestii.

Gwałt jest w naszej kulturze tak powszechny, że śmiało można ogłosić epidemię. Jak inaczej nazwać zjawisko, które bezpośrednio dotyka prawie jednej na pięć kobiet (i jednego na 71 mężczyzn), natomiast niebezpośrednio, jako zagrożenie, praktycznie wszystkich kobiet? Zjawisko tak wszechobecne, że wpływa na nasz styl życia, sposób myślenia i poruszania się w świecie? Przypadki fałszywego zgłoszenia gwałtu przez kobietę, by skrzywdzić mężczyznę, występują bardzo, bardzo rzadko.

Najbardziej rzetelne badania informują, że ok. 2 proc. zgłoszeń gwałtu to zgłoszenia fałszywe.

Czyli 98 proc. jest zgodna z prawdą. Ale nawet te dane nie oznaczają, że na te 2 proc. składają się wyłącznie fałszywe oskarżenia o gwałt, ponieważ fałszywe zgłoszenie gwałtu to nie to samo, co fałszywe oskarżenie konkretnej osoby. (Swoją drogą, nikt nie podjął się badawczego rozgraniczenia tych sytuacji). Jednak podane przeze mnie statystyki nie powstrzymują mężczyzn przed przywoływaniem tej marginalnej kwestii.

Oto brzmienie tych męskich wypowiedzi w przekładzie:
Ona: Mojemu ludowi zagraża epidemia!
On: Niepokoi mnie taka niewiarygodnie rzadka choroba, o której coś tam słyszałem (ale się nią nie interesowałem). Kto wie, czy członek mojego plemienia kiedyś się nią nie zarazi.

Albo inaczej:
Ona: Twoje plemię dopuszcza się dobrze udokumentowanych okrucieństw na moim plemieniu.
On: Twoje plemię to same wredne kłamczuchy. Nie, żebym miał dowody, ale przecież moje uczucia są bardziej racjonalne niż twoje fakty.

Przyglądając się statystykom, warto pamiętać, że większość kobiet nigdy nie zgłasza gwałtu. Natomiast większość zgłoszeń nie kończy się oskarżeniem. Z kolei za znaczną większością oskarżeń nie idą wyroki. Wniesienie oskarżenia o gwałt to nie jest bezstresowy i skuteczny sposób na zemstę albo na sprawiedliwość. Natomiast fałszywe zgłoszenie przestępstwa traktuje się przecież też jako przestępstwo, zresztą nieszczególnie lubiane przez organy ścigania.

Jak wynika z niedawnych doniesień, setek tysięcy zestawów diagnostycznych użytych przez policję przy zgłoszeniach gwałtu w ogóle nie wysłano do laboratoriów kryminalnych. Kilka lat temu odkryto, że amerykańskim miastom – w tym Nowemu Orleanowi, Baltimore, Filadelfii i St. Louis – nawet nie chciało się wypełniać policyjnych raportów w przypadku dziesiątek tysięcy zgłoszeń. Fakty przekonują, że system raczej nie ułatwia życia ofiarom gwałtów. Pamiętajmy też, jak wygląda dziś policja: to rosnąco zmilitaryzowana, w większości męska grupa, odznaczająca się wysokim odsetkiem uczestnictwa w przemocy domowej, a ostatnio również głośnymi sprawami oskarżeń funkcjonariuszy o przemoc seksualną. Innymi słowy, kiedy przychodzi do rozmów o męskiej agresji seksualnej, policjanci nie zawsze potrafią udzielić kobietom najlepszego wsparcia – szczególnie kobietom niebiałym, pracownicom seksualnym, kobietom transpłciowym i innym grupom marginalizowanym.

Niektórzy zastanawiają się, dlaczego zamiast zgłaszać gwałty policji, uniwersytety wolą rozstrzygać sprawy we własnym zakresie, zwłaszcza że wiele z nich nie najlepiej sobie z tym radzi. Powodów jest wiele, łącznie z nakazem zapewnienia równego dostępu do edukacji, gwarantowanym w Tytule XI (poprawce z 1972 roku do federalnej Ustawy o Prawach Obywatelskich z 1964 roku). Występowanie napaści seksualnych na kampusie podważa tę prawną gwarancję. Trzeba również pamiętać, że wymiar sprawiedliwości zacina się na przypadkach przemocy seksualnej, więc wiele ofiar gwałtu uznaje zmagania z systemem prawnym za drugą rundę szargania godności i upokarzania. Często wycofanie zarzutów następuje, ponieważ ofiara nie jest w stanie dłużej poddawać się procedurom.

Powróćmy do fałszywych oskarżeń o gwałt. Do najnowszego wydania Men Explain Things To Me dodałam następujący przypis: „Fałszywe oskarżenia o gwałt naprawdę mają miejsce. Nawet jeśli zdarzają się niezmiernie rzadko, opowieści fałszywie skazanych są tragiczne. Opublikowane w 2013 roku brytyjskie badanie autorstwa Koronnej Służby Prokuratorskiej odnotowało, że  w badanym okresie toczyło się 5651 dochodzeń sądowych o gwałt i tylko 35 dochodzeń o fałszywe oskarżenie o gwałt (czyli ponad 160 gwałtów na jedno fałszywe oskarżenie, znacznie poniżej 1 proc.). Raport amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości z 2000 roku podał następujące szacunki dla USA: 322 230 gwałtów rocznie, w tym 55 424 zgłoszenia na policję, 26 271 aresztowań i 7007 wyroków skazujących – to znaczy, że nieco poniżej 2 proc. szacowanej liczby gwałtów oraz 12 proc. liczby zgłoszonych gwałtów kończy się karą więzienia dla sprawcy”.

Innymi słowy, zgłoszenie gwałtu najprawdopodobniej nie wtrąci nikogo za kratki. Nawet jeśli jakieś 2 proc. oskarżeń to pomówienia, to przecież jedynie przy 2 proc. wszystkich zgłoszeń sprawca słyszy wyrok skazujący. (iektóre szacunki sięgają 3 proc.). Mówiąc jeszcze inaczej, po ziemi chodzi horda nieukaranych gwałcicieli. Większość z nich, postawionych w stan oskarżenia, nie przyznała się do popełnienia gwałtu. Zatem wielu cieszących się wolnością gwałcicieli to także kłamcy. Może będące powodem do obaw kłamstwa płyną raczej z ust mężczyzn, którzy zgwałcili, niż z ust kobiet, które nie zostały zgwałcone.

Oczywiście, że zdarzały się fałszywe zarzuty gwałtu. Jak zauważa moja znajoma, Astra Taylor, najdrastyczniejsze przykłady amerykańskie dotyczą białych mężczyzn kłamliwie oskarżających czarnych mężczyzn o ataki na białe kobiety. Jeśli już oburzać się Na fałszywe świadectwa, należy najpierw dobrze zobrazować sobie trójstronną dynamikę władzy, winy i kłamstwa. W niektórych przypadkach – na przykład niesławnej sprawie rzekomego zbiorowego gwałtu dokonanego przez Scottsboro Boys w latach trzydziestych – władze naciskały, by białe kobiety składały kłamliwe zeznania obciążające czarnych mężczyzn. W sprawie Scottsboro jedna z oskarżycielek, siedemnastoletnia Ruby Bates, później wycofała zeznania i powiedziała prawdę, mimo pogróżek pod jej adresem.

W 1989 roku w sprawie biegaczki z Central Parku policjanci wymusili fałszywe zeznania, a wymiar sprawiedliwości (łącznie z prokuratorką) skazał i uwięził pięciu niewinnych czarnych i latynoskich nastolatków.

Biała ofiara, pobita prawie na śmierć, nie miała żadnych wspomnień o incydencie i nie składała zeznań przeciwko chłopcom. W 2002 roku do czynu przyznał się prawdziwy napastnik, a piątkę skazanych oczyszczono z zarzutów. Za karanie niewinnych zazwyczaj odpowiedzialna jest korupcja systemu i niewypełnianie obowiązków zawodowych, nie zaś pojedyncza oskarżycielka. Nie zaprzeczam istnieniu wyjątków. Chcę tylko podkreślić: są rzadkie.

Obsesja fałszywych oskarżeń o gwałt najwyraźniej wyrasta z wielu przyczyn, między innymi ze złudzenia o ich powszechności oraz wiecznie podtrzymywanego oszczerstwa o rzekomo naturalnej kobiecej dwulicowości, skłonności do manipulacji i niewiarygodności. Nieustanne przywoływanie tego zjawiska sugeruje istnienie dziwnej męskiej pewności siebie, płynącej z poczucia posiadania większej wiarygodności niż kobiety. Teraz się to zmienia. Może gdy piszę „pewność siebie”, chodzi mi o roszczeniowość. Może ci faceci chcą nam powiedzieć: wreszcie mężczyźni będą musieli wziąć za coś odpowiedzialność, i to ich przeraża. Może to dobrze, że poczują strach albo przynajmniej odpowiedzialność.

Co czyni planetę zamieszkiwalną?

Sytuację, w jej długotrwałej dotychczasowej formie, należy opisać w możliwie prostych słowach. Powiedzmy, że znaczna liczba mężczyzn nienawidzi kobiet: obcej dziewczyny nękanej na ulicy albo użytkowniczki Twittera obrażanej w sieci, albo bitej żony. Niektórzy mężczyźni wierzą, że mają prawo upokarzać, karać, uciszać, napastować, a nawet zabić kobietę. W rezultacie kobiety są regularnie konfrontowane z szokującym natężeniem codziennej przemocy oraz atmosferą zagrożenia, a także licznymi pomniejszymi obelgami czy aktami agresji, które mają nas uciszać. Nic dziwnego, że organizacja Southern Poverty Law Center [centrum prawne non-profit walczące z rasizmem na amerykańskim południu – przyp. tłum.] klasyfikuje niektóre stowarzyszenia na rzecz praw mężczyzn jako propagujące nienawiść.

Wobec tego faktu rozważmy, co rozumiemy przez „kulturę gwałtu”. Nienawiść. Popełnianie zbiorowych gwałtów z udziałem drużyn sportowych czy bractw studenckich, po których młodzi mężczyźni wymieniają się filmikami z telefonów, nie myśląc o nich jako dowodach ciężkiego przestępstwa, opiera się na przesłance, że pogwałcenie praw, godności i ciała drugiego człowieka jest po prostu fajne. Podobne grupowe akty wypływają z drapieżczo-potwornej idei męskości, nieuznawanej przez wielu mężczyzn, ale dotykającej nas wszystkich. I to mężczyźni dysponują takimi środkami naprawy tego problemu, jakich nie mają kobiety.

Może to pozwoli mi dać odpowiedź mężczyźnie z Alaski, który w czerwcu zapytał mnie, co on będzie miał z feminizmu. Gdy przypominam sobie teraz tę rozmowę, od razu przychodzi mi na myśl slogan puszczony w obieg w okresie wojny w Wietnamie przez Johna Lennona i Yoko Ono: „War is over (if you want it)” [„wojna się skończyła (jeśli tego chcesz)” – przyp. tłum.]. Zawsze zakładano, że slogan komentuje Wietnam, sięgnięto po niego również podczas wojen prowadzonych przez Busha, ale przecież dobrze się sprawdza przy absolutnie każdej wojnie, także toczonej w ludzkich sercach i umysłach.

Nienawiść to wyczerpująca pogoń bez żadnych prawdziwych zwycięstw. Niedobrze jest mieć wrogów. W umyśle gwałciciela pewnie trudno się mieszka. Czegoś brakuje mężczyznom, którzy nie słyszą i nie uznają człowieczeństwa połowy populacji. Gdyby rzeczywiście wojna się skończyła! Ale, gościu z Alaski, dobrze by było, jakbyś potrafił zatroszczyć się o dobro innych niekoniecznie szukając w tym własnych korzyści, szczególnie że już dawno cieszysz się wieloma korzyściami, do których my dopiero aspirujemy, na przykład możliwością wyjścia na ulicę bez obaw o „prowokowanie” przestępców.

Kilka wieczorów temu wychodziłam z wykładu poświęconego zagadnieniu zamieszkiwalności planet – temperaturze, atmosferze, odległości od gwiazdy – wygłoszonego przez znaną mi astrofizyczkę. Wcześniej zastanawiałam się nad poproszeniem młodego mężczyzny, znajomego znajomego, o towarzyszenie mi w drodze do samochodu przez ciemny park otaczający Kalifornijską Akademię Nauk, ale astrofizyczka i ja rozgadałyśmy się, więc gdy doszłyśmy o mojego samochodu, koleżanka wsiadła i podwiozłam ją do jej auta; ten środek bezpieczeństwa dla nas obu był oczywistością.

Kilka tygodni wcześniej przyłączyłam się do Emmy Sulkowicz i grupy młodych kobiet, które nosiły ze sobą materac pomiędzy zajęciami na Uniwersytecie Columbia. Wiecie już pewnie, że Sulkowicz, studentka sztuki, zgłosiła gwałt i nie otrzymała sprawiedliwości ani ze strony uniwersytetu, ani nowojorskiej policji. W odpowiedzi przypomina o swoich zmaganiach za pomocą performansu: bierze ze sobą z akademika swój materac kiedykolwiek i gdziekolwiek zjawia się na kampusie.

Sulkowicz spotkała się z ogromnym odzewem medialnym. Gdy odwiedziłam kampus, szła z nami ekipa filmu dokumentalnego. Kamerzystka w średnim wieku powiedziała mi, że gdyby standardy konsensualności na kampusie istniały, kiedy ona była młoda, gdyby uznawano prawo kobiet do mówienia „nie” i obowiązek mężczyzn, by szanować decyzje kobiet, jej życie przybrałoby zupełnie inny obrót. Zastanowiłam się przez chwilę i zrozumiałam, że moje też. Pomiędzy 12. a 30. rokiem życia tyle energii zużyłam na zmagania z drapieżnymi mężczyznami. Uświadomienie sobie, że upokorzenia, krzywdy, a może nawet śmierci mogę doznać z rąk obcych i znajomych osób właśnie ze względu na moją płeć i że muszę zachowywać nieustanną ostrożność, by uniknąć tego losu – cóż, to jeden z powodów, dla których zostałam feministką.

Głęboko troszczę się o zamieszkiwalność naszej planety z perspektywy ochrony środowiska. Ale dopóki nie stanie się ona w pełni zamieszkiwalna przez kobiety mogące swobodnie poruszać się po ulicy bez obawy o nieprzyjemności i niebezpieczeństwo, będziemy giąć się pod praktycznym i psychologicznym jarzmem tłumiącym nasz prawdziwy potencjał. Dlatego też, uważając klimat za najważniejszy z bieżących światowych problemów, wciąż piszę o feminizmie i prawach kobiet. I okazuję uznanie mężczyznom, którzy nawet odrobinkę ułatwili nam zmienianie świata i przyczyniają się do nadchodzących wielkich zmian.

Tłum. Aleksandra Paszkowska i Michał Wieczorek

Tekst ukazał się na TomDispatch.com

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.